|
Blog > Komentarze do wpisu
Keep the faith, our time is comingWiele w moim życiu kibicowskim było porażek. Ostatnia - telewizyjna dodajmy - tyczyła się świętej wojny z Teutonami - EURO 2008, Polska 0 Niemcy 2. Teraz przyszedł czas na kolejną. Po golu Rooney'a United awansowali do finału Carling Cup kosztem Błękitnej Strony Manchesteru.
W pierwszych chwilach nie chciałem rzucać się na zawodników i szukać winnych, według zasady, że leżącego się nie kopie. Był czas na emocje, ale nie mogą one przesłonić faktu, że ktoś jednak do tych trzech goli dopuścił. I ktoś nie był na tyle zdolny, aby wyrównać stan meczu, albo wyjść na prowadzenie. Swoje żale powylewałem gdzie się dało(m.in pod wpisem Michała Okońskiego na temat derbów), zostawiając sobie obiektywną ocenę postawy zespołu na dziś. Defensywna taktyka zaordynowana przez Manciniego sprawdzała się dobrze do tej felernej 50. minuty. Generalnie, nie można mieć pretensji do takiego wyboru. Niewiele drużyn może sobie pozwolić na otwartą grę na Old Trafford, nie dziwi fakt, że po pierwsze należało tam nie przegrać. Poza tym, kiedy dysponuje się dość ograniczoną kadrą, możliwości strategiczne się zawężają drastycznie. RSC chyba już nie wyjdzie ze szpitala, Robinho właśnie został wypożyczony, a Benjani jest jednak za słaby na ten poziom. Nie mam zamiaru wszystkigo oczywiście tłumaczyć taką, a nie inną sytuacją w zespole. Niektórzy zawodnicy zagrali po prostu źle. Pozwolić się tak zepchnąć na własną połowę przez klasowy zespół nie można. Podobnie było z Chelsea i Arsenalem w lidze. Mancini musi coś z tym zrobić. Pierwsza połowa bardzo mnie zaskoczyła. To znaczy, do przewidzenia było, ze United będą prowadzić grę, ale nie wynikało z tego zbyt wiele i schodziliśmy do przerwy w naprawdę dobrych humorach. jeszcze gdyby Tevez wcisnął głową piłkę obok "Latającego Holendra", byłoby idealnie. Podobała mi się gra drugiej linii, może poza Barry'm, o którym jeszcze tutaj przeczytacie. Co ciekawe, jeśli spojrzymy na statystykę ligową pod względem wyników osiąganych do końca pierwszej połowy, to United prezentują się gorzej od City - w prowizorycznej tabeli zajmują dopiero szóstą lokatę(City jest piąte z dwoma meczami zaległymi). Teraz już nie dziwi, że czerwona zasłona dymna tak łatwo pozwoliła nam uwierzyć w awans.
Potem Bellamy dostaje czymś(bodaj moneta) w głowę. Niestety, chamstwo czasem przybiera idiotyczną postać i mieliśmy tego przykład. Co gorsza, nie ma różnicy, o jakiej drużynie mówimy, durni znajdziemy wszędzie, czy to na Old Trafford, czy na CoMS. Zapalniczka w Evrę to mniejszy kaliber niż butelka(na szczęście Walijczyk nią nie dostał), ale w ostatecznym rachunku to bez znaczenia. Rozumiem emocje i niechęć do rywali, rozumiem wyzwiska i złośliwości, jednak rzucania czymkolwiek w piłkarzy nie pojmę. Nadgorliwy sędzia mógłby zatrzymać spotkanie i mówiąc kolokwialnie, byłby niezły burdel. Cieszy natomiast, że odpowiedzialny za butelkę już został aresztowany. Chwilę po głupim incydencie padła pierwsza bramka i sytuacja ze złej przeobraziła się w jeszcze gorszą. Mija dwadzieścia minut i Carrick podwyższa rezultat. Między golami świetną akcję przeprowadza Richards, ale nie udało mu się zdjąć pajęczyny z bramki Van der Sara. Te 2:0 praktycznie pozbawiło mnie złudzeń. Ostatnie 20 minut zapowiadało się podobnie, jak na CoMS i nie była to najprzyjemniejsza perspektywa, zwłaszcza, że tuż po Carricku swoją szansę zmarnował Roo, a zabrakło mu kilkunastu centymetrów. Mogło być po meczu. Tevez. Tym razem obyło się bez kontrowersyjnych gestów, o których mówiłoby się częściej niż o grze Argentyńczyka. Aktywny jak zawsze, nie odpuszczał żadnej piłce, żadnemu podaniu. Udało mu się w końcu ubiec Rio Ferdinanda i jakoś zmieścić futbolówkę między Van der Sarem a słupkiem. Przedłużył nasze błękitne nadzieje na 15 minut. Ewentualna dogrywka pewnie nie zmieniła by obrazu meczu, United dalej by przeważali. A karne? Wielka niewiadoma. Given obronił już dwie jedenastki w tym sezonie, a jak wiemy VdS też nie jest nowicjuszem w tej profesji. Gdybanie w tę stronę zostawmy jednak innym. Czego Rooney nie zrobił przy stanie 2:0, z całym okrucieństwem dokonał w 92. minucie. Obnażył tym samym po raz kolejny brak asekuracji i krycia the Citizens. Przy tej okazji warto wspomnieć, że zachowanie przez całe spotkanie Wayne'a zasługuje na pełny szacunek ze strony największych rywali. Widać w nim nie tylko zawodnika światowego formatu, ale i po prostu wielkiego człowieka. Postawa fair-play godna naśladowania.
Mancini po meczu
Bellamy i SWP wciąż szukają formy. Shaun nie gra najlepszej piłki w tym sezonie. Zbyt często notuje straty, wdaje się w bezsensowne dryblingi i jest przez to mało efektywny. Lubię tego zawodnika, ale coś musi się zmienić w jego grze. Może to Petrov powinien wejść za niego zamiast Adebayor? Togijczyk na boisku nic nie zdziałał, czego zresztą można było się spodziewać. Boyata. Młody Belg miał, mniejszy bądź większy, swój udział przy wszystkich golach strzelonych przez United. Jeśli po wygranej na CoMS Deydryck poczuł, że może być dobrym zawodnikiem, to po wczorajszym meczu musi nabrać pokory. Dla niedoświadczonego młodziana nauka to bezcenna. Mimo wszystko Roberto mógł ściągnąć go koło 70 minuty i wpuścić Onuochę, albo Toure nawet, być może nie zabrakło by nam tej minuty czy dwóch, by doprowadzić do dogrywki. Brak zmiany tłumaczę sobie, iż Mancini wolał zostawić sobie pole manewru właśnie na dodatkowe pół godziny. Jak się skończyło, pamiętamy. Reszta defensywy grała poprawnie, aż do straty pierwszego gola. Wtedy wszystko roonęło i zespół stracił charakter. Każdemu, od Richardsa, przez Boyatę, Kompanego i na Garrido kończąc, można coś wytknąć. De Jong jak zawsze szalał w defensywie i łatał, co mógł. Gorzej nieco z Zabaletą. Można było wstawić w jego miejsce kogoś bardziej usposobionego ofensywnie, Irelanda albo wspomnianego Petrova. jeśli nie od początku, to np. na drugie trzy kwadranse. Mancini ryzyka nie zdecydował się podjąć. Barry. Jedno z największych rozczarowań tego spotkania. Nie potrafię dopowiedzieć na pytanie, co się z nim dzieje i dlaczego jego wpływ na formę zespołu jest tak nikły. W sytuacji po sprzedaży Elano to Gareth miał w razie kontuzji Irelanda przejąć rolę rozgrywającego. Miał być odpowiedzialny za liczne prostopadłe podania, które stwarzałyby poważne zagrożenie. A jest, co by tu nie mówić, źle. Z kreatora gry zrobił się z niego człapiący po boisku wolny zawodnik. Uważam, że z Portsmouth powinniśmy zagrać 4-4-2 z de Jongiem i Irelandem w środku, a były filar AV powinien sobie posiedzieć na ławce, tak dla opamiętania. Nie byliśmy faworytami i drugą połowę przegraliśmy zasłużenie, a dwumecz w konsekwencji. Szkoda tak ogromnej szansy na grę w finale, ale sezon się nie skończył. Mamy FA Cup, w lidze nie tracimy szans na wysoką lokatę. W obecnej sytuacji prezentujemy się o niebo lepiej, niż analogicznie rok temu. Progres następuje, nie jesteśmy jeszcze drużyną najlepszą, ale z pewnością wartościową i groźną dla każdej siły w angielskim futbolu. Jeśli Roberto dostanie odpowiednio dużo czasu, to w ciągu roku-dwóch powinniśmy osiągnać coś znaczącego. Our time is coming. Pozostaje czekać na 7 kwietnia tego roku i znów spróbować się odegrać. Na CoMS nie będziemy brać jeńców. Na koniec trochę muzyki dla rozluźnienia. Oasis, City of Manchester Stadium, 2005 rok.
piątek, 29 stycznia 2010, angamoss
TrackBack
|
|