Blog > Komentarze do wpisu

Zasłużone Wembley

Ileż znaczy dla Manchesteru City pierwszy finał od 30 lat? Najstarsi Błękitni kibice prze dekady doznawali więcej upadków niż wzlotów, aż po zarycie w trzecią ligę włącznie. I to właśnie 12 lat temu, kiedy United świętowali potrójną koronę, Manchester City na Wembley do 90 minuty przegrywał z Gillingham 0:2 i wszystko wskazywało, że przedłużymy nasz pobyt w Division Two na następny rok. Wtedy nastąpił cud - gole Horlocka i Dickova dały remis, a dzięki popisowi bramkarskich umiejętności Weavera w konkursie rzutów karnych jednak wsiedliśmy do pociągu jadącego w stronę Division One. Przedwczoraj zaś, wygrywając z United, stanęliśmy im na drodze do powtórzenia sukcesu z sezonu 1998/1999, a we właściwym pojedynku na Wembley zmierzymy się z tym samym menadżerem, którego pozbawiliśmy awansu do przedsionka Premiership 12 lat wcześniej – Tonym Pullisem.

Często wspominam o paradoksach i zbiegach okoliczności, ale trudno od nich uciec. Gdyby Stoke City nie rozniosło Boltonu to i tak czekałaby nas powtórka z rozrywki: wszak w 1926 po zwycięstwie nad United w szranki w finale na Wembley staliśmy właśnie z Boltonem i… wówczas nie udało się wywalczyć trofeum. Teraz jesteśmy o tyle mądrzy, iż finał wciąż przed nami. A utorowanie sobie drogi do niego przez odwiecznego rywala smakuje jeszcze lepiej. Wszyscy liczymy, iż karta się odmieni, a gablota z pucharami zacznie się wzbogacać i przestanie być obiektem nieustających drwin z czerwonej strony miasta. Wielki projekt Szejków zacznie się realizować jak należy, a ci ludzie będą mieli więcej powodów do świętowania niż kiedykolwiek.

Tak, jesteśmy zachwyceni i szczęśliwi.

Po golu

Z pewnym zażenowaniem wspominam własne przeczucia przed pierwszym gizdkiem. United dopiero co pokonali Chelsea w LM, a my - świeżo w głowie klęska na Anfield, a także pozostałe starcia z czołówką ligi, kiedy po wielokroć brakowało nam nie umiejętności, ale odwagi, aby sięgnąć po trzy punkty. Z zazdrością obserwowałem jak Chelsea czy Liverpool biją United na swoich obiektach. Jednocześnie złościłem się na myśl o derbach na OT, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy po wyrównującym golu mieliśmy Manchester United na widelcu. Ataki jednak nie wystarczyły, a Rooney nas wykończył w iście mistrzowski sposób.

Przed sobotą modliłem się o jedno - nie straćmy gola jako pierwsi. Wygląda to na zabobon, ale statystyka jest nieubłagana - tylko Wilkom udało się nam wydrzeć zwycięstwo. W pozostałych wypadkach rywal obejmujący prowadzenie nie przegrywał. Stąd dwie szanse Berbatowa uznają za kluczowy moment sobotnich derbów. Za pierwszym razem uratował City Hart, za drugim... no sam nie wiem. Roo łapiący się za głowę pewnie też nie wiedział, jak wampir z Błagojewgradu nie trafił. Czerwoni nie wykorzystując najlepszego okresu swojej gry(tj. cały drugi kwadrans pierwszej połowy) na własne życzenie pozbawili się treble, gdyż po tym czasie sytuacji na wyrównanie nie mieli prawie wcale - tylko Nani, generalnie przeciętny przez większość spotkania, zagroził Hartowi niezłym strzałem z rzutu wolnego. Poza tym - bida, panie, aż piszczy. Początkowo bardzo mnie to zaskoczyło, ale później zdałem sobie sprawę, iż United wyczerpał się limit starć wygrywamych bez względu na grę. Oglądaliśmy to przecież nieraz. Postawa na kruchym lodzie, który w każdym momencie może pęknąć. To właśnie przydarzyło się w sobotę, z ogromną pomocą wszystkich piłkarzy The Citizens, jacy się pokazali na boisku. Każdy z nich solidne tupał w ten lód, aby się wreszcie załamał.

Presja, jaką udało się narzucić na boisku przez około pół godziny spotkania(30-60), była absolutnie fantastyczna. Brakowało mi takiego przejęcia inicjatywy we wcześniejszych derbach – chłopcy Fergusona to też ludzie, popełniają błędy. I nie ma ani grama przypadku, iż zwycięski gol padł w momencie, w którym w okolicach piłki przebywała czwórka piłkarzy City(dawno mnie nie tak nie cieszyło nieudane przyjęcie Silvy). A Carrick dołączył do Neville'a i Silvestre'a, dwóch obrońców United zasłużonych w przeszłości dla City w podobny do Michaela sposób ;-)

Yaya

Piłkarze City utrzymywali się wysoko na połowie czerwonych jeszcze przez kilka dobrych minut, co w kombinacji z zasłużoną czerwoną dla Scholesa pozbawiło ich szans na doprowadzenie do dogrywki. Walczyli, ale byliśmy tego dnia mocniejsi i psychicznie, i fizycznie, wreszcie zobaczyłem zespół, którego stworzenia od Roberto Manciniego oczekuję. Stąd oceny piłkarzy są porównywalnie wysokie, oczywiście poza kluczowymi Toure i Hartem. Nawet Balotelli, nie tylko nie zepsuł meczu, ale wydatnie się do zwycięstwa przyczynił nie dając spokoju środkowym defensorom rywali. Ponadto za 'puszczenie oczka' Ferdinandowi po końcowym gwizdku zyskał sporo sympatii u fanów City - to już lepiej, aby w ten sposób się odznaczał, niż wpadkami pozaboiskowymi. Osobne 'dzięki' dla bloku defensywnego, z powracającym Zabaletą i niezłym Kolarowem, tutaj przecież obaw miałem najwięcej, Nani z Zaby na OT nic sobie nie robił, a Serb... ujmując sprawę delikatnie, wybitny w destrukcji nie jest i szczęśliwie uniknął żółtej kartki na samym początku meczu.

Manchester do przyszłego sezonu będzie Błękitny, choć to połowa drogi do uznania kampanii 2010/2011 za udaną. Przed nami liga, a 14 maja wielki finał z arcytrudnym przeciwnikiem. Dla Stoke City to może być jedyna szansa na najbliższe dziesięciolecia, dla nas - okazja do zupełnego odwrócenia znaczenia słów this is how to feels to be City. Już nie mogę się doczekać, by znów poczuć się tak jak w sobotę ;-) !

środa, 20 kwietnia 2011, angamoss

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Ravican, 143.189.181.93-static.easy-com.pl
2011/04/27 17:37:01
Szacun dla wielkiego klubu od fana Evertonu. Jak zaczynałem interesować się piłką, to MC był w III lidze, ale jakich miał świetnych kibiców. Gratulację!
-
2011/04/27 20:39:59
Wielkie dzięki! Aczkolwiek z Evertonem mamy sporo problemów ostatnio(Mancini jeszcze z wami nie wygrał!), to jesteście jednym z tych klubów, którym w EPL życzę dobrze. Choć nie powiem, ucieszył mnie awans Reading w FA Cup Waszym kosztem w tym roku ;-)
A bez kibiców dzielnie wspierających klub w tamtych czarnych latach nie byłoby Manchesteru City dzisiaj. Wszyscy wiemy, ileż ludzka wiara może pomóc, gdy wszystko inne zawodzi :)