Blog > Komentarze do wpisu

You've signed Phil Jones we've sign Kun Aguero

Wczorajszy wieczór przypomniał mi o niezwykłym wpisie Michała Okońskiego o North London Derby, kipiący od emocji, od których chce się uciec, a to w szaleńczą pracę, a to w jakikolwiek plener, gdzie dostępu do Sieci brak. Coś podobnego, choć nie z własnej woli, przeżywałem wczoraj. Nerwowe, jakby mimowolne zerkanie na smartfona, wyczekiwanie na wieści, smsy i tweety, ale i pragnienie rzucenia tego w diabły (te Czerwone, oczywiście) i przeczekanie najgorszego. Chciałem znać wynik i nie chciałem, sprawdzałem ten cholerny telefon z sercem w gardle, z jeszcze większym poczuciem bezsilności, niż zwykle i dziwaczną nadzieją, że wypatrzy mnie czujne oko kierownika i zabierze, uwolni od męki.

A potem... 0:1, 1:1, 1:2. Koniec. I ulga, ożywczy haust powietrza, lekkość na duszy i ciele. I trochę wstyd, bo to tylko mecz, już bez znaczenia w mistrzowskim wyścigu. Pisze wspomniany Michał Okoński, że Tak, oczywiście, Manchester United praktycznie jest już mistrzem Anglii, wtóruje mu chociażby Przemysław Rudzki na moje oko Manchester United wygra, z kim ma wygrać po 1:0 i żadne cuda się nie wydarzą, podobne słowa padły także z mojej strony, choć kusi, oj kusi tak bardzo, aby na przekór wyrzucić z siebie to jeszcze nie koniec, we are Man City, we fight till the end.

Po takim zwycięstwie niełatwo zejść na ziemię. Mancini mówiący o 15 punktach niezasłużonej przewagi ma potężny argument. W bezpośrednim starciu różnica pomiędzy drużynami z Manchesteru jest nieznaczna, City od zeszłego sezonu stoją w tym samym rzędzie faworytów Premier League. Ale mistrzostwa nie wygrywa się - tak, to banał - jedynie z United, trzeba jeszcze wygrać z QPR, Sunderlandem, nie dać szans Southampton i w końcu wygrać na Goodison Park. A i Wigan, Aston Villa czy na przykład Stoke muszą od czasu do czasu nie przestraszyć się United i odważniej sięgnąć po punkty.

No właśnie, strach. Ostatnie 15 minut meczu dłużyło mi się nieznośnie, jak chyba każdemu kibicowi, którego drużyna prowadzi z United. Przed oczami widziałem każdy poprzedni raz, gdy przegrywali, a jednak dzięki determinacji i niezachwianej wierze zdobywali 3 punkty albo ratowali remis. A po obejrzeniu powtórki meczu złapałem się za głowę - czy to aby na pewno na boisku przebywali ci diabelscy United? Nerwy nerwami, ale nie widać było pomysłu piłkarzy Fergusona na zwycięstwo w tym meczu. Strzały z dystansu, owszem, stałe fragmenty, też, ale poza tym? Czyżby zmęczenie, o którym wspominałem, faktycznie się im udzielało? Frustracja? Przecież taki Rooney mógł zobaczyć czerwoną kartkę za swoje wejście dwiema nogami...

Plan United - bez względu na to, czy improwizowany, czy założony z góry - w pierwszej połowie nie funkcjonował tragicznie. Kilka razy udało im się wyjść z groźną kontrą, okazjonalnie cieszyć się przewagą liczbą na połowie City, brakowało tylko dobrych rozwiązań, kluczowego podania. Nie spodziewałem się tak otwartego początku spotkania, bardziej obawiałem się zachowawczego startu z obu stron, obwąchiwania się i poszukiwania słabszych stron. W United tak wyglądała lewa flanka, nękana przez Zabaletę i Milnera, szkoda tylko, że często serwowali wysokie dośrodkowania - bez Dżeko takie zagrania nie miały sensu. W zapowiedzi oczekiwałem Anglika na prawym skrzydle zamiast Nasriego, głównie z uwagi na pracę Jamesa w defensywie, Mancini mnie przechytrzył(brawo za to! Włoch bardzo dobrze przygotował zespół na derby) - znalazł miejsce na boisku dla obu, słusznie zostawiając siły Aguero na końcowe minuty. Zaś do występu Francuza trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia.

Błysk Kuna(a wcześniej gol Jamesa) nie miałby miejsca gdyby nie bardzo solidna praca w pomocy Barry'ego(91% celnych podań!), wsparta kolejnym błędem w selekcji Fergusona. Rok temu Szkot zszokował kibiców wstawiając Parka, wczoraj, przynajmniej przez 60 minut, najsłabszy na boisku był Giggs, czasami dzierżąc tę mało zaszczytny tytuł z Rooneyem, który jednak rzadko bywał przy piłce(nie oddał ani jednego strzału!). Można mieć też pretensje do Van Persiego, tylko że Holendrowi brakowało wsparcia. Z kolei w City oczekiwałem większej roli w ataku Toure, ale wydaje mi się - tu różnię się z Michałem Zachodnym i jego tekstem dla Taktycznie - że mając przed sobą Silvę, Nasriego, Milnera oraz wchodzących bocznych obrońców nie miał za zadanie kreowanie gry, a raczej bezpieczne przenoszenie piłki do 'właściwej' ofensywy. Zresztą, wyżej grał Barry i nie zgodzę się, iż Toure zagrał słabo, miał po prostu inne zadania, a gol United to także wina Kompany'ego, który nie upilnował Jonesa - najlepszego piłkarza Czerwonych Diabłów.

Twarz Phila Jonesa po golu Aguero, obśmiana już na wszelkie sposoby w Internecie, wyraziła wszystko - szok, niedowierzanie, może nawet poczucie krzywdy w obliczu tak dobrego występu. Jednak Sergio był zdecydowany, a obrońcom United zabrakło decyzji. Kto ma Argentyńczykowi odebrać piłkę? Welbeck? Ferdinand? Jones? Evra? Wygląda na to, że myślą nad tym do teraz.

Zdanie o Mike'u Deanie. Lubię tego sędziego. Może i mógł wyrzucić Rooneya, mógł też dać dokończyć City akcję w ostatniej minucie pierwszej połowy, tak jak to zrobił w przypadku United pod koniec spotkania, ale ogólnie - występ na plus, bez kontrowersji o których rozprawialibyśmy przez następne tygodnie.

Manchesterowi City pozostaje oczyścić głowy i zapomnieć o lidze - w niedzielę Wembley i szansa na finał Pucharu Anglii, choć na pewno będą nasłuchiwać wieści z Brittannia Stadium. Mam tu spory dylemat: czy bardziej chcę spadku Stoke, czy straty punktów United? Wyobraźcie sobie, że przegrywają z Garncarzami. City pokonują Wigan w tygodniu i już zostaje tylko 9 punktów... nie, stop. Krok po kroku. Najpierw FA Cup, a potem wygrać wszystko do końca sezonu i zobaczymy. Jeśli uda się zmniejszyć przewagę United do powiedzmy 6 punktów, to będzie dobry znak na przyszły sezon.

wtorek, 09 kwietnia 2013, angamoss

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: