sobota, 30 marca 2013

Tekst pierwotnie powstał dla Krótkiej Piłki, portalu o - niespodzianka! - piłce nożnej który mocno wam polecam, bo piszą tam same poważne blogowe nazwiska(i ja też, bo dałem łapówkę)! 

Do rozpoczęcia okienka transferowego pozostało jeszcze sporo czasu, ale już z całą pewnością można powiedzieć, iż Manchester City, po słabszym polowaniu w lato 2012 roku, znowu wkroczy na rynek jako jeden z najaktywniejszych graczy. Jednak krępujące rozrzutne wydawanie pieniędzy Finansowe Fair Play sprawia, że nawet Roberto Mancini, obsesyjnie głodny nowych gwiazd światowego formatu w swoim zespole, musi najpierw sprzedać, aby potem kupić. A lista piłkarzy zagrożonych bądź zainteresowanych transferem z Etihad wcale nie jest krótka.

Angielska prasa od dłuższego czasu spekuluje na temat grupy zawodników, których sytuacja na Eastlands jest co najmniej niepewna. Trzem piłkarzom kończą się kontrakty: wypożyczonym do Brighton i Malagi odpowiednio Wayne'owi Bridge'owi i Roque Santa Cruzowi. Los obu jest już przesądzony, są skreśleni przez Manciniego i nie mają szans na nowe umowy w City, mało prawdopodobne, aby ewentualny następca Włocha miał odmienne zdanie. Inaczej sprawa ma się z Kolo Toure, który w ostatnim czasie godnie zastępował kontuzjowanego Vincenta Kompany'ego i z pewnością chciałby nadal występować w jednym klubie ze swoim bratem. Mówi się, że Iworyjczyk ma oferty z rosnącej w siłę ligi tureckiej, ale jeśli utrzyma obecną formę i zgodzi się na obniżenie pensji, to przedłużenie kontraktu o rok stanie się całkiem realne.

Odejście Balotellego w zimie skróciło opcje Manciniego w ataku do zaledwie trzech. Wobec wciąż niegotowego do testu na poziomie Premier League Johna Guidettiego zapewne martwią włodarzy City dwa fakty. Pierwszy, to poważne źródła sugerujące, iż Edin Dżeko jest bliski transferu do Borussii Dortmund. Drugi, to umowa Carlosa Teveza, ważna do końca 2014 roku oraz zapowiedzi Argentyńczyka, iż chciałby po przygodzie z City osiąść na ostatnie lata kariery w swojej ojczyźnie. W wypadku Teveza, stanowisko jest jasne, nikt sobie nie wyobraża, aby Apacz mógł odejść za darmo w przyszłym roku. Oferta nowej umowy i decyzja samego piłkarza muszą być znane przed 1 września 2013, aby uniknąć nieporozumień i panicznej próby uzyskania jakichkolwiek pieniędzy za niego w zimie.

Wszak wystarczy przypomnieć długie i nieudane negocjacje z Corinthians i AC Milanem w okolicach incydentu w Monachium. Obecnie Carlitos prezentuje wzorową formę sportową i pomimo wygasającego kontraktu jego wartość rynkowa jest wyższa niż 12 miesięcy temu, niemniej problemem może być, podobnie jak przy próbach sprzedaży innych zawodników (np. wspomnianego już wcześniej Bridge'a), pensja piłkarza. Kłopot ów prawdopodobnie rozwiązano, choć według plotek nie bez przejść, w Dortmundzie, aczkolwiek nadal pozostaje kwestią otwartą, czy Dżeko faktycznie poprze swoje chęci powrotu do Bundesligi czynem.

Pozostaje jeszcze pytanie, jak dużym elementem w tej transferowej układance jest transfer Roberta Lewandowskiego. Wszyscy wprawdzie mamy już dość tych spekulacji, ale wydaje się, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży Polaka mogłyby posłużyć BVB do zainwestowania w Dżeko. W City przecież nikt nie ma zamiaru sprzedać Bośniaka, a co dopiero za grosze. Ewentualne porozumienie między klubami otworzy na poważnie wyścig o podpis napastnika z topu, ale temat Cavaniego czy Falcao pozostawmy na inną okazję. Prasa na dobrą sprawę jeszcze się zaczęła rozłożyć transferowej karuzeli.

W nadchodzących kolejkach Premier League najmocniej o swoją pozycję w klubie powinien powalczyć, jeśli jest tym zainteresowany oczywiście, Samir Nasri. Krytykowany przez Manciniego Francuz rzadko odgrywał znaczącą rolę w obecnym sezonie. Anonimowość na boisku przełożyła się na kwestionowanie jego postawy w ogóle. Zaczęły pojawiać się pogłoski o zepsutym pieniędzmi dzieciaku, dla którego właściwym krokiem byłaby ucieczka do PSG, perfekcyjnym dla stanu konta i City, i Nasriego. Z pewnością jednak Samir poczeka na rozstrzygnięcie w Pucharze Anglii, decydującym o przyszłych losach Manciniego.

To samo powinien uczynić Joleon Lescott. Wg Daily Mail City mogą pozbyć się defensora będącego w podobnej kadrowej co były pomocnik Arsenalu. Ten jeszcze od czasu do czasu ustępuje miejsce w składzie Milnerowi, a mimo tego zaliczył 28 występów we wszystkich rozgrywkach. Anglik natomiast nie gra ze względu na Nastasicia i nie jest w stanie się przebić do meczowej jedenastki na dłużej nawet pod nieobecność Kompany'ego.

Na przekór pogłoskom Mancini wyraził swoje uznanie dla Joleona, w końcu grał nim w 24 spotkaniach tego sezonu, ale czy przed startem nowej kampanii będzie to miało jakiekolwiek znaczenie, jeszcze się przekonamy. Przy okazji warto pamiętać, iż media uwielbiają wyolbrzymiać wszelkie realne bądź wymyślone niesnaski w zespole z Etihad Stadium. Każdy rezerwowy jest niezadowolony i skonfliktowany z Mancinim, a przy ławce City stoi kolejka kontrahentów chętnych na usługi tego, czy innego piłkarza. Biorąc miarkę brukowców należałoby napisać, iż nawet Joe Hart myśli o transferze, ponieważ Mancini go skrytykował i w krajowych pucharach stawia na Costela Pantilimona. 

Wspomnianemu Lescottowi umowa z City wygasa, podobnie jak Garethowi Barry'emu, z końcem sezonu 2013/2014. Pierwszy z nich będzie miał wówczas 31 lat, drugi 33. Gareth już zapowiedział, że chciałby zakończyć karierę w City. Z tym bagażem doświadczenia oraz faktem, iż jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi Manciniego, przedłużenie kontraktu o rok wraz z obniżeniem gaży wydaje się bardzo możliwe. Jeszcze starszy(34 lata na karku) w lato 2014 roku będzie kontuzjogenny Maicon i jego szanse na trzeci sezon na Etihad już teraz wydają się nikle, a po potencjalnym odejściu Roberto Manciniego szanse te spadną do zera. Na drugim biegunie piłkarskiej kariery jest jeszcze Dedryck Boyata. Wypożyczenie do Twente młodego Belga, który debiutował w City za Roberto właśnie, okazało się niewypałem i wobec mocnej konkurencji w obronie Boyata powinien szukać swojej szansy na niższym poziomie.

Ponadto, media codziennie (i chyba słusznie...) łączą rezerwowego Scotta Sinclaira z połową klubów Premier League oraz cytują agenta Yayi Toure, rzekomo stawiającego na ostrzu noża rozmowy kontraktowe. Co zabawne, Toure ma umowę ważną do 2015 roku i jeśli ktokolwiek ma naciskać na zwiększenie tempa negocjacji, to tylko ów agent, rządny swojego udziału procentowego. Mówiąc wprost, szykany i groźba opuszczenia City przez Toure są marną próbą nabicia kieszeni przez chciwego reprezentanta piłkarza. Sam Yaya warunkami panującymi w Manchesterze może być jedynie zachwycony i bardzo wątpliwe, aby nagle zapragnął zmienić otoczenie. 

Ferrana Soriano i Txikiego Beguiristaina czeka mnóstwo pracy. Poprzednie okienka The Citizens, w których wyczyszczenie składu z piłkarzy niechcianych szło bardzo topornie i nieskutecznie, nie mają prawa się powtórzyć. Wypadki Adebayora, Bellamy'ego czy Benjaniego tułających się po wypożyczeniach z nadzieją na transfer definitywny, a ostatecznie oddanych za czapkę gruszek, kosztowały poprzednika Beguiristaina, Briana Marwooda, posadę, a klubowi przysporzyły sporo strat finansowych. Nikt na nie nie zwracał aż takiej uwagi w latach wcześniejszych, ale już w 2013 roku bilansowanie budżetu jest równie ważne jak sukces na boisku i tym razem ta zależność jest bardzo ścisła. Brak trofeum w postaci Pucharu Anglii, skutkujące najpewniej rozstaniem City i Manciniego, doprowadzi do jeszcze poważniejszych przetasowań, bez względu na wielkość nazwiska kontynuatora projektu szejków z Abu Dhabi.

poniedziałek, 11 marca 2013

Potwierdziło się większość moich obaw przed starciem z Kolejorzem. Bardzo chciałem uniknąć scenariusza, w którym to Górnik traci pierwszy gola i przegrywa ostatecznie 0:1. Sposób w jaki Lech wyszedł na prowadzenie zostawiam na osobny akapit; główny wniosek z wczoraj jest taki, że zabrzanie wciąż nie odpalili, jesienna forma wydaje się być odległa niczym ostatnie mistrzostwo, a typowanie KSG na podium wygląda z meczu na mecz na coraz bardziej pozbawione argumentów.

Żółć jaka wylała się z trybun na sędziego Raczkowskiego to, jak to się mówi, typowy temat zastępczy. Absolutnie, żadne sędziowskie wpadki nie mogą przykryć mizernej postawy Górnika, ale rozprawmy się i z nimi. Karny dla Lecha określiłbym nadgorliwym i aptekarskim. Kontakt z łokciem Gancarczyka był, ale także z jego żebrami, do tego zawodnik był obrócony tyłem... oczywiście zwiększył swoją 'objętość', jednak pozycja ręki nie była jakoś strasznie nienaturalna i gdyby karnego nie było, sędzia Raczkowski, tuż przed rozpoczęciem żartujący z Gancarczykiem nota bene, spokojnie by się obronił. Co do faulu na Iwanie, to też sporo wątpliwości - Kamiński nogę wystawił, ale czy był kontakt, tego nie potrafię ustalić, ale skłaniałbym się ku temu, iż jedenastki być nie powinno. Zresztą, po koszmarnym kiksie Nakoulmy pytanie o zasadność gwizdnięcia wydają się bezsensowne. 

Pudło z jedenastu metrów to i tak jedynie część frustracji, jakich byłem uczestnikiem. Jeśli najlepszym piłkarzem Górnika był Skorupski, to nie świadczy to najlepiej o przebiegu spotkania. Skuteczna obrona zabrzan zaczyna być historią, za chwilę może być legendą, a ta, wiadomo, w końcu stanie się mitem i już nawet Skorupski nie pomoże.

A Lech, mimo iż miał przewagę, nie był w stanie wyjść na prowadzenie, raził brakiem skuteczności. Karny przez to wydawał się jeszcze bardziej niesprawiedliwy i bolesny. Remis, z uwagi na to co Górnik pokazał, byłby mało zasłużony, tu trzeba było wygrać przecież. A sprawiedliwość, o której mówił trener Rumak po meczu, widzę raczej w tym, że Górnik przegrał będąc po prostu za słaby na Lecha, który niczym szczególnym nie zachwycił, ale był na tyle skuteczny z tyłu, że nie dał sobie prowadzenia wyrwać. 

Miałem jeszcze uncję nadziei na rozruszanie środka pola Iwanem i cofniętym Kwiekiem, ale nic specjalnego z tego nie wyszło. Pamiętam cały czas słowa sztabu o nowej strategii, angażującej pomocników w ataki, ale to chyba nie wychodzi, bo efekty trudno dostrzec - Górnik nie oddał celnego strzału na bramkę Buricia. Za to doskonale trakcie meczu rzucały się w oczy katastrofalne dośrodkowania Bonina. Każde z nich było niedokładne i już sam nie wiem, co gorsze dla Górnika na prawej stronie, Bonin czy Olkowski... wybór dosłownie z gatunku między dżumą a cholerą. Każdy kolejny kontakt z piłką Bonina to zapowiedź jakiejś małej tragedii, to samo tyczy się Zahorskiego i dojrzewa we mnie decyzja o przyznaniu racji przedrundowym pesymistom.

Myśl ta błądziła mi z tyłu głowy od dłuższego czasu. Boninem i Zahorskim, będącymi już dawno po swoich najlepszych czasach, nikt ligi, nawet tak wyrównanej, nie zwojuje. Możemy uważać Adama Nawałkę za cudotwórcę, ale nie sprawi on, że Zahor poprawi technikę, a Bonin zacznie celnie dośrodkowywać. Wiara w trenera to jedno, ale drugie to przykry fakt, że zakontraktowano piłkarzy obśmianych na każdy sposób i prawdopodobnie niechcianych nigdzie indziej w Ekstraklasie. Przyzwoitość i złudna kibicowska wiara w cuda nakazywała dać im szansę i nie skreślać ich nim chociaż spróbują dopaść do piłki. Jednak po 3 spotkaniach wygląda na to, że przyzwoitości nie zachowali zawodnicy, zgłaszając aspirację do gry w klubie, w którym ich umiejętności nie wystarczają. Są tani i prawdopodobnie będą ubierać trykoty Górnika tylko do końca rundy, ale co krwi napsują kibicom, to napsują.

Tylko że nie samym Zahorem i Boninem Górnik stoi, nie chcę z nich robić takich totalnych kozłów ofiarnych, gdyż reszta kopaczy także jest daleka od jesiennej formy. Po roszadach w zimie kadra wymagała uzupełnień, doszły jeszcze kontuzje, a mimo tego Górnik nie był w stanie wystawić pełnej ławki rezerwowych(Łukasiewicz i Zachara byli powołani do kadry ME). Potrójna zmiana, pierwsza taka za Nawałki w Zabrzu, to akt czysty desperacji. Mączyński gra przeciętnie, a Prezes i Jeleń są fizycznie niegotowi na przejęcie ciężaru gry i ratowanie wyniku. A tu nie ma czasu na zgrywanie się i powrót do pełni sił. Za chwilę przyjdzie grać na Łazienkowskiej w meczu prawdopodobnie ostatniej szansy na doskok do uciekającej grupy mistrzowskiej.

Wracając do domu pomyślałem jeszcze o tym, że czar prysł, że fajnie było pomyśleć po dekadach że Górnik znowu może sięgnąć po coś więcej niż tytuł klubu komedii. Trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że szansa własnie uciekła i może się już nie powtórzyć przez kilka lat. Chciałbym, aby w piątek Górnik mi pokazał, że się straszliwe mylę, że skreślam zbyt wcześnie. W Warszawie będzie ciężko, bez względu na to, co Legia na wiosnę pokazuje. To będzie także test dla Adama Nawałki. Czy jest cudotwórcą, czy tylko solidnym trenerem, który pomógł niezłej grupie na chwilę poczuć smak ligowego szczytu.

sobota, 09 marca 2013

Pierwsze z dwóch kluczowych starć w czubie tabeli czas zacząć. Oba zespoły są po porażkach na własnych obiektach i wobec zwycięstwa Legii nikogo nie będzie przy Roosevelta interesował remis. Absurdalna logika Ekstraklasy gwarantuje jednak niespodziewane i we złamaniu pewnych prawidłowości szukałbym szansy na zwycięstwo dla ekipy Adama Nawałki.

W poprzednich kolejkach Lechitów spotkał podobny los co Górnika, w obu spotkaniach szybkie gole ustawiały spotkania i całkiem możliwe, że i tym razem będzie podobnie. Lech z Ruchem prowadzenie objął już w drugiej minucie, gola z Polonią stracił w szóstej. Ustawiało to dalszy przebieg tych meczów, u siebie poznaniacy przejęli inicjatywę i szturmowali bramkę Pawełka przez pozostałe 80 minut. Oddali przy tym kilka groźnych strzałów z dystansu, świetną okazję miał też Ślusarski, jednak mimo znaczącej przewagi wyrównać, podobnie jak Górnik z Jagiellonią w drugiej połowie, nie potrafili. Inna sprawa, że zespół Stolarczyka moim zdaniem powinien przy Bułgarskiej wygrać wyżej, jednak Czarne Koszule zmarnowały ze dwie wyśmienite kontry.

W Chorzowie natomiast role były odwrócone, przynajmniej w pierwszej połowie, gdy rywalizacja miała jeszcze sens. To Ruch częściej był wówczas przy piłce, a Lech strzelał gole i na ten podstawie trudno przewidzieć, co się w Zabrzu wydarzy. Zakładam, że Adam Nawałka wyciągnie swoją typową broń przeciwko Kolejorzowi, czyli wysoki pressing od pierwszej do ostatniej minuty spotkania. Na Roosevelta przynosiło to dobre rezultaty - dwa zwycięstwa od powrotu do Ekstraklasy, ale, no właśnie, nieco przeraża mnie fakt, iż ostatni raz Lech przegrał na wyjeździe... pod koniec września zeszłego roku. Poza tym - same zwycięstwa. A Górnik dwie porażki poniósł właśnie u siebie, po kiepskich spotkaniach... i weź tu bądź mądry, panie.

Moją uwagę w składzie Lecha przykuł debiutujący w Polsce Kasper Hämäläinen. Na Cichej szczególnie zaprezentował się korzystnie - gol, asysta, sporo zdrowia i pozytywnego wrażenia pozostawionego na boisku. Fin dużo widzi, potrafi utrzymać piłkę i nie panikuje, gdy znajdzie się w trudniejszym położeniu, z pewnością Adam Nawałka musi zwrócić swoim piłkarzom na niego uwagę. Bitwa w środku polu skutecznie powinna odciąć Kaspera od podań. Co do innych zagrożeń - Tonew. Oczywiście, jego tendencja do jazdy bez głowy jest znana, ale zawsze istnieje ryzyko, że coś mu wyjdzie i trzeba będzie odrabiać straty. Co ciekawe, po tej samej stronie boiska będzie biegać dwóch podobnie uzdolnionych skrzydłowych, Bułgar i Olkowski. Żeby tylko się nie przeziębili od wiatru, który będą robić.

Skoro mówi się, iż Prezes i Jeleń mają być gotowi na Legię, to jasne, że personalia Górnika na niedzielę pozostaną praktycznie bez zmian. Zabraknie Przybylskiego(kartki) - Nawałka najpewniej postawi w jego miejscu Iwana, co mam nadzieję rozrusza ospałą ofensywę zabrzan. Chętnie też zobaczyłbym Mosznikowa, który dał niezłą zmianę w zeszłą niedzielę. no i... może zamiast Zahorskiego rzucić na atak/skrzydło Bonina(Zachara jest w kadrze z Młodą Ekstraklasą, więc nie jest bliski pełni zdrowia)? Zbyt wiele ryzyka w takiej roszadzie nie widzę...

Grunt to utrzymać walkę w środku pola, niekoniecznie dając Lechowi szansę na kontry, a więc pressing, pressing i jeszcze raz pressing. Będzie brakować Nakoulmy, toteż atak Górnika nadal będzie dość statyczny i dopóki Lech nie popełni katastrofy, to będę liczył na stałe fragmenty. Dobrze by było aby Gancarczyk kilkoma dobrymi dośrodkowaniami przypomniał Lechowi, że jednak w piłkę grać potrafi. no i - nie stracić gola jako pierwsi, bo jeśli jakieś rozstrzygnięcie jest bardziej prawdopodobne, to właśnie typowe dla Lecha zwycięstwo na wyjeździe 1:0. Jeśli Górnikowi uda się na przekór passie Kolejorza dziś wygrać, to do Warszawy będzie jechać z dobrym nastawieniem. A żeby zdobyć owe cztery punkty, o których marzę, właśnie dziś potrzeba pokazać, że jest to możliwe.

poniedziałek, 04 marca 2013

Tak kończy się rozdawanie punktów przez kolejką.

Górnik zagrał jedno z najgorszych spotkań w sezonie i słusznie poniósł drugą ligową porażkę. Jagiellonia, do niedzieli bez gola w 2013 roku, wykorzystała absolutnie wszystko, co zabrzanie podarowali i dzielnie broniła zwycięstwo do ostatniej minuty spotkania.

Pierwsze dwa kwadranse na Roosevelta zasługują na oddzielny akapit, choć słowo dramat w zasadzie mówi wszystko. Jako że jestem bywalcem sektora, po stronie którego Górnik atakował w pierwszej połowie, to wynudziłem się nieprawdopodobnie. Nie działo się praktycznie nic, co podniosłoby temperaturę na trybunie. Ciśnienie zaś skoczyło wszystkim dwukrotnie po golach dla gości. Najpierw zamieszał Kwiek - podał do Dancha będącego pod pressingiem. Kapitan Górnika na szybko chciał piłkę oddać Olkowi, ale ten był już wyprzedzony przez piłkarza Jagiellonii. Piłka dochodzi po chwili do Quintany, ten ma sporo szczęścia przy dwóch rykoszetach i 1:0.

Goście nie tylko w tej akcji, ale w przekroju całej pierwszej połowy lepiej operowali pressingiem, umiejętnie to raz wychodząc wyżej, to chowając się za podwójną gardą. Górnik natomiast miał wielkie problemy z rozegraniem piłki. Bodaj tylko razu udało się przenieść ciężar gry na połowię Jagi, poza tym urzeczywistniła się jedna z obaw, jakie wiązałem z przyjściem Zahorskiego.

Obawa natury taktycznej - kiedy zabrzanie są bezradni w ataku pozycyjnym, próbują długim zagraniem uruchomić Zahorskiego, ten ma wygrać pojedynek główkowy i ... no właśnie, ktoś musi wejść w tempo, zgarnąć przebitą piłkę i stworzyć zagrożenie. Ale to nie działa. Nie funkcjonowało podczas poprzedniego pobytu Zahora w Zabrzu i nie ma wielu argumentów, aby tym razem wyglądało to inaczej. W kwestiach wymuszonej taktyki wolałbym, z dwojga złego, aby Adam Nawałka był uzależniony od Nakoulmy, a nie od Tomka. Wczoraj niestety bezradność wzięła górę. Ciężar rozegrania próbowało wziąć na siebie prawe skrzydło, bezskutecznie, środek pomocy praktycznie nie istniał. No, dramat jak się patrzyło. A Jagiellonia mogła prowadzić 4:0, w końcu Plizdze niewiele zabrakło, a bardziej zdecydowany Smolarek mógłby minąć Skorupskiego i pogrążyć słabego Górnika.

Nastawienie Jagi na drugą połowę zmieniło się na bardziej defensywne, co mimo wszystko trrochę mnie zdziwiło. Obrona korzystnego wyniku nie musi oznaczać cofnięcie linii o 10, 20 metrów. Wyżej grający zespół Hajty zmusił Górnika do częstych fauli(w pierwszej połowie zanotowali ich dziesięć, a przecież nie liczymy tych, które sędzia puszczał z powodu korzyści), przez co wyglądał na sfrustrowany i mizerny. Po przerwie jednak zabrzanie przejęli kontrolę nad meczem i dzięki przestrzeni w okolicach 30., 40. metra coś w ofensywie ruszyło, aczkolwiek po tym jak Bonin miał wielkie kłopoty z przyjęciem zdawałoby się prostej piłki z 71. minuty, zwątpiłem iż cokolwiek może Górnikowi wpaść. Swoje 3 grosze do tego przekonania dołożył jeden z bohaterów Jagi, Adam Dźwigała, który wybił z linii strzał Mosznikowa(niezłe wejście zanotował Estończyk tak btw), a w pierwszej połowie sprytnie wykorzystał gapiostwo obrońców KSG i dał swojemu zespołowi prowadzenie 2:0. Na szczęście, mimo ostrych rajdów Kupisza i kontr Jaga nie zdołała podwyższyć wyniku, dzięki czemu nie tylko  uniknięto blamażu, ale i zachować, małą bo małą, ale jednak szansę na remis.

Gol Przybylskiego dał jakąś nadzieję, choć piłka kuriozalnie do niego trafiła po plecach Bońka i obrońcy Jagi. Później jeszcze Bonin próbował przewrotką w ostatnich sekundach dać remis, ale mimo zdecydowanej przewagi w tej części gry Górnikowi nie udało się niczego wyrwać z boiska. W przewidywaniach przedmeczowych zabrzanie mieli zdecydowanie wygrać, na murawie mogli zremisować, a ostatecznie przegrali. Czy to preludium do kolejnego wyścigu ślepego z kulawym o Mistrzostwo Polski? Za tydzień pierwsze starcie z bezpośrednim rywalem do tytułu... i nijak nie da się wskazać w nim faworyta, wszak oba zespoły przegrały swoje domowe spotkania(Lech już czwarte z rzędu!). Kurczaka z rożna temu, kto wytypuje prawidłowy wynik.

Górnik z Jagiellonią zagrał dwie złe połowy. Gdy rywal naciskał i nie pozwalał grać, pomocnicy i obrońcy popełniali kosztowne błędy, a atak w ogóle nie istniał. Gdy zaś Jaga się cofnęła, zabrakło skuteczności(choć nie determinacji). Adam Nawałka dobrze odrobił swoje zadanie w przerwie, ale do choćby punktu, z przebiegu raczej niesprawiedliwego, trochę zabrakło. Oby piłkarze przebudzili się po tym małym szoku i zrozumieli, że za darmo nikt w tej lidze punktów nie daje, jakkolwiek dwuznacznie i korupcjogennie by to nie brzmiało ;-)

Jeszcze jedno. Cała liga już wie, że auty na wysokości pola karnego rywali Górnik wyrzuca na Szeweluchina. Ukah znakomicie sobie z tym radził i nasz Ukrainiec dwukrotnie nawet nie musnął piłki. Czas na jakąś odmianę tego wariantu, bo stał się zbyt czytelny.

wtorek, 26 lutego 2013

Nie mogło stać się inaczej - od pierwszego dnia po podpisaniu umowy z Górnikiem przeznaczeniem Zahorskiego był gol z Piastem na przekór przeogromnym drwinom ze strony kibiców i oczekiwaniom na poziomie zerowym. Dla wielu najlepszym miejscem dla Tomka miała być ławka rezerwowych solidnie posmarowana supertrzymającym klejem. Łaskawszym okiem fani spoglądali na powrót Bonina, który w Górniku zaliczył najlepsze lata gry, potem wprawdzie był zjazd z Polonii przez ŁKS do Pogoni, więc też nie spodziewamy się, aby Grzegorz miał być kluczową postacią na wiosnę. Grunt, że obaj są relatywnie tani i po sezonie prawdopodobnie Górnik się ich pozbędzie. - tak pewnie uważał każdy, nawet ci, którzy darzą trenera Nawałkę ogromnym kredytem zaufania.

Jednak dla śledzących wyniki i składy Górnika ze zgrupowania z Turcji było jasne, że Zahor jest szykowany do wyjścia w pierwszym składzie, choć uważałem, iż będzie to szpica, a nie lewa strona pomocy w zastępstwie Nakoulmy. Poza Łuczakiem w środku ataku Adam Nawałka niczym większym nie zaskoczył. Nawet częste wystawianie Konrada Nowaka w meczach kontrolnych nie przełożyło się na jego miejsce w składzie. Uczciwie trzeba jednak sprawę postawić, że młody pomocnik był desygnowany do ataku, a póki co nie dysponuje posturą godną Ekstraklasy i pewnie czeka go runda, w której będzie szukał szansy w końcówkach spotkań. Reszta zespołu bez niespodzianek - trudno było się spodziewać, aby sztab Górnika próbował rozmontować sobie tak dobrą defensywę i solidny środek pomocy.

Przed meczem oczekiwałem powtórki z poprzednich wiosennych wznowień pod Adamem Nawałką. W trzech takich spotkaniach Górnik ani razu nie stracił gola, dwa remisy(GieKsa i Polonia Warszawa) i jedno zwycięstwo(to pamiętne 2:0 nad Legią) i plan ten idealnie wykonał w poniedziałek, choć sporo przy tym było zasługi w osłabieniach Piasta. Praktycznie poza sytuacją Jurado z trzeciej minuty trudno wskazać, kiedy to gliwiczanie przestraszyli Skorupskiego. Nerwowo było tylko pod koniec, gdy Piast wykonywał dwa rzuty wolne z bliska, ale jeden wylądował obok bramki, a drugi skończył się w murze.

Goście nie potrafili wykorzystać fatalnej skuteczności Górnika i słusznie Adam Nawałka mówił po spotkaniu o tym, aby nie zachłysnąć się zwycięstwem. Bo było dobrze, ale nie idealnie, wszak te sytuacje Zahorskiego, Olkowskiego i Kwieka powinny wylądować w siatce. Szczególnie to sam na sam Pawła... gdyby poprawił ten element i nieco lepiej dogrywał piłki(drybling i szybkość ma już odpowiednie) to wskoczyłby na szczyt listy piłkarzy z Zabrza gotowych na wyjazd zagraniczny. A tak jest typowym jeźdźcem bez głowy, niestety.

W grze Górnika, na tyle na ile mogłem zaobserwować z trybun, brakowało typowej płynności i znanego z jesieni ataku pozycyjnego. Po części można to wytłumaczyć szybkim golem i nastawieniem na grę z kontry, albo z powodu derbowego(walecznego rzecz jasna) charakteru starcia z Piastem. Skoro jednak nie szło z typowego rozegrania, to przynajmniej interesująco wyglądały stałe fragmenty gry. Po rzucie rożnym padł gol, a każdy następny zmuszał do interwencji Trelę, bezwzględnego bohatera spotkania i chyba najbardziej wściekło na boisku, w końcu jego obrońcy wyłożyli zabrzanom dwie setki i tylko swoimi umiejętnościami uratował Piasta przed kompromitacją. Ogólnie, derbowy występ biorę za za dobry znak - osłabiony brakiem Nakoulmy Górnik mimo wszystko wypracował sobie kilka sytuacji, nadal był zdeterminowany i nie odstępował rywali na krok. 

Gol Zahorskiego wpadł w dość szczególnym momencie, akurat Torcida zaczęła rozkręcać oprawę... i nad nową trybuną mogliśmy podziwiać niezły pokaz sztucznych ogni. Górnik na swój sposób eksplodował, Zahor także, grunt to sprawić, aby nie była to tylko efektowna i chwilowa sztuczka, a długotrwałe pasmo dobrych występów. W niedzielę podejmiemy Jagę, znokautowaną przez Podbeskidzie, a w perspektywie mającą mecz Pucharu Polski z przeciętną Wisłą. Utrzymanie dwóch, trzech punktów straty do liderującej Legii przed starciem na Łazienkowską byłoby fantastyczne, ale tu znów przyda się twardo stąpający po ziemi Adam Nawałka. Nawet lider po czterech bardzo trudnych kolejkach wiosennych nic nie daje. Nadal potrzeba wytężonej, ciężkiej pracy, aby wejść na szczyt i dłużej się na nim utrzymać, czego wypada życzyć zarówno Tomaszowi Zahorskiemu(już bez tej porcji szydery), jak i całemu Górnikowi.

niedziela, 24 lutego 2013

Futbolowa strona Internetu to mało przyjazne miejsce dla Manchesteru City i Manciniego. Niewielu jest autorów - poza kibicami City, naturalnie, którzy potrafią umiejętnie zadać wirtualne pytanie i szukać odpowiedzi bez uprzedzeń, bez wszędobylskich najprostszych wniosków i posądzeń, o psucie piłki nożnej, o przepłaconych i skłóconych piłkarzy, traktujących Manciniego jak szczęściarza i gracza Football Managera, który mistrzostwo dostał w prezencie, a go nie wywalczył i tym podobne. Jednym z tych dobrych miejsc jest blog Michała Zachodnego. Michał ostatnio wziął na warsztat wypowiedzi Manciniego z tego wywiadu Daniela Taylora, często zajmującego się w Guardianie tematyką piłki w Manchesterze. A że zawarł w swoim wpisie sporo interesujących spostrzeżeń, z którymi się nie zgadzam, postanowiłem odpowiedzieć również blogową notką.

Oczywiście, nie będę walczył m.in. z subiektywnymi odniesieniami pokroju Mancini mnie rozczarował, bo natychmiast chce się zapytać, czym dla kibica Chelsea jest rozczarowanie, skoro w jego ulubionym klubie menadżeruje Benitez, z uporem maniaka stawiający na Torresa. Pominę to jednak, gdyż byłaby to zwykła złośliwość z mojej strony ;)

Michał krytykuje Manciniego za wymienianie nazwisk piłkarzy, których widziałby(Roberto, nie Michał;)) u siebie w klubie i wydaje mi się, że chyba przecenia trochę silę takich wypowiedzi. Roberto w końcu podaje piłkarzy obecnych na listach życzeń praktycznie większości klubów, w tym i pewnie City, nie do końca widzę więc, jak taka wypowiedź pali cenę i utrudnia negocjacje, które być może są już na jakimś zaawansowanym etapie. Zresztą, co by Roberto nie palnął, dla City i tak cena będzie wyższa, tak samo jak dla Chelsea. A konflikt w sprawie transferów był nazbyt widoczny. Zamiast pieniędzy wydanych na Rodwella, Sinclaira i np. Garcię Roberto pewnie wolałby widzieć de Rossiego, ale to temat wałkowany od startu sezonu i nie ma sensu się powielać. Dziwi mnie jednak, że Michał widząc chęci Manciniego do zmian, i to biorąc pod uwagę nazwiska chodzi o zmiany sporych rozmiarów, argumentuje iż błędem Włocha jest Ufanie zawodnikom, którzy go wywindowali na szczyt przed rokiem. A kogo ma wystawiać, skoro nie dostał nowych piłkarzy, jakich oczekiwał?

We wszystkich słowach Manciniego widzę przejaw jego bezpośredniości i szczerości. Umówmy się - Włoch nigdy nie był i nie będzie dyplomatą, jeśli coś mu nie pasuje, to na pewno nie zatrzyma tego dla siebie pod płaszczykiem gładkich wywiadów, ładnych w formie i pustych w treści. To nie ten typ. Dlatego więc krytykuje Joe Harta i Samira Nasriego. Są jego piłkarzami i ma do tego prawo, identycznie postępował z Johnsonem i Balotellim, to w gruncie rzeczy zdrowa postawa. Oczywiście, 8 na 10 menadżerów zostawia takie rzeczy w szatni, a upublicznianie krytycznych opinii uznaliby za największe z możliwych przewinień. Jednak po lekturze cytatów z Beniteza czy Rodgersa(ten o perfekcyjnym meczu na wyjeździe to absolutny hit) wolę Roberto. Do sedna sprawy, bez owijania w bawełnę.

Jego zdanie o Harcie można odczytać inaczej - owszem, po sezonie w Birmingham City wielu typowało go do wielkich rzeczy, niemniej postawienie na niego ZAMIAST na Givena było ryzykownym krokiem, bo w City margines błędu zaczął się wówczas szybko kurczyć. Shay przecież bronił wyśmienicie(pewnie pamiętasz Michale obronionego karnego Lamparda?;)), ratował City masę punktów, a tu bach, wchodzi nieopierzony na poziomie walki o trofea młokos. Stąd chyba może Mancini pozwolić sobie na odważniejszą krytykę, nie wątpiłbym tutaj w jego zmiennika - Pantilimon zaliczył bardzo dobry presezon i jak pisałem w sierpniu, Rumun mógłby wskoczyć do bramki City, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Bo też Joe nie jest na swoim najwyższym poziomie obecnie, niestety.

Tylko czy Mancini w tym czasie cokolwiek zbudował? Brakuje nawet zespołu, który w trudnych momentach reagowałby charakterem

Jeśli miałbym wskazać na zdanie w tekście Michała, które sprowokowało mnie do repliki, to powyższy cytat właśnie nim jest. Przyznam, bardzo alergicznie reaguję na zarzuty o brak charakteru w City. Czy poprzedni sezon tego nie pokazał? nawet w obecnym piłkarze City pokazywali charakter - chociażby w '10' z WBA i Norwich, wygrywając na Fulham i z Tottenhamem, doprowadzając do remisu z United i tak dalej. Wystarczy spojrzeć jak to wyglądało na początku rządów Manciniego, gdy zespół nie radził sobie gdy tracił gola jako pierwszy, gdy przegrywał derby i spotkania o wysokiej stawce. To się zmieniło i zespół nabrał charakteru, w tym sezonie natomiast stracił kolektywnie formę. To jednak jest różnica, choć trudną ją wyważyć - gdzie zaczyna się gra charakterem, a gdzie kończy się forma. Jak dla mnie, w City nie ma to jednoznacznej odpowiedzi, co frustruje absolutnie wszystkich, menadżera, piłkarzy i kibiców

Młodzi w City gnuśnieją a nie kwitną

Podany przez Michała przykład Johnsona jest bardzo, bardzo leciwy. To znaczy nie można powiedzieć, aby w City gnuśniał, przecież w 2010 powinien w mojej opinii polecieć do RPA zamiast Wrighta-Phillipsa, którego zresztą wygryzł już wtedy ze składu City. Mancini miał bardzo konkretne zarzuty do Adama, widać było w jego grze że defensywnie w ogóle nie pracuje, nie nadawał się więc na wielkie spotkania, z jego formą też bywało różnie, ale daleki był od regresu. Poza tym, przykład Balotellego cholernie spłyca jego osobowość, sytuację w City i relację z Mancinim. Nie, w żadnym wypadku to nie było gnuśnienie, a już na pewno nie z winy samego Roberto.

Inną sprawą jest dalsza taktyka władz City i zweryfikowanie, czy obecny menadżer jest tym, który poprowadzi Błękitnych do sukcesów także na polu wychowywania nowej, wspaniałej generacji piłkarzy. Osobiście w to wątpię. Roberto przyniósł ze sobą pragnienie wygrywania za wszelką cenę i stworzył zespół w jakimś stopniu odzwierciedlający jego wymagania, jednak po wybudowaniu Etihad Campus stery zapewne przejmie ktoś subtelniejszy, z doświadczeniem we wprowadzaniu młodych do wielkiej piłki. Słuchając nieustannej presji, jaką Włoch wywiera (co bez wątpienia potrafi zirytować)na transferowych decydentach raczej nie spodziewałbym się kolejnych 10 lat na Etihad.

Co do słów o Fergusonie, ja je rozumiem w ten sposób - Mancini prawdopodobnie nie obroni tytułu identycznie jak SAF rok temu, ale oczywiście nikomu nie przyjdzie do głowy doamagać się zwolnienia Szkota, nawet jeśli jego zespół wypuścił niemal pewne mistrzostwo z rąk. I takiego statusu chce Roberto, to znaczy aby nikt nie kwestionował jego umiejętności po jednym słabszym sezonie, co dla mnie jest przejawem jego ambicji, a nie rezygnacji. Mancini nieustannie żąda od swoich piłkarzy ciężkiej pracy i skupienia na futbolu, a więc cech, jakie widzi w sobie. Nie brakuje mu swojego rodzaju włoskiej maniery, zadufania i wiary we własny charakter, ale za to zawsze będę go chwalił, a nie ganił.

Z jednym się na pewno z Michałem zgodzę. Mancini popełnia błędy, nie jest menadżerem idealnym. Zasługuje jednak na trochę lepsze traktowanie. Bo wbrew pozorom wciąż walczy i jest jednym z ostatnich, których charakter można złamać i zmusić do wywieszenia białej flagi

poniedziałek, 18 lutego 2013

Zgodnie z oczekiwaniami Manchester City wyeliminował Leeds United i zagra w 6. rundzie(ćwierćfinale) Pucharu Anglii. Dziennikarze oczekując zwolnienia Manciniego w razie porażki już w 5. minucie musieli zweryfikować swoje poglądy, gdy świetna akcja Silvy, Teveza i Yayi Toure dała The Citizens prowadzenie. O jakichkolwiek roszadach na stanowisku menadżera angielscy żurnaliści mogli zapomnieć już 12 minut później, kiedy to Aguero wykorzystał rzut karny. Sergio miał także udział przy następnych dwóch golach - najpierw po wymianie z Silva dograł piłkę na kolano Teveza, a potem sam wykorzystał fantastyczne podanie Merlina. 4:0, w następnej rundzie czeka już Barnsley, które na swojej drodze pierwszy raz napotyka zespół z najwyższej klasy rozgrywkowej. Wcześniej pokonali MK Dons, Hull City i Burlney.

Aguero FA Cup
Alex Livesey/Getty Images Europe

Szansa na awans dalej jest więc naprawdę spora. Nie uważam jednak, aby fakt, iż Barnsley są w tej chwili w strefie spadkowej Championship wyraźnie skreślał ich szanse, skoro nawet będące w fatalnej formie Oldham Athletic(już bez Paula Dickova, niestety) było w stanie ograć u siebie Liverpool, a w weekend wyrwało w końcówce zwycięstwo Evertonowi i doprowadziło do powtórzonego meczu. Jednakże z klubem z Oakwell The Citizens powinni rozprawić się podobnie jak z Leeds - szybko doskoczyć do rywala, zadać dwa mocne ciosy i kontrolować pojedynek bez zbędnych niespodzianek i nerwów. Nie dać szans i wjechać w dobrej formie na 1/2 finału, który rozgrywa się już na Wembley, co jednocześnie psuje sens kibicowskiej zaśpiewki We're going to Wembley. W końcu nikt o zdrowych zmysłach nie marzy o półfinale Pucharu Anglii.

Co do samego spotkania, Mancini słusznie wystawił najmocniejszy skład(ofensywniejszy biorąc pod uwagę, że zamiast Clichy'ego zagrał Kolarow), dał zagrać całe spotkanie Kolo Toure, w dalszych fazach meczu swoje minuty wybiegali powracający po kontuzjach Rodwell i Maicon, a do rytmu meczowego w Manchesterze wchodzi powoli Yaya Toure. Tym, którzy się spodziewali występów młodych zawodników Mancini zawiódł, ale nie ma się co tym przejmować, bo awans wczoraj był równie ważny jak podniesione morale po katastrofie z Southampton i odbudowanie skuteczności napastników, zwłaszcza przed najbliższą niedzielą i bardzo istotnym meczem z Chelsea. Zwycięstwo z nieobliczalnym Benitezem bardzo przybliży City do utrzymania drugiej lokaty w lidze. Żadne to trofeum, ale wielkim błędem byłoby uznanie, że nikt nie spróbuje zrzucić City z fotela wicelidera.

Leeds próbowało wychodzić wyżej i niczym Southampton postraszyć pressingiem, ale bardzo kiepsko szła im obrona przeciwko górnym piłkom. Aguero nie miał kłopotów z wyprzedzaniem obrońców. Zresztą. różnicę klas było widać zbyt wyraźnie, aby goście cokolwiek mogli wskórać i ten obrazek bardzo mnie usatysfakcjonował.

 

Nie pokładałbym jednak sporych nadziei na resztę sezonu przez jeden występ przeciwko Leeds, tak jak to uczynił Mancini. To znaczy, cieszy mnie zwycięstwo, czyste konto, gole i to, że nie pogłębiły się fatalne nastroje po wizycie na St Mary's. Ale dopiero przekonująca wygrana nad The Blues i ewentualna strata punktów United(grają z QPR, więc to mało realne) cokolwiek może we mnie wskrzesić. Nie zmienia to faktu, iż chcę zobaczyć Puchar Anglii wznoszony przez Vincenta Kompany'ego. Bo droga do finału może okazać się stosunkowo łatwa - wystarczy trafić na parę Millwall - Rovers(wolałbym uniknąć np. Evertonu), sprzyjają także inne magiczne okoliczności. W zwycięskiej kampanii 2011 The Citizens odpadli w swojej pierwszej rundzie Pucharu Ligi. Dokładnie tak jak w obecnym sezonie... przypadek? Nie sądzę :) I całkiem prawdopodobne, że powtórzy się również półfinałowy rywal, United jednak musza pokonać najpierw Reading, aby myśleć o dublecie.

Jeszcze parę słów w temacie nurtującym kibiców City od parunastu tygodni enigmatyczny  Scott Sinclair, o którym wspominałem już w poprzednim wpisie. Chłop nie jest w stanie się załapać na ławkę w starciu z drugoligowcem. Nie ma informacji na temat jego kontuzji, a jak ktoś dobrze zaznaczył, Swansea własnie przygotowuje się do finału Capital One Cup... Scott chyba przecenił własne siły. Smutna sprawa, prawdopodobnie został do City ściągnięty tylko po to, aby zespół spełniał wymaganą liczbę Anglików w składzie... po części wydaje mi się również, iż Scott może być ofiara rozgrywek pomiędzy Mancinim a Marwoodem(szerzej, pionem w City odpowiedzialnym za transfery). Scott poza meczową '18' to znak, aby sprowadzać piłkarzy, których Mancini chce u siebie widzieć. Z drugiej strony, przecież nawet ci nielubiany przez Włocha swoje minuty na boisku odgrywali, by wspomnieć chociaż Adebayora i Bellamy'ego. W jakiej więc formie musi być Sinclair, że wciąż jest pomijany?

Co do Leeds United, więcej szumu na Etihad zrobiła ich publiczność, wciąż głośna, jakby trochę z poprzedniej epoki. O historycznym kontekście meczów City - Leeds dobry tekst napisał Simon Curtis, chyba najlepszy bloger czujący w piśmie klimat kibicowania City. Warto zobaczyć, jak to drzewiej bywało - 78 rok, Ellan Road, również Puchar Anglii. Joe Corrigan zaatakowany, piłkarze Leeds w bójce między sobą, pitch invasion. Inny świat.

 

Póki co czekamy na resztę rozstrzygnięć w Pucharze. Chelsea musi jeszcze pokonać Middlesbrough, aby trafić na United, a co znaczące, ich terminarz wygląda na napięty - najpierw rewanż ze Spartą Praga, potem City na Etihad, trzy dni później własnie mecz 5. rundy z M'boro. City starcie z Burlney rozegra 9 marca, oznacza to, że zaplanowane na ten dzień spotkanie z Wigan zostanie przesunięte. Puchar może być nasz. Choć właściwie, dla dobra Manciniego, musi stać się kolejnym łupem Manchesteru City.

środa, 13 lutego 2013

Jeśli jesteś zmuszony oglądać powtórkę meczu ulubionej drużyny na kilka rat to wiedz, że zagrali dramatyczne spotkanie.

Barry OG
Mike Hewitt/Getty Images Europe

Mistrzowie Anglii zafundowali w sobotę iście komediancki występ, niegodny klasy piłkarskiej, którą rzekoma reprezentują. Słowa Manciniego o 'wielkich jajach' i 'poziomie, który zobowiązuje' nie mają prawa absolutnie nikogo dziwić, nie w kontekście deklarowanej pogoni za United i szumnych zapowiedziach o powtórce z zeszłego sezonu. Gdyby to był mecz łamiący jedynie dobrą passę, to owszem, można mówić o słabszym dniu, wpadce, wszak zdarza się to najlepszym zawsze w pewnym momencie sezonu. Jednak gdy to oznacza trzecie spotkanie z rzędu bez zwycięstwa, a rywal do tytułu ucieka na 12 punktów, to nie można tak po prostu chować się za wymówkami, czy zdaniami z początku ligi pokroju we have to keep calm and work hard. Nie. Potrzeba natychmiastowych wyników jest wyższa niż kiedykolwiek.

O punktach w przyszłych starciach nie da się myśleć bez bolączek z weekendu, oczywiście. Nie udało się Southamptonu wciągnąć w ekscytującą i niebezpieczną grę end to end, w której można wygrać charakterem, albowiem zespół Pochettino zagrał w stylu Realu Madryt(no, do tego aby z beniaminka EPL robić Real trzeba bez mała talentu...) z meczu Ligi Mistrzów na Bernabeu – wysokim, imponującym pressingiem, tłamszącym jakiekolwiek(nikłe bo nikłe, ale jednak) przejawy chęci do gry The Citizens. Nie było powtórki z WBA, gdzie jeszcze chwilę przed zwycięskim golem Dżeko Lukaku mógł dać prowadzenie gospodarzom z The Hawthorns. Zamiast determinacji, woli zwycięstwa, na obiekcie Świętych widzieliśmy masę błędów w wyprowadzaniu piłki, sporo wymuszonych naciskiem złych decyzji, bramkarski klops i absolutny brak energii.

Nie wiem, czy to kwestia przerwy reprezentacyjnej(Argentyna grała w Szwecji, Hiszpania w Kuwejcie), bo nie chciałbym niczego odbierać Southampton, ale szczególnie brak agresji u piłkarzy, których zbiorniki z paliwem wydawały się niewyczerpalne, mocno mnie zastanawia i martwi. Typowany na zawodnika sezonu Zabaleta gdzieś znikł, mimo asysty. Silva, z wolna wracający do najlepszych swoich dni, także bez pomysłu na grę. Clichy dający się ogrywać Puncheonowi jak dziecko. Nawet powrót Yayi Toure był przerażająco bez znaczenia, aż żal było patrzeć na centralną postać City bez znanego powszechnie wpływu na tempo gry. No i jeszcze ten swojak Barry'ego, który z miejsca wskoczył do topu samobójów ligi obok genialnego podania Phila Jonesa do Lindegaarda rok temu na St James' Park. Szkoda mi Garetha tym bardziej, że notował bardzo dobre występy w destrukcji, a ten mecz znowu da argumenty do ręki jego zagorzałem przeciwnikom.

Jeden mecz to oczywiście za mało, aby tak jak to ujął Przemysław Rudzki, uznać że Manchester City zgubiła pycha, tak samo jak nie kupuję argumentu, że piłkarze Manciniego(jak i on sam!) są syci i spoczęli na laurach. Szczególnie zarzut o pychę wygląda na nietrafiony w sytuacji, w której Mancini wyraźnie dostrzegał braki w swoim zespole jeszcze przed startem rozgrywek i domagał się transferów nawet za cenę konfliktu z pionem dyrektorskim, albo w świetle obecnych plotek o poważnych zmianach w kadrze City. Cały czas się zapomina, że Roberto jest wymagającym perfekcjonistą dążącym do zwycięstwa. Popełnia przy tym błędy, ale jest ambitny, w moim odczuciu zmotywowany i wie, co chce osiągnąć. Frustracja po sobocie jest tego najlepszym wyrazem. Transferów już nie dokona, musi więc wpłynąć na zawodników inaczej i ma prawo zwrócić uwagę na ich zaangażowanie, czego chyba mu się odmawia. Każdy kto oglądał mecz widział, jak są wolni, jak nie potrafią kilkoma celnymi podaniami ominąć pressingu beniaminka EPL, ani pokonać go jego własną bronią.

Jeśli ktoś oszukiwał się cały sezon, teraz boleśnie musi to przyznać – cały zespół City obniżył loty, nawet nie patrząc na to, że strzelił te 19 goli mniej i ma 10 punktów mniej niż na tym samym etapie rok temu, a występy, także wliczając te z Ligi Mistrzów, są jeszcze gorsze. Na pewno jedną z przyczyn jest brak skuteczności(btw Mario już w Milanie ukuł trzy gole ligowe, więcej niż dla City w tym sezonie), napastnicy City nie są tak kliniczni jak powinni, mają przebłyski(np. Gol Aguero z Liverpoolem), ale to za mało. Poza tym, brakuje mi równowagi – lewe skrzydło jest kompletnie niewykorzystane z trzech powodów: Clichy nie jest tak ofensywnym obrońcą, Kolarow jest zbyt kiepskim defensorem, aby mu za często ufać, a Nasri nigdy nie gra lewoskrzydłowego(a moim zdaniem powinien) i wespół z Silvą zbyt zwężają pole gry, pomijając już to, że Francuz gra totalnie anonimowy i nie rozumiem, dlaczego wyszedł w pierwszym składzie zamiast Milnera. Z drugiej strony, sam James swoim charakterem i tak nie były w stanie odmienić tego spotkania, więc błąd Manciniego w selekcji był tu w zasadzie bez znaczenia, gorzej z taktyką „tylko prawa strona się liczy”. To samo tyczy się eksperymentów z trójką obrońców, który mimo pewnych pozytywnych oznak, wciąż mnie nie przekonuje. Na miejscu Włocha bardziej skupiłbym się na rozwiązywaniu i zawiązywaniu ataków, bo wing backs nie mają takiego wpływu na ofensywę jakbyśmy oczekiwali.  

Sumując kłopoty Roberto nie zapominam o kontuzjach i frustrującym okienku transferowym. Dziś już nikt nie ma złudzeń – taki Scott Sinclair nie mógł być pod żadnym pozorem pomysłem Roberto na zapełnienie luki po Johnsonie, wystarczy spojrzeć ile były piłkarz Swansea spędził na boisku. Garcia wciąż szuka miejsca na boisku, aczkolwiek jako środkowy defensor nie jest tak beznadziejny. Inne transfery – Maicona i Rodwella, dopadły kontuzje, teraz brakuje Kompany'ego, sezon praktycznie stracił Richards. Nieco ograniczona kadra siłą rzeczy musi się męczyć(choć Roberto nie żyłuje jej tak jak to robi Benitez), ale nie może sobie pozwalać na takie odpuszczanie jak z Southampton. Rywale są nieco mądrzejsi niż rok temu, nie dają tak łatwo wbijać sobie goli, to jedno, a drugie – skład City jest osłabiony i dosięgnął go wyraźny regres.

Z czyjej winy ten regres nastąpił? Zdecydują właściciele i najprawdopodobniej wina spadnie na Manciniego, ale nie sądzę, aby zweryfikowali wyniki Włocha przed końcem ligi. On i Khaldoon Al-Mubarak mają wszak jeszcze jedno ważne zadanie do wykonania – sezon trzeba doprowadzić do godnego końca. Sztuczki z poprzedniej kampanii oczywiście się przydadzą. Mistrzostwa nie będzie, ale drugą lokatę trzeba utrzymać, nabrać jak najwięcej punktów i mocno powalczyć o Puchar Anglii. Nie liczę na powtórkę z rozrywki i na łut szczęścia(nie tylko dlatego, że ani Wigan, ani Everton nie byli w stanie skopiować swoich wyczynów z United), raczej na wzięcie się w garść, zejście presji, gdyż nie ma już nic do stracenia. No, może poza stanowiskiem menadżera, Roberto. United są poza zasięgiem, jeśli to jest rok, w którym drogi Manciniego i City się rozejdą, to oby z drugim FA Cup w gablocie.

piątek, 01 lutego 2013

Jako że w przypadku Manchesteru City zamknięcie styczniowego okienka transferowego było nudne i obfitowało w dwa nazwiska znane jedynie hardkorowym fanom Football Managera(ale oddajmy, co ich - Godsway Donyoh kupiony i natychmiast wypożyczony do Djurgården oraz Seko Fonfana wyciąginęty z Lorient), toteż gdy wróciłem do domu, już po ostatnich doniesieniach, zachwycił mnie przypadek Petera Odemwingie. Wiecie jak to jest(albo i nie), człowiek zmęczony, wypija piwo, włącza Twittera a wena spływa nagle a niespodzianie, czego efektem jest trawestacja kościelnej pieśni Pan Jezus już się zbliża, rzeczy myślę rzadka w literaturze zarówno sakralnej, jak i piłkarskiej, choć oba tematy mają więcej ze sobą wspólnego niż sobie czasami myślimy. Autorem tej pieśni mógłby być równie dobrze św. 'Arry od Okna. Słuchajta więc! A w zasadzie czytajta... (kolejność zwrot również została poddana obróbce i mam nadzieję, że nie uraziłem tym niczyich uczuć religijnych):

Pan Peter już się zbliża
Już puka do mych drzwi
Pobiegnę go przywitać
Umowy nie dam mu

ref.
O szczęście niepojęte
Peter sam odwiedził mnie
O kasie myśli częściej
Niż wielu podobnych mu

Pragnąłem Cię w mym teamie,
jak Ty pieniądze me,
Przyjm sorry me oziębłe,
a sam stąd wyprowadź się

O szczęście niepojęte...

Nie jesteś godzien Peter,
byś w klubie moim był,
W Londynie żadna strata,
mowy nie ma, choćbyś wył.

O szczęście niepojęte...

Gdy wspomnę twoje grzechy,
to z żalu płyną łzy,
Boś zranił serce fanów,
oni nie odpuszczą ci

O szczęście niepojęte...

PO w QPR

środa, 30 stycznia 2013

Dzisiejsza okładka La Gazzetty dello Sport(pisząc to poczułem się nieomal jak pewny znany komentator piłkarski) nie pozostawia złudzeń - to koniec Mario Balotellego w Manchesterze City. Włoch z ghańskimi korzeniami jest już dogadany z AC Milanem, jednocześnie oba kluby są bardzo blisko porozumienia. Jeden z synów Manciniego odchodzi pozostawiając po sobie mnóstwo pytań, o tęsknotę, wspomnienia związane z Super Mario, o niezwykłą więź z menadżerem i o następstwa czysto piłkarskie na Etihad Stadium. poczytajcie więc o moich momentach z Mario ;)

La Gazzetta - Balo is Back

Urodzony 12 sierpnia 1990, transfer do City 12 sierpnia 2010, debiut i pierwszy gol 19 sierpnia tegoż roku

Od samego początku starania Manciniego o swojego byłego podopiecznego z Interu sugerowały silną więź pomiędzy oboma Włochami. W Mediolanie właśnie skończyła się era Mourinho, o którym później Mario powie, że nie mogli się dogadać, bo obaj mają wyrazistą osobowość, a takowe nie znoszą podlegania komukolwiek. Roberto był zupełnie inny. Zazwyczaj nie utrzymujący głębszych relacji z piłkarzami, Balotellego otoczył wyjątkowym, ojcowskim ramieniem i zabrał do Anglii za grubo ponad 20 milionów €. Sporo, wątpliwości co do tego transferu było mnóstwo wątpliwości, ale Mancini, uparcie, aż po ostatni dzień gry MB w Manchesterze bronił go przed wszelkimi atakami. Wiara godna podziwu w małym procencie zaczęła się spłacać już kilkanaście minut po wejściu Mario na boisko w Timisoarze - debiutancki gol dał wówczas City wymęczone zwycięstwo, a sam napastnik doznał kontuzji i na jego powtórne występy trzeba było poczekać dwa miesiące, ale wyszło, że Mancini miał rację. No, w pewnym sensie. Bo Ligę Europy w tamtym sezonie(pamiętacie alergię, jakiej Mario się nabawił na boisku w Kijowie?) The Citizens zakończyli głównie przez głupią czerwoną kartkę, jaką Mario załapał w rewanżu na CoMS. 

Pierwsza czerwona kartka i pierwszy gol w Premier League 7 listopada 2010

Pierwsze poważniejsze zagrożenie posady Roberto Manciniego od czasu przegranej batalii o Ligę Mistrzów z Tottenhamem - trzy porażki z rzędu, z Arsenalem, Lechem Poznań i Wolves rozpętało w mediach debatę, czy arabskim właścicielom nie skończy się cierpliwość i Włoch nie podzieli losu Marka Hughesa. Roberto do '11' na The Hawthorns wstawił powracającego powoli po urazie Mario, a ten odpłacił się występem idealnie obrazującym jego charakter - technicznego geniusza przy piłce i szaleńca bez niej. Najpierw sprytnie wykończył podanie Teveza strzelając w przeciwległy róg bramki Carsona, potem mimo kłopotów z przyjęciem zakręcił obrońcą WBA i dał City prowadzenie 0:2. W drugiej połowie, gdy moce The Good się wyczerpały, do akcji wkroczył The Bad i Mario dokonał nie lada sztuki, mimo żółtej kartki na koncie dostał czerwoną za kopnięcie i powalenie Mulumbu. Cały Mario - od tamtej chwili angielscy komentatorzy non stop powtarzali formułkę o piłkarzu, który może strzelić trzy gole , a potem zejść z boiska za idiotyczny faul. Co ciekawe, to się nigdy więcej nie wydarzyło.

Pierwszy hat-trick i pierwszy skutecznie wykonany rzut karny 28 grudnia 2010

W dalszych losach ligowej kampanii 2010/2011 Balotelli nie odegrał już tak znaczącej roli, poza starciem z Aston Villą, swoim ulubionym przeciwnikiem - w ciągu 2,5 roku strzelił The Villans sześć goli, w tym pod koniec 2010 roku trzy, z czego dwa z rzutów karnych. Wtedy jeszcze nie dostrzegałem, jak ważny jest bałagan w głowie Mario w kontekście jedenastek. Okazuje się, że MB nie odczuwa żadnej presji związanej z odpowiedzialnością jaką ze sobą niesie tak ważny moment, jak chociażby karny z Tottenhamem w ostatniej minucie meczu. Byłem gotów założyć się o każdą sumę pieniędzy, że Mario strzeli z 11 metrów na EURO 2012 i nie myliłem się; ogólnie dla City wykonał ich osiem, wszystkie skutecznie. To jeden z dowodów na jego nieziemską technikę(jak to powiedział wkrótce po transferze Micah Richards He's technical genius).

Pierwszy puchar 14 maja 2011

Za to w finałowej fazie Pucharu Anglii Mario zaczął dominować sportowe nagłówki z powodów piłkarskich. Najpierw gol, a jakże, przeciwko Aston Villi, jeden z tych piękniejszych w karierze, za ważniejsze uznaje się jednak występy przeciwko United. Choć to Yaya Toure zgarnął zwycięskiego gola, Mario był uznawany przez wielu za gracza meczu, a gdy podburzył piłkarzy i kibiców United, to zaskarbił sobie sympatię rzeszy fanów City. A jak głoszą pieśni...

Not a singleA to dopiero początek. Prawdziwym memem Mario stał się po EURO 2012

Bezapelacyjnym MotM Mario został wybrany po finale FA Cup - w ataku był niezwykle aktywny i zdyscyplinowany, kilka razy mógł dać City wcześniejsze prowadzenie, a jego i Silvy akcja doprowadziła do gola Toure dającego wymarzone trofeum i początek czegoś wielkiego po Błękitnej stronie Manchesteru. Nawet jeśli sam Mario ocenił swój sezon jako gówniany, to po zwycięskim finale nad The Potters nabrałem nadziei, że przyszła kampania będzie dla Mario i City wyjątkowa. A dokładnie 364 dni później... dojdziemy do tego ;)

Why Always Me?

Oczywiście, wiara w dojrzałość Balotellego mimo pewnych podstaw(dla mnie taką była relacja Mario z Patem Vieirą) zawsze musiała zostać poddana w wątpliwość. Lekceważąca ruleta podczas zgrupowania w Ameryce odstawiła go na kilka kolejek od pierwszego składu, zresztą przy wybornej formie Aguero i Dżeko nie było konieczności, aby grał. Gdy wrócił, zaczęło się strzelanie i najlepszy okres MB w City: gol przeciwko Evertonowi(pierwsze ligowe zwycięstwo Manciniego!), fantastyczny występ przeciwko Blackburn Rovers, w którym obijał słupki, po czym reszcie przekuł sportową złość na bramkę, a nie brutalne wjazdy w piszczele rywali, następnie znów gol, tym razem z przewrotki, przeciwko ulubionej Aston Villi, aż nadszedł dzień pamiętnych Derbów Manchesteru...

Why

I zaczęło się. Jak zwykle Mario nie mógł TYLKO zagrać doskonałych zawodów, musiał zrobić coś jeszcze, aby przyciągnąć uwagę(za to kochają go tabloidy, czyż nie? I dlatego one będą za nim płakać najrzewniej). Do kłopotów z fajerwerkami i strojem treningowym, alergią na trawę, rzucaniem lotek, podarowaniem bezdomnemu pieniędzy z kasyna i próbie pomocy zamęczanemu uczniowi doszedł cały szereg miejskich legend, wg których Mario rządził w Manchesterze, rozrzucał pieniądze, przybijał piątki z kibicami i czynił masę niestworzonych rzeczy(część listy znajdziecie choćby tutaj), ale wreszcie apogeum wybryków i szaleństw spotkało się z eksplozją piłkarskiego talentu. I choć później z formą piłkarską bywało różnie(a czasem wręcz przerażająco), to październik 2011 roku był miesiącem Balotellego bez najmniejszych wątpliwości. W listopadzie i grudniu dołożył gola ramieniem z Norwich i typowo idealnie wykonany rzut karny z Newcastle, celebrowany na sposób "Who is the boss?", oraz oczywiście - czerwoną kartkę na Anfield po niepełnych 20 minutach od wejścia na boisko.

Balotelli, Aguerooooooooooooo

Nim 364 dni po zwycięstwie w Pucharze Anglii Mario Balotelli podał do Aguero w 93 minucie 20 sekundzie meczu z QPR, zaliczył jeszcze dwa momenty błysku geniusza i szaleńca - nadepnięcie Parkera(dla mnie kontrowersyjna decyzja, z uwagi chociażby na to, jaki Webb jest wybiórczy w tym co widzi, a czego dostrzegać nie chce - patrz sytuacja z Whelanem w ostatnim meczu FA Cup) i gol w ostatniej minucie ze wspomnianego już karnego. W marcu natomiast także strzelił karnego, ale przy stanie 3:1 dla Sunderlandu pokłócił się o wykonywanie rzutu wolnego z resztą zespołu(jak dobrze pamiętam, ustąpili mu - oczywiście przestrzelił), gdy już się wydawało, że nadzieje na mistrzostwo wyfruną szybciej niż się spodziewaliśmy, jedną akcją indywidualną w końcówce dał gola na 2:3, trafienie dorzucił Kolarow i udało się jakoś zremisować. Mario chciał jeszcze pogrzebać szansę absolutnie skandalicznymi wejściami na Emirates... ale w decydującej akcji sezonu zachował zimną głowę, rozegrał decydujące 2-1 z Aguero i dwie minuty później cieszył się z Mistrzostwa Anglii, po jedynej zanotowanej ligowej asyście.

Cholera, wzruszyłem się.

EURO 2012 i upadek

Kapryśna forma dała o sobie znać Mario także podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie, ale mimo wszystko dokonał czegoś niemożliwego - sprawił, że pierwszy raz w życiu kibicował Włochom i życzyłem im mistrzostwa. Tamten pamiętny mecz z Niemcami, dwa gole(i wejście w niesamowity świat internetowych memów) i radość w objęciach matki, a także łzy po klęsce w finale mówiły mi, ze ten facet się zmieni, że praca Manciniego, ale także kolegów z City i reprezentacji Włoch, przyniesie skutek i zobaczymy więcej genialnego piłkarza, a mniej wariata, uwikłanego w głupie sytuacje czy ciągnącego ze sobą demony rasizmu(tj. czującego, że jest przez innych odrzucany, nieakceptowany). Rasizmu, którego na boiskach w czasie kariery w City uświadczył raz - z ust kibiców FC Porto. Także uwikłanie w związki z kobietami, dziecko, oddalona rodzina... to chyba jednak miało zbyt duży wpływ na jego psychikę.

Bala kontra Polska
Mario pokonuje Szczęsnego fot. Claudio Villa/Getty Images Europe

Powtarzałem to od dawna - Mario bierze się z całym inwentarzem i liczy się na to, że częściej będzie błyskotliwy niż niemądry(o tym ryzyku musi wiedzieć AC Milan). I jego racja bytu na Etihad, mimo nieustającego wsparcia i stu szans od Manciniego, będzie zależeć od formy piłkarskiej. Guardian zdaje się sugerować, że chodzi o starcie z Roberto na treningu. No być może przelała ona czarę goryczy, ale główny problem widać było w postawie na boisku - brak formy, mniejsze zaangażowanie na treningach... gdyby nadal potrafił wejść w mecz z potężnym animuszem, to wsparty swoją techniką nadal strzelałby gole(cóż, trafił do siatki z Aston Villą, to przynajmniej jakieś pocieszenie) i wygryzł np. Dżeko ze składu. Ale wobec kiepskiej formy i najwyraźniej przytłaczających problemów nie chciał, albo nie potrafił tego uczynić.

Będzie mi go brakowało. Szczerze. Tego technicznego błysku, bezbłędnych karnych, strzelania goli i cieszynek niczym listonosz ;) Mario to pokręcona persona, obdarzona wielkim talentem, ale zmagająca się z własnymi problemami, temperamentem, wybuchowością. Skupiającym na sobie wielkie emocje.

Mimo wszystko, choć czasem najedliśmy się wstydu, to sporo nam dał. Grazie, Mario.

Super Mario out, Super Guidetti in?

Po powtarzanych jak mantra zapewnieniach, że Mario się nigdzie nie rusza, nie chce mi się do końca wierzyć, iż Mancini w ostatni dzień okienka nie spróbuje kogoś na jego miejsce sprowadzić. Oczywiście, jestem jednym z wielu, którzy uważają, że to szansa dla Johna Guidettiego, ale nie bez obaw - Szwed ma za sobą dopiero 45 minut gry po 9 miesiącach przerwy i siłą rzeczy nie może być gotowy, aby wskoczyć do meczowej '18'. Czas na zastępcę Mario jest rzeczywiście mało, a cele - Cavani czy Falcao, raczej nie do wyciągnięcia. Wynika z tego, że City aktywnością transferową w tym sezonie raczej się osłabiło, niż wzmocniło - zobaczymy, jak to będzie w przypadku Balotellego, czy z nowym klubem wstąpią w niego nowe siły do gry i sensowniejszego życia.

Oby. Powodzenia, Mario!

środa, 16 stycznia 2013

Wpis o niedzielnym zwycięstwie i późniejszych konsekwencjach tego meczu chciałbym zacząć od prostej lektury przepisów do gry w piłkę:

“Using excessive force” means that the player has far exceeded the necessary use of force and is in danger of injuring his opponent.

 A player who uses excessive force must be sent off

FIFA Laws of the Game 2011-2012, str 111

Any player who lunges at an opponent in challenging for the ball from the front, from the side or from behind using one or both legs, with excessive force and endangering the safety of an opponent is guilty of serious foul play.

A player who is guilty of serious foul play should be sent off(...)

FIFA Laws of the Game 2011-2012, str 120

Pomimo tego, iż wspomniane wytyczne są przedstawione w rozdziale Interpretacja przepisów i wytyczne dla sędziów, to o excessive force można napisać jeszcze jedną interpretację tej interpretacji(intercepcja?!), chociażby w oparciu o decyzję anulowania czerwonej kartki, jaką pokazał Mike Dean Vincentowi Kompany'emu. Zresztą, kwestionować można sam sens wprowadzania zapisu o "niebezpieczeństwie kontuzji" w tak kontaktowym sporcie jak piłka nożna, bo moim zdaniem otwiera to dość dziwaczną furtkę - każde szybsze czy zdecydowane wejście może grozić kontuzją. Czy każde jest na czerwoną kartkę? Nie.

Mike Dean
Mike Hewitt/Getty Images Europe

W wypadku wejścia Kompany'ego Mike Dean ze swojego punktu widzenia podjął słuszną decyzję opierając się na tym, iż dostrzegł wejście obiema wyprostowanymi nogami - nie winię go za to, bo Dean zazwyczaj jawił mi się jako sędzia odważny, lubiący karać cyniczne wejścia piłkarzy(pamiętacie czerwoną Scholesa w półfinale FA Cup? To Dean ją własnie pokazał), albo te z gatunku bardzo głupich. To między innymi dlatego Kościelny został wyrzucony - nie tylko uniemożliwił Edinowi dojście do piłki, ale popisał się wyjątkowo idiotycznym chwytem zapaśniczym we własnym polu karnym. Dean lubi wyrzucać piłkarzy za takie zagrywki i zawsze czyni to ze zniesmaczoną miną :) W każdym razie, powtórki wykazały, że Kompany a. miał wzrok skierowany cały czas na piłkę i trafił w nią prawidłowo b. jego prawa noga nie była wyprostowana, ale schowana ze lewą łydkę.

Druga wątpliwość to to cholerne excessive force czy też far exceeding the necessary use of force. Nie mówię tu o skrajnych brutalnych zachowaniach, co do których nie ma wątpliwości, ale no właśnie - czy wejście Kompany'ego było przesadne? Z oceną sytuacji tego pokroju zawsze będzie problem - Kompany musiał decyzję podjąć natychmiast, prawie instynktownie, zwłaszcza, że Wilshere wypuścił sobie piłkę odrobinę za daleko, to siłą rzeczy i rozpędu będzie 'mocniejsze' wejście niż zwykły wślizg. Czy po powtórkach dalej zasługiwał na czerwoną kartkę? Moim zdaniem nie i słusznie została ona anulowana. Vinnie musi jednak uważać - przepisy nie ułatwiają życia obrońcom i następnym razem wykluczenie może wpaść w mniej fortunnym momencie sezonu...

Dżeko vs Szczęsny
Mike Hewitt/Getty Images Europe

Wracając do samego spotkania - mój pesymizm przed pierwszym gwizdkiem znalazł pewne uzasadnienie dopiero w drugiej połowie, gdy Arsenal przejął kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi(albo inaczej, taktyka City im na to pozwoliła). Zdaje się, że czerwo dla Kompany'ego i związane z tym kłopoty było efektem pudła Teveza - gdyby Apacz trochę lepiej skontrolował piłkę, to prawdopodobnie pokonałby Szczęsnego i przy 0:3 grałoby się City o wiele spokojniej. Szkoda, że się nie udało podreperować bilansu bramkowego, no chyba, że to zbytnia chciwość jak na pierwsze zwycięstwo na terenie Arsenalu od niemal czterech dekad. Występ większości piłkarzy - biorąc na poprawkę fakt, iż grali godzinę przeciwko osłabionemu rywalowi - należy ocenić pozytywnie, aczkolwiek wybór Dżeko na MotM był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Edin mimo gola i wywalczonego karnego zagrał przeciętnie, do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego strzelał karnego(pewnie chodziło o przesłanie na podkoszulku), bo dawno nie widziałem tak słabo wykonanego rzutu karnego(no dobra, ten Silvy z Southampton był naprawdę kiepski). To jego Mancini mógł zmienić, gdy Vinnie zszedł, a nie Teveza.

Co do reszty, to nie ukrywam - uwielbiam pracę Milnera i Zabalety na prawej stronie, gol Jamesa oraz trafienie Dżeko(odbiór Zabmana i dośrodkowanie właśnie Milnera) to idealna pieczęć podkreślająca, że to on powinien grać, a nie Nasri i nie mam na myśli samych umiejętności - Samir gra wąsko, choć paradoksalnie sporo fajnych asyst zaliczył grając bliżej lewej linii boiska. Parę słów o parze środkowych pomocników - Javi Garcia i Barry zagrali dobre zawody, wobec braku Toure to Gareth częściej zapuszczał się do przodu, acz nie tak odważnie jak podczas meczu z Reading. Wtedy wchodził w pole karne kilkukrotnie niczym napastnik, co zaowocowało wówczas zwycięskim golem. Silva, zgodnie z wcześniejszymi meczami, trzymał się bliżej lewej strony, to zbalansowanie co raz lepiej funkcjonuje, aczkolwiek to pełnego balansu jeszcze daleko, bo Clichy robi z przodu znacznie mniej od Zabalety.

Słówko o Arsenalu: powrót Diaby'ego nieudany, najlepszy na boisku Wilshere i Gibbs(mimo przegranej przebitki z Zabaletą), Walcott przy tak dysponowanej defensywie rywali nie ma szans się przebić, poza sytuacją z końcówki oczywiście(dzięki Joleon!). Brak jednego zawodnika zgasił wszystkie ofensywne atuty AFC - Cazorla był ledwie widoczny, Podolski znikł kompletnie i słusznie został zmieniony, Giroud, choć robił w ataku więcej niż Walcott, poza jedną sytuacją też za wiele sobie nie pograł. Wszystko to jednak sprowadza się do głupiego faulu Kościelnego i też poniekąd - negatywnej atmosferze na trybunach, skupionej raczej wokół decyzji sędziowskich, a nie na dopingowaniu własnej drużyny.

*  *  *

Nowy tydzień otworzyło szokujące zdjęcie Michaela Johnsona, który absolutnie nie przypominał profesjonalnego piłkarza. Szybko okazało się, że niegdysiejszy wielki talent nie jest już piłkarzem City od grudnia, czego klub, jak rozumiem w trosce o zdrowie zawodnika, nie ogłosił publicznie. Otóż zły tryb prowadzenia się Johnsona był spowodowany jego problemami psychicznymi - piłkarz odwiedzał psychiatrę, ale najwyraźniej powrót do sportu i presji z tym związanej nie był możliwy. Trudno inaczej zrozumieć fakt, iż Michael symulował kontuzje, uciekał od piłki. Wypada w takiej chwili wesprzeć go w najwłaściwszy sposób - media zwyczajnie powinny dać sobie spokój z artykułami o zmarnowanym talencie, a skupić się na problemie depresji(casus Roberta Enke czy Stana Collymore'a) i innych problemów psychicznych nie tylko wśród piłkarzy. 

Z drugiej strony - dobre wieści. Po 18 miesiącach bez gry swoje pierwsze 45 minut zagrał John Guidetti! I w dodatku zdobył jednego z goli przeciwko rezerwom Blackburn... nawiązując do mojego tekstu o Szwedzie rzuca mi się w oczy, jak ludzka psychika reaguje na zainteresowanie mediów, talent i spore pieniądze, ale także i długą przerwę bez gry. Olbrzymia ambicja zdaje się chronić przed tak trudnymi chwilami w życiu, jakich doświadczał Michael Johnson, który szybciej niż John przebił się do pierwszego składu City. 

sobota, 12 stycznia 2013

Czarna lista niezdobytych stadionów Roberto Manciniego w bojach ligowych jest niepokojąco długa: w tym sezonie na pewno nie uda się z niej skreślić Anfield(1 porażka, 3 remisy, w tym jeden w Carling Cup) i Stadium of Light(jeden remis i aż 3 porażki 0:1), ale wciąż możliwe są zwycięstwa na Goodison Park(same porażki...) i Emirates Stadium. To z Arsenalem Mancini wciąż nie wygrał w Islington w ramach EPL - a jedyny gol, jakiego udało się tam zdobyć w ciągu ostatnich lat, padł w wygranym meczy Pucharu Ligi(pamiętacie? Błyskawiczna kontra Dżeko-Johnson-Aguero z końcówki meczu).

Spotkania z Wengerem w Londynie nigdy nie należały do łatwych, a co gorsza zazwyczaj bywały bardzo frustrujące - by wymienić chociażby porażkę z zeszłego sezonu(och, Mario), która w mniemaniu wielu dała tytuł Mistrza Anglii United. Arsenal konsekwentnie chce pokazać City, że nieważne ilu piłkarzy im wykupią, to Emirates pozostanie twierdzą niezdobytą i cholera, robią to naprawdę dobrze. Najczęściej łupią City z punktów bez względu na kontekst, nie ma więc dla mnie znaczenia, że mieli trudniejszy mecz w Pucharze Anglii, że za chwilę muszą grać powtórkę ze Swansea, a po niej stołeczne derby z Chelsea.

City Arsenal w Chinach
Lintao Zhang/Getty Images AsiaPac

Podobnie ignoruję ich problemy kadrowe - o tym, że nikogo nie kupią, wiadomo, w końcu powrót, na razie do drużyny rezerw, Diaby'ego oraz nowy kontrakt(na dniach) dla Walcotta to wystarczające wzmocnienia, prawda? Deportowali wypożyczyli Chamakha do West Hamu i Djourou do Hannoveru, na PNA wyjechał czołowy napastnik Gervinho i spoglądając na ich ławkę(Arszawin też tam gdzieś jest...) mam wrażenie, że jest krótsza niż żywotność mojej wypłaty... ale to nic. Choć w tabeli drżą, bo dwa stołeczne kluby i Everton plasują się przed nimi, to są w niedzielnym starciu faworytami, nawet jeśli w składzie będzie brylował Ramsey. Nie jestem hazardzistą, ale gdybym miał do dyspozycji Wasze pieniądze, to z minimalnym ryzykiem postawiłbym na zwycięstwo Arsenalu, zwłaszcza, jeśli pierwszy strzeli gola. Skąd ten pesymizm? Ano, z doświadczenia, typical City :) Mancini nie potrafi wykorzystać faktu, że z roku na rok Arsenal się osłabia, zarówno w ujęciu pierwszego skłądu, jak i głębi ławki. Co roku ta sama, powtarzalna szansa aby na Emirates wygrać, co roku wyjeżdżamy stamtąd bez gola.

W City zabraknie braci Toure(PNA) oraz Aguero(kontuzja), poza tym wciąż czekamy na powrót Richardsa, Maicona, Rodwellla, Kolarowa(ok, Mancini na konferencji powiedział, że Aleks jest fit, ale to chyba nie oznacza, że wskoczy do meczowej '18')i Nasriego. Swoją drogą, łaskawy poprzedni sezon w końcu domaga się rekompensaty, bo ilość urazów w The Citizens jest obecnie spora. W każdym razie, spodziewam się ataku Dżeko-Tevez, w pomocy pewnie zagra Milner z Silvą, za nimi Garcia i Barry, obrona siłą rzeczy bez zmian - Zabaleta, Kompany, Nastasić i Clichy. Na ławce - wiadomo, Mario.

Ach ten Mario. Media donoszą sprzeczne ze sobą wiadomości - zaprzecza Mancini, zaprzecza Berlusconi, a wielu pisze, że sprzedaż Balotellego do Milanu jest praktycznie przesądzona... i komu wierzyć? Pisałem o tym na Twitterze, to i powtórzę to tutaj - czas Mario powoli w City mija. Jeśli nie ogarnie swojej formy sportowej, to każdy kolejny wybryk, czy to będzie jakaś głupota z życia prywatnego, czy idiotyczna kosa na treningu, będę świadczyć na jego niekorzyść. Prawda jest taka - mógłby robić praktycznie wszystko, grunt aby to szło w parze z genialnymi zagraniami i golami w ważnych spotkaniach(taki jak bramki z United, karny z Tottenhamem, albo podanie z QPR). Póki co musimy czekać, niewykluczone, że do ostatniego dnia okienka z rozstrzygnięciami w tej materii, choć pewnie Mancini wolałby uzyskać pieniądze wcześniej i zainwestować w obrońcę - takie ma przynajmniej plany(czyżby pogłębienie gry 3-5-2?). Kto by wówczas wskoczył do ataku jako 4. napastnik? Moje marzenie, aby to był John Guidetti chyba się nie ziści w tym sezonie - David Platt zapowiedział, że być może Szwed odegra jakąś małą rólkę pod koniec sezonu, pomimo tego iż John bierze udział w rozgrzewkach przed meczami.

Nie Mario i nie pozorne wzmocnienia Arsenalu są jednak najgłośniejszymi tematami przed niedzielnym meczem. Jak pewnie wiecie, sporo grupa kibiców City zdecydowała się bojkotować wyjazd na Emirates ze względu na wysokie ceny biletów(62 funty). Cała sprawa zyskała dość dużo rozgłosu i rozpoczęła ważną debatę - Arsenal oczywiście ma jedne z najdroższych biletów w lidze(a przepis jest taki, że bilety dla przyjezdnych muszą być w tej samej cenie, co bilety na identyczne miejsca dla fanów lokalnych), wciąż spłaca swój stadion i jest - to moja opinia - w bardzo nieprzyjemnej sytuacji finansowej.

W dyskutowaniu o Arsenalu bardzo lubię zadawać pytanie: czy futbol w ogóle powinien być biznesem? Jak sądzicie? Z jednej strony pada oczywiste tak: klub to przecież firma, która zatrudnia ludzi, płaci im pieniądze, ma dochody i tak dalej i w zasadzie notowanie strat nie powinno być w jego interesie. Ale spoglądając na Arsenal, klub w położeniu dość szczególnym, mam wątpliwości. Profit jaki generuje jest sumą tantiem z tv, wysokich cen biletów i niezwykłej polityki transferowej, która na krawędzi stawia coroczne wejście Arsenalu do Ligi Mistrzów. Z tym się chyba każdy zgodzi - wyprzedaż najlepszych nie jest kierunkiem, jaki obiera klub gotowy walczyć o mistrzostwo. Logicznie rzecz ujmując chęć zysku zarządu powoduje w AFC spadek pod względem sportowym.

Dzieje się tak dlatego, iż mówimy o angielskiej lidze, w której pieniądze wtłaczane w zespoły poprzez bogatych właścicieli i gigantyczne kontrakty telewizyjne są głównym motorem napędowym na szczycie. Nieistotne, czy chodzi o Chelsea i City, czy o United, to nie zmienia faktu, że bez znacznych wzmocnień za grube sumy co roku/dwa lata nie da się tych zespołów utrzymać na topie(nawet Ferguson musi co jakiś czas sypnąć groszem, choć menadżerem jest wybitnym). EPL jest przepłacona, finansowo bardzo rozdmuchana i w którymś momencie, aby wygrać mistrza, trzeba solidnie zainwestować. Nie, nie chodzi o powrót zawodników kontuzjowanych, Arsene. Nie ma innej drogi. Get over it.

Wengerowi się nie udało podtrzymać mentalności zwycięzców po symbolicznym odejściu Vieiry. Wciąż jest fachowcem, wciąż wie co robić, aby wygrywać mecze, ale nie ma wykonawców na boisku nastawionych na najważniejsze cele - nie start w Lidze Mistrzów, lecz miejsce nr 1. Złoty medal. Natomiast zarząd AFC jest zadowolony - nie musi inwestować, bo w księgach jest plus, bo Champions League mocno w tym pomaga. Wbrew pozorom - to krótkotrwałe myślenie. Romantyczne(acz znów pozornie - bo natychmiast wchodzą twarde realia biznesowe), bo opiera się standardom ligowym, a skończyć się może drugim Liverpoolem, inwestującym w piłkarzy brytyjskich w najgorszym momencie, za drogich przede wszystkim, niespełniających wymagań ligi czy ambicji, nawet rozdmuchanych historią, klubu z Anfield.

Wracając do nieszczęsnych biletów - ich cena jest kumulacją ogromnej popularności ligi, zespołu, miasta i polityki finansowej Arsenalu. Anglicy mają prawo grzmieć niezadowoleni - ich kadra narodowa jest słaba jak nigdy, otoczona skandalami, piłkarzy z trudem można nazwać modelami do naśladowania, a tymczasem Niemcy(porównanie ostatnie bardzo lansowane w brytyjskiej prasie), z fantastycznym systemem szkolenia, reprezentacją liczącą się w każdym turnieju, cieszą się ligową piłką w budzącej zazdrość atmosferze(sektory 'stojące') i za grosze w porównaniu do Premier League właśnie.

Anglicy powoli zaczynają dostrzegać, że coś jest nie tak, że modern football zabrał im więcej, niż się spodziewali. Dyskusja o cenach za wejściówki, wysokich na tyle, aby wyprzeć biedniejsze grupy lokalnych(ale wiernych!) fanów to jedno, poprawa poziomu piłki angielskiej(nie ligowej, chodzi mi o szkolenie dostosowane do współczesności) to drugie i nie waham się łączyć tych zjawisk ze sobą. Oby coś w temacie ruszyło - zarówno po stronie federacji, jak i kibiców, którzy powinni się zjednoczyć w walce o lepsze ceny i lepszy futbol. Wiem jak to brzmi - mają tyle talentu na swoich boiskach, że ho ho, ale zapytajcie kibiców Arsenalu, czy płacąc 62 funty za bilet chcą zespołu na 4. miejsce w Premier League i kontuzjogennego Diaby'ego jako nowy transfer.

czwartek, 03 stycznia 2013

Nadszedł 2013 rok, minęły święta, czas wrócić do podsumowania jesieni Górnika Zabrze - dziś na warsztat wezmę poszczególnych zawodników oraz trenera Nawałkę. Niestety, z braku sensownych danych - chociażby celności podań, liczby odbiorów i innych miłych statystykom pierdół miałem poważny problem z oceną gry środkowych pomocników, a nie mam tyle czasu, aby dokładnie spojrzeć na wszystko ligowe spotkania... no ale do rzeczy. Liczbę asyst pożyczyłem od znakomicie prowadzonego bloga Mój Górnik.

Adam Nawałka - w minionej rundzie doprowadził taktykę Górnika wspartą bardzo dobrym przygotowaniem fizycznych na jeszcze wyższy poziom. Nie zmieniło się wyjściowe ustawienie 4-2-3-1, podobnie jak w poprzednich sezonach Nawałka kładł nacisk na ofensywne wejścia bocznych obrońców, intensyfikacji uległ natomiast pressing, zakładany wysoko praktycznie w każdym spotkaniu, a nie jak to wcześniej bywało - zarezerwowany tylko na najsilniejszych rywali. Górnik rzadziej dawał spychać się we własne pole karne i rzadziej oddawał inicjatywę, nawet gdy prezentował się słabiej. To co również mogliśmy zauważyć, to liczne próby konstruowania akcji poprzez grę piłką po ziemi. Niby brzmi banalnie, ale widać progres - nieczęsto piłkarz przy futbolówce był pozbawiony możliwości krótkiego zagrania. Stało się tak dzięki temu, iż Nawałka zmusił zawodników do większej aktywności, albo inaczej - uczynił ich bieganie sensownym.

Zamiast dwóch, trzech podań między obrońcami i górnej piłki w poszukiwaniu napastnika, zabrzanie starali się rozgrywać atak pozycyjny(znów, szkoda że nie mogę tego udowodnić za pomocą jakiś fajnych tablic...), umiejętnie przenosili ciężar gry z jednej flanki na drugą, lepiej także grali z pierwszej piłki. Adam Nawałka słusznie przesunął na stałe Nakoulmę do pomocy, od czasu do czasu oczekując, iż piłkarz z Afryki będzie zmieniał się pozycjami z Olkowskim(gdy do gry wszedł Magiera, to oczywiście ten wariant odpadł). Taktyka gry głównie skrzydłami - i związana z tym ogólna siła w zdobywaniu goli z rzutów rożnych i wolnych(z bocznych sektorów) uczyniła z Górnika naprawdę silną drużynę. Mimo lekkiej zadyszki nie powiedziałbym, aby piłkarze wyglądali na zmęczonych. Fakt, jak to trener zabrzan ma w zwyczaju, czasami za długo trzymał niektórych piłkarzy na murawie, choć raz potrafił zaskoczyć, vide szybko zmiana Milika w meczu z Pogonią. Poza tym, chyba nikt nie ma wątpliwości, że Nawałka jest 12. zawodnikiem - jego gra przy bocznej linii i dyrygowanie zespołem pomniejszają rolę Adama Dancha do adiutanta, a nie generała na boisku ;-) i na koniec - fantastyczne decyzje o zaufaniu niektórym młodym zawodnikom. Niech liga patrzy i się uczy, jak młokosów wprowadzać do dorosłej piłki.

Łukasz Skorupski(15 meczów/6 czystych kont/1 obroniony rzut karny) - młody golkiper Górnika rozwija się w podobnym tempie do zeszłego sezonu. Mimo wpadki z Legią, dostąpił debiutu w reprezentacji i jego kariera wygląda obiecująco. Wciąż jak mantrę będę powtarzał jego hejterom - to dobry shot-stopper, uratował Górnikowi sporo punktów, ale nie jest idealny i na pełnię jego umiejętności trzeba i warto poczekać.

Michael Bemben(14 meczów/0 goli/3 asysty) - przed startem rundy bardzo chciałem, aby "Opa" został w Zabrzu i na szczęście tak się stało. Młodsi wciąż mogą się od niego nauczyć, jak grać na pozycji bocznego obrońcy - wciąż ma dość gazu, aby często wchodzić do ataku i siać spustoszenie dokładnymi dośrodkowaniami.

Adam Danch(15/2/2) - bardzo dobra runda "Kabana" zaowocowała powrotem po latach do reprezentacji. Bardzo pewny duet z Szewelucihnem, do tego strzelec dwóch ważnych goli - z Legią i Wisłą. Prawdziwy kapitan' który rozegrał całą jesień na bardzo równym poziomie i w tej chwili jest jednym z lepszych defensorów ligi, w dodatku sędziowie nie pokazali mu ani razu jakiejkolwiek kartki

Oleksandr Szeweluchin(15/1/0) - nieco słabiej od swojego partnera na środku obrony, szczególnie zaś zawiódł w meczu z Zagłębiem, ale znów - ogólnie bardzo solidnie. Ważny element szczelnej obrony Górnika, jego postawa i Dancha również przyczyniły się do sześciu czystych kont na jesieni. Z ciekawością patrzę na wariant rozegrania autów z jego udziałem - może w rundzie rewanżowej Ukrainiec zaliczy jakąś spektakularną asystę? Swoją drogą, Olek także całą jesień zagrał "na czysto"!

Seweryn Gancarczyk(15/0/2) - jeden z dwóch bardzo udanych transferów. Szczerze mówiąc, po tym jak Seweryn sięgnął ŁKSu Łódź bardzo wątpiłem, iż w Zabrzu mu się powiedzie, jednak kontuzja Magiery wymusiła jego występy... i wyszło całkiem nieźle, przynajmniej na tyle, aby powracający Magiera nie wyrwał mu z marszu miejsca w składzie. Czasem fajnie jest się pomylić co do transferowych przeczuć ;) Bardzo interesująco zapowiada się walka pomiędzy nim a Magierą o miejsce w składzie.

Mariusz Magiera(3/0/2) - kontuzja wykluczyła Mariusza z gry na prawie cały sezon, ale jego powrót dał drużynie pozytywnego kopa. Magiera wprawdzie sprokurował karnego z Polonią, ale później zaliczył trzy asysty i poradził sobie na lewej pomocy. Na wiosnę, gdy przejdzie pełny okres przygotowawczy, powinno być jeszcze lepiej.

Antoni Łukasiewicz(4/0/0) - nie przebił się ani do linii pomocy, ani do obrony i mówi się, że czeka go wypożyczenie do któregoś z klubów Ekstraklasy, podobnie jak Błażeja Telichowskiego, który w barwach Górnika nie zagrał ani minuty na jesieni.

Maciej Bębenek(2/0/0) - faktyczny powrót do piłki Bębenek prawdopodobnie rozpocznie wiosną na zapleczu Ekstraklasy. Pytanie, czy chodzi o wypożyczenie, czy transfer definitywny...

Mateusz Przybylski(15/2/0) - jeden z czterech zawodników, który rozegrał pełne 1350 minut na jesieni(obok Skorupskiego, Dancha i Szeweluchina), skała nie do ruszenia w pomocy, w dodatku z dwoma golami. Nawałka słusznie przestał kombinować i wystawiać Mateusza na prawej pomocy, wszak najlepiej czuje się jako defensywny pomocnik. Trudno sobie wyobrazić sobie 11 Górnika bez niego. Martwi mnie brak doniesień w sprawie kontraktu Mariusza, który skończył się z ostatnim dniem 2012 roku... 

Bartosz Iwan(12/0/1) - powrót na wspólną drogą Nawałki i Iwana okazał się strzałem w dziesiątkę. Od startu z Piastem Iwan imponował mi wizją gry i licznymi prostopadłymi piłkami, dobrze też grał w powietrzu, później troszkę to przycichło, do składu częściej wchodził Mączyński, ale ogólne wrażenie pozostało bardzo dobre, kolejny plus dla Adama Nawałki w rubryce 'transfery' ;-)

Krzysztof Mączyński(12/1/1) - jeden z tych, z których oceną zawsze mam problem... i zdaje się nie tylko ja. Osobiście wolałem w jego miejscu widzieć lepiej usposobionego do przodu Iwana i zastanawiam się, co Nawałka w Mączyńskim , dostrzega, skoro czasami potrafi zagrać na alibi jak nikt inny...

Aleksander Kwiek(11/2/0) - odniosłem wrażenie, że mniej było Kwieka na jesieni niż w poprzednim sezonie - oznaczył się tą czerwona kartką, strzelił dwa gole i mimo typowej zadziorności(poza czerwem trzy żółte) czegoś mi w jego grze brakowało. Być może to kwestia taktyki, być może nie zapamiętałem niczego szczególnego - wiem jednak, że w razie dłuższej absencji Olka Górnik wiele by stracił z jakości. Interesujące, jak potoczą się rozmowy kontraktowe... 

Paweł Olkowski(14/0/1) - chyba najbardziej irytujący zawodnik rundy. Zważywszy na swoje możliwości, powinien lepiej strzelać i więcej asystować, ale wykończenie ma słabiutkie, a dośrodkowań powinien uczyć się od Bembena. Potrafi - i raz na jakiś czas to czynił - zrobić sporo wiatru wokół obrońców rywali, jednak skuteczności z gry ma do poprawy. Jeśli Milik aspiruje do ławki czołowego klubu Niemiec, to Paweł jest na poziomie 2. Bundesligi z zaznaczeniem, że jeszcze sporo musi się nauczyć.

Prejuce Nakoulma(15/4/3) - chaotyczny tryb przygotowawczy spowodował słaby początek sezonu dla Prezesa, ale mimo tego nie stracił on miejsca w składzie i w końcu wrócił na ścieżkę wspaniałych rajdów, goli i asyst. Kluczowy zawodnik w ofensywie zabrzan - tak jak pisałem wcześniej, musi zostać do końca sezonu, aby Górnik wciąż się liczył w czołówce ligi. Śmiem twierdzić, że obecnie Nakoulma jest najlepszym zawodnikiem ligi na swojej pozycji. Oby PNA nie spowodowało u niego znów przeciętnego wejście w resztę sezonu.

Konrad Nowak(13/0/2) - kolejna duma Rozwoju Katowice. Mimo 13 występów na boisku spędził zaledwie 280 minut, ale i to wystarczyło do zaliczenia dwóch asyst(w tym jednej arcyważnej z Legią) i pokazania się zagranicznym skautom. Najlepiej dla jego rozwoju by było, aby został jeszcze rok pod okiem Adama Nawałki a dopiero później myślał o transferze poza Polskę.

Wojciech Łuczak(4/1/0) - obiecujący pomocnik z Łęcznej od początku był skazany na ławkę rezerwowych, ale udało mu się pokazać z dobrej strony i strzelić gola Lechii Gdańsk. Jeśli kontuzje będą go omijać, to wkrótce może to być poważny zmiennik na przykład Olkowskiego.

Marcin Wodecki(2/0/0) - Pszczółka na dobre stracił miejsce w składzie i marne 16 minut(najmniej w drużynie!), które spędził na boiskach Ekstraklasy są na to najlepszym dowodem. Przyznam szczerze, że nie rozumiem, dlaczego Adam Nawałka zdecydował się na przedłużenie z nim kontraktu, skoro praktycznie w ogóle nie daje mu szans. Najmarniejszym pocieszeniem dla Marcina jest gol, który dał zwycięstwo w meczu ME z Ruchem Chorzów

Arkadiusz Milik(15/8/2) - sporo bramek, dwie asysty, debiut i gol w reprezentacji i wysoki jak na warunki Górnika transfer do Bayeru. Czego chcieć więcej? Arek bardzo rozbudził nadzieję nie tylko kibiców z Zabrza - jego rozwój jest modelowym przykładem, jak spłaca się konsekwentne stawianie na młodych, niedoświadczonych piłkarzy. Wielki sukces Nawałki - teraz czekamy na powrót Arka w barwach B04 na otwarcie trzech trybun w Zabrzu

Mateusza Zacharę(4/1/0) i Przemysława Oziębałę(9/1/0) potraktuję razem - drugi z nich zagrał 185 minut, pierwszy 152 i jasne, że byli w cieniu Milika, w związku z czym wielu okazji do pokazania się na boisku nie mieli. Najważniejsze tak naprawdę przed nimi - jeśli Górnik nikogo nie pozyska, to będą walczyć o miejsce na szpicy Górnika, na tę chwilę większą szansę dałbym Oziębale, ale niewykluczone, że dojdzie do częstszej rotacji na tej pozycji.

I to by było na tyle w temacie podsumowań. Runda wiosenna już za mniej niż dwa miesiące! ;)

wtorek, 18 grudnia 2012

No i stało się, koniec dywagacji, ryzyko podjęte. Górnik Zabrze zainkasował ok 2,6 miliona Euro, a Arkadiusz Milik od stycznia będzie piłkarzem Bayeru 04 Leverkusen. Naturalnie rozpoczęło to - a w zasadzie przedłużyło - wielką dyskusję na temat przyszłości Milika. Dyskusję, w której każdy ma rację.

Arek w Bayerze

Ma ją Arek wybierając Leverkusen na tak wczesnym etapie kariery. być może nie wszystkie komentarze wokół transferu były dostatecznie dyplomatyczne, ale jeśli dostaje się szansę, ktoś w ciebie pokłada nadzieję i pieniądze, to dlaczego nie spróbować? Pamiętajmy, że plany Bayeru względem Arka nie muszą - co raczej pewne - gwarantować regularnej gry na wiosnę. Nie znamy przecież szczegółów, a czymś Rudi Voller i duet Hyypia-Lewandowski Arka przekonali. Strzelam, że chodzi o przyszły sezon. Bayer radzi sobie świetnie w lidze, ma dwóch piłkarzy których mocniejsze kluby z pewnością będą kusić - Kiessling i Schurrle i być może Aptekarze inwestują w Milika z myślą o późniejszych ubytkach w kadrze. W każdym razie, jestem pewny opinii mediów - jeśli Arek w ciągu kilku kolejek nie zagra choćby paru minut, to nadgorliwcy już ogłoszą, że to klapa, że transfer był błędem i tak dalej, a "Pan Piłkarz" przejechał się jak Zabłocki na mydle.

Jednak na korzyść Arka przemawia jego pracowitość i wiara w siebie. Szczerze - co innego mogło przekonać Adama Nawałkę, aby wystawić 17-letniego młokosa w pierwszym składzie przeciwko Śląskowi Wrocław na starcie poprzedniego sezonu, a później ufać mu wielokrotnie częściej, niż z samej gry na to zasługiwał? Zaufajmy w końcu wyrokom fachowców. Arek nie dostawał miejsca w składzie za piękne oczy, a za zaangażowanie, przejaw talentu, a potem dobrą grą. To samo widzą w nim Hyypia i Lewandowski, którzy wcześniej pracowali z zespołem rezerw B04 i U-19 odpowiednio(więcej o formie Bayeru pisze Bundesliga Fanatic), coś więc o rozwoju młodego piłkarza wiedzą. Arek poleci z nowym zespołem do Portugalii 3 stycznia, liga startuje 19 stycznia, także czasu na przekonanie do siebie trenerów nie będzie za wiele i ławka podczas meczu z Eintrachtem będzie małym, bo małym, ale jednak sukcesem.

Racje mają też włodarze Górnika decydując się na przyjecie oferty Aptekarzy. W obecnej sytuacji Górnika pół roku zwłoki z niejasnym obrazem piłkarskiej wiosny(wiecie, w E-klasie wszystko jest możliwe) to zbyt duże ryzyko. Gwałtowny spadek formy zespołu mógłby odbić się na Arku, w końcu to napastnik, który żyje z podań. Cena i zainteresowanie automatycznie lecą w dół. Kontuzja na miesiąc, dwa, albo i pół roku - transfer w ogóle nie dochodzi do skutku. Pieniądze z Leverkusen pozwolą spokojniej w Zabrzu przezimować, spłacić najważniejsze zobowiązania(czyli te wobec piłkarzy), przygotować solidny grunt pod nowe oferty kontraktowe(Kwiek, ale i Adam Nawałka) i zapobiec dalszej wyprzedaży w zimie. Głównie mam tu na myśli Nakoulmę - pamiętajmy, że jego rajdy są w stanie rozbić każdą obronę w Polsce, 3 asysty i 4 gole mówią same za siebie. Śmiem twierdzić, że wiatr jaki czynił Prezes pozwolił także rozwinąć skrzydła Milikowi. Jeśli więc jego odejście oznacza, że napastnik z Burkina Faso wiosnę spędzi na Roosevelta, to jestem za. Takiej roztropności klubu oczekiwałem zresztą w notce sprzed jakiegoś czasu.

Mam rację także ja :) Górnik wypromował Milika, przy jego udziale ocierał się przez całą rundę o podium i nic nie stałoby na przeszkodzie, aby Arek został i powalczył z nami o mistrzostwo, bo takie marzenia(które nie baczą na ryzyko!) wytworzył wśród kibiców obecny zespół Nawałki. Tym piszącym, że to niemożliwe, że biało-niebiesko-czerwoni są za słabi, radzę przypomnieć sobie poprzedni sezon i "walkę" Śląska, Ruchu i Legii o tytuł. W tej porąbanej lidze wszystko jest możliwe. I mistrzostwo Legii na 3 kolejki przed końcem rozgrywek, i Górnik zdobywający 15. gwiazdkę w stylu Manchesteru City. Mam rację również dlatego, iż regularne występy w Zabrzu są lepsze od ogonów i ławki w Bayerze. Za chwilę powstaną 3 trybuny, miasto będzie przymierzało się do wybudowania tej 4, a Górnik z ligowego przeciętniaka może całkiem szybko wskoczyć do Europy i Milik mógłby tego doświadczyć, zostać tu jednym z głównych bohaterów tego sukcesu. Innymi słowy - za cierpliwość, włożony trud Górnikowi coś się od Milika należało, niekoniecznie pieniądze z szybkiego transferu

Jeszcze parę zdań w pobocznej kwestii transferu napastnika. Od czasu do czasu ktoś dodawał, iż być może do Leverkusen trafi także Konrad Nowak. Przyznam - zdumiały mnie te doniesienia. Nowak zaliczył występów 14(w tym jeden w Pucharze Polski) - dwa razy wyszedł w podstawowej '11', poza tym dwie asysty i łącznie 341 minuty gry(średnio 24 minuty/występ). Jeśli uważamy, że dla Milika za wcześniej, to co sądzić o Nowaku? Coś na boiskach E-klasy pokazał, z pewnością do Niemiec trafiłby głównie po naukę i grę w rezerwach, pytanie więc czy warto jest jak najbardziej na miejscu? Plusem byłoby to, iż wraz z Milikiem łatwiej byłoby się mu zaaklimatyzować.... ale to chyba tyle. Chociaż gdyby suma łącznego transferu miała wzrosnąć o okrągłą bańkę, to kto wie...?

Tyle moich wynurzeń. Dajcie znać, czy Milik waszym zdaniem da radę w Bundeslidze, co zagra na wiosnę i generalnie - jakie macie oczekiwania. Moje nie są zbyt wysokie, gdyż bardziej czekam na błysk Milika w przyszłym sezonie niż na wiosnę. A jak będzie - przekonamy się. Powodzenia Arek! 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Chciałem odpowiedzi na derbową porażkę i ją dostałem: wczoraj zaserwowano mi danie wyśmienite, z idealnie dobranymi składnikami; specjalność zakładu: 90 minut szalonego futbolu i piąte z rzędu zwycięstwo City nad Newcastle. 3 punkty równie ważne, jak te zdobyte na St James' Park 6 maja tego roku w drodze po mistrzostwo. Wtedy po derbach przystępowaliśmy z poczuciem wielkiej szansy na tytuł, wczoraj chodziło o to, aby sobie przedwcześnie nie odebrać nadziei, pokazać, że stać nas na przegonienie United. 6 punktów? Kiedyś było i osiem...

Zachwyt nad zwycięstwem nie ustępował zadowoleniu ze stylu. To było City na jakie czekaliśmy - dynamiczne, żądne krwi, bardzo kreatywne i pewne zwycięstwa. Nic, że podopieczny Alana Pardewa mieli przewagę w początkowych fazach obu połów i mogło się zdawać, że fatalną passę z City w końcu uda im się przerwać. Ze statystyki podań(i posiadania piłki 55% do 45%) wynika, że mieli przewagę: 390 prób, 314 udanych przy 247 próbach City(275 udanych). Poza tym, Alan Pardew ustawił swój zespół wyżej, czym zmusił The Citizens do głębszej obrony. Efektem tego był zaledwie dwa odbiory na połowie Newcastle przy siedmiu próbach(sześciu udanych) Srok na połowie City.

Jednak indywidualnie wszystko wróciło do normy - Yaya Toure zagrał jak na niego przystało(podanie do Nasriego - poezja. Zobaczcie, jak bardzo chciał dostać tę piłkę, musiał ten wolny korytarz zauważyć wcześniej), Silva, Tevez i Aguero wreszcie do siebie pasowali jak należy(zresztą, gdy Mancini desygnuje dwóch napastników z Argentyny, to City nie przegrywają), obudził się też Nasri, bardzo dobre zawody rozegrał - najwyższy czas! - Javi Garcia.

Hiszpan wygrał wszystkie 10 pojedynków główkowych(w tym dwa w polu karnym rywala, z czego jeden dał gola na 0:2), co w dużej mierze pokazuje odmienność jego charakterystyki względem Nigela de Jonga(get well soon, Nigel!). Ponadto Garcia więcej podawał do przodu, mniej tracił i jakby to ująć, ogarnął się. Nasri natomiast mimo iż spędził na boisku 36 minut, to zdołał zaliczyć dwa kluczowe podania(ogółem na 19 podań miał 17 celnych):

Nasri stat

Zejście Samira wprowadziło sporo zamieszania - Kolarow nie zaadaptował się, wykonał zaledwie 6 prób podań, ani razu nie próbował odebrać piłki i w dodatku także doznał urazu, w 70. minucie meczu. Co ciekawe, zmiany które z konieczności Mancini przeprowadzał przesuwały Davida Silvę w inne rejony boiska(po lewej podania Silvy do czasu, gdy grał Nasri, w środku do momentu, gdy na boisku był Serb i po prawej - po jego zmianie):

Silva vs Newcastle

Co z tego wynika? City grali najlepiej, gdy Silva i Nasri zajmowali pozycje po obu skrzydłach i nie przeszkadzali sobie, to każdy z nich był osobno wielkim zagrożeniem w akcjach kombinacyjnych z Tevezem i Aguero, czego zabrakło w meczu derbowym, gdzie grali za wąsko(patrz analiza na Taktycznie). Ponadto, pięć kluczowych podań świadczy o tym, iż Silva wreszcie wraca do swojej dyspozycji, której tak bardzo potrzebuje zespół Manciniego. nie bez powodu starcie na St James' Park określa się mianem jednego z najlepszych występów Merlina w tym sezonie.

Żeby jeszcze podkreślić przewagę Newcastle w drugiej połowie, zajrzałem na podania Fabricio Colocciniego w trakcie, gdy na murawie przebywał Kolarow i później. Argentyński obrońca nieźle wówczas szalał - z jedenastu podań(wszystkie celne!) cztery oddał na połowie The Citizens, z czego dwa były kluczowe(asysta przy golu Ba). Co jeszcze ciekawsze - gdy spojrzeć na to, co Fabricio robił do zejścia Nasriego, to poza jednym kluczowym podaniem zaliczył cztery niecelne długie piłki. ostatnią w 31. minucie. Potem był bezbłędny w tym aspekcie gry, gorzej już było w obronie - to jego cofnięcie przy sytuacji z na 0:1 sprawiło, że Nasri nie był na spalonym, przy bramce nr 2 zgubił krycie Garcii(pech Santona to inna kwestia - Włoch rozgrywał bardzo dobre spotkanie i sprawił mnóstwo kłopotów Zabalecie). Co do decydującego gola City - Fabricio instynktownie chciał zablokować ostro dośrodkowanie swojego krajana, Zabalety, ale wyglądało to raczej komicznie, poza tym Pablo piłkę wycofał do Toure, co dało The Citizens 3 punkty.

Jeśli miałbym się do czegokolwiek przyczepić, to do sposobu rozwiązywania kontr w samej końcówce. Dwie sytuacje, które należało wykorzystać i pogrążyć Sroki, zupełnie nie wyszły. A przecież w maju tak pięknie wyegzekwowali kontrę z Toure, de Jongiem i Clichym...

Nie wiem, czy to, podsumowując, był przełomowy mecz ligowy i od tej pory będziemy oglądać lepsze City, ale życzyłbym sobie, aby to była prawda - za chwilę świąteczne piłkarskie szaleństwo, w sobotę Reading, później 26 grudnia Sunderland(czas się zemścić za porażkę z zeszłego sezonu po golu ze spalonego!), w kolejną sobotę Norwich, a w Nowy Rok na Etihad przyjedzie Stoke City. Cztery spotkania przed pierwszą rundą FA Cup dla City. Cztery spotkania, po których oczekuję 12 punktów i jeszcze większej presji na United.

PS Źródłem tablic i statystyk jest Squawka.com. Od tej pory nie czujemy się już takimi sierotami po guardianowskich chalkboardach ;)

PS 2 Drobna zmiana - usunąłem ramkę z facebookowym Like, głównie z tego powodu, iż pomimo tego, że jestem autorem bloga, to nie mogłem z tego poziomu widzieć, kto lubi moje wpisy. Jeśli chcecie je polubić, to zapraszam na fanpage'a - link do niego jest po prawej stronie :) tam można i polubić wpisy, i nawrzucać mi od gloryhunterów, sezonowców i W City to tylko kasa ;)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20