Manchester City

poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Łzy i wielkie emocje Gerrarda po niedzielnym zwycięstwie Liverpoolu nad Manchesterem City obiegły światowe media z prędkością błyskawicy. Nic dziwnego, klub z Merseyside w końcu, po latach posuchy wrócił do czołówki ligi, ba, ma wielką szansę na zdobycie mistrzostwa Zewsząd napływają głosy, iż The Reds, a szczególnie ich kapitan, zasługują na triumf jak nikt inny. Dla Gerrarda miałoby to być zwieńczenie kariery związanej z jednym klubem, ukoronowanie wszystkich zasług dla Liverpoolu czy angielskiej piłki w ogóle. Niestety (dla kibiców LFC), wbrew temu co się mówi – owe zasługi Gerrarda nic nie znaczą w kontekście tabeli Premier League, a sam Liverpool, choć przez dłuższy czas był najbardziej utytułowanym klubem w Anglii, nie ma żadnego boskiego prawa do tytułu, nadanego przez naznaczoną sukcesami przeszłość.
środa, 05 lutego 2014
Przesadnie skromny Jose Mourinho w pomeczowej wypowiedzi nazwał swój zespól młodym źrebakiem, który uczy się skakać i dopiero w przyszłym roku będzie się ścigać, co w zamierzeniu miało zwrócić uwagę mediów na ogromny potencjał drzemiący w jego Chelsea oraz tradycyjnie przerzucić presję związaną z mistrzostwem na najgroźniejszych rywali – Manchester City i Arsenal. Jest w tym szczypta prawdy, bo choć The Blues zwyciężyli na Etihad Stadium, to zarówno ich plan, jak i jego egzekucja nie były pozbawione rys.
wtorek, 24 września 2013
Gdy w 1989 roku Alex Ferguson po swoich debiutanckich derbach Manchesteru opuszczał Maine Road zdemolowany porażką 1:5, kibice United żądali jego głowy, a sam Szkot określił grę defensywną swojego zespołu mianem najgorszej w historii. Blisko tamtego występu od przedwczoraj znajduje się porażka z Manchesterem City następcy Fergusona, Davida Moyesa.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Newcastle United to najprzyjemniejszy przeciwnik, jakiego Manuel Pellegrini mógł sobie zażyczyć na start swojej kariery na Etihad Stadium. Ostatnia wygrana srok w Manchesterze? 2000 rok. Do tego śrubowany z sezonu na sezon niechlubny rekord siedmiu, a już właściwie ośmiu porażek z rzędu z the Citizens. Nawet podszepty typical City nie były w stanie zmazać wrażenia, iż coś wczoraj mogłoby pójść nie tak.
środa, 05 czerwca 2013

Na wspomnienia o Mancinim, trochę na przekór ekscytacji jaka już towarzyszy przygotowaniom do nowego sezonu, przyjdzie jeszcze pora. Dziś przyjrzałem się minionej kampanii pod innym kątem. Czym ekscytowaliśmy się poza występami piłkarzy? 

1. Mancini w masce Platta

Po zremisowanym 2:2 spotkaniu z Ajaksem Amsterdam wściekły Mancini – sędzia nie uznał wówczas prawidłowo zdobytego gola, który dałby City trzy punkty – posłał Davida Platta na kolejną konferencję prasową. Angielskie media nic jednak szokującego z asystenta Roberto nie wyciągnęły(zachwycałem się wówczas, jak zręcznie Platt wyklarował wszystkie wątpliwości), a sam menadżer, jak to się mówi, zniszczył system przychodząc na konferencję przed meczem z Aston Villą... w masce z podobizną Davida Platta. I kto powiedział, że Mancini to sztywniak? Nie był to przecież ostatni jego taki wybryk - dziennikarze z pewnością nie zapomną mu fucking hell w odpowiedzi na pytanie o Pellegriniego. 

2. Santiago Bernabeu

Historyczny mecz City z Realem w Madrycie z wielu względów był magicznym wydarzeniem. Dźwięki Blue Moon na Santiago Bernabeu brzmiało nierealnie dla tych, którzy pamiętali ostatnią dekadę XX wieku w wykonaniu The Citizens, ale nawet tak doniosłe chwile bledły w cieniu tragedii, jaka rozegrała się w Manchesterze. W dniu meczu w akcji policyjnej z rąk włamywacza zginęły dwie funkcjonariuszki – Fiona Bone i Nicola Hughes. Ich pamięci poświęcono minutę aplauzu podczas spotkania City z Arsenalem na Etihad(nierealne w polskich warunkach, prawda?) oraz rozegrano specjalny mecz z udziałem byłych piłkarzy City.

3. Mario Balotelli

Jedną z poważnych zapowiedzi końca wpływów Roberto Manciniego w City była sprzedaż Super Mario do AC Milanu (pożegnałem się z nim tutaj). Włoch stracił swojego przyszywanego syna, chyba jedynego piłkarza City, o którym często w mediach wypowiadał się w pozytywnym tonie(mimo tych wszystkich wybryków). Statystyki jednak były nieubłagane. Mario, podobnie jak reszta Błękitnych napastników, skutecznością nie grzeszył i ostatni sezon na Etihad zakończył zaledwie z jedną bramką w Premier League. Wydawało się, że w Mediolanie znów będzie więcej madness niż brilliance, ale Mario zszokował wszystkich swoją niesamowitą formą i, cholera, strzelił nawet gola z rzutu wolnego(ogółem 12 bramek w 13 występach)! Sezon zaś zwieńczył niemniej zaskakującym wejściem na Twittera, którego w City z pewnością mocno się obawiano.

4. Śmierć Johna Bonda

W zeszłym sezonie pożegnaliśmy jego mistrza, Malcolma Allisona. Historia połączyła ich przede wszystkim w West Hamie, gdzie obaj łącznie rozegrali 619 spotkań. W City Bond był następcą Allisona(opowiada o tym dokument, do którego wielokrotnie już linkowałem), gdy ten po kiepskich wynikach został w końcu zwolniony. John Bonda zapamiętamy przede wszystkim jako ostatniego szkoleniowca City, który przed erą szejków doprowadził Manchester City do finału Pucharu Anglii, przegranego w powtórzonym spotkaniu z Tottenhamem. Późniejsze zwolnienie Bonda miało przykre reperkusje dla klubu z Maine Road, który pod wodzą Johna Bensona spadł z pierwszej ligi. John Bond zmarł w wieku 79 lat, 25 października 2012 roku.

5. City 9 Chelsea 6

Niespotykany wcześniej zwyczaj posezonowego turnee dotknął i City. Choć wizytę w USA zaplanowano znacznie wcześniej, to mam wrażenie, że i tak spadła klubowi z nieba idealna okazja, aby zatrzeć choć trochę złego wrażenia po zwolnieniu Manciniego. Zafundowano więc amerykańskiej publice piętnaście goli(tutaj skrót z drugiego spotkania), masę strzałów, sytuacji i dobrej zabawy, a przy okazji Nike pokazało nowy pierwszy strój City, a sam klub zaprezentował swój projekt w MLS - New York City FC. Nie wszystkim musi się ten kierunek zmian podobać(tutaj wielki wywiad z Soriano, który wiele wyjaśnia), nie sposób nie docenić rozmachu, pamiętając o tym, że Navas już za chwilę w City, to samo nowy menadżer(a z nim Isco?), mówi się o Fernandinho(ponoć właśnie przechodzi testy medyczne), poza tym klub planuje rozbudowę Etihad Stadium... no robią wszystko, aby nie tylko podnieść prestiż klubu, ale i żeby kibice szybko o Mancinim zapomnieli. 

6. Jeśli nie możesz być sobą, bądź Pablo Zabaletą

Od kiedy Manchester United wypracował sobie dwucyfrową przewagę nad City, rozstrzygnął poza mistrzostwem wybór Piłkarza Sezonu na Eastlands. Nieudany, frustrujący sezon zazwyczaj wywyższa na piedestał tych, którzy na przekór wynikom i formie kolegów dają z siebie wszystko. Pablo to ma, na dodatek jest absolutnie uwielbiany za swoją postawę również poza boiskiem. Nic dziwnego, że faktycznie kibice w głosowaniu wybrali go niedawno Piłkarzem Sezonu, co jednak nie wystawia najlepszych not zarówno wielkim gwiazdom City, jak i samemu Roberto Manciniemu.

7. Holistic approach

Gol Marcosa Lopesa w FA Cup był bodaj jedynym znaczącym udziałem piłkarza z drużyn młodzieżowych w dorosłej kadrze obok debiutu Karima Rekika. Po zwolnieniu Manciniego swoje 5 minut miało sformuowanie holistyczne podejście, w którym chodziło z grubsza o to, aby bardziej zainteresować się funkcjonowaniem klubu od drużyn rezerw, juniorów, etc. Mancini rzadko sięgał po młodych, najczęściej na ławkę trafiał Abdul Razak, ale mimo tego po odważnych decyzjach sprzed dwóch sezonów, takich jak postawienie na Dedrycka Boyatę, nie pozostało ani śladu. Swoistą zapaścią odznaczyły się też wyniki zespołów EDS/rezerw. Czy to pod wodzą Andy'ego Welsha, czy Atillo Lombardo, obie kampanie w Next Gen Series zakończyły się fiaskiem, podobnie jak towarzyszące rozgrywki ligowe czy pucharowe. W tym aspekcie Pellegrini wraz z Patem Vieirą będą mieli sporo roboty.

8. Dickov i Rosler

Obaj panowie, niegdysiejsi(i wciąż bardzo związani z klubem!) napastnicy City, przeżyli dość szczególny sezon w Division One. Oldham Athletic Szkota w styczniu zszokowało całą Anglię eliminując w Pucharze Anglii Liverpool(swój udział w tym zwycięstwie miał Reece Wabara, wypożyczony wówczas z Manchesteru City). Jednak Paul Dickov i jego zespół w lidze grali fatalnie, śrubowali serię meczów bez zwycięstwa i w klubie zaszła zmiana na stanowisku menadżera. Uwe Rosler natomiast znajdował się na drugim biegunie - jego Brentford w ostatniej kolejce mogło wywalczyć bezpośredni awans do Championship, do tego potrzebowali zwycięstwo z Doncaster Rovers, również zainteresowanymi promocją... a co się stało? No zobaczcie sami. Szaleństwo.

Co gorsza, Brentford musiało przebić się do finału play-offów, ale tam na drodze stanęło małe Yeovil Town i wybiło awans londyńskiej ekipie z głowy.

A co z Paulem Dickovem? Został szkoleniowcem... Doncaster Rovers ;)

To by było na tyle. Brakowało wam czegoś? Jakie inne, nieoczywiste wydarzenia sezonu 2012/2013 przykuły waszą uwagę?

niedziela, 12 maja 2013

Jeśli kochasz FA Cup i jego specyficzne zamiłowanie do wielkich niespodzianek, to kiedyś sam musisz paść ich ofiarą. 

Absolutnie niczego nie chcę zabierać Wigan. Wygrali zasłużenie, może nie bezdyskusyjnie, ale w przekroju 93 minut po prostu zrobili więcej, aby wznieść ten puchar. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo.

The Citizens natomiast bardzo zawiedli. Wolni i statyczni z przodu rzadko zagrażali bramce Roblesa, brakowało pomysłów na sforsowanie szczelnej obrony rywali. Yaya Toure praktycznie przepadł, nie widziałem ani razu aby ruszył z atakiem (wg Who Scored nie wykonał ani jednego dryblingu!), ale ten zarzut można postawić praktycznie każdemu. Nawet z tak mizernej ofensywy udało się coś wykreować, co nie zmieniło faktu, że powtórzyła się przeklęta historia tego sezonu - nieskuteczność prowadząca do remisu 0:0, w ostateczności do bardzo bolesnej porażki. 

story of our season wpisuje się też rzut rożny, po którym padł jedyny gol. Pamiętacie co City wpuszczało w meczach przeciwko np Ajaksowi? Sygnałów ostrzegawczych od Wigan widzieliśmy mnóstwo - McManaman jeździł z Clichym jak chciał, Francuz przypominał siebie samego z meczu z Chelsea, gdzie Sturridge nie dość, że był koszmarnie szybki, to jeszcze doprowadził do jego wyrzucenia z boiska. Właśnie, czerwona kartka - zasłużona, choć znając Pablo, to i po trzeciej żółtej kartce nie opuściłby murawy. Stało się inaczej i wtedy miałem nadzieję, że City dotrwają do dogrywki, może do karnych i uda się puchar wyciągnąć. Ale Kone zbyt dawał się we znaki Kompany'emu, Maloney z Espinozą kręcili Zabaletą(Silva rzadko pomagał), poza tym całe Wigan bardzo dobrze balansowało pomiędzy zmasowaną obroną, a wyważonym atakiem. Włoski menadżer chyba powinien wziąć lekcję taktyki od swojego hiszpańskiego imiennika.

Co więcej mógł zrobić Mancini? Taktycznie chyba nic nie da się zarzucić - reagował jak należało, zmiany były w porządku, próbował co tylko się dało. Czy zmotywował zespól należycie? Po tym jak piłkarze poruszali się po boisku trudno oprzeć się wrażeniu, iż kolektywnie zaangażowania zabrakło. Nie chcę wierzyć, że piłkarze czuli się zwycięzcami przed pierwszym gwizdkiem, że byli zbyt pewni swego, trochę jak przez cały sezon, choć najpewniej zakończony na wicemistrzostwie, to jednak bardzo, bardzo męczący w odbiorze przez większość kolejek.

Natychmiast po przegranej narosły wątpliwości co do przyszłości Manciniego. I słusznie, jak pokazują statystyki i wrażenia wizualne, Manchester City w przeciągu roku sporo stracił ze swojej jakości. Na podsumowania wprawdzie przyjdzie czas, ale już można powiedzieć, że sezon 2012/2013 nie był krokiem w przód, wprawdzie Puchar Anglii by tego nie zmienił, a jedynie osłodził, niemniej porażka dodała napięcia nie gorzej niż plotki o Pellegrinim.

Jeszcze parę słów o Wigan. Ogromna klasa. Wyszydzani przez niską frekwencję, poniżani częstokroć na boisku, mają swój dzień chwały i wydawałoby się, że to udany sezon. A tu trzeba się utrzymać - mam nadzieję, że to się uda i City dostanie szansę rewanżu w lidze ;) nawet jeśli spadną, to coś mi mówi, że Martinez i tak zostanie, nie skusi go Everton czy jakikolwiek inny klub z ligi angielskiej. I dobrze, bo to pozytywny facet, choć jego podejście wielokrotnie było samobójcze i zespół przez to zbierał tęgie baty. Wczoraj to był jego dzień, jego i piłkarzy zwycięstwo, najważniejsze w karierze. Gratulacje jeszcze raz.

Poproszę następny sezon.

sobota, 11 maja 2013

Drugi raz w historii bloguję na okrągło w ramach finału Pucharu Anglii. Dalszy wstęp zbędny ;-)

10:45 Ach ci bukmacherzy. Wszystko zepsują. Ktoś za dużo postawił na to, że Pellegrini będzie następnym menadżerem City, Guillem Balague napisał w ASie, że sprawa już pewna i błękitna część internetu zawrzała, tak jakby ekscytacji związanej z finałem Pucharu Anglii nie było dosyć. Czy Mancini gra o stanowisko, czy też sprawa jest przesądzona, tego nie wiem. Z logicznego punktu widzenia wyciek takiej informacji teraz byłby absurdalnym posunięciem z każdej ze stron. Malaga i tak się rozsypuje, a szejkom, zawsze wspierającym Manciniego, nie mogłoby zależeć na destabilizacji i dekoncentracji Włocha i zespołu przed tak ważnym spotkaniem. No chyba, że ten ma już umowę z innym klubem, może znowu do gry wróciło Monaco, ale jak zwykle - będziemy musieli poczekać, nim prawda ujrzy światło dzienne.

W pierwotnym zamyśle pierwszy wpis miał być typowo wspominkowy. Rok temu o FA Cup napisałem tylko raz - wszak City ulegli w niesamowitym meczu United 2:3 i pożegnali się z pucharem już w pierwszej fazie. Natomiast dwa sezony wcześniej blogowałem na okrągło o finale ze Stoke City w dwóch częściach, w pierwszej przed meczem, w drugiej po tym, jak Carlos Tevez wzniósł puchar. Aż trudno uwierzyć, że było to dwa lata temu - mam wrażenie, jakby minęło z dziesięć. Niemniej zobaczmy, jak to było w tym 2011 roku:

13:10 Prasa w Anglii poświęciła zapowiedziom finału całkiem sporo miejsca, na przekór temu, iż sam mecz nie zwieńcza sezon na Wyspach(dokładnie tak samo jak dwa lata temu!). Telegraph przepytał jak zwykle skromnego Pablo Zabaletę, Independent porozmawiał z właścicielem Wigan, Davem Whelanem, który w 89 mógł kupić Manchester United, a w roku 1960 w finale Puchar Anglii złamał nogę. Swoją drogą, Manchester City stanął na drodze Wigan do Premier League w sezonie 98-99, gdy wygrał z The Latics w półfinale fazy play-off decydującej o awansie do Division One(obecnie Championship). Czternaście lat temu oba kluby grały w trzeciej lidze angielskiej a dziś zmierzą się w finale najstarszych rozgrywek na świecie, brzmi niesamowicie, prawda?

Co ciekawe, samo trofeum potrzebowało około 80 godzin polerowania i innych zabiegów, aby lśnić dzisiejszego popołudnia. Warto jeszcze zerknąć na taktyczną zapowiedź Michaela Coksa, który próbuje rozwiązać problemy Roberto Martineza w defensywie - jak wiemy, ze składu Wigan wypadli Beausejour, Stam, Figeroa, Ramis i być może Alcaraz(za to Mancini ma praktycznie pełną kadrę!). Guardian ponadto pisze o Wigan w kontekście miasta i drużyny rugby z ciekawą historią Winstona Highama w tle, a co do City, to Jamie Jackson zastanawia się, co stanie się z grupą piłkarzy zagrożonych/chcących odejść. W polskim Internecie zaś szczerze polecam Krótką Piłkę - poza innymi sobotnimi meczami znajdziecie także moją zapowiedź dzisiejszego finału.

13:45 Dwa lata temu, przy okazji ćwierćfinału napisałem o Reading, że ich największą zasługą dla City było... wyeliminowanie Evertonu. Tak, w przypadku klubu Davida Moye... no w każdym razie zawsze wolę uniknąć zespołu z Goodison Park i Wigan też to na korzyść City uczyniło, niszcząc Everton na ich stadionie 0:3. Poza tym pokonali Bournemouth, Macclesfield. Huddersfield Town oraz Milwall.

Dość łatwi przeciwnicy powiecie, ale City, z Watfordem, Leeds, Stoke, Barnsley i Chelsea straciło zaledwie jednego gola.

15:50 Wigan jeszcze nie powąchało murawy na Wembley, a już ich kibice mogli przeżyć nieziemskie emocje. Najpierw agonię, bo Benteke wyprowadził Aston Villę na prowadzenie, a potem Ramires wyleciał z boiska. Wszystko wyglądało tragicznie, aż Benteke wyrównał poziom głupoty w obu zespołach i również zakończył mecz przed czasem. Chwilę potem Lampard strzela gola #202 na remis, aby w samej końcówce dać Chelsea prowadzenie! Niewiarygodne. Czy ta karuzela nie wyprowadzi The Latics z równowagi? Po raz kolejny wypada zapytać, dlaczego finał nie jest rozgrywany na koniec sezonu, gdy wszystko w lidze jest już rozstrzygnięte. Wynik Aston Villi plus absencja w bezpośrednim starciu  belgijskiego napastnika daje sporą nadzieję Wigan w ostatniej kolejce... ciekawe, czy będą w stanie oczyścić głowy z tych okoliczności i skupią się na tym, co czeka ich na Wembley.

16:30 Moje przewidywania co do składów:

City: Pantilimon - Zabaleta, Kompany(k), Nastasić, Clichy - Toure, Barry, Nasri, Silva - Tevez, Aguero.

Nasri zamiast Milnera - choć to rozwiązanie zawężające linię pomocy, ale przy obecnej formie Francuza miałoby uzasadnienie. Pantilimon w bramce bezwzględnie, co do obrony i ataku chyba nie ma żadnych wątpliwości, na ławce pewnie zobaczymy Harta, Lescotta, Kolarowa, Milnera, Dżeko i dwóch z czwórki Maicon/Rodwell/Garcia/Richards.

Wigan: Al-Habsi - Boyce, Caldwell, Sharner, Espinoza - Watson, McCarthy, McArthur - Maloney, McManaman, Kone

Choć Martinez ma sporo ustawień w zanadrzu to coś mi mówi, że wobec kontuzji nie zaryzykuje zdrowia Alcaraza i zostanie przy składzie, który wystawił na Swansea. Gdyby jednak Antolin mógł zagrać, prawdopodobnie Caldwell usiądzie na ławce, Espinoza przejdzie na prawą pomoc a z defensywy zrobi się trójka zamiast czwórki. W ataku pełna moc - Martinez rzadko bywa pragmatyczny i nie lubi rezygnować ze swojego stylu na rzecz jakiegokolwiek przeciwnika.

Tego obawiam się najbardziej - City potrzebowali sporo czasu, aby złamać defensywę Wigan w obu ligowych meczach - 68 na DW Stadium i 83 na Etihad. Co może zawieść 'gości' to skuteczność, aczkolwiek widząc chociażby asysty Maloneya przeciwko WBA trzeba czuć respekt. Z drugiej strony, jeśli Maloney będzie grał na Zabaletę to chyba możemy założyć, że Pablo da sobie radę. Nie sądzę, aby City udało się szybko przejąć kontrolę nad spotkaniem, Wigan będzie zbyt agresywne i nastawione na grę piłką, aby się od razu poddać. Stąd na początku spodziewam się nerwowych strat i 20, 30 minut 'siłowania' się w środku pola, z nadzieją, że jedno podanie Toure, Silvy czy Nasriego otworzy wynik meczu. Jeśli nie - emocji nie zabraknie, a mecz i tak powinien jedną akcją rozstrzygnąć Tevez ;)

17:20 Znamy składy! Jednak Pantilimon zasiądzie na ławce! Czy to wybór czysto sportowy, czy jednak efekt tego, iż Rumun chce z City odejść, nie wiemy.

Resztę przewidziałem perfekcyjnie ;-)

W składzie Wigan zaszła zmiana, którą brałem pod uwagę - Caldwell nie gra, jest Alcaraz, jednak Robles w bramce zamiast Al-Habsiego, poza tym Watsona zmieni Jordi Gomez. Czyli Wigan chyba zagra trójką w obronie, ciężko to jednak bez obrazu telewizyjnego rozstrzygnąć bez wątpliwości.

Jako że to ostatni wpis przed pierwszym gwizdkiem, to zgodnie ze słowami Vincenta Kompany'ego chcę, aby na Wembley zrodziła się kolejna legenda, tym razem szóstego triumfu Manchesteru City w Pucharze Anglii. Wigan chce utrzymania w Premier League i niech je dostanie - FA Cup nie jest im do tego absolutnie potrzebny ;)

C'MON CITY

wtorek, 09 kwietnia 2013

Wczorajszy wieczór przypomniał mi o niezwykłym wpisie Michała Okońskiego o North London Derby, kipiący od emocji, od których chce się uciec, a to w szaleńczą pracę, a to w jakikolwiek plener, gdzie dostępu do Sieci brak. Coś podobnego, choć nie z własnej woli, przeżywałem wczoraj. Nerwowe, jakby mimowolne zerkanie na smartfona, wyczekiwanie na wieści, smsy i tweety, ale i pragnienie rzucenia tego w diabły (te Czerwone, oczywiście) i przeczekanie najgorszego. Chciałem znać wynik i nie chciałem, sprawdzałem ten cholerny telefon z sercem w gardle, z jeszcze większym poczuciem bezsilności, niż zwykle i dziwaczną nadzieją, że wypatrzy mnie czujne oko kierownika i zabierze, uwolni od męki.

A potem... 0:1, 1:1, 1:2. Koniec. I ulga, ożywczy haust powietrza, lekkość na duszy i ciele. I trochę wstyd, bo to tylko mecz, już bez znaczenia w mistrzowskim wyścigu. Pisze wspomniany Michał Okoński, że Tak, oczywiście, Manchester United praktycznie jest już mistrzem Anglii, wtóruje mu chociażby Przemysław Rudzki na moje oko Manchester United wygra, z kim ma wygrać po 1:0 i żadne cuda się nie wydarzą, podobne słowa padły także z mojej strony, choć kusi, oj kusi tak bardzo, aby na przekór wyrzucić z siebie to jeszcze nie koniec, we are Man City, we fight till the end.

Po takim zwycięstwie niełatwo zejść na ziemię. Mancini mówiący o 15 punktach niezasłużonej przewagi ma potężny argument. W bezpośrednim starciu różnica pomiędzy drużynami z Manchesteru jest nieznaczna, City od zeszłego sezonu stoją w tym samym rzędzie faworytów Premier League. Ale mistrzostwa nie wygrywa się - tak, to banał - jedynie z United, trzeba jeszcze wygrać z QPR, Sunderlandem, nie dać szans Southampton i w końcu wygrać na Goodison Park. A i Wigan, Aston Villa czy na przykład Stoke muszą od czasu do czasu nie przestraszyć się United i odważniej sięgnąć po punkty.

No właśnie, strach. Ostatnie 15 minut meczu dłużyło mi się nieznośnie, jak chyba każdemu kibicowi, którego drużyna prowadzi z United. Przed oczami widziałem każdy poprzedni raz, gdy przegrywali, a jednak dzięki determinacji i niezachwianej wierze zdobywali 3 punkty albo ratowali remis. A po obejrzeniu powtórki meczu złapałem się za głowę - czy to aby na pewno na boisku przebywali ci diabelscy United? Nerwy nerwami, ale nie widać było pomysłu piłkarzy Fergusona na zwycięstwo w tym meczu. Strzały z dystansu, owszem, stałe fragmenty, też, ale poza tym? Czyżby zmęczenie, o którym wspominałem, faktycznie się im udzielało? Frustracja? Przecież taki Rooney mógł zobaczyć czerwoną kartkę za swoje wejście dwiema nogami...

Plan United - bez względu na to, czy improwizowany, czy założony z góry - w pierwszej połowie nie funkcjonował tragicznie. Kilka razy udało im się wyjść z groźną kontrą, okazjonalnie cieszyć się przewagą liczbą na połowie City, brakowało tylko dobrych rozwiązań, kluczowego podania. Nie spodziewałem się tak otwartego początku spotkania, bardziej obawiałem się zachowawczego startu z obu stron, obwąchiwania się i poszukiwania słabszych stron. W United tak wyglądała lewa flanka, nękana przez Zabaletę i Milnera, szkoda tylko, że często serwowali wysokie dośrodkowania - bez Dżeko takie zagrania nie miały sensu. W zapowiedzi oczekiwałem Anglika na prawym skrzydle zamiast Nasriego, głównie z uwagi na pracę Jamesa w defensywie, Mancini mnie przechytrzył(brawo za to! Włoch bardzo dobrze przygotował zespół na derby) - znalazł miejsce na boisku dla obu, słusznie zostawiając siły Aguero na końcowe minuty. Zaś do występu Francuza trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia.

Błysk Kuna(a wcześniej gol Jamesa) nie miałby miejsca gdyby nie bardzo solidna praca w pomocy Barry'ego(91% celnych podań!), wsparta kolejnym błędem w selekcji Fergusona. Rok temu Szkot zszokował kibiców wstawiając Parka, wczoraj, przynajmniej przez 60 minut, najsłabszy na boisku był Giggs, czasami dzierżąc tę mało zaszczytny tytuł z Rooneyem, który jednak rzadko bywał przy piłce(nie oddał ani jednego strzału!). Można mieć też pretensje do Van Persiego, tylko że Holendrowi brakowało wsparcia. Z kolei w City oczekiwałem większej roli w ataku Toure, ale wydaje mi się - tu różnię się z Michałem Zachodnym i jego tekstem dla Taktycznie - że mając przed sobą Silvę, Nasriego, Milnera oraz wchodzących bocznych obrońców nie miał za zadanie kreowanie gry, a raczej bezpieczne przenoszenie piłki do 'właściwej' ofensywy. Zresztą, wyżej grał Barry i nie zgodzę się, iż Toure zagrał słabo, miał po prostu inne zadania, a gol United to także wina Kompany'ego, który nie upilnował Jonesa - najlepszego piłkarza Czerwonych Diabłów.

Twarz Phila Jonesa po golu Aguero, obśmiana już na wszelkie sposoby w Internecie, wyraziła wszystko - szok, niedowierzanie, może nawet poczucie krzywdy w obliczu tak dobrego występu. Jednak Sergio był zdecydowany, a obrońcom United zabrakło decyzji. Kto ma Argentyńczykowi odebrać piłkę? Welbeck? Ferdinand? Jones? Evra? Wygląda na to, że myślą nad tym do teraz.

Zdanie o Mike'u Deanie. Lubię tego sędziego. Może i mógł wyrzucić Rooneya, mógł też dać dokończyć City akcję w ostatniej minucie pierwszej połowy, tak jak to zrobił w przypadku United pod koniec spotkania, ale ogólnie - występ na plus, bez kontrowersji o których rozprawialibyśmy przez następne tygodnie.

Manchesterowi City pozostaje oczyścić głowy i zapomnieć o lidze - w niedzielę Wembley i szansa na finał Pucharu Anglii, choć na pewno będą nasłuchiwać wieści z Brittannia Stadium. Mam tu spory dylemat: czy bardziej chcę spadku Stoke, czy straty punktów United? Wyobraźcie sobie, że przegrywają z Garncarzami. City pokonują Wigan w tygodniu i już zostaje tylko 9 punktów... nie, stop. Krok po kroku. Najpierw FA Cup, a potem wygrać wszystko do końca sezonu i zobaczymy. Jeśli uda się zmniejszyć przewagę United do powiedzmy 6 punktów, to będzie dobry znak na przyszły sezon.

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Spokój przed derbami Manchesteru jest pozorny. Przez moment nawet pomyślałem, że to są mniej ważne derby, ale nie, absolutnie coś takiego jak mniej ważne starcie z United po prostu nie istnieje. Bez względu na pozycję ligową i różnicę w punktach, powrót na Old Trafford, na pierwszy mecz po pamiętnym 1:6, będzie wyjątkowy i niemal pewne mistrzostwo Czerwonych Diabłów tego nie zmieni. Kiedy komputer losujący wypluł terminarz Premier League to oczekiwałem, iż kwietniowe spotkanie zadecyduje o układzie sił w tabeli. Złośliwi powiedzą, iż tak będzie - United potwierdzą dominację na krajowym podwórku, a City pozostanie odepchnięcie zakusów drużyn z Londynu na wicemistrzostwo. Czuć rozczarowanie, iż nie ma tej podwyższonej intensywności, co rok temu. Na poszukiwanie przyczyn takiego stanu, zresztą po części w tym miejscu już poczynione, przyjdzie odpowiednia pora.

Składy stworzone przeze mnie :) (c)
Tak, nudziło mi się ;-)

United nic nie muszą, co idealnie wpisuje się w ich typową strategię meczową, nastawioną na szybkie kontry. 15 punktów to ogromny luz. Jedna porażka niczego nie zmieni, to City muszą ratować ligową kampanię 3 punktami na Old Trafford. Identycznie jak podczas derbów na Etihad - The Citizens gonią, United wyczekują i kąsają, gdy nadarzy się okazja. Byli lepsi przez całe rozgrywki, wisienką na torcie będzie dublet nad rywalem zza miedzy, rewanż za bolesny poprzedni sezon.

Ferguson jest w świetnym nastroju, chwali Davida de Geę, z trudem znajduje słowa, aby wyrazić zachwyt nad Philem Jonesem. Mancini inaczej, częściej krytykuje, korespondencyjnie wymienia zdanie z Hartem na temat, czy w istocie 15 punktów to zasłużona przewaga? Ciekawe czy Włoch zauważył, że oceniając siłę składu wrzuca kamyczek do własnego ogródka. Jeśli ekipę ma mocniejszą niż wskazuje na to status w tabeli, to czyja wina, że United już dawno uciekli?

Oczywiście, perfekcyjny występ w derbach i zwycięstwo sprawią, że tłum znów głośniej zakrzyknie Mancini, whoah na melodię Volare, poparcia jak zwykle nie zabraknie, choć już dawno jest po herbacie. Wygrać jednak trzeba, właśnie dla tych ludzi, dla poczucia, że United są do pokonania. Pokazała to Chelsea, chciał pokazać w drugiej połowie Sunderland. Gdyby tylko zespół O'Neila nie był tak kiepski, to remis powinien zdobyć, bo United wyglądali na przemęczonych. Sporo kosztowała ich kampania w Lidze Mistrzów i Pucharze Anglii(tu City mieli właściwie tylko jedną poważniejszą przeprawę - Stoke City), przez co nawet skuteczne i genialne pierwsze 45 minut potrafią zaprzepaścić anonimowymi drugimi połowami. Jeśli w czymś upatrywałbym szansy City, to właśnie w trudach sezonu United.

Mancini do dyspozycji ma wszystkich najważniejszych piłkarzy, więc pewnie rzuci Aguero i Nastasicia w miejsce Dżeko i Lescotta, być może także Nasriego zastąpi Milner, w końcu na skrzydłach Zabaleta czy Clichy będą potrzebowali wsparcia. Nie żeby Nani, Valencia czy Young byli w wyśmienitej dyspozycji - grunt to być na wszystko przygotowanym. Niepewny występ Rooneya to chyba żaden kłopot dla Fergusona - ma Kagawę, Cleverleya i khem, Andersona, od biedy zagrać może Giggs, albo tak jak w zeszły poniedziałek - wspomniany Phil Jones. Roberto zaś pewnie będzie się trzymał dwójki Toure-Barry i cholera, jeśli Yaya przejmie kontrolę nad środkiem boiska, a reszta nie pozwoli United się rozpędzić z kontrami, to powinno być dobrze. Oby nie kombinował zanadto - żadnego ustawienia z trójką obrońców, czy Yayą za napastnikiem - Iworyjczyk ma rządzić w pomocy, myślę, że to od niego wszystko dziś zależy. No i od van Persiego. Nie dopuszczajcie go do rzutów wolnych, okej? Byłbym zobowiązany :) 

Co więcej można dodać? Emocje rosną z minuty na minutę, pozostaje mi tylko żałować, że derby spędzę w pracy nerwowo sprawdzając co rusz Twittera. Będzie się działo. City potrzebują tego zwycięstwa i jak każdy kibic bardzo w nie wierzę. Pozbawili się szansy na ekstra derby z szansą na mistrza, nie o to walczyli, aby grać tylko o prestiż i zapowiedź lepszej rywalizacji za rok. Zostawiam to jednak na bok, bo derby same w sobie to soczysty kawałek futbolu i tak będzie zawsze.

Przy okazji, patrzcie, moje nazwisko na sport.pl! A to ci dopiero ;-)

No i nie zapomnijcie o powiązaniach między City a United, o których napisałem dla Krótkiej Piłki

sobota, 30 marca 2013

Tekst pierwotnie powstał dla Krótkiej Piłki, portalu o - niespodzianka! - piłce nożnej który mocno wam polecam, bo piszą tam same poważne blogowe nazwiska(i ja też, bo dałem łapówkę)! 

Do rozpoczęcia okienka transferowego pozostało jeszcze sporo czasu, ale już z całą pewnością można powiedzieć, iż Manchester City, po słabszym polowaniu w lato 2012 roku, znowu wkroczy na rynek jako jeden z najaktywniejszych graczy. Jednak krępujące rozrzutne wydawanie pieniędzy Finansowe Fair Play sprawia, że nawet Roberto Mancini, obsesyjnie głodny nowych gwiazd światowego formatu w swoim zespole, musi najpierw sprzedać, aby potem kupić. A lista piłkarzy zagrożonych bądź zainteresowanych transferem z Etihad wcale nie jest krótka.

Angielska prasa od dłuższego czasu spekuluje na temat grupy zawodników, których sytuacja na Eastlands jest co najmniej niepewna. Trzem piłkarzom kończą się kontrakty: wypożyczonym do Brighton i Malagi odpowiednio Wayne'owi Bridge'owi i Roque Santa Cruzowi. Los obu jest już przesądzony, są skreśleni przez Manciniego i nie mają szans na nowe umowy w City, mało prawdopodobne, aby ewentualny następca Włocha miał odmienne zdanie. Inaczej sprawa ma się z Kolo Toure, który w ostatnim czasie godnie zastępował kontuzjowanego Vincenta Kompany'ego i z pewnością chciałby nadal występować w jednym klubie ze swoim bratem. Mówi się, że Iworyjczyk ma oferty z rosnącej w siłę ligi tureckiej, ale jeśli utrzyma obecną formę i zgodzi się na obniżenie pensji, to przedłużenie kontraktu o rok stanie się całkiem realne.

Odejście Balotellego w zimie skróciło opcje Manciniego w ataku do zaledwie trzech. Wobec wciąż niegotowego do testu na poziomie Premier League Johna Guidettiego zapewne martwią włodarzy City dwa fakty. Pierwszy, to poważne źródła sugerujące, iż Edin Dżeko jest bliski transferu do Borussii Dortmund. Drugi, to umowa Carlosa Teveza, ważna do końca 2014 roku oraz zapowiedzi Argentyńczyka, iż chciałby po przygodzie z City osiąść na ostatnie lata kariery w swojej ojczyźnie. W wypadku Teveza, stanowisko jest jasne, nikt sobie nie wyobraża, aby Apacz mógł odejść za darmo w przyszłym roku. Oferta nowej umowy i decyzja samego piłkarza muszą być znane przed 1 września 2013, aby uniknąć nieporozumień i panicznej próby uzyskania jakichkolwiek pieniędzy za niego w zimie.

Wszak wystarczy przypomnieć długie i nieudane negocjacje z Corinthians i AC Milanem w okolicach incydentu w Monachium. Obecnie Carlitos prezentuje wzorową formę sportową i pomimo wygasającego kontraktu jego wartość rynkowa jest wyższa niż 12 miesięcy temu, niemniej problemem może być, podobnie jak przy próbach sprzedaży innych zawodników (np. wspomnianego już wcześniej Bridge'a), pensja piłkarza. Kłopot ów prawdopodobnie rozwiązano, choć według plotek nie bez przejść, w Dortmundzie, aczkolwiek nadal pozostaje kwestią otwartą, czy Dżeko faktycznie poprze swoje chęci powrotu do Bundesligi czynem.

Pozostaje jeszcze pytanie, jak dużym elementem w tej transferowej układance jest transfer Roberta Lewandowskiego. Wszyscy wprawdzie mamy już dość tych spekulacji, ale wydaje się, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży Polaka mogłyby posłużyć BVB do zainwestowania w Dżeko. W City przecież nikt nie ma zamiaru sprzedać Bośniaka, a co dopiero za grosze. Ewentualne porozumienie między klubami otworzy na poważnie wyścig o podpis napastnika z topu, ale temat Cavaniego czy Falcao pozostawmy na inną okazję. Prasa na dobrą sprawę jeszcze się zaczęła rozłożyć transferowej karuzeli.

W nadchodzących kolejkach Premier League najmocniej o swoją pozycję w klubie powinien powalczyć, jeśli jest tym zainteresowany oczywiście, Samir Nasri. Krytykowany przez Manciniego Francuz rzadko odgrywał znaczącą rolę w obecnym sezonie. Anonimowość na boisku przełożyła się na kwestionowanie jego postawy w ogóle. Zaczęły pojawiać się pogłoski o zepsutym pieniędzmi dzieciaku, dla którego właściwym krokiem byłaby ucieczka do PSG, perfekcyjnym dla stanu konta i City, i Nasriego. Z pewnością jednak Samir poczeka na rozstrzygnięcie w Pucharze Anglii, decydującym o przyszłych losach Manciniego.

To samo powinien uczynić Joleon Lescott. Wg Daily Mail City mogą pozbyć się defensora będącego w podobnej kadrowej co były pomocnik Arsenalu. Ten jeszcze od czasu do czasu ustępuje miejsce w składzie Milnerowi, a mimo tego zaliczył 28 występów we wszystkich rozgrywkach. Anglik natomiast nie gra ze względu na Nastasicia i nie jest w stanie się przebić do meczowej jedenastki na dłużej nawet pod nieobecność Kompany'ego.

Na przekór pogłoskom Mancini wyraził swoje uznanie dla Joleona, w końcu grał nim w 24 spotkaniach tego sezonu, ale czy przed startem nowej kampanii będzie to miało jakiekolwiek znaczenie, jeszcze się przekonamy. Przy okazji warto pamiętać, iż media uwielbiają wyolbrzymiać wszelkie realne bądź wymyślone niesnaski w zespole z Etihad Stadium. Każdy rezerwowy jest niezadowolony i skonfliktowany z Mancinim, a przy ławce City stoi kolejka kontrahentów chętnych na usługi tego, czy innego piłkarza. Biorąc miarkę brukowców należałoby napisać, iż nawet Joe Hart myśli o transferze, ponieważ Mancini go skrytykował i w krajowych pucharach stawia na Costela Pantilimona. 

Wspomnianemu Lescottowi umowa z City wygasa, podobnie jak Garethowi Barry'emu, z końcem sezonu 2013/2014. Pierwszy z nich będzie miał wówczas 31 lat, drugi 33. Gareth już zapowiedział, że chciałby zakończyć karierę w City. Z tym bagażem doświadczenia oraz faktem, iż jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi Manciniego, przedłużenie kontraktu o rok wraz z obniżeniem gaży wydaje się bardzo możliwe. Jeszcze starszy(34 lata na karku) w lato 2014 roku będzie kontuzjogenny Maicon i jego szanse na trzeci sezon na Etihad już teraz wydają się nikle, a po potencjalnym odejściu Roberto Manciniego szanse te spadną do zera. Na drugim biegunie piłkarskiej kariery jest jeszcze Dedryck Boyata. Wypożyczenie do Twente młodego Belga, który debiutował w City za Roberto właśnie, okazało się niewypałem i wobec mocnej konkurencji w obronie Boyata powinien szukać swojej szansy na niższym poziomie.

Ponadto, media codziennie (i chyba słusznie...) łączą rezerwowego Scotta Sinclaira z połową klubów Premier League oraz cytują agenta Yayi Toure, rzekomo stawiającego na ostrzu noża rozmowy kontraktowe. Co zabawne, Toure ma umowę ważną do 2015 roku i jeśli ktokolwiek ma naciskać na zwiększenie tempa negocjacji, to tylko ów agent, rządny swojego udziału procentowego. Mówiąc wprost, szykany i groźba opuszczenia City przez Toure są marną próbą nabicia kieszeni przez chciwego reprezentanta piłkarza. Sam Yaya warunkami panującymi w Manchesterze może być jedynie zachwycony i bardzo wątpliwe, aby nagle zapragnął zmienić otoczenie. 

Ferrana Soriano i Txikiego Beguiristaina czeka mnóstwo pracy. Poprzednie okienka The Citizens, w których wyczyszczenie składu z piłkarzy niechcianych szło bardzo topornie i nieskutecznie, nie mają prawa się powtórzyć. Wypadki Adebayora, Bellamy'ego czy Benjaniego tułających się po wypożyczeniach z nadzieją na transfer definitywny, a ostatecznie oddanych za czapkę gruszek, kosztowały poprzednika Beguiristaina, Briana Marwooda, posadę, a klubowi przysporzyły sporo strat finansowych. Nikt na nie nie zwracał aż takiej uwagi w latach wcześniejszych, ale już w 2013 roku bilansowanie budżetu jest równie ważne jak sukces na boisku i tym razem ta zależność jest bardzo ścisła. Brak trofeum w postaci Pucharu Anglii, skutkujące najpewniej rozstaniem City i Manciniego, doprowadzi do jeszcze poważniejszych przetasowań, bez względu na wielkość nazwiska kontynuatora projektu szejków z Abu Dhabi.

niedziela, 24 lutego 2013

Futbolowa strona Internetu to mało przyjazne miejsce dla Manchesteru City i Manciniego. Niewielu jest autorów - poza kibicami City, naturalnie, którzy potrafią umiejętnie zadać wirtualne pytanie i szukać odpowiedzi bez uprzedzeń, bez wszędobylskich najprostszych wniosków i posądzeń, o psucie piłki nożnej, o przepłaconych i skłóconych piłkarzy, traktujących Manciniego jak szczęściarza i gracza Football Managera, który mistrzostwo dostał w prezencie, a go nie wywalczył i tym podobne. Jednym z tych dobrych miejsc jest blog Michała Zachodnego. Michał ostatnio wziął na warsztat wypowiedzi Manciniego z tego wywiadu Daniela Taylora, często zajmującego się w Guardianie tematyką piłki w Manchesterze. A że zawarł w swoim wpisie sporo interesujących spostrzeżeń, z którymi się nie zgadzam, postanowiłem odpowiedzieć również blogową notką.

Oczywiście, nie będę walczył m.in. z subiektywnymi odniesieniami pokroju Mancini mnie rozczarował, bo natychmiast chce się zapytać, czym dla kibica Chelsea jest rozczarowanie, skoro w jego ulubionym klubie menadżeruje Benitez, z uporem maniaka stawiający na Torresa. Pominę to jednak, gdyż byłaby to zwykła złośliwość z mojej strony ;)

Michał krytykuje Manciniego za wymienianie nazwisk piłkarzy, których widziałby(Roberto, nie Michał;)) u siebie w klubie i wydaje mi się, że chyba przecenia trochę silę takich wypowiedzi. Roberto w końcu podaje piłkarzy obecnych na listach życzeń praktycznie większości klubów, w tym i pewnie City, nie do końca widzę więc, jak taka wypowiedź pali cenę i utrudnia negocjacje, które być może są już na jakimś zaawansowanym etapie. Zresztą, co by Roberto nie palnął, dla City i tak cena będzie wyższa, tak samo jak dla Chelsea. A konflikt w sprawie transferów był nazbyt widoczny. Zamiast pieniędzy wydanych na Rodwella, Sinclaira i np. Garcię Roberto pewnie wolałby widzieć de Rossiego, ale to temat wałkowany od startu sezonu i nie ma sensu się powielać. Dziwi mnie jednak, że Michał widząc chęci Manciniego do zmian, i to biorąc pod uwagę nazwiska chodzi o zmiany sporych rozmiarów, argumentuje iż błędem Włocha jest Ufanie zawodnikom, którzy go wywindowali na szczyt przed rokiem. A kogo ma wystawiać, skoro nie dostał nowych piłkarzy, jakich oczekiwał?

We wszystkich słowach Manciniego widzę przejaw jego bezpośredniości i szczerości. Umówmy się - Włoch nigdy nie był i nie będzie dyplomatą, jeśli coś mu nie pasuje, to na pewno nie zatrzyma tego dla siebie pod płaszczykiem gładkich wywiadów, ładnych w formie i pustych w treści. To nie ten typ. Dlatego więc krytykuje Joe Harta i Samira Nasriego. Są jego piłkarzami i ma do tego prawo, identycznie postępował z Johnsonem i Balotellim, to w gruncie rzeczy zdrowa postawa. Oczywiście, 8 na 10 menadżerów zostawia takie rzeczy w szatni, a upublicznianie krytycznych opinii uznaliby za największe z możliwych przewinień. Jednak po lekturze cytatów z Beniteza czy Rodgersa(ten o perfekcyjnym meczu na wyjeździe to absolutny hit) wolę Roberto. Do sedna sprawy, bez owijania w bawełnę.

Jego zdanie o Harcie można odczytać inaczej - owszem, po sezonie w Birmingham City wielu typowało go do wielkich rzeczy, niemniej postawienie na niego ZAMIAST na Givena było ryzykownym krokiem, bo w City margines błędu zaczął się wówczas szybko kurczyć. Shay przecież bronił wyśmienicie(pewnie pamiętasz Michale obronionego karnego Lamparda?;)), ratował City masę punktów, a tu bach, wchodzi nieopierzony na poziomie walki o trofea młokos. Stąd chyba może Mancini pozwolić sobie na odważniejszą krytykę, nie wątpiłbym tutaj w jego zmiennika - Pantilimon zaliczył bardzo dobry presezon i jak pisałem w sierpniu, Rumun mógłby wskoczyć do bramki City, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Bo też Joe nie jest na swoim najwyższym poziomie obecnie, niestety.

Tylko czy Mancini w tym czasie cokolwiek zbudował? Brakuje nawet zespołu, który w trudnych momentach reagowałby charakterem

Jeśli miałbym wskazać na zdanie w tekście Michała, które sprowokowało mnie do repliki, to powyższy cytat właśnie nim jest. Przyznam, bardzo alergicznie reaguję na zarzuty o brak charakteru w City. Czy poprzedni sezon tego nie pokazał? nawet w obecnym piłkarze City pokazywali charakter - chociażby w '10' z WBA i Norwich, wygrywając na Fulham i z Tottenhamem, doprowadzając do remisu z United i tak dalej. Wystarczy spojrzeć jak to wyglądało na początku rządów Manciniego, gdy zespół nie radził sobie gdy tracił gola jako pierwszy, gdy przegrywał derby i spotkania o wysokiej stawce. To się zmieniło i zespół nabrał charakteru, w tym sezonie natomiast stracił kolektywnie formę. To jednak jest różnica, choć trudną ją wyważyć - gdzie zaczyna się gra charakterem, a gdzie kończy się forma. Jak dla mnie, w City nie ma to jednoznacznej odpowiedzi, co frustruje absolutnie wszystkich, menadżera, piłkarzy i kibiców

Młodzi w City gnuśnieją a nie kwitną

Podany przez Michała przykład Johnsona jest bardzo, bardzo leciwy. To znaczy nie można powiedzieć, aby w City gnuśniał, przecież w 2010 powinien w mojej opinii polecieć do RPA zamiast Wrighta-Phillipsa, którego zresztą wygryzł już wtedy ze składu City. Mancini miał bardzo konkretne zarzuty do Adama, widać było w jego grze że defensywnie w ogóle nie pracuje, nie nadawał się więc na wielkie spotkania, z jego formą też bywało różnie, ale daleki był od regresu. Poza tym, przykład Balotellego cholernie spłyca jego osobowość, sytuację w City i relację z Mancinim. Nie, w żadnym wypadku to nie było gnuśnienie, a już na pewno nie z winy samego Roberto.

Inną sprawą jest dalsza taktyka władz City i zweryfikowanie, czy obecny menadżer jest tym, który poprowadzi Błękitnych do sukcesów także na polu wychowywania nowej, wspaniałej generacji piłkarzy. Osobiście w to wątpię. Roberto przyniósł ze sobą pragnienie wygrywania za wszelką cenę i stworzył zespół w jakimś stopniu odzwierciedlający jego wymagania, jednak po wybudowaniu Etihad Campus stery zapewne przejmie ktoś subtelniejszy, z doświadczeniem we wprowadzaniu młodych do wielkiej piłki. Słuchając nieustannej presji, jaką Włoch wywiera (co bez wątpienia potrafi zirytować)na transferowych decydentach raczej nie spodziewałbym się kolejnych 10 lat na Etihad.

Co do słów o Fergusonie, ja je rozumiem w ten sposób - Mancini prawdopodobnie nie obroni tytułu identycznie jak SAF rok temu, ale oczywiście nikomu nie przyjdzie do głowy doamagać się zwolnienia Szkota, nawet jeśli jego zespół wypuścił niemal pewne mistrzostwo z rąk. I takiego statusu chce Roberto, to znaczy aby nikt nie kwestionował jego umiejętności po jednym słabszym sezonie, co dla mnie jest przejawem jego ambicji, a nie rezygnacji. Mancini nieustannie żąda od swoich piłkarzy ciężkiej pracy i skupienia na futbolu, a więc cech, jakie widzi w sobie. Nie brakuje mu swojego rodzaju włoskiej maniery, zadufania i wiary we własny charakter, ale za to zawsze będę go chwalił, a nie ganił.

Z jednym się na pewno z Michałem zgodzę. Mancini popełnia błędy, nie jest menadżerem idealnym. Zasługuje jednak na trochę lepsze traktowanie. Bo wbrew pozorom wciąż walczy i jest jednym z ostatnich, których charakter można złamać i zmusić do wywieszenia białej flagi

poniedziałek, 18 lutego 2013

Zgodnie z oczekiwaniami Manchester City wyeliminował Leeds United i zagra w 6. rundzie(ćwierćfinale) Pucharu Anglii. Dziennikarze oczekując zwolnienia Manciniego w razie porażki już w 5. minucie musieli zweryfikować swoje poglądy, gdy świetna akcja Silvy, Teveza i Yayi Toure dała The Citizens prowadzenie. O jakichkolwiek roszadach na stanowisku menadżera angielscy żurnaliści mogli zapomnieć już 12 minut później, kiedy to Aguero wykorzystał rzut karny. Sergio miał także udział przy następnych dwóch golach - najpierw po wymianie z Silva dograł piłkę na kolano Teveza, a potem sam wykorzystał fantastyczne podanie Merlina. 4:0, w następnej rundzie czeka już Barnsley, które na swojej drodze pierwszy raz napotyka zespół z najwyższej klasy rozgrywkowej. Wcześniej pokonali MK Dons, Hull City i Burlney.

Aguero FA Cup
Alex Livesey/Getty Images Europe

Szansa na awans dalej jest więc naprawdę spora. Nie uważam jednak, aby fakt, iż Barnsley są w tej chwili w strefie spadkowej Championship wyraźnie skreślał ich szanse, skoro nawet będące w fatalnej formie Oldham Athletic(już bez Paula Dickova, niestety) było w stanie ograć u siebie Liverpool, a w weekend wyrwało w końcówce zwycięstwo Evertonowi i doprowadziło do powtórzonego meczu. Jednakże z klubem z Oakwell The Citizens powinni rozprawić się podobnie jak z Leeds - szybko doskoczyć do rywala, zadać dwa mocne ciosy i kontrolować pojedynek bez zbędnych niespodzianek i nerwów. Nie dać szans i wjechać w dobrej formie na 1/2 finału, który rozgrywa się już na Wembley, co jednocześnie psuje sens kibicowskiej zaśpiewki We're going to Wembley. W końcu nikt o zdrowych zmysłach nie marzy o półfinale Pucharu Anglii.

Co do samego spotkania, Mancini słusznie wystawił najmocniejszy skład(ofensywniejszy biorąc pod uwagę, że zamiast Clichy'ego zagrał Kolarow), dał zagrać całe spotkanie Kolo Toure, w dalszych fazach meczu swoje minuty wybiegali powracający po kontuzjach Rodwell i Maicon, a do rytmu meczowego w Manchesterze wchodzi powoli Yaya Toure. Tym, którzy się spodziewali występów młodych zawodników Mancini zawiódł, ale nie ma się co tym przejmować, bo awans wczoraj był równie ważny jak podniesione morale po katastrofie z Southampton i odbudowanie skuteczności napastników, zwłaszcza przed najbliższą niedzielą i bardzo istotnym meczem z Chelsea. Zwycięstwo z nieobliczalnym Benitezem bardzo przybliży City do utrzymania drugiej lokaty w lidze. Żadne to trofeum, ale wielkim błędem byłoby uznanie, że nikt nie spróbuje zrzucić City z fotela wicelidera.

Leeds próbowało wychodzić wyżej i niczym Southampton postraszyć pressingiem, ale bardzo kiepsko szła im obrona przeciwko górnym piłkom. Aguero nie miał kłopotów z wyprzedzaniem obrońców. Zresztą. różnicę klas było widać zbyt wyraźnie, aby goście cokolwiek mogli wskórać i ten obrazek bardzo mnie usatysfakcjonował.

 

Nie pokładałbym jednak sporych nadziei na resztę sezonu przez jeden występ przeciwko Leeds, tak jak to uczynił Mancini. To znaczy, cieszy mnie zwycięstwo, czyste konto, gole i to, że nie pogłębiły się fatalne nastroje po wizycie na St Mary's. Ale dopiero przekonująca wygrana nad The Blues i ewentualna strata punktów United(grają z QPR, więc to mało realne) cokolwiek może we mnie wskrzesić. Nie zmienia to faktu, iż chcę zobaczyć Puchar Anglii wznoszony przez Vincenta Kompany'ego. Bo droga do finału może okazać się stosunkowo łatwa - wystarczy trafić na parę Millwall - Rovers(wolałbym uniknąć np. Evertonu), sprzyjają także inne magiczne okoliczności. W zwycięskiej kampanii 2011 The Citizens odpadli w swojej pierwszej rundzie Pucharu Ligi. Dokładnie tak jak w obecnym sezonie... przypadek? Nie sądzę :) I całkiem prawdopodobne, że powtórzy się również półfinałowy rywal, United jednak musza pokonać najpierw Reading, aby myśleć o dublecie.

Jeszcze parę słów w temacie nurtującym kibiców City od parunastu tygodni enigmatyczny  Scott Sinclair, o którym wspominałem już w poprzednim wpisie. Chłop nie jest w stanie się załapać na ławkę w starciu z drugoligowcem. Nie ma informacji na temat jego kontuzji, a jak ktoś dobrze zaznaczył, Swansea własnie przygotowuje się do finału Capital One Cup... Scott chyba przecenił własne siły. Smutna sprawa, prawdopodobnie został do City ściągnięty tylko po to, aby zespół spełniał wymaganą liczbę Anglików w składzie... po części wydaje mi się również, iż Scott może być ofiara rozgrywek pomiędzy Mancinim a Marwoodem(szerzej, pionem w City odpowiedzialnym za transfery). Scott poza meczową '18' to znak, aby sprowadzać piłkarzy, których Mancini chce u siebie widzieć. Z drugiej strony, przecież nawet ci nielubiany przez Włocha swoje minuty na boisku odgrywali, by wspomnieć chociaż Adebayora i Bellamy'ego. W jakiej więc formie musi być Sinclair, że wciąż jest pomijany?

Co do Leeds United, więcej szumu na Etihad zrobiła ich publiczność, wciąż głośna, jakby trochę z poprzedniej epoki. O historycznym kontekście meczów City - Leeds dobry tekst napisał Simon Curtis, chyba najlepszy bloger czujący w piśmie klimat kibicowania City. Warto zobaczyć, jak to drzewiej bywało - 78 rok, Ellan Road, również Puchar Anglii. Joe Corrigan zaatakowany, piłkarze Leeds w bójce między sobą, pitch invasion. Inny świat.

 

Póki co czekamy na resztę rozstrzygnięć w Pucharze. Chelsea musi jeszcze pokonać Middlesbrough, aby trafić na United, a co znaczące, ich terminarz wygląda na napięty - najpierw rewanż ze Spartą Praga, potem City na Etihad, trzy dni później własnie mecz 5. rundy z M'boro. City starcie z Burlney rozegra 9 marca, oznacza to, że zaplanowane na ten dzień spotkanie z Wigan zostanie przesunięte. Puchar może być nasz. Choć właściwie, dla dobra Manciniego, musi stać się kolejnym łupem Manchesteru City.

środa, 13 lutego 2013

Jeśli jesteś zmuszony oglądać powtórkę meczu ulubionej drużyny na kilka rat to wiedz, że zagrali dramatyczne spotkanie.

Barry OG
Mike Hewitt/Getty Images Europe

Mistrzowie Anglii zafundowali w sobotę iście komediancki występ, niegodny klasy piłkarskiej, którą rzekoma reprezentują. Słowa Manciniego o 'wielkich jajach' i 'poziomie, który zobowiązuje' nie mają prawa absolutnie nikogo dziwić, nie w kontekście deklarowanej pogoni za United i szumnych zapowiedziach o powtórce z zeszłego sezonu. Gdyby to był mecz łamiący jedynie dobrą passę, to owszem, można mówić o słabszym dniu, wpadce, wszak zdarza się to najlepszym zawsze w pewnym momencie sezonu. Jednak gdy to oznacza trzecie spotkanie z rzędu bez zwycięstwa, a rywal do tytułu ucieka na 12 punktów, to nie można tak po prostu chować się za wymówkami, czy zdaniami z początku ligi pokroju we have to keep calm and work hard. Nie. Potrzeba natychmiastowych wyników jest wyższa niż kiedykolwiek.

O punktach w przyszłych starciach nie da się myśleć bez bolączek z weekendu, oczywiście. Nie udało się Southamptonu wciągnąć w ekscytującą i niebezpieczną grę end to end, w której można wygrać charakterem, albowiem zespół Pochettino zagrał w stylu Realu Madryt(no, do tego aby z beniaminka EPL robić Real trzeba bez mała talentu...) z meczu Ligi Mistrzów na Bernabeu – wysokim, imponującym pressingiem, tłamszącym jakiekolwiek(nikłe bo nikłe, ale jednak) przejawy chęci do gry The Citizens. Nie było powtórki z WBA, gdzie jeszcze chwilę przed zwycięskim golem Dżeko Lukaku mógł dać prowadzenie gospodarzom z The Hawthorns. Zamiast determinacji, woli zwycięstwa, na obiekcie Świętych widzieliśmy masę błędów w wyprowadzaniu piłki, sporo wymuszonych naciskiem złych decyzji, bramkarski klops i absolutny brak energii.

Nie wiem, czy to kwestia przerwy reprezentacyjnej(Argentyna grała w Szwecji, Hiszpania w Kuwejcie), bo nie chciałbym niczego odbierać Southampton, ale szczególnie brak agresji u piłkarzy, których zbiorniki z paliwem wydawały się niewyczerpalne, mocno mnie zastanawia i martwi. Typowany na zawodnika sezonu Zabaleta gdzieś znikł, mimo asysty. Silva, z wolna wracający do najlepszych swoich dni, także bez pomysłu na grę. Clichy dający się ogrywać Puncheonowi jak dziecko. Nawet powrót Yayi Toure był przerażająco bez znaczenia, aż żal było patrzeć na centralną postać City bez znanego powszechnie wpływu na tempo gry. No i jeszcze ten swojak Barry'ego, który z miejsca wskoczył do topu samobójów ligi obok genialnego podania Phila Jonesa do Lindegaarda rok temu na St James' Park. Szkoda mi Garetha tym bardziej, że notował bardzo dobre występy w destrukcji, a ten mecz znowu da argumenty do ręki jego zagorzałem przeciwnikom.

Jeden mecz to oczywiście za mało, aby tak jak to ujął Przemysław Rudzki, uznać że Manchester City zgubiła pycha, tak samo jak nie kupuję argumentu, że piłkarze Manciniego(jak i on sam!) są syci i spoczęli na laurach. Szczególnie zarzut o pychę wygląda na nietrafiony w sytuacji, w której Mancini wyraźnie dostrzegał braki w swoim zespole jeszcze przed startem rozgrywek i domagał się transferów nawet za cenę konfliktu z pionem dyrektorskim, albo w świetle obecnych plotek o poważnych zmianach w kadrze City. Cały czas się zapomina, że Roberto jest wymagającym perfekcjonistą dążącym do zwycięstwa. Popełnia przy tym błędy, ale jest ambitny, w moim odczuciu zmotywowany i wie, co chce osiągnąć. Frustracja po sobocie jest tego najlepszym wyrazem. Transferów już nie dokona, musi więc wpłynąć na zawodników inaczej i ma prawo zwrócić uwagę na ich zaangażowanie, czego chyba mu się odmawia. Każdy kto oglądał mecz widział, jak są wolni, jak nie potrafią kilkoma celnymi podaniami ominąć pressingu beniaminka EPL, ani pokonać go jego własną bronią.

Jeśli ktoś oszukiwał się cały sezon, teraz boleśnie musi to przyznać – cały zespół City obniżył loty, nawet nie patrząc na to, że strzelił te 19 goli mniej i ma 10 punktów mniej niż na tym samym etapie rok temu, a występy, także wliczając te z Ligi Mistrzów, są jeszcze gorsze. Na pewno jedną z przyczyn jest brak skuteczności(btw Mario już w Milanie ukuł trzy gole ligowe, więcej niż dla City w tym sezonie), napastnicy City nie są tak kliniczni jak powinni, mają przebłyski(np. Gol Aguero z Liverpoolem), ale to za mało. Poza tym, brakuje mi równowagi – lewe skrzydło jest kompletnie niewykorzystane z trzech powodów: Clichy nie jest tak ofensywnym obrońcą, Kolarow jest zbyt kiepskim defensorem, aby mu za często ufać, a Nasri nigdy nie gra lewoskrzydłowego(a moim zdaniem powinien) i wespół z Silvą zbyt zwężają pole gry, pomijając już to, że Francuz gra totalnie anonimowy i nie rozumiem, dlaczego wyszedł w pierwszym składzie zamiast Milnera. Z drugiej strony, sam James swoim charakterem i tak nie były w stanie odmienić tego spotkania, więc błąd Manciniego w selekcji był tu w zasadzie bez znaczenia, gorzej z taktyką „tylko prawa strona się liczy”. To samo tyczy się eksperymentów z trójką obrońców, który mimo pewnych pozytywnych oznak, wciąż mnie nie przekonuje. Na miejscu Włocha bardziej skupiłbym się na rozwiązywaniu i zawiązywaniu ataków, bo wing backs nie mają takiego wpływu na ofensywę jakbyśmy oczekiwali.  

Sumując kłopoty Roberto nie zapominam o kontuzjach i frustrującym okienku transferowym. Dziś już nikt nie ma złudzeń – taki Scott Sinclair nie mógł być pod żadnym pozorem pomysłem Roberto na zapełnienie luki po Johnsonie, wystarczy spojrzeć ile były piłkarz Swansea spędził na boisku. Garcia wciąż szuka miejsca na boisku, aczkolwiek jako środkowy defensor nie jest tak beznadziejny. Inne transfery – Maicona i Rodwella, dopadły kontuzje, teraz brakuje Kompany'ego, sezon praktycznie stracił Richards. Nieco ograniczona kadra siłą rzeczy musi się męczyć(choć Roberto nie żyłuje jej tak jak to robi Benitez), ale nie może sobie pozwalać na takie odpuszczanie jak z Southampton. Rywale są nieco mądrzejsi niż rok temu, nie dają tak łatwo wbijać sobie goli, to jedno, a drugie – skład City jest osłabiony i dosięgnął go wyraźny regres.

Z czyjej winy ten regres nastąpił? Zdecydują właściciele i najprawdopodobniej wina spadnie na Manciniego, ale nie sądzę, aby zweryfikowali wyniki Włocha przed końcem ligi. On i Khaldoon Al-Mubarak mają wszak jeszcze jedno ważne zadanie do wykonania – sezon trzeba doprowadzić do godnego końca. Sztuczki z poprzedniej kampanii oczywiście się przydadzą. Mistrzostwa nie będzie, ale drugą lokatę trzeba utrzymać, nabrać jak najwięcej punktów i mocno powalczyć o Puchar Anglii. Nie liczę na powtórkę z rozrywki i na łut szczęścia(nie tylko dlatego, że ani Wigan, ani Everton nie byli w stanie skopiować swoich wyczynów z United), raczej na wzięcie się w garść, zejście presji, gdyż nie ma już nic do stracenia. No, może poza stanowiskiem menadżera, Roberto. United są poza zasięgiem, jeśli to jest rok, w którym drogi Manciniego i City się rozejdą, to oby z drugim FA Cup w gablocie.

środa, 30 stycznia 2013

Dzisiejsza okładka La Gazzetty dello Sport(pisząc to poczułem się nieomal jak pewny znany komentator piłkarski) nie pozostawia złudzeń - to koniec Mario Balotellego w Manchesterze City. Włoch z ghańskimi korzeniami jest już dogadany z AC Milanem, jednocześnie oba kluby są bardzo blisko porozumienia. Jeden z synów Manciniego odchodzi pozostawiając po sobie mnóstwo pytań, o tęsknotę, wspomnienia związane z Super Mario, o niezwykłą więź z menadżerem i o następstwa czysto piłkarskie na Etihad Stadium. poczytajcie więc o moich momentach z Mario ;)

La Gazzetta - Balo is Back

Urodzony 12 sierpnia 1990, transfer do City 12 sierpnia 2010, debiut i pierwszy gol 19 sierpnia tegoż roku

Od samego początku starania Manciniego o swojego byłego podopiecznego z Interu sugerowały silną więź pomiędzy oboma Włochami. W Mediolanie właśnie skończyła się era Mourinho, o którym później Mario powie, że nie mogli się dogadać, bo obaj mają wyrazistą osobowość, a takowe nie znoszą podlegania komukolwiek. Roberto był zupełnie inny. Zazwyczaj nie utrzymujący głębszych relacji z piłkarzami, Balotellego otoczył wyjątkowym, ojcowskim ramieniem i zabrał do Anglii za grubo ponad 20 milionów €. Sporo, wątpliwości co do tego transferu było mnóstwo wątpliwości, ale Mancini, uparcie, aż po ostatni dzień gry MB w Manchesterze bronił go przed wszelkimi atakami. Wiara godna podziwu w małym procencie zaczęła się spłacać już kilkanaście minut po wejściu Mario na boisko w Timisoarze - debiutancki gol dał wówczas City wymęczone zwycięstwo, a sam napastnik doznał kontuzji i na jego powtórne występy trzeba było poczekać dwa miesiące, ale wyszło, że Mancini miał rację. No, w pewnym sensie. Bo Ligę Europy w tamtym sezonie(pamiętacie alergię, jakiej Mario się nabawił na boisku w Kijowie?) The Citizens zakończyli głównie przez głupią czerwoną kartkę, jaką Mario załapał w rewanżu na CoMS. 

Pierwsza czerwona kartka i pierwszy gol w Premier League 7 listopada 2010

Pierwsze poważniejsze zagrożenie posady Roberto Manciniego od czasu przegranej batalii o Ligę Mistrzów z Tottenhamem - trzy porażki z rzędu, z Arsenalem, Lechem Poznań i Wolves rozpętało w mediach debatę, czy arabskim właścicielom nie skończy się cierpliwość i Włoch nie podzieli losu Marka Hughesa. Roberto do '11' na The Hawthorns wstawił powracającego powoli po urazie Mario, a ten odpłacił się występem idealnie obrazującym jego charakter - technicznego geniusza przy piłce i szaleńca bez niej. Najpierw sprytnie wykończył podanie Teveza strzelając w przeciwległy róg bramki Carsona, potem mimo kłopotów z przyjęciem zakręcił obrońcą WBA i dał City prowadzenie 0:2. W drugiej połowie, gdy moce The Good się wyczerpały, do akcji wkroczył The Bad i Mario dokonał nie lada sztuki, mimo żółtej kartki na koncie dostał czerwoną za kopnięcie i powalenie Mulumbu. Cały Mario - od tamtej chwili angielscy komentatorzy non stop powtarzali formułkę o piłkarzu, który może strzelić trzy gole , a potem zejść z boiska za idiotyczny faul. Co ciekawe, to się nigdy więcej nie wydarzyło.

Pierwszy hat-trick i pierwszy skutecznie wykonany rzut karny 28 grudnia 2010

W dalszych losach ligowej kampanii 2010/2011 Balotelli nie odegrał już tak znaczącej roli, poza starciem z Aston Villą, swoim ulubionym przeciwnikiem - w ciągu 2,5 roku strzelił The Villans sześć goli, w tym pod koniec 2010 roku trzy, z czego dwa z rzutów karnych. Wtedy jeszcze nie dostrzegałem, jak ważny jest bałagan w głowie Mario w kontekście jedenastek. Okazuje się, że MB nie odczuwa żadnej presji związanej z odpowiedzialnością jaką ze sobą niesie tak ważny moment, jak chociażby karny z Tottenhamem w ostatniej minucie meczu. Byłem gotów założyć się o każdą sumę pieniędzy, że Mario strzeli z 11 metrów na EURO 2012 i nie myliłem się; ogólnie dla City wykonał ich osiem, wszystkie skutecznie. To jeden z dowodów na jego nieziemską technikę(jak to powiedział wkrótce po transferze Micah Richards He's technical genius).

Pierwszy puchar 14 maja 2011

Za to w finałowej fazie Pucharu Anglii Mario zaczął dominować sportowe nagłówki z powodów piłkarskich. Najpierw gol, a jakże, przeciwko Aston Villi, jeden z tych piękniejszych w karierze, za ważniejsze uznaje się jednak występy przeciwko United. Choć to Yaya Toure zgarnął zwycięskiego gola, Mario był uznawany przez wielu za gracza meczu, a gdy podburzył piłkarzy i kibiców United, to zaskarbił sobie sympatię rzeszy fanów City. A jak głoszą pieśni...

Not a singleA to dopiero początek. Prawdziwym memem Mario stał się po EURO 2012

Bezapelacyjnym MotM Mario został wybrany po finale FA Cup - w ataku był niezwykle aktywny i zdyscyplinowany, kilka razy mógł dać City wcześniejsze prowadzenie, a jego i Silvy akcja doprowadziła do gola Toure dającego wymarzone trofeum i początek czegoś wielkiego po Błękitnej stronie Manchesteru. Nawet jeśli sam Mario ocenił swój sezon jako gówniany, to po zwycięskim finale nad The Potters nabrałem nadziei, że przyszła kampania będzie dla Mario i City wyjątkowa. A dokładnie 364 dni później... dojdziemy do tego ;)

Why Always Me?

Oczywiście, wiara w dojrzałość Balotellego mimo pewnych podstaw(dla mnie taką była relacja Mario z Patem Vieirą) zawsze musiała zostać poddana w wątpliwość. Lekceważąca ruleta podczas zgrupowania w Ameryce odstawiła go na kilka kolejek od pierwszego składu, zresztą przy wybornej formie Aguero i Dżeko nie było konieczności, aby grał. Gdy wrócił, zaczęło się strzelanie i najlepszy okres MB w City: gol przeciwko Evertonowi(pierwsze ligowe zwycięstwo Manciniego!), fantastyczny występ przeciwko Blackburn Rovers, w którym obijał słupki, po czym reszcie przekuł sportową złość na bramkę, a nie brutalne wjazdy w piszczele rywali, następnie znów gol, tym razem z przewrotki, przeciwko ulubionej Aston Villi, aż nadszedł dzień pamiętnych Derbów Manchesteru...

Why

I zaczęło się. Jak zwykle Mario nie mógł TYLKO zagrać doskonałych zawodów, musiał zrobić coś jeszcze, aby przyciągnąć uwagę(za to kochają go tabloidy, czyż nie? I dlatego one będą za nim płakać najrzewniej). Do kłopotów z fajerwerkami i strojem treningowym, alergią na trawę, rzucaniem lotek, podarowaniem bezdomnemu pieniędzy z kasyna i próbie pomocy zamęczanemu uczniowi doszedł cały szereg miejskich legend, wg których Mario rządził w Manchesterze, rozrzucał pieniądze, przybijał piątki z kibicami i czynił masę niestworzonych rzeczy(część listy znajdziecie choćby tutaj), ale wreszcie apogeum wybryków i szaleństw spotkało się z eksplozją piłkarskiego talentu. I choć później z formą piłkarską bywało różnie(a czasem wręcz przerażająco), to październik 2011 roku był miesiącem Balotellego bez najmniejszych wątpliwości. W listopadzie i grudniu dołożył gola ramieniem z Norwich i typowo idealnie wykonany rzut karny z Newcastle, celebrowany na sposób "Who is the boss?", oraz oczywiście - czerwoną kartkę na Anfield po niepełnych 20 minutach od wejścia na boisko.

Balotelli, Aguerooooooooooooo

Nim 364 dni po zwycięstwie w Pucharze Anglii Mario Balotelli podał do Aguero w 93 minucie 20 sekundzie meczu z QPR, zaliczył jeszcze dwa momenty błysku geniusza i szaleńca - nadepnięcie Parkera(dla mnie kontrowersyjna decyzja, z uwagi chociażby na to, jaki Webb jest wybiórczy w tym co widzi, a czego dostrzegać nie chce - patrz sytuacja z Whelanem w ostatnim meczu FA Cup) i gol w ostatniej minucie ze wspomnianego już karnego. W marcu natomiast także strzelił karnego, ale przy stanie 3:1 dla Sunderlandu pokłócił się o wykonywanie rzutu wolnego z resztą zespołu(jak dobrze pamiętam, ustąpili mu - oczywiście przestrzelił), gdy już się wydawało, że nadzieje na mistrzostwo wyfruną szybciej niż się spodziewaliśmy, jedną akcją indywidualną w końcówce dał gola na 2:3, trafienie dorzucił Kolarow i udało się jakoś zremisować. Mario chciał jeszcze pogrzebać szansę absolutnie skandalicznymi wejściami na Emirates... ale w decydującej akcji sezonu zachował zimną głowę, rozegrał decydujące 2-1 z Aguero i dwie minuty później cieszył się z Mistrzostwa Anglii, po jedynej zanotowanej ligowej asyście.

Cholera, wzruszyłem się.

EURO 2012 i upadek

Kapryśna forma dała o sobie znać Mario także podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie, ale mimo wszystko dokonał czegoś niemożliwego - sprawił, że pierwszy raz w życiu kibicował Włochom i życzyłem im mistrzostwa. Tamten pamiętny mecz z Niemcami, dwa gole(i wejście w niesamowity świat internetowych memów) i radość w objęciach matki, a także łzy po klęsce w finale mówiły mi, ze ten facet się zmieni, że praca Manciniego, ale także kolegów z City i reprezentacji Włoch, przyniesie skutek i zobaczymy więcej genialnego piłkarza, a mniej wariata, uwikłanego w głupie sytuacje czy ciągnącego ze sobą demony rasizmu(tj. czującego, że jest przez innych odrzucany, nieakceptowany). Rasizmu, którego na boiskach w czasie kariery w City uświadczył raz - z ust kibiców FC Porto. Także uwikłanie w związki z kobietami, dziecko, oddalona rodzina... to chyba jednak miało zbyt duży wpływ na jego psychikę.

Bala kontra Polska
Mario pokonuje Szczęsnego fot. Claudio Villa/Getty Images Europe

Powtarzałem to od dawna - Mario bierze się z całym inwentarzem i liczy się na to, że częściej będzie błyskotliwy niż niemądry(o tym ryzyku musi wiedzieć AC Milan). I jego racja bytu na Etihad, mimo nieustającego wsparcia i stu szans od Manciniego, będzie zależeć od formy piłkarskiej. Guardian zdaje się sugerować, że chodzi o starcie z Roberto na treningu. No być może przelała ona czarę goryczy, ale główny problem widać było w postawie na boisku - brak formy, mniejsze zaangażowanie na treningach... gdyby nadal potrafił wejść w mecz z potężnym animuszem, to wsparty swoją techniką nadal strzelałby gole(cóż, trafił do siatki z Aston Villą, to przynajmniej jakieś pocieszenie) i wygryzł np. Dżeko ze składu. Ale wobec kiepskiej formy i najwyraźniej przytłaczających problemów nie chciał, albo nie potrafił tego uczynić.

Będzie mi go brakowało. Szczerze. Tego technicznego błysku, bezbłędnych karnych, strzelania goli i cieszynek niczym listonosz ;) Mario to pokręcona persona, obdarzona wielkim talentem, ale zmagająca się z własnymi problemami, temperamentem, wybuchowością. Skupiającym na sobie wielkie emocje.

Mimo wszystko, choć czasem najedliśmy się wstydu, to sporo nam dał. Grazie, Mario.

Super Mario out, Super Guidetti in?

Po powtarzanych jak mantra zapewnieniach, że Mario się nigdzie nie rusza, nie chce mi się do końca wierzyć, iż Mancini w ostatni dzień okienka nie spróbuje kogoś na jego miejsce sprowadzić. Oczywiście, jestem jednym z wielu, którzy uważają, że to szansa dla Johna Guidettiego, ale nie bez obaw - Szwed ma za sobą dopiero 45 minut gry po 9 miesiącach przerwy i siłą rzeczy nie może być gotowy, aby wskoczyć do meczowej '18'. Czas na zastępcę Mario jest rzeczywiście mało, a cele - Cavani czy Falcao, raczej nie do wyciągnięcia. Wynika z tego, że City aktywnością transferową w tym sezonie raczej się osłabiło, niż wzmocniło - zobaczymy, jak to będzie w przypadku Balotellego, czy z nowym klubem wstąpią w niego nowe siły do gry i sensowniejszego życia.

Oby. Powodzenia, Mario!

środa, 16 stycznia 2013

Wpis o niedzielnym zwycięstwie i późniejszych konsekwencjach tego meczu chciałbym zacząć od prostej lektury przepisów do gry w piłkę:

“Using excessive force” means that the player has far exceeded the necessary use of force and is in danger of injuring his opponent.

 A player who uses excessive force must be sent off

FIFA Laws of the Game 2011-2012, str 111

Any player who lunges at an opponent in challenging for the ball from the front, from the side or from behind using one or both legs, with excessive force and endangering the safety of an opponent is guilty of serious foul play.

A player who is guilty of serious foul play should be sent off(...)

FIFA Laws of the Game 2011-2012, str 120

Pomimo tego, iż wspomniane wytyczne są przedstawione w rozdziale Interpretacja przepisów i wytyczne dla sędziów, to o excessive force można napisać jeszcze jedną interpretację tej interpretacji(intercepcja?!), chociażby w oparciu o decyzję anulowania czerwonej kartki, jaką pokazał Mike Dean Vincentowi Kompany'emu. Zresztą, kwestionować można sam sens wprowadzania zapisu o "niebezpieczeństwie kontuzji" w tak kontaktowym sporcie jak piłka nożna, bo moim zdaniem otwiera to dość dziwaczną furtkę - każde szybsze czy zdecydowane wejście może grozić kontuzją. Czy każde jest na czerwoną kartkę? Nie.

Mike Dean
Mike Hewitt/Getty Images Europe

W wypadku wejścia Kompany'ego Mike Dean ze swojego punktu widzenia podjął słuszną decyzję opierając się na tym, iż dostrzegł wejście obiema wyprostowanymi nogami - nie winię go za to, bo Dean zazwyczaj jawił mi się jako sędzia odważny, lubiący karać cyniczne wejścia piłkarzy(pamiętacie czerwoną Scholesa w półfinale FA Cup? To Dean ją własnie pokazał), albo te z gatunku bardzo głupich. To między innymi dlatego Kościelny został wyrzucony - nie tylko uniemożliwił Edinowi dojście do piłki, ale popisał się wyjątkowo idiotycznym chwytem zapaśniczym we własnym polu karnym. Dean lubi wyrzucać piłkarzy za takie zagrywki i zawsze czyni to ze zniesmaczoną miną :) W każdym razie, powtórki wykazały, że Kompany a. miał wzrok skierowany cały czas na piłkę i trafił w nią prawidłowo b. jego prawa noga nie była wyprostowana, ale schowana ze lewą łydkę.

Druga wątpliwość to to cholerne excessive force czy też far exceeding the necessary use of force. Nie mówię tu o skrajnych brutalnych zachowaniach, co do których nie ma wątpliwości, ale no właśnie - czy wejście Kompany'ego było przesadne? Z oceną sytuacji tego pokroju zawsze będzie problem - Kompany musiał decyzję podjąć natychmiast, prawie instynktownie, zwłaszcza, że Wilshere wypuścił sobie piłkę odrobinę za daleko, to siłą rzeczy i rozpędu będzie 'mocniejsze' wejście niż zwykły wślizg. Czy po powtórkach dalej zasługiwał na czerwoną kartkę? Moim zdaniem nie i słusznie została ona anulowana. Vinnie musi jednak uważać - przepisy nie ułatwiają życia obrońcom i następnym razem wykluczenie może wpaść w mniej fortunnym momencie sezonu...

Dżeko vs Szczęsny
Mike Hewitt/Getty Images Europe

Wracając do samego spotkania - mój pesymizm przed pierwszym gwizdkiem znalazł pewne uzasadnienie dopiero w drugiej połowie, gdy Arsenal przejął kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi(albo inaczej, taktyka City im na to pozwoliła). Zdaje się, że czerwo dla Kompany'ego i związane z tym kłopoty było efektem pudła Teveza - gdyby Apacz trochę lepiej skontrolował piłkę, to prawdopodobnie pokonałby Szczęsnego i przy 0:3 grałoby się City o wiele spokojniej. Szkoda, że się nie udało podreperować bilansu bramkowego, no chyba, że to zbytnia chciwość jak na pierwsze zwycięstwo na terenie Arsenalu od niemal czterech dekad. Występ większości piłkarzy - biorąc na poprawkę fakt, iż grali godzinę przeciwko osłabionemu rywalowi - należy ocenić pozytywnie, aczkolwiek wybór Dżeko na MotM był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Edin mimo gola i wywalczonego karnego zagrał przeciętnie, do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego strzelał karnego(pewnie chodziło o przesłanie na podkoszulku), bo dawno nie widziałem tak słabo wykonanego rzutu karnego(no dobra, ten Silvy z Southampton był naprawdę kiepski). To jego Mancini mógł zmienić, gdy Vinnie zszedł, a nie Teveza.

Co do reszty, to nie ukrywam - uwielbiam pracę Milnera i Zabalety na prawej stronie, gol Jamesa oraz trafienie Dżeko(odbiór Zabmana i dośrodkowanie właśnie Milnera) to idealna pieczęć podkreślająca, że to on powinien grać, a nie Nasri i nie mam na myśli samych umiejętności - Samir gra wąsko, choć paradoksalnie sporo fajnych asyst zaliczył grając bliżej lewej linii boiska. Parę słów o parze środkowych pomocników - Javi Garcia i Barry zagrali dobre zawody, wobec braku Toure to Gareth częściej zapuszczał się do przodu, acz nie tak odważnie jak podczas meczu z Reading. Wtedy wchodził w pole karne kilkukrotnie niczym napastnik, co zaowocowało wówczas zwycięskim golem. Silva, zgodnie z wcześniejszymi meczami, trzymał się bliżej lewej strony, to zbalansowanie co raz lepiej funkcjonuje, aczkolwiek to pełnego balansu jeszcze daleko, bo Clichy robi z przodu znacznie mniej od Zabalety.

Słówko o Arsenalu: powrót Diaby'ego nieudany, najlepszy na boisku Wilshere i Gibbs(mimo przegranej przebitki z Zabaletą), Walcott przy tak dysponowanej defensywie rywali nie ma szans się przebić, poza sytuacją z końcówki oczywiście(dzięki Joleon!). Brak jednego zawodnika zgasił wszystkie ofensywne atuty AFC - Cazorla był ledwie widoczny, Podolski znikł kompletnie i słusznie został zmieniony, Giroud, choć robił w ataku więcej niż Walcott, poza jedną sytuacją też za wiele sobie nie pograł. Wszystko to jednak sprowadza się do głupiego faulu Kościelnego i też poniekąd - negatywnej atmosferze na trybunach, skupionej raczej wokół decyzji sędziowskich, a nie na dopingowaniu własnej drużyny.

*  *  *

Nowy tydzień otworzyło szokujące zdjęcie Michaela Johnsona, który absolutnie nie przypominał profesjonalnego piłkarza. Szybko okazało się, że niegdysiejszy wielki talent nie jest już piłkarzem City od grudnia, czego klub, jak rozumiem w trosce o zdrowie zawodnika, nie ogłosił publicznie. Otóż zły tryb prowadzenia się Johnsona był spowodowany jego problemami psychicznymi - piłkarz odwiedzał psychiatrę, ale najwyraźniej powrót do sportu i presji z tym związanej nie był możliwy. Trudno inaczej zrozumieć fakt, iż Michael symulował kontuzje, uciekał od piłki. Wypada w takiej chwili wesprzeć go w najwłaściwszy sposób - media zwyczajnie powinny dać sobie spokój z artykułami o zmarnowanym talencie, a skupić się na problemie depresji(casus Roberta Enke czy Stana Collymore'a) i innych problemów psychicznych nie tylko wśród piłkarzy. 

Z drugiej strony - dobre wieści. Po 18 miesiącach bez gry swoje pierwsze 45 minut zagrał John Guidetti! I w dodatku zdobył jednego z goli przeciwko rezerwom Blackburn... nawiązując do mojego tekstu o Szwedzie rzuca mi się w oczy, jak ludzka psychika reaguje na zainteresowanie mediów, talent i spore pieniądze, ale także i długą przerwę bez gry. Olbrzymia ambicja zdaje się chronić przed tak trudnymi chwilami w życiu, jakich doświadczał Michael Johnson, który szybciej niż John przebił się do pierwszego składu City. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12