Wpisy z tagiem: James Milner

wtorek, 25 października 2011

Six one

Niezapomniane popołudnie.

Jeśli wśród kibiców The Citizens są jeszcze przeciwnicy Manciniego oraz szejków na Eastlands i nie przekonała ich fantastyczna kampania Pucharu Anglii 2010/2011, to upokorzenie największego rywala na jego własnym stadionie i "czysta" pozycja lidera Premier League musi to uczynić. Na zwycięstwo na Old Trafford czekaliśmy cztery lata(co zabawne, ostatni trener który tego dokonał, Sven-Goran Eriksson, stracił pracę w Leicester dzień po derbach Manchesteru), a sam Teatr Marzeń ugiął się wreszcie po piłkarskim oblężenie trwającym aż dziewiętnaście miesięcy. Manchester na kilkadziesiąt tygodni znów będzie Błękitny. Przełamaliśmy Fergusonową mentalności zwycięzców, która była najlepszą obroną przed wszelkimi żenującymi rozstrzygnięciami. Pamiętacie? Ileż to razy wygrywali na przekór własnej postawie? Albo pozbawiali Błękitnych nadziei, strzelając zwycięskiego gola w ostatniej minucie(półfinał Carling Cup, oba mecze ligowe z tamtego sezonu, Tarcza Wspólnoty)? Ale teraz dość tego. Przełamaliśmy ich. Już nie będzie się mówiło o Manchesterze i mistrzostwie tylko w kontekście United. 

Jest pięknie. Nie mogę napatrzeć się na powtórki bramek i tabelę Premiership.

Co w tym wszystkim najcudowniejsze? Że to dopiero początek. Zbezczeszczenie świątyni rywala to jedno; nadszedł moment, aby z całą mocą zrzucić go z tronu Mistrza Anglii. Potęga, jaką widzieliśmy w niedzielę, nie może mieć innego celu. I mam tu na myśli zarówno komfortową, solidną obronę, mimo sporej przewagi w posiadaniu piłki United(pierwsze 20 minut, aczkolwiek bez realnej szansy, no może poza kiksem Evansa), i atak - po prostu zabójczy. A także trenera. Mancini wykonał swoją robotę doskonale, zmieniając Dżeko, Nasriego i Adama Johnsona za Balotellego, Milnera i Aguero, jak również wracając do 'ligowych' bocznych obrońców, Richardsa(świetny mecz w "obie strony") i Clichy'ego(dobra współpraca z Silvą i Lescottem uspokoiła Naniego na dobre).

silva i milner

Aż chce się zapytać: Carlos who? Transformacja City z ekipy zależnej od formy i kaprysów Carlito w naoliwioną maszynerię do strzelania goli szokuje od startu sezonu. Każdy z napastników zdobywa bramki na zawołanie. Jeśli nie Aguero, to Dżeko. Jeśli nie Bośniak, to Super Mario. A gdyby i każdemu z nich celowniki się zwichrowały, to jest chociażby James Milner albo Adam Johnson. Wszyscy piłkarze City są niesamowicie zaangażowani w poczynania zespołu i to napawa mnie ogromną dumą(głód goli w końcówce derbów tym bardziej ujmujący). Jeśli teoretyczni rezerwowi dostają szansę, to ją wykorzystują. Najlepszym tego przykładami są Balotelli i AJ. Włoch został pominięty podczas pierwszych kolejek, a teraz nie może przestać strzelać goli. Młody Anglik zaś nieustannie temperowany przez Manciniego ciągle pokazuje, że można mu ufać(mecze z Blackburn i Villą). A największym beneficjentem 'nowego' City, które określiłbym najogólniej jako zespół budowany wokół geniuszu Silvy, jest James Milner.

Jestem nim zachwycony. Jeszcze kilka miesięcy temu kręcił głową, gdy Roberto ściągał go z murawy Anfield, a dziś, kiedy wreszcie odnalazł hiszpańskiego magika, który wykorzysta jego niebywałą chęć do gry, staje się bardzo istotnym elementem drużyny. Dwie asysty na OT(Zonal Marking o jego roli w tym spotkaniu), spory udział w zwycięstwie z Villarrealem, gole z Evertonem i Aston Villą mówią same za siebie. Naprawdę oczekiwałem, iż po uratowaniu Ligi Mistrzów James zagra wespół z Mario w pierwszym składzie i Mancini mnie nie zawiódł. There is only one James Milner jak najbardziej zasłużone. Był cierpliwy w trakcie zeszłego sezonu, nie marudził zbytnio, przepracował okres aklimatyzacyjny jak należy i to się opłaciło.

A co do Mario... uwielbiam faceta. Pokręcony charakter, niedający o sobie zapomnieć. Na boisku jednak co raz lepszy. Dlaczego zawsze on? Bo wszyscy go lekceważą i mam nadzieję, że dalej tak będą robić. Bo wczoraj jeździł po Manchesterze z głośno włączoną muzyką i przybijał z kibicami City 'piątki'(czy też 'szóstki' w pewnym sensie:)) i odpalił... kampanię na rzecz bezpiecznego korzystania z fajerwerków. Jest na ustach wszystkich. Po Man of the Match finału FA Cup i niedzielnym występie żadne boisko nie będzie mu straszne. Za to Wy, kibice Premier League, bójcie się ;-)

Zachwycać się nad wspomnianym kilkukrotnie Davidem Silvą nie mam zamiaru, zwyczajnie brak mi odpowiednich zasobów w słownictwie. Jest wszędzie. Rozdziela piłki z zamkniętymi oczami, czysta maestria - precyzja podania do Dżeko w 93 minucie powala. Wystarczyło Edinowi biec, a futbolówka sama mu wskoczyła pod nogi. Każdy atak rozprowadzany przez Hiszpana był naprawdę groźny. Albo wejście między czterech obrońców United - czemu nie, wcale nie jest się na straconej pozycji. No i praca w defensywie. Kompletny piłkarz - z jego postawą na murawie i poza nią nie potrafię martwić się o przyszłość Manchesteru City.

Żeby nie było, że tylko ochy i achy - jak po każdym zwycięstwie refleksja musi objąć nieco szerszą perspektywę. A ta wygląda następująco:

1. Nikt nie wygrał mistrzostwa po dziewięciu kolejkach, długa droga przed City,
2. United to wciąż bardzo dobry zespół i groźny kandydat do tytułu. Z pewnością się podniosą, 3. Chelsea również nie próżnuje(to nie jest liga dwóch Manchesterów!) ,
4. Pogrom to w sporym procencie zasługa Evansa - kiks i faul na Balotellim zrobiły swoje, pośrednio gol Fletchera i późna nadzieja także otworzyły drogę do bramki De Gei,
5. Nieco martwi słabsza postawa Nasriego w ostatnim czasie,
6. Derby powinny odbywać się w sobotę. Kac-morderca to niezbyt pożądany towarzysz pracy :) 

Jedno jest jednak pewne. Po czasie pogardy nadeszły dni srogiej zemsty. Dla fanów City zapowiadają się niezwykłe miesiące. Dla angielskiej piłki również, gdyż wydaje się, iż właśnie narodziła się prawdziwa potęga. Jeszcze nie obwieszona medalami, ale z wielkim apetytem i świadomością, iż same pieniądze na murawie nie wygrają. 

wtorek, 24 sierpnia 2010

Odtrąbienie wieczornego zwycięstwa City przychodzi mi czynić w stanie totalnego zdumienia i zachwytu. Przed spotkaniem nie czułem typowej ekscytacji, nie rzucałem nerwowo okiem na zegarek i nie odliczałem gorączkowo minut do pierwszego gwizdka. Gdzieś tam wyobrażałem sobie starcie z Liverpoolem jako powtórkę z lutego tego roku, kiedy po obiektywnie bardzo nudnym meczu padł bezbramkowy remis. Swój udział w moim paskudnym nastroju miał Stephen Ireland i jego wybuch krytyki z piątku na sobotę - nawet totalna klęska Aston Villi i beznadziejne urodziny Steviego jakoś nie zmieniły moich przeczuć. W myślach już przepraszałem na Twitterze za słabą grę The Citizens tych, którzy po fantastycznych meczach drugiej kolejki EPL oczekiwali co najmniej tyle samo.

mirrorfotball.co.uk

I wystarczyło 45 minut, aby przegnać bure chmury z mojej głowy i zadowolić kibiców piłki na najwyższym poziomie. To znaczy, fanów City i postronnych obserwatorów, bo Scousers mogli się jedynie zastanawiać, czy to na pewno ich drużyna wyszła na boisko. Druga połowa jeszcze bardziej podniosła moje samopoczucie – domagałem się szybkiego podwyższenia wyniku i gry do końca, tak aby nie powtórzyć scenariusza z 2008 roku, kiedy to wygrywaliśmy 2:0, aby ostatecznie przegrać 2:3. Ktoś gdzieś wysłuchał moich próśb i obyło się bez horroru.

Szok i quality goal(s), made in England

Lubię krytykować Barry'ego. Często jest niewidoczny na boisku, nie grzeszy szybkością, kiepsko odbiera piłkę, rzadko strzela gole... a dziś zrobił mi psikusa we wszystkie możliwe strony. Czasem naprawdę fajnie jest kogoś sobie skreślić, a potem patrzeć, jak z minuty na minutę zawodnik rozwala każdy negatywny argument. Gareth najpierw strzelił gola po świetnej akcji dwóch innych Anglików, potem doskonale zaprezentował się w odbiorze, pomagając, czy to de Jongowi(nikogo nie zniszczył ciosem w s tylu kung-fu, jest dobrze;-)), czy obrońcom i zasłużył w pełni na tytuł zawodnika meczu. Po drugiej stronie szalał Johnson, jak zwykle odważny i potrafiący wymusić rzut karny. Adamie, który to już raz? No i to podanie do Milnera - to się nazywa przegląd pola. Tevez zagrał swoje. Niezmordowany facet bez takich dziwnych problemów jak zadyszka, ciągle przeszkadzający defensorom gości, pewny egzekutor, choć drugą bramkę chętnie przyznałbym Richardsowi. Po bardzo słabym występie z Kogutami Micah poprawił się, Jovanović nie miał przy nim większych szans, gorzej sobie radził z Torresem, ale to można jeszcze wybaczyć. Bo przecież nawet jeśli Hiszpanowi udało się wykiwać defensywę, to na jego drodze stanął zapora nie do pokonania - Joe Hart. Jego dwie(a w zasadzie trzy doliczając strzał Gerrarda) interwencje z rzędu miały kluczowe znaczenie dla przebiegu spotkania. Przy 2:1 wydarzenia mogłyby potoczyć się zupełnie innym torem, a tak mamy trzy punkty i świetne humory przed kolejnymi wyzwaniami. Resztę zespołu również należy pochwalić – Lescott, mimo iż obrońcą lewym jest kiepskim, nie popełniał karygodnych błędów, choć w ofensywie przydałby się ktoś pewniejszy w rozegraniu. Kompany i Toure wspieraniu przez resztę destruktorów pokazali, że da się w City solidnie chronić bramkę przed niebezpiecznymi atakami. Poza dopuszczeniem do sytuacji, w której genialnie bronił Hart, obaj stoperzy nie dopuścili się poważniejszych przewinień.

Kiedy tuż przed meczem dotarły do nas składy obu drużyn, znów wydawało się, iż trzyosobowy blok defensywnych pomocników zwiastuje nastawienie The Citizens pod tytułem „po pierwsze: nie przegrać”. Sposób, w jaki ta przewaga w środku pola została wykorzystana, wyglądał zupełnie inaczej niż tydzień temu. Kopacze z Eastlands potrafili długo utrzymywać się przy piłce(posiadanie 65% do 35% wg BBC), podania wreszcie były należycie celne(nie mam tu na myśli tylko środkowych pomocników, ale całą drużynę), do tego pressing i agresywny odbiór tuz za linią środkową boiska funkcjonował lepiej niż poprawnie. A w ofensywie ktoś zaliczył imponujący start w Błękicie!

Milner 1 Ireland 0

Debiut Jamesa na CoMS był naprawdę okazały i przerósł wszelkie oczekiwania. Dwie asysty(świetnie obserwował linię spalonego przy podaniu Johnsona), sporo walki, świetny odbiór, zaangażowanie na bardzo wysokim poziomie. Milner uczynił pierwszy krok na drodze do faktycznego przejęcia nru "7" po Irelandzie. Zresztą, masakrując swój były klub, Stevie niejako w tym dopomógł. Jeśli charakterystyki pisane przez angielskich kibiców mają w sobie ziarno prawdy, to faktycznie Mancini sprowadził zawodnika solidnego, pewnego pod względem umiejętności i tego, co ma w głowie. A pomyśleć, że w tak znienawidzonym klubie jak City zagrało wczoraj sześciu reprezentantów Anglii. Richards i Lescott nie są nimi od jakiegoś czasu, co nie zmienia w żaden sposób tej dość zaskakującej statystyki. Faktycznie aż tak mocno psujemy futbol, jak starają się nam wmawiać...?

Liverpool

LFCNie widzę uzasadnienia dla zmasowanej krytyki zespołu z Merseyside. Oczywiście, sytuacja Hodgsona nie jest godna pozazdroszczenia(Mascherano wypadł mu ze składu w ostatniej chwili z powodu... spekulacji transferowych! Hodgson musiał być wściekły z tego powodu…), zarówno jeśli chodzi o personalia, jak i o problemy własnościowe(chiński inwestor wycofał się ostatecznie z próby kupna klubu). Jednak porażka po pięciu latach z The Citizens jest moim zdaniem symboliczna - oto The Reds ulegają rywalowi, któremu nigdy nie oddawali punktów z taką łatwością, którego niegdyś gromili bez trudu(vide mój wpis przed lutowym starciem), bez względu jakich sił by nie wystawiał. Co jeszcze bardziej zdumiewające, Liverpool sporą część spotkania z Arsenalem grał w '10', mimo tego zdobył gola i gdyby nie wpadka Reiny, pokonałby Kanonierów. A tu raził nieporadnością, bez walki tracił seryjnie proste piłki, nie stanowił zagrożenia przy stałych fragmentach gry. Sporo pracy przed Hodgsonem, ale i przed Gerrardem czy Torresem. Wczoraj zawiedli na całej linii, ale nie tylko oni, do każdego piłkarza kibice The Reds mogą mieć mniejsze bądź większe pretensje. Choć nigdy nie przepadałem za Liverpoolem, to jednak mają fantastyczną publikę i im należą się śpiewane w finałowych minutach spotkania słowa You’ll never walk alone.

Morale w górę, ale bez nadymania się – w czwartek trzeba zakwalifikować się do Ligi Europejskiej. Spodziewam się kilku zmian w wyjściowym składzie City, co nie ma prawa wpłynąć na końcowy wynik. Nadchodzący weekend w Premier League będzie przeze mnie traktowany nieco po macoszemu, wszak nadchodzą Wielkie Derby Śląska! Początek sezonu w wykonaniu The Citizens nie pobudził mojego apetytu, za to wczorajszy mecz rozbudził go na dobre. C’mon City!

PS. Czy mi się zdaje,czy mamy najmocniejszą ławkę w lidze? Given, Adebayor, Silva, Jo, Zabaleta... a w kolejce jeszcze kontuzjowani! Oby tylko sytuacja Shaya się rozsądnie rozwiązała. A Ade niech przestanie narzekać!