Wpisy z tagiem: Stoke City

środa, 21 grudnia 2011

Zachłanność Roberto Manciniego nie zna granic. Ledwie umocnił Manchester City na fotelu lidera, ledwie pokonał po raz pierwszy w Premier League Arsenal, Everton i United, a tu już czeka na niego kolejny mały sukces do osiągnięcia. Jeśli dziś The Citizens nie przegrają ze Stoke, to zakończą rok 2011 jako niepokonani na własnym stadionie. Jeśli zaś wygrają, to jedynym zespołem, który wywiózł z Eastlands punkty w lidze w tym czasie zostanie... Fulham(poza tym ta sztuka udała się także Napoli, a żeby oddać sprawiedliwość - zwycięstwo z Dynamem Kijów i tak dało awans gościom z Ukrainy). Doskonale pamiętamy tamto nudne i wolne do bólu spotkanie - wtedy zdawało się, iż jesteśmy skazani na występy tego sortu, ale nowy sezon przyniósł totalną odmianę, dzięki której Etihad Stadium stał się areną godną najlepszych meczów Premiership. Tak też było w niedzielę, gdy przyjechał Arsenal.

Niestety, sporo emocji zgotowały niektóre decyzje sędziowskie i od nich zacznę. Co najmniej dwa błędy przy odgwizdywaniu spalonych, z czego jedna kompletnie zła(odebrała Arsenalowi gola na 1:1), a druga tylko dzięki Hartowi(chodzi mi o sytuację, kiedy Walcott stał na linii strzału zza pola karnego po rzucie rożnym, pierwsza połowa) przeszła bez większego echa. Do tego za szybkie kartki - Song na przykład niekoniecznie musiał otrzymać takową w pierwszym kwadransie, kilka późniejszych gwizdnięć także było co najmniej dyskusyjnych, nie mówiąc o ewidentnym karnym. Micah zagrał ręką bez wątpienia, a Phil Dowd, choć stał bardzo blisko, uznał to za przypadek. Wystarczyłoby jednak pokazać mu kilka podobnych sytuacji(mi przychodzi do głowy karny z WBA na CoMS z zeszłego sezonu, kiedy to Tevez strzelił hat-tricka), aby wykazać, jak cholernie się pomylił.

AFC

Na szczęście obie drużyny zagrały na tyle interesująco, iż Dowd nie zasłonił swoją pulchną osobą wielu dobrych momentów spotkania. Nawet pomijając błędy arbitrów, goli i tak mogło paść znacznie więcej(a wręcz powinno). Patrząc na grę Arsenalu znów odniosłem dość ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony wydawali się personalnie gorsi, na co oczywiście miały wpływ osłabienia w defensywie i pomocy, ale mimo tego stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, na przekór momentami bardzo wyraźnej przewagi City, i ten punkt zdobyć powinni. Jak słusznie ocenił Arseblog: dissapointment but no shame.

Z drugiej strony, zmiennicy w osobach Arszawina i Chamakha kompletnie rozbijają to, co w zespole Wengera jest dobrego. Zwłaszcza Rosjanin pokazał, ym, no, sami wiecie co – brak słów przy każdym zetknięciu z piłką. Z tak dramatycznie słabą ławką i zawsze potencjalną kontuzją(umówmy się, że Arsenal albo ma bardzo kiepskich medyków, albo wybitnego pecha do urazów swoich piłkarzy) któregokolwiek z zawodników to krok w stronę szpitala. I słabszych wyników klubu, naturalnie. I chyba już znam na odpowiedź z poprzedniej notki – na tę chwilę, bez wzmocnień(ponoć zapowiadanych) w zimie Arsenal stać na skuteczną walkę o Ligę Mistrzów. Co do tytułu, to tak jak na Eithad, będę zasługiwać na coś więcej, ale w ostateczności słaba ławka, kontuzje i błędy sędziowskie wyeliminują ich z wyścigu, ale nie tak szybko jak wielu rywali by oczekiwało.

City. W niedzielę narobiliśmy sobie sporo kłopotów. Naprawdę, wystarczyło podwyższyć(okazji przecież nie brakowało...) na 2:0 i spokojnie kontrolować przebieg wydarzeń. To mnie rozłościło najbardziej, ale fakt, iż to Vermaelen miał najwięcej strzałów w ekipie AFC, a nie Robin, Theo czy Gervinho, zwyczajnie cieszy. No i czyste konto, choć podważają je wpadki sędziów, to też zasługa Joe Harta, który w tym sezonie wybronił już kilka(naście?) punktów The Citizens. Poza tym: świetni Zabaleta i Kompany, bardzo solidny Kolo Toure(mecz bez wpadki, brawo), spokojniejszy Yaya, a Nasri - chyba już przyzwyczajony do presji i powoli aklimatyzujący się na Etihad. Wciąż mi za to brak de Jonga. Nie wyobrażam sobie, aby miał opuścić dwa spotkania wyjazdowe - z Sunderlandem i WBA, odpoczynek Y. Toure bardzo się przyda(w perspektywie ma wszak PNA), to samo z Barrym, facet gra praktyczni non stop. Niech więc Mancini da Holendrowi więcej minut i podpisze z nim nowy kontrakt. Potrzebujemy go.

Za chwilę Stoke City. Dwa poprzednie zwycięstwa pamiętamy doskonale - Puchar Anglii, oraz ostatni fantastyczny występ Teveza na Etihad. Jaka szkoda, że później jeszcze przywdział Błękit... Dobrze będzie i bez Argentyńczyka powtórzyć wyniki z ekipą Pullisa, zwłaszcza przed własną publicznością. Na Brittannia będzie zdecydowanie trudniej. To taki mały dar losu - zimą w poprzednim sezonie Stoke postawiło u siebie wysokie wymagania i ledwie uszliśmy z remisem. C'mon City, zakończmy ten rok bez porażki na Eastlands! 

sobota, 14 maja 2011

18:30

Niesamowite.

Udało się.

Wielki, wielki wyczyn Manciniego i całej drużyny.

Wciaż nie mogę uwierzyć.

Yaya Toureeeeeeeeee!!

Yaya

Niesamowity sezon.

Wczoraj jeszcze myślałem, że to w końcu jest moment oddechu, kiedy można spokojnie usiąść, powiedzieć sobie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i powoli zastanawiać się nad przyszłą kampanią.

Po porażce Arsenalu z Aston Villą trzeba wstać i znów pokazać, że umiemy udźwignąć presję. Bo debiut w Lidze Mistrzów można przyspieszyć.

Nie znaczy to, że emocje po finale ucichły, co to, to nie. Z wielką przyjemnością oglądam wszelskiej maści powtórki, wywiady i materiały typu exclusive. Poległem jednak w trakcie wyszukiwania jednego, najodpowiedniejszego zdjęcia opisującego zwycięski Puchar Anglii. Mancini z trofeum w dłoniach? Joe Hart w niebieskich serpentynach? Nowiutki baner 00 YEARS? Szalejący Nigel de Jong? A może smutni piłkarze Stoke City świadomi, że mimo świetnego sezonu i niezłych perspektyw taka okazja może się już nie powtórzyć?

Ale jeśli szukać czegoś naprawdę mocnego, to wystarczy zwrócić się do Mario Balotellego. Tego samego, który zagrał w sobotę więcej dla drużyny i został zasłużenie zawodnikiem meczu, a w wywiadzie po ostatnim gwizdku z uśmiechem przyznał, że jego sezon to był shit. Gdyby nie świetny Sorensen Mario byłby jeszcze większym bohaterem. A Mancini słusznie przypomina, iż oczekuje takiej gry w każdym spotkaniu, a nie jedynie od święta. Jakiś postęp w cywilizowaniu młodego Włocha jest.

Smak trofeum wzmacnia przeczucie, iż na kolejne nie będziemy czekać 35 lat. Podkreślają to piłkarze, niewątpliwie dumni, iż wespół z menadżerem zbudowali ekipę gotową na kolejne sukcesy. To mi się podoba u Kompany'ego, że wolał przyjść tutaj i tworzyć coś 'od zera' niż od razu trafić do klubu, który wygrywanie ma we krwi. I Pablo Zabaleta, który po każdym spotkaniu pisze na swoim Twitterze o tym, że wszyscy muszą dalej ciężko pracować, aby wznieść się na szczyt. To bardzo proste komunikaty, ale jakże czytelne, bo świadczą o mentalności szukanej na Eastlands od lat. Jedno wiemy na pewno - to nie jest koniec starego typical City i lat kibicowania z humorem, ale początek zupełnie nowej drogi. Niezadowoleni z przejęcia Manchesteru City przez szejków też powoli zaczynają rozumieć, że zmiany to nic strasznego i naprawdę nic złego w tym, że chcemy wygrywać i mamy ku temu środki, których tak nam zazdroszczą. Poza tym, wciąż mamy w drużynie wychowanków i graczy jeszcze sprzed ery szejków. Dla nich - mam tu na myśli Richardsa i Harta - poprzez emocjonalny związek z klubem wygrana znaczy być może więcej niż dla reszty, ale nie chcę tutaj rozgraniczać - wygrali wszyscy. A zobaczyć uśmiech na twarzy Summerbee'ego i Booka po tylu latach, bezcenne. Nie były to ostatnie łzy szczęścia w ich życiu.

Nasz czas nadchodzi. Haters are welcome ;-)

Powtórzmy jakość sobotniego występu, a szybciej będziemy w piłkarskim niebie.

C'mon City for the final push!

piątek, 13 maja 2011

Za około 24 godziny jedenastki Manchesteru City i Stoke City wybiegną na murawę Wembley, aby zmierzyć się w 130. finale Pucharu Anglii. Wydarzenie dla obu klubów niezwyklej wagi - Manchester City zagra swój pierwszy finał dokładnie 30 lat po porażce w powtórzonym meczu z Tottenhamem w ramach FA Cup właśnie; dla Stoke to wielka szansa, aby zdobyć pierwszy Puchar Anglii w historii i zdobyć trofeum po niecałych 40 latach posuchy. Taki skład finału wydaje się niesamowity jeśli pomyśleć, że w 1998 roku obie ekipy podzieliły los spadkowiczów i opuściły szeregi Division One(obecna Champioship). Od dziś bloguję non-stop i zapraszam do współtworzenia tego historycznego ze wszech miar wpisu.

17:00

Droga na Wembley: wszystko zaczęło się w Leicester. Kiedy Noel Gallagher dolosował Manchester City do zespołu z Walkers Stadium klub szybko podjął starania, aby styczniowe spotkanie było swoistym trybutem dla chorego Neila Younga, wielkiej legendy City z lat 60. i 70. W ruch poszły czerwono-czarne szale, kibice oddali cześć byłemu piłkarzowi w 24. minucie, kiedy to "Nelly" strzelił gola Leicester City w ostatnim wygranym finale Pucharu Anglii(1969 rok). I jeszcze zaczęliśmy tatmo spotkanie najgorzej jak tylko się dało - straconym golem już w pierwszej minucie! Sprawę awansu rozstrzygnęliśmy dopiero w powtórce, zasłużenie wygrywając 4:2. W kolejnej rundzie uratował nas debiutancki gol Edina Dżeko, dzięki któremu zremisowaliśmy z Notts County 1:1. Kilka dni później zmarł Neil Young. Dla wielu - w tym i dla mnie - ważne stało się wówczas hasło lets win FA Cup for Nelly.

I zaczęliśmy wygrywać.

Notts wyjechało z CoMS z pięcioma golami w sieci, potem osłabiona Aston Villa nie miała większej ochoty na rywalizację i także poległa(3:0). Więcej do zaoferowania mieli The Royals(do dziś nie mogę się im nadziękować za to, że wyeliminowali Everton;-)), lecz w końcu i ich defensywa padła po strzale z głowy Richardsa. Wtedy było jasne, że w starciu o finał przyjdzie nam podjąć na Wembley United. Pamiętamy jak było: kluczowe pudła Berbatowa, świetny przechwyt Yayi Toure i wreszcie derby dla City! Coż to był za dzień dla Blękitnej strony Manchesteru. Nie do zapomnienia!

17:30

Stoke City potrzebowało tylko raz powtórzonego meczu, aby przejść dalej. I to już na samym starcie rozgrywek, dopiero po dogrywce w Cardiff pokonali lokalnych City. Zaliczyli także lokalne derby z Wilkami(wygrane 1:0), potem stosunkowo łatwo ograli Brighton&Hove Albion 3:0, aby później odgryźć się West Hamowi(2:1) za niedawną porażkę w lidze. Jednak styl w jakim zdemolowali Bolton Wanderers zszokował wszystkich: pięć niezłych goli i totalna dominacja nad rywalem, który przecież zwykle w kaszę tak dmuchać sobie nie pozwala. Forma Garncarzy od tamtego okresu naprawdę robiła spore wrażenie - zremisowali z Chelsea, rozbili Wolves, dotrzymywali kroku Tottenhamowi na WHL, czy ostatnio pokonali przekonująco Arsenal 3:1. I są świadomi, że występ w finale to być może jedna taka szansa na pokolenie i prędko takiego sezonu powtorzyć się nie uda.

18:19

Mała uwaga na temat samego terminu - przyłączę się do głosu tych, którzy negatywnie oceniają finał jeszcze w trakcie trwania ligi. Jasne, przepisy UEFA są jasne i nie ma możliwości, aby na Wembley mecz rozegrać wcześniej. I FA wpadła we własne sidła rachunku ekonomicznego nowego stadionu, który przeciez koniecznie musi na siebie zarabiać(stąd połfinały). Można rzec, że pieniądze wygrały ze zdrowym rozsądkiem(Millenium Stadium wciąż się nadaje do gry w piłkę, czyż nie?), na szczęście dla FA po pokonaniu Tottenhamu teoria spiskowa 'Arry'ego Redknappa zeszła śmiercią naturalną. Choć ostatecznie Wembley to nie stadion w Bydgoszczy, więc o co tym Anglikom chodzi? ;-)

19:27

Obowiązki z 'drugiej' strony bloga wzywają - za pół godziny w Bytomiu Polonia podejmie Górnika Zabrze. Przy okazji info dla spragnionych wpisów o biało-niebiesko-czerwonych: jak tylko skończy się wariactwo z Manchesterem City, wracam do regularniejszych wspisów nt zabrzańskiej ekipy. A jest o czym pisać, to pewne! Do Pucharu Anglii wrócę po 22.

23:00

Jasny gwint, takiego rozstrzygnięcia derbów się nie spodziewałem! Zostawmy derby Śląska jednak na osobny wpis i wróćmy do Pucharu Anglii. Znamy już drogi do finału obu ekip, czas spojrzeć na kadry.

Carlos Tevez

Zdecydowanie mniej kłopotów ma Roberto Mancini. Poza zawieszonym Kolo Toure i wykluczonym z reszty sezonu Boatengiem wszyscy są do dyspozycji. Niejasne jest kto wystąpi na środku ataku, ale wydaje się, że wobec zaledwie kilku minut Teveza z Kogutami Roberto raczej nie wystawi go od pierwszej minuty(debata Dżeko czy Balotelli będzie trwać pewnie do ostatnich chwil). W defensywie nie powinna zajść żadna zmiana, jako że Kolarow generalnie gorzej się sprawuje na tyłach i w powietrzu, a Zabaleta nie ma zamiaru odstawiać głowy w żadnej sytuacji. To może być kluczowy elemnt przy nieustannych wrzutach Delapa bądź dośrodkowaniach na będącego w formie Jonesa. Pomoc: tu z powrotem ujrzymy żelazny zestaw de Jong, Yaya, Barry, Silva i Johnson. Wątpię, aby przy tak intensywnej grze Mancini zdecydowałby się na manewr z Balotellim na boku pomocy, przecież Silva czy Jonhson radzą sobie tam znacznie lepiej i chętniej wracają do zadań defensywnych.

Stoke City jutro na pewno obejdzie się bez Fulera, Higginbothama i Sidibe. Z czasem walczą Huth oraz Etherington, który tak boleśnie ukąsił nas w tym sezonie na Brittania Stadium. Nie jest tajemnicą, iż nawiększym zagrożeniem będą wysokie piłki na Jonesa czy innych rosłych drwali Garncarzy, ale broń nas panie Boże przed lekceważeniem innych sposobów Stoke na zdobycie bramki(vide półfinał z Boltonem). To samo z obroną. Mimo iż Błękitni chłopcy nie są łamagami, to przepchać się przez zasieki Stoke nie będzie łatwo, a jestem przekonany, iż The Potters zagrają bardzo agresywnie od samego początku. A dla City kluczowe mogą się okazać właśnie pierwsze 15 minut, kiedy gramy zazwyczaj najlepszy futbo.

Pytanie do Was jest proste: kto jest faworytem? Silni fizycznie i psychicznie kopacze ze Stoke, czy jednak technicznie lepszy i dość nieobliczany Manchester City?

11:30

Mnie niż pięć godzin do finału. Emocje rosną ;-)

Kilka słów o historii pojedynków między Stoke a Manchesterem. Dobrze wspominamy jedynie debiut Roberto Manciniego, gdyż wtedy wygraliśmy 2:0. Potem był tylko gorzej, same remisy 1:1 plus porażka w FA Cup po dogrywce 1:3. Za Hughesa też łatwo nie było, poza wygraną i hat-trickiem Robinho przegraliśmy na Brittania Stadium 0:1, mimo iż gospodarze grali przez większość spotkania w osłabieniu(identycznie było rok później). powiedzieć, że to niewygodny rywal, to mało, bo niewiele jest takich drużyn, z którymi rok w rok mielibyśmy tyle problemów.

Co do Tony'ego Pulisa to wiadomo - Gillingham i 1999 rok. Wtedy to było nasze Wembley, nasze 5 minut chwały, w które dziś trudno uwierzyć. Z 0:2 dzięki Horlockowi i Dickovowi zrobiło się 2:2, dzięki czemu doszło ostatecznie do karnych. I ta zszokowana i wściekła mina Pulisa po gwizdku kończącym regulaminowy czas gry... Dziś wolałbym uniknąć aż takiej dramaturgii, serca niektórych mogą po prostu nie wytrzymać ;-)

11:43

Oho, już pierwsze plotki się pojawiają. Stuart Brennan z MEN napisał na Twitterze, iż podobno coś nie tak dzieje się z Silvą, choć to tylko pogłoska. Oby! Mały update: podobno Silva miałjakieś problemy w tygodniu, ale dzis na pewno wystąpi. UF!

13:35

Za chwilę rozpocznie się  przedostatnia kolejka EPL, w której prawdopodobnie poznamy mistrza i pierwszego uczestnika Tarczy Dobroczynności przed startem sezonu 2011/2012(to tak na marginesie rozważań o stosowności terminu finału FA Cup). Czy czekają nas przynajmniej 3 pojedynki City-United?

13:52

Przeglądam wpisy w prasie angielskiej i z miejsca mogę polecić perełkę na temat kibicowania The Citizens przez lata piękne i te tragiczne. Jeśli po tym tekście ktoś nie rozumie, jacy są fani Niewidzialnego człowieka, to mówiąc krótko, nigdy tego nie pojmą.Lekutra szczególnie polecana młodszym stażem ;-) Swoją drogą, dzisiejszy tryumf byłby największą nagrodą dla wiernych Manchesterowi City od tylu lat mimo ogromu niepowodzeń.

W Guardianie czytamy także o niezłykłej historii Jonatahan Waltersa, tułającego się niegdyś po niższych ligach, a obecnie, choć dopiero od roku gra na Brittania Stadium, jednego z filarów Stoke City.

Daily Mail zauważył, iż w skutek błędu wyprodukowano 70 tysięcy flag finałowych... ze złymi nazwami klubów. Na tych ze Stoke widnieje "Stoke City - Manchester United", a zdaniem tych przeznaczonych dla City, dziś mierzymy się z Boltonem. Jakiś zabawny element, poza tym zdjęciem Balotellego, musi być ;-)

14:20

Szukając inspirujących słów przd finałem natrafiłem na artykuł o Kompanym. Szczególnie trafiły do mnie poniższe słowa Belga, który mam nadzieję jako kapitan wzniesie puchar około godziny 18:

But, as I talk to you now, I am still quite far from where my goals are. We are able to say we are in a good club and doing good things. But I am nowhere near to where I want to be.

You only have so long in football, so probably what I want will be unachievable but I always think: “Let’s try it”

Why not win a Champions League? Why not win a Premier League? I am not saying that these things sound realistic right now. But why not set it at as a goal? From there we can work towards it and see how we go.

Zawodników z takim podejściem potrzeba Manchesterowi City! A Kompany udowadnia nie po raz pierwszy, że poza świetnymi umiejętnościami ma dobrze poukładane w głowie. Zresztą przeczytajcie jego historię, a sam się przekonacie.

14:50

Oddajmy jeszcze głos menadżerowi Stoke:

I don't think many teams have got to a Cup Final and then had as good a run as we have had. When we played at Blackpool, I was concerned that we would pick up injuries because the players were so committed, but that's the way this Club has been built.

The lads are full of confidence and they are scoring goals, so if we take that form into the Final, then who knows what might happen. We'll give it our best shot.

We know it's going to be incredibly difficult because Manchester City are an emerging force with the ability and the resources to challenge Manchester United and Chelsea who have been the big winners of trophies over the past five or six years.

Our preparation for the Final will be no different to what it was for the semi-final, or any other away match for that matter. It's my job to make sure that we all stay focused on the job in hand when so much will be going on around us on the day.

The occasion is one which everyone connected with the Club should enjoy, especially our fans, but we have a job to do and our minds will be on the game.

We had to play really well to beat Arsenal last weekend and we'll have to do that again against Manchester City if we are to make it something very special

Tony Pulis

Tak przy okazji: Stoke City za ten sezon należy się wielki szacunek. i podobnie jak Michałowi Zachodnemu, wcale nie obca jest mi myśl, iż Pulis mógłby być blisko nagrody menadżera roku, zwłaszcza jeśli - nie pozwólcie piłkarskie bogi - zdobędzie Puchar Anglii.

Kolejne niusy: Tevez prawdopodobnie w pierwszym składzie, a piłkarze City utknęli w korku 4 mile przed Wembley... Czekamy na oficjalne składy.

15:05

City w składzie(pogrubieni ci, których się nie spodziewałem): Hart - Richards, Kolarow, Kompany, Lescott - De Jong, Barry, Yaya, Silva, Balotelli - Tevez

Stoke: Sorensen - Wilkinson, Shawcross, Huth, Wilso - Pennant, Whelan, Delap, Etherington - Walters, Jones

A więc wszyscy niepewni występu jednak gotowi, aby walczyć o Puchar.

Cóż można rzec więcej? Wielkie święto dla mnie i każdego kibica Manchesteru City. To dziś możemy doświadczyć unikalnego świtu Błękitnego Księzyca, to dziś możemy zmienić oblicze klubu. Nie chodzi - jak już kiedyś pisałem - o zrywanie transparentów, ale o własną wielką opowieść.

C'MON CITY!!

środa, 20 kwietnia 2011

Ileż znaczy dla Manchesteru City pierwszy finał od 30 lat? Najstarsi Błękitni kibice prze dekady doznawali więcej upadków niż wzlotów, aż po zarycie w trzecią ligę włącznie. I to właśnie 12 lat temu, kiedy United świętowali potrójną koronę, Manchester City na Wembley do 90 minuty przegrywał z Gillingham 0:2 i wszystko wskazywało, że przedłużymy nasz pobyt w Division Two na następny rok. Wtedy nastąpił cud - gole Horlocka i Dickova dały remis, a dzięki popisowi bramkarskich umiejętności Weavera w konkursie rzutów karnych jednak wsiedliśmy do pociągu jadącego w stronę Division One. Przedwczoraj zaś, wygrywając z United, stanęliśmy im na drodze do powtórzenia sukcesu z sezonu 1998/1999, a we właściwym pojedynku na Wembley zmierzymy się z tym samym menadżerem, którego pozbawiliśmy awansu do przedsionka Premiership 12 lat wcześniej – Tonym Pullisem.

Często wspominam o paradoksach i zbiegach okoliczności, ale trudno od nich uciec. Gdyby Stoke City nie rozniosło Boltonu to i tak czekałaby nas powtórka z rozrywki: wszak w 1926 po zwycięstwie nad United w szranki w finale na Wembley staliśmy właśnie z Boltonem i… wówczas nie udało się wywalczyć trofeum. Teraz jesteśmy o tyle mądrzy, iż finał wciąż przed nami. A utorowanie sobie drogi do niego przez odwiecznego rywala smakuje jeszcze lepiej. Wszyscy liczymy, iż karta się odmieni, a gablota z pucharami zacznie się wzbogacać i przestanie być obiektem nieustających drwin z czerwonej strony miasta. Wielki projekt Szejków zacznie się realizować jak należy, a ci ludzie będą mieli więcej powodów do świętowania niż kiedykolwiek.

Tak, jesteśmy zachwyceni i szczęśliwi.

Po golu

Z pewnym zażenowaniem wspominam własne przeczucia przed pierwszym gizdkiem. United dopiero co pokonali Chelsea w LM, a my - świeżo w głowie klęska na Anfield, a także pozostałe starcia z czołówką ligi, kiedy po wielokroć brakowało nam nie umiejętności, ale odwagi, aby sięgnąć po trzy punkty. Z zazdrością obserwowałem jak Chelsea czy Liverpool biją United na swoich obiektach. Jednocześnie złościłem się na myśl o derbach na OT, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy po wyrównującym golu mieliśmy Manchester United na widelcu. Ataki jednak nie wystarczyły, a Rooney nas wykończył w iście mistrzowski sposób.

Przed sobotą modliłem się o jedno - nie straćmy gola jako pierwsi. Wygląda to na zabobon, ale statystyka jest nieubłagana - tylko Wilkom udało się nam wydrzeć zwycięstwo. W pozostałych wypadkach rywal obejmujący prowadzenie nie przegrywał. Stąd dwie szanse Berbatowa uznają za kluczowy moment sobotnich derbów. Za pierwszym razem uratował City Hart, za drugim... no sam nie wiem. Roo łapiący się za głowę pewnie też nie wiedział, jak wampir z Błagojewgradu nie trafił. Czerwoni nie wykorzystując najlepszego okresu swojej gry(tj. cały drugi kwadrans pierwszej połowy) na własne życzenie pozbawili się treble, gdyż po tym czasie sytuacji na wyrównanie nie mieli prawie wcale - tylko Nani, generalnie przeciętny przez większość spotkania, zagroził Hartowi niezłym strzałem z rzutu wolnego. Poza tym - bida, panie, aż piszczy. Początkowo bardzo mnie to zaskoczyło, ale później zdałem sobie sprawę, iż United wyczerpał się limit starć wygrywamych bez względu na grę. Oglądaliśmy to przecież nieraz. Postawa na kruchym lodzie, który w każdym momencie może pęknąć. To właśnie przydarzyło się w sobotę, z ogromną pomocą wszystkich piłkarzy The Citizens, jacy się pokazali na boisku. Każdy z nich solidne tupał w ten lód, aby się wreszcie załamał.

Presja, jaką udało się narzucić na boisku przez około pół godziny spotkania(30-60), była absolutnie fantastyczna. Brakowało mi takiego przejęcia inicjatywy we wcześniejszych derbach – chłopcy Fergusona to też ludzie, popełniają błędy. I nie ma ani grama przypadku, iż zwycięski gol padł w momencie, w którym w okolicach piłki przebywała czwórka piłkarzy City(dawno mnie nie tak nie cieszyło nieudane przyjęcie Silvy). A Carrick dołączył do Neville'a i Silvestre'a, dwóch obrońców United zasłużonych w przeszłości dla City w podobny do Michaela sposób ;-)

Yaya

Piłkarze City utrzymywali się wysoko na połowie czerwonych jeszcze przez kilka dobrych minut, co w kombinacji z zasłużoną czerwoną dla Scholesa pozbawiło ich szans na doprowadzenie do dogrywki. Walczyli, ale byliśmy tego dnia mocniejsi i psychicznie, i fizycznie, wreszcie zobaczyłem zespół, którego stworzenia od Roberto Manciniego oczekuję. Stąd oceny piłkarzy są porównywalnie wysokie, oczywiście poza kluczowymi Toure i Hartem. Nawet Balotelli, nie tylko nie zepsuł meczu, ale wydatnie się do zwycięstwa przyczynił nie dając spokoju środkowym defensorom rywali. Ponadto za 'puszczenie oczka' Ferdinandowi po końcowym gwizdku zyskał sporo sympatii u fanów City - to już lepiej, aby w ten sposób się odznaczał, niż wpadkami pozaboiskowymi. Osobne 'dzięki' dla bloku defensywnego, z powracającym Zabaletą i niezłym Kolarowem, tutaj przecież obaw miałem najwięcej, Nani z Zaby na OT nic sobie nie robił, a Serb... ujmując sprawę delikatnie, wybitny w destrukcji nie jest i szczęśliwie uniknął żółtej kartki na samym początku meczu.

Manchester do przyszłego sezonu będzie Błękitny, choć to połowa drogi do uznania kampanii 2010/2011 za udaną. Przed nami liga, a 14 maja wielki finał z arcytrudnym przeciwnikiem. Dla Stoke City to może być jedyna szansa na najbliższe dziesięciolecia, dla nas - okazja do zupełnego odwrócenia znaczenia słów this is how to feels to be City. Już nie mogę się doczekać, by znów poczuć się tak jak w sobotę ;-) !

poniedziałek, 06 grudnia 2010

Nie ma weekendu bez kontrowersji związanych z Manchesterem City. Jeszcze w piątek media obiegły zdjęcia bójki(?!) pomiędzy Super Mario a Boatengiem. Dżentelmenom poszło podobno o zbyt ostre wejście Niemca, a że Balotellemu wystarczy najmniejsza iskra żeby wybuchnąć, to starcie wydawało się wręcz spodziewane. Włoch zagrał za to całe spotkanie z Boltonem, a Jerome nie zmieścił się nawet na ławce rezerwowych, co pewnie skłaniało do wątpliwości, czy przypadkiem Mancini nie faworyzuje swojego podopiecznego(znają się wszak jeszcze z Interu). W takim układzie cierpi niewątpliwie Adam Johnson – ale to temat na osobną notkę. Małą burzę wywołało również zachowanie Teveza podczas zmiany – Carlito coś pokrzykiwał do Manciniego, wyraźnie był niezadowolony z faktu, iż musiał opuścić boisko. Przykładów podobnej niesubordynacji w piłkarskim światku znajdziemy mnóstwo i zdaje się, że takie drobne zwarcie nie ma prawa mieć większego wpływu na dalszą współpracę między piłkarzem a menadżerem.

MCFC vs Salzburg

W sobotę ponadto zostaliśmy skrzywdzeni przez sędziego liniowego, który źle pokazał pozycję spaloną – Silva, adresat podania, w momencie zagrania był za ostatnim obrońcą. Ten sam asystent kilka minut wcześniej nie zauważył, że Petrow znacząco przesunął linię obrony i w chwili długiego podania Balotelli na spalonym nie był. A skoro już o Martinie mowa, to jego 67 minut na Eastlands dowiodły solidności, jaką się zawsze odznaczał. No i te rzuty wolne – naprawdę mało brakowało, aby w ten sposób zdobył gola wyrównującego. Fajnie, że kibice na CoMS pożegnali go oklaskami, zawsze to jakaś pociecha dla Bułgara, nieładnie potraktowanego przez klubowy menadżment, gdy wygasała jego umowa z klubem.

Mimo brutalnego wkroczenia na angielskie areny zimowej aury Manchester City radzi sobie nieźle. Na znienawidzonym przeze mnie Brittania Stadium byliśmy bliscy zwycięstwa, Salzburg właściwie nie miał nic do powiedzenia w środę, poza zaadoptowanym Alanem naturalnie:), a Bolton oddał wczoraj tylko jeden celny strzał na bramkę. Pozytywną tendencyjność tego zestawienia przeciwstawiają się inne fakty – Stoke City mogło w ciągu 20 pierwszych minut strzelić dwa gole, a nasza obrona w ostatniej minucie meczu zachowała się fatalnie(po co Kolo wybijał piłkę na oślep, wie on sam). Dwóm ostatnich rywali powinniśmy wypuścić z mnóstwem goli w worku(przede wszystkim z Boltonem!), że tak się nie stało - sporo w tym winy Balotellego właśnie. Richards opisuje Mario jako „technicznego geniusza”, Mancini zaś twierdzi, że młody Włoch nie cieszy się z bramek, bo ich zdobywanie to dla niego normalna rzecz. Otóż chyba nie do końca – obił Boltonowi i słupek, i Jaaskalainena, zamiast po prostu skończyć mecz i oszczędzić kibicom horroru po wyrzuceniu Kolarowa. Oczywiście nie zapomniałem o szansach Zabalety, Aleksandara, Teveza czy poprzeczce Silvy. Może to faktycznie tak jest, że Mario siłą rzeczy przyciąga uwagę i pilniej śledzimy każdy jego krok? Styl gry ma nieprzeciętny - choć sprinter z niego niezły, to często po prostu stoi z piłką, by jednym zwodem zmylić dwóch obrońców i oddać potęzne uderzenie. A na twarzy - wieczna nieobecność, tak bym to określił. Mam nadzieję, że Mancini wie co robi.

W każdym razie, czego nie udało się w jedenastu ze Stoke, powiodło się w dziesięciu z drużyną Owena Coyle’a, co pozwoliło mi odetchnąć z ulga i choć na moment pomyśleć, że z taką grą(+lepsza skuteczność;)), to Liga Mistrzów musi być i koniec. Idzie jednak najtrudniejsze – Boxing Day i szaleństwo okołonoworoczne(najgorętsza atmosfera mimo minusowych temperatur), a rywale nie byle jacy – Everton i Arsenal, z którymi Mancini jeszcze nie wygrał, groźne Newcastle i Aston Villa, na dokładkę West Ham(wyjazd, już za tydzień) i Blackpool(Nowy Rok). Nawet nie próbuję oszacować, ile punktów na koncie po piątym stycznia by mnie satysfakcjonowało. Rywale przecież też mogą się pogubić, a mając na uwadze kompletną nieprzewidywalność w tym sezonie, żadne rozwiązanie nie wydaje się dość absurdalne, aby je z całą siłą wykluczyć.

wtorek, 02 marca 2010
Jeśli porażka(bolesna, dodać warto) w dogrywce ze Stoke City otworzyła krytykom Manciniego usta, by znów mogli pleść androny o jego zwolnieniu, to mecz z Chelsea chyba jednak buźki im pozamykał. Przynajmniej do następnego meczu.
środa, 17 lutego 2010
mcfcscSpore rozczarowanie po obu stronach boiska notujemy po wczorajszym meczu na Britannia Stadium. Zespoły Pulisa i Manciniego podzieliły się punktami - 1:1(0:0) szczęśliwie uratował Barry wespół z sędzią Wiley'em. Dobrze, że w tym samym czasie piłkarski światek ekscytował się meczami Ligi Mistrzów i pewnie niewielu oglądało zaległe spotkanie EPL.