Wpisy z tagiem: Arsenal FC

środa, 21 grudnia 2011

Zachłanność Roberto Manciniego nie zna granic. Ledwie umocnił Manchester City na fotelu lidera, ledwie pokonał po raz pierwszy w Premier League Arsenal, Everton i United, a tu już czeka na niego kolejny mały sukces do osiągnięcia. Jeśli dziś The Citizens nie przegrają ze Stoke, to zakończą rok 2011 jako niepokonani na własnym stadionie. Jeśli zaś wygrają, to jedynym zespołem, który wywiózł z Eastlands punkty w lidze w tym czasie zostanie... Fulham(poza tym ta sztuka udała się także Napoli, a żeby oddać sprawiedliwość - zwycięstwo z Dynamem Kijów i tak dało awans gościom z Ukrainy). Doskonale pamiętamy tamto nudne i wolne do bólu spotkanie - wtedy zdawało się, iż jesteśmy skazani na występy tego sortu, ale nowy sezon przyniósł totalną odmianę, dzięki której Etihad Stadium stał się areną godną najlepszych meczów Premiership. Tak też było w niedzielę, gdy przyjechał Arsenal.

Niestety, sporo emocji zgotowały niektóre decyzje sędziowskie i od nich zacznę. Co najmniej dwa błędy przy odgwizdywaniu spalonych, z czego jedna kompletnie zła(odebrała Arsenalowi gola na 1:1), a druga tylko dzięki Hartowi(chodzi mi o sytuację, kiedy Walcott stał na linii strzału zza pola karnego po rzucie rożnym, pierwsza połowa) przeszła bez większego echa. Do tego za szybkie kartki - Song na przykład niekoniecznie musiał otrzymać takową w pierwszym kwadransie, kilka późniejszych gwizdnięć także było co najmniej dyskusyjnych, nie mówiąc o ewidentnym karnym. Micah zagrał ręką bez wątpienia, a Phil Dowd, choć stał bardzo blisko, uznał to za przypadek. Wystarczyłoby jednak pokazać mu kilka podobnych sytuacji(mi przychodzi do głowy karny z WBA na CoMS z zeszłego sezonu, kiedy to Tevez strzelił hat-tricka), aby wykazać, jak cholernie się pomylił.

AFC

Na szczęście obie drużyny zagrały na tyle interesująco, iż Dowd nie zasłonił swoją pulchną osobą wielu dobrych momentów spotkania. Nawet pomijając błędy arbitrów, goli i tak mogło paść znacznie więcej(a wręcz powinno). Patrząc na grę Arsenalu znów odniosłem dość ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony wydawali się personalnie gorsi, na co oczywiście miały wpływ osłabienia w defensywie i pomocy, ale mimo tego stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, na przekór momentami bardzo wyraźnej przewagi City, i ten punkt zdobyć powinni. Jak słusznie ocenił Arseblog: dissapointment but no shame.

Z drugiej strony, zmiennicy w osobach Arszawina i Chamakha kompletnie rozbijają to, co w zespole Wengera jest dobrego. Zwłaszcza Rosjanin pokazał, ym, no, sami wiecie co – brak słów przy każdym zetknięciu z piłką. Z tak dramatycznie słabą ławką i zawsze potencjalną kontuzją(umówmy się, że Arsenal albo ma bardzo kiepskich medyków, albo wybitnego pecha do urazów swoich piłkarzy) któregokolwiek z zawodników to krok w stronę szpitala. I słabszych wyników klubu, naturalnie. I chyba już znam na odpowiedź z poprzedniej notki – na tę chwilę, bez wzmocnień(ponoć zapowiadanych) w zimie Arsenal stać na skuteczną walkę o Ligę Mistrzów. Co do tytułu, to tak jak na Eithad, będę zasługiwać na coś więcej, ale w ostateczności słaba ławka, kontuzje i błędy sędziowskie wyeliminują ich z wyścigu, ale nie tak szybko jak wielu rywali by oczekiwało.

City. W niedzielę narobiliśmy sobie sporo kłopotów. Naprawdę, wystarczyło podwyższyć(okazji przecież nie brakowało...) na 2:0 i spokojnie kontrolować przebieg wydarzeń. To mnie rozłościło najbardziej, ale fakt, iż to Vermaelen miał najwięcej strzałów w ekipie AFC, a nie Robin, Theo czy Gervinho, zwyczajnie cieszy. No i czyste konto, choć podważają je wpadki sędziów, to też zasługa Joe Harta, który w tym sezonie wybronił już kilka(naście?) punktów The Citizens. Poza tym: świetni Zabaleta i Kompany, bardzo solidny Kolo Toure(mecz bez wpadki, brawo), spokojniejszy Yaya, a Nasri - chyba już przyzwyczajony do presji i powoli aklimatyzujący się na Etihad. Wciąż mi za to brak de Jonga. Nie wyobrażam sobie, aby miał opuścić dwa spotkania wyjazdowe - z Sunderlandem i WBA, odpoczynek Y. Toure bardzo się przyda(w perspektywie ma wszak PNA), to samo z Barrym, facet gra praktyczni non stop. Niech więc Mancini da Holendrowi więcej minut i podpisze z nim nowy kontrakt. Potrzebujemy go.

Za chwilę Stoke City. Dwa poprzednie zwycięstwa pamiętamy doskonale - Puchar Anglii, oraz ostatni fantastyczny występ Teveza na Etihad. Jaka szkoda, że później jeszcze przywdział Błękit... Dobrze będzie i bez Argentyńczyka powtórzyć wyniki z ekipą Pullisa, zwłaszcza przed własną publicznością. Na Brittannia będzie zdecydowanie trudniej. To taki mały dar losu - zimą w poprzednim sezonie Stoke postawiło u siebie wysokie wymagania i ledwie uszliśmy z remisem. C'mon City, zakończmy ten rok bez porażki na Eastlands! 

sobota, 17 grudnia 2011

Czarnowidztwo nad losem zespołu Arsene’a Wengera to ostatnimi czasy bardzo popularne zjawisko. Z sezonu na sezon co raz większa grupa kibiców i dziennikarzy wieszczy rychłe piłkarskie załamanie Kanonierów i natychmiastową(niemal permanentną!) eksmisję z topowych zespołów Premiership. Arsenal jednak tylko połowicznie spełnił oczekiwania fachowców – od sześciu i pół roku nie zdobył trofeum, a po ostatniej, bolesnej porażce na tym polu(finał Carling Cup z Birmingham), ligowa forma AFC prezentowała się wprost tragicznie, aż po jeszcze gorszy epilog na Old Trafford. Wenger rozpoczął sezon na nowo, wreszcie sięgnął do portfela, a eksplodujący(nie pierwszy raz oczywiście) niczym supernowa talent strzelecki Robina van Persiego dał odczuć, iż w Islington wiele sprawa wraca na swój prawidłowy tor.

Emirates Stadium

Trochę to jednak mydlenie oczu. Moim zdaniem, Arsene nie ustrzegł się masy błędów, głownie za sprawą zaklinania rzeczywistości. Prawdopodobnie gdybym był kibicem Arsenalu, stałbym po stronie przeciwników Francuza. Darujmy sobie z miejsca dyskusję, czy zajmowałbym się Kanonierami przed The Invincibles, czy po – w moim odczuciu 4, 5 lat to okres na tyle w piłce znaczący, iż aura niegdysiejszego zwycięzcy dłużej chronić Wengera nie powinna i konstruktywna krytyka jest jak najbardziej na miejscu. Arsenal, w pojmowaniu jego własnych zwolenników, ma wygrywać trofea, gdyż ma to we krwi, a rezygnacja z walki w ogóle nie wchodzi w rachubę.

Kadrowy upadek Arsenal doświadczył z Manchesterem United, gdy pozbawiony kilku podstawowych graczy skompromitował się na całego. Sporo w tym winy samego Wengera, który do końca nie chciał zaakceptować faktu, iż część piłkarzy najnormalniej w świecie wypowiada mu posłuszeństwo – Fabregas, Nasri, Clichy, a mimo to Arsene(zarząd?) nie był gotowy wydać odpowiedniej kwoty zaraz(a nawet wcześniej) po tym, jak wspomniani piłkarze odeszli.

Tak na marginesie – lepszy w tej chwili Arteta, dla którego gra z armatą na piersi jest nobilitacją i sporym awansem sportowym, niż zblazowany Cesc, uważający Arsenal jednak za drugi, nie pierwszy klub w swoim sercu.

Co do wspomnianych Francuzów – ich transfery do City musiały wielu uzmysłowić brutalną prawdę – wprawdzie Arsenal to wciąż świetna firma i wciąż liczy się w czołówce Premier League, ale jeśli piłkarze odchodzą na Eastlands w poszukiwaniu triumfów, to jest to policzek(ostatnie ostrzeżenie?) wymierzony Kanonierom. Pal licho pieniądze – możecie drodzy fani AFC powtarzać, iż do City idzie się tylko po kasę, ale fakty są takie, że pragnienie zwycięstw w ekipie Manciniego jest w tej chwili wyższe niż u Wengera. Tego samego Wengera, który śmiał wam powiedzieć, iż powinniście być zadowoleni, bo wasz ukochany klub co roku gra w Lidze Mistrzów. A te słowa mogłyby wyjść z ust, z całym szacunkiem, Harry’ego Redknappa…

Na początku sezonu(tj. do końca okienka transferowego) byłem absolutnie przekonany, iż Arsene'a dla dobra klubu trzeba zwolnić i zacząć zapisywać nową kartę historii. Mam wrażenie, u wielu kibiców brakuje odwagi, aby spojrzeć na AFC bez Wengera. Spojrzeć na swój ukochany klub, który zdecydowanie podejmuje kroki, aby odzyskać blask trofeów w gablocie, a nie wspominać dawne zwycięstwa i z kwaśną miną cieszyć się, iż piłkarze wychowywani przez Francuza osiągają znaczące sukcesy gdzie indziej.

Spotykamy się jednak w nieco innym kontekście – Arsenal wraca do gry, choć nie jestem pewny, o co. Mistrzostwo? Ligę Mistrzów? Przejściowy(?) sezon na Emirates mimo wszystko nie może obejść się bez aktywnej walki o wszystko, co możliwe. Widzieliśmy to podczas Carling Cup, kiedy to rezerwowi Wengera dali naprawdę dobry występ i zwycięstwo The Citizens nie było łatwe, ani bardzo zasłużone. Przegnali nawet upiory ze spotkań z Wigan i wrzucili pięć goli Chelsea na Stamford, co wywołuje u mnie pewne oznaki zazdrości :) Podobnej agresywności spodziewam się jutro, mniej zaś będzie szachów, które pamiętamy z pierwszej ligowej porażki Błękitnych. To przecież starcie szczytów moralności w futbolu z jego największym złem, czyli pieniędzmi ;-)

W City zabraknie Clichy’ego i Kolarowa, na szczęście wraca Richards, lewą obronę zajmie zaś Zabaleta. Osobiście wolałbym zobaczyć w pomocy Milnera zamiast Nasriego – Samir dostał ostra szkołę na Emirates podczas Pucharu Ligi i wydaje się niegotowy na kolejne takie starcie. Kto w ataku? Mario jest bardzo pewnym punktem drużyny, gdy gramy u siebie i to chyba na niego, nie na Dżeko, Mancini postawi. Szczególną uwagę zwróciłbym na asekurację Pablo, na którego grać będzie Walcott – najczęściej asystujący van Persiemu, a wiadomo, że defensywa City do najszczelniejszych ostatnio nie nalezy. Interesująco będzie wyglądać walka w środkowej strefie – Ramsey, Arteta i Song przeciwko Yayi, Barry’emu i Milnerowi(szkoda, że co raz częściej brakuje miejsca dla de Jonga…). Czy czeka nas kolejny niesamowity mecz najlepszych zespołów ligi? Jakkolwiek ofensywy zwrot Manciniego bardzo mi się podoba, tak mam nadzieję na nieco ostrożniejsze podejście, bo przegrać tego spotkania po prostu nie wolno.

piątek, 07 stycznia 2011

Wiadomość to świeża i bardzo zaskakująca, bo jakoś nigdy nie myślałem o Manchesterze City jako o klubie pretendującym do wyróżnień - niemniej włoski szkoleniowiec The Citizens został wybrany najlepszym menadżerem ligi za miesiąc grudzień! Naturalnie nagroda nie obejmuje spotkań styczniowych, a więc tych słabszych w wykonaniu The Citizens, tj. z Blackpool i Arsenalem, choć jak na gorsze dni zwycięstwo z rewelacją ligi i remis na bardzo trudnym wyjeździe brzmią co najmniej zadowalająco.

Roberto Mancini

Patrząc jednak na sytuację trzeźwym okiem, grudzień istotnie był dla Manciniego i klubu okresem sukcesów, nie tylko czysto sportowych - wszak udało się odwieść(na razie abstrahując od tego, na jak długo) Carlosa Teveza od szalonej próby odejścia z Eastlands, ponadto pod koniec grudnia doszło do najważniejszych rozmów w sprawie przejścia Edina Dżeko(wróble ćwierkają, że Bośniak już przeszedł testy medyczne i za chwilę zamelduje się u nas z numerem 10 na plecach). Zaś na boiskach rezultaty, których nikt by się chyba nie powstydził – począwszy miesiąc od przypieczętowania awansu do dalszej fazy Ligi Europy(3:0 z Salzburgiem), a skończywszy go na komfortowym odprawieniu Aston Villi(4:0). Ogółem w lidze cztery zwycięstwa na pięć spotkań, plus remis i zwycięstwo w LE. Krótkie uzasadnienie wyboru Manciniego brzmi następująco(i bardzo sensownie), aczkolwiek nie zapominam, iż nie wszystkie ekipy miały okazję powalczyć o nagrodę dla swoich szkoleniowców(tacy United na przykład zagrali o dwa mecze mniej z powodu zimy):

Mancini wins the award after guiding Manchester City to four wins from five matches in December, a month which saw his side establish themselves as genuine Barclays Premier League title contenders.

Nieprzypadkowa jest zależność owej nagrody od terminarza, jaki mieli do rozegrania The Citizens. Wystarczyłoby, aby wszechmocny komputer wylosował nam na grudzień powiedzmy dwie ekipy z najwyższej półki – niech będą United i Tottenham – i tytuł Manager of The month przypadły komu innemu. Nie jest żadną tajemnicą, iż Roberto ma problemy ze ogrywaniem najlepszych zespołów angielskich. W tym sezonie Manchester City strzelił rywalom do tytuły zaledwie jednego gola(Tevez z Chelsea), który i tak stanowi wysoki procent wykorzystanych sytuacji, jakie udało się piłkarzom City w tych spotkaniach wykreować. Analizując cały okres rządów Manciniego, można się mocno zdziwić – Włoch poza rozbiciem Chelsea 4:2 na Stamford rok temu nie wygrał żadnego spotkania z United (0:1, 0:0), Arsenalem(0:0, 0:3, 0:0) i Tottenhamem(0:1, 0:0), co jeszcze gorsze – nie zdobył przeciwko nim choćby jednej małej bramki(mówimy oczywiście o lidze)! A szans – jak już wspomniałem – Manchester City stwarzał sobie zatrważająco niewiele.

Van Persie Emirates Stadium

Przedwczorajsze starcie z Arsenalem to właśnie jedno z takich spotkań, a właściwie, jedno z dwóch typów, jakie Manchester City gra pod batutą Manciniego. Jeden ze stylów - defensywnie skuteczny, gwarantujący bezpieczeństwo na tyłach widzieliśmy z Chelsea i United, za to ten drugi właśnie w środę oraz na WHL podczas inauguracji sezonu. Co charakteryzuje to podejście? Ano bardzo niepewną obrona, co widać na poniższych obrazkach, pierwsza akcja meczu na Emirates(klik aby powiększyć):

Pierwsza akcja meczuPierwsza akcja meczu 2

Szczególnie szokująca jest druga faza - pięciu(!) Kanonierów i zaledwie dwóch graczy City. A mimo to, dzięki największej bolączce Arsenalu, tj. skuteczności, gol nie pada. Ale dominacja gospodarzy nie podlegała większej dyskusji, gdyż angażowali znacznie więcej zawodników w ataki i byli tym względem elastyczniejsi, dzięki czemu łatwiej prowadzili spotkanie na połowie City. To samo widać było na Whtie Hart Lane(różnica polega na tym, że Koguty więcej grały, jakkolwiek to brzmi, skrzydłami;-)), gdzie przeciwnik także ułożył sobie Błękitnych pod własny plan, choć zapomniał o tym, że jednak wypadałoby do bramki Harta trafić.

Inaczej mówiąc – jeśli Manchesterowi City przyjdzie się bronić przed atakami zespołu w formie(bądź z indywidualnościami takimi jak Bale), to po pierwsze, limit szczęścia niezrozumiale wzrasta, po drugie, niezła defensywa(wciąż najlepsza w lidze!) zaczyna tracić głowę(sytuacja Van Perskiego kiedy trafił w słupek) i tym bardziej nie ma mowy o zmasowanej ofensywie(rośnie liczba niewymuszonych błędów), a na samym Tevezie trudno polegać non stop. Kiedy jednak rywal nie kwapi się aż tak bardzo do natarcia, jak United czy Chelsea(bądź brak im konkretnych rozwiązań), to zwarty, nie do sforsowania mur obronny tylko podkreśla, jak dobrze Mancini wpoił podopiecznym arkana zasady „first not to loose”. Jakie będą rezultaty, kiedy słupki i Joe Hart przestaną sprzyjać? Obyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonywać.

W każdym razie, remisy nie są aż tak tragicznym rozwiązaniem, jeśli myślimy o miejscach 2.-4. Mistrzostwo wymaga jednak czegoś więcej – zeszłosezonowy fatalny bilans Arsenalu z czołówką to negatywny przykład doskonały – nieludzkich wyników bez względu na okoliczności. Następnym trudnym rywalem Manciniego będzie Alex Ferguson, 12 lutego. Do tego dnia Roberto musi uczynić swoją całkiem niezłą strategię gotową na wielkich przeciwników, bo z walki o mistrza mogą pozostać strzępy marzeń.

środa, 05 stycznia 2011

Starcie dwóch biegunowo odmiennych filozofii budowania klubu piłkarskiego - maniakalny wręcz szlifierz młodych diamentów kontra sięgający po błyskotki niczym dziecko po łakocie. Jeszcze do wczoraj najlepszy atak ligi przeciwko najlepszej defensywie EPL. Starcie tytanów, test gotowości do walki o mistrzostwo, sprawdzian drużynowej dojrzałości. Raz już przez The Citizens oblany…

Boyata red card

Jednak bezdyskusyjna porażka na City of Manchester Stadium - żeby użyć zwrotu Mourinho po Gran Derbi - nie bolała długo ani zbyt mocno; łatwo przeszedłem po niej do porządku dziennego. Czerwona kartka dla Boyaty zasłużona(choć młodemu Belgowi zamknęła ona drogą do składu na ważne spotkania), próby przełamania wyniku heroiczne, ale siłą rzeczy, poprzez rozciągnięcie formacji i mnóstwa wolnej przestrzeni dla lubujących się w krótkich podaniach Kanonierów(wtedy celnych wymienili ponad 600!), doprowadziły do straty aż trzech goli. Wypadało po ostatnim gwizdku z nutką uznania uścisnąć dłoń rywala i zapowiedzieć srogi rewanż. Dziś.

Nie powiem jednak, abym był w wybitnie bojowych nastroju(na pewno nie mam w sobie nic z pewności przed listopadowym starciem). Nie przeraża mnie wprawdzie fakt, że z Arsenalem na jego stadionie nie wygraliśmy od 35 lat – to nie to. Martwi mnie – Roberto Manciniego zapewne również – przede wszystkim brak Davida Silvy, który w ostatnich spotkaniach wyrósł na głównodowodzącego atakami The Citizens. Hiszpan może nie strzela tylu goli co np. Nasri czy van der Vaart, ale jeśli dać mu odrobinę miejsca, aby wypracował sobie nieco przestrzeni między formacjami, to będzie rozdzielał naprawdę genialne i dokładne podania, zwłaszcza iż co raz lepiej rozumie się z Yayą czy Tevezem. Chyba nikt nie wyobraża sobie, aby godnie mógł go zastąpić np. James Milner(z całym szacunkiem), typowany przeze mnie na zmiennika Mistrza Świata, stąd zdecydowanie więcej będzie zależało od Yayi Toure, Teveza i Johnsona, którzy będą musieli wznieść się na wyżyny swych umiejętności. No i wykorzystać jedną, może dwie sytuacje, które się pojawią. Na więcej – w wypadku meczu bez niespodzianek typu czerwone kartki – nie liczę.

Mniejszym, lecz wciąż znaczącym kłopotem włoskiego menadżera będzie obstawienie boków obrony. Kolarow i Boateng na tę chwilę nie prezentują poziomu uprawniającego ich do miana udanych transferów. Z drugiej strony Zabaleta i Richards najwybitniejszymi specjalistami nie są, mimo tego postawiłbym na starych wyjadaczy, lepiej poruszających się po boisku niż wspomniani Niemiec i Serb. A potrzeba nam sprawnych bocznych defensorów, którzy wesprą starania ofensywne zespołu, gdyż ewentualne zaniechania w tym elemencie pozbawią nas szans na wykreowanie większej ilości sytuacji podbramkowych.

Na koniec problemów: Manchester City Fighting Club. Byli zawodnicy Arsenalu(cóż za ironia losu) skaczą sobie do gardeł, kiedy Kolo mówi do Manu, iż lepiej dla tego drugiego będzie odejść z Eastlands jak najszybciej. Krótka wymiana uprzejmości kończy się zwarciem, które obficie obfotografowanie wręcz natychmiast trafia na łamy internetowych dzienników. Chyba czas ogrodzić Carrington i wyprosić poszukiwaczy sensacji, bo teraz każde spięcie znajdzie swoje odzwierciedlenie w mediach. Nie chce mi się wierzyć, iż tylko u nas są takie zajścia.

Arsenal FCCo do samego Arsenalu - bom coś wyjątkowo mało miejsca poświęcił rywalowi w tym wpisie - brak Silvy i ograniczone opcje w ofensywie City czynią z drużyny Wengera faworytów spotkania na Emirates. Nie ukrywam, że ostatnim czasem Arsenal zyskał wiele w moich oczach - pokonał wreszcie Chelsea(być może był to przełomowy moment dla całej drużyny w tym sezonie), formę ustabilizował ich golkiper, zazdroszczę im także zwycięstw na Wolves, w Blackburn i przeciwko Birmingham u siebie, a drobne wpadki i słabości przy stałych fragmentach gry nie na rzutują aż tak negatywnie na ogólnym odbiorze ekipy z Islington. Jeśli za kilka godzin zagrają agresywnie w środku i skutecznie odetną Teveza od podań, nie zapominając o dynamicznym Johnsonie, to naprawdę bardzo trudno będzie wywieźć(jakby kiedykolwiek było łatwo...) punkty z Londynu. Arsenal przeciw Chelsea zagrał wzorowo, śmiem jednak twierdzić, iż obecnie jesteśmy lepsi niż mistrz kraju i na Emirates osiągniemy korzystny rezultat. Remis, mimo powiększenia straty do United, biorę w ciemno.

sobota, 24 kwietnia 2010

arsenal fcNa ten mecz fani Arsenalu ostrzyli sobie zęby od dawna. Są żądni zemsty i nie ma się czemu dziwić. W tym sezonie ich pupile przyjechali do Manchesteru trzykrotnie i ani razu nie byli w stanie wywieźć z miasta choćby punktu. Najpierw Ferguson z czerwonymi mężczyznami wygrał 2:1, a już w następnej kolejce The Citizens w niesamowitym spotkaniu pokonali chłopców Wengera aż 4:2. Pamiętamy to doskonale: kontrowersyjne zachowanie Adebayora skutkujące zawieszeniem, ale i świetne widowisko z tak pożądanym happy-endem. W pucharze poszło już gładko(a to była końcówka Hughesa w klubie). adebayor city arsenalTrzy do zera, piękne gole Teveza, Wrighta-Phillipsa i debiutancki Weissa juniora. Minęło pięć miesięcy, jednak nie sądzę, aby Arsenal tak po prostu zapomniał o tamtych upokorzeniach. Zwłaszcza, że okoliczności poprzedzające sobotnie spotkanie nakazują im wygrać nadchodzące spotkanie jeszcze bardziej.

Wydaje mi się, że jedną z najszerszych polemik na temat sposobu prowadzenia klubu jest właśnie ta, w której głównym bohaterem jest Arsene Wenger. Do znudzenia powtarzane słowa Evry o chłopcach i mężczyznach, rzekomy spisek przeciwko drużynie z Emirates objawiający się brutalną grą i te ciągłe pytania, czy nieustanne inwestowanie w młodych przyniesie kiedykolwiek sukcesy na miarę Arsenalu za Vieiry i Henry’ego. Pisze się i mówi na temat wiele i z licznych względów nie mogą dziwić wątpliwości fanów uderzające w połowiczność osiągnięć, w braki mentalne zawodników, zwykle słabości. Nie dziwią, bo kiedy przegrywa się z Tottenhamem po jedenastu latach, kiedy w idiotyczny sposób traci się punkty z Wigan czy Birmingham City, o wcześniejszych porażkach z czołówką ligi nie wspominając, to trudno być zadowolonym z ukochanego klubu, z takiego obrotu spraw. Słowa Iana Wrighta zdają się dolewać oliwy do ognia, jakieś – nie jestem prorokiem, aby przewidywać i wskazywać kierunek - zmiany są potrzebne i to zaraz.

Arsenal are a fantastic team who played very well at Wigan, but again football proved to be very strange as they led 2-0 and lost 3-2 in the last few minutes.

They will probably be more dangerous after losing at Wigan, but it's the same for us. We will be more dangerous because we lost against United, in a game we didn't deserve to lose.

Roberto Mancini

Arsenal i Manchester City łączy w ostatnim czasie całkiem sporo. Najmniej chlubną okolicznością jest zeszła kolejka Premier League i mecze przegrane w końcowych minutach, o których kibice chcą jak najszybciej zapomnieć. Dodatkowo londyńczycy skreślili wszelkie szanse na tytuł, a nawet – zżytych z klubem musi to przyprawiać o nieprzyjemny skręt kiszek – teoretycznie mogą utracić trzecią lokatę na rzecz Kogutów. Oczywiście ta korespondencja będzie miała znaczenie psychologiczne, ale ważniejsze dla widowni Emirates będzie przybycie aż pięciu byłych Kanonierów: Stuart Taylor na pewno nie zagra, podobnie zresztą jak Sylvinho. Za to pewnie miejsca w wyjściowej jedenastce The Citizens mają Toure, Vieira(trochę tu przesadzam, ale nawet 15 minutowy występ Francuza to dla mnie pewniak) i Adebayor. Pierwszy z nich przez lata solidnie odwalał swoją robotę, drugi - legenda The Gunners, człowiek, po którego odejściu Arsenal niczego znaczącego nie wywalczył. Trzeci zaś – Togijczyk - pewnie będzie solidnie wybuczany za czelność celebrowania przed kibicami gości na CoMS i głupie faule, mimo próśb szefa, aby jednak skupić się na futbolu, a nie na utarczkach z przeszłości. Menadżerowie mówią swoje, kibice raczej i tak podążą utartą, bezlitosną ścieżką wyzwisk i gwizdów. Nie wiemy tylko, czy murawa zostanie zawładnięta przez te emocje, czy zawodnicy będą normalnie grać w piłkę. Zresztą, na Twitterze zapytałem fanów AFC o ich byłych zawodników(w kolejności Pat, Kolo, Ade). Takie odpowiedzi otrzymałem:

Kolejno - pokłony, owacja na stojąco i krzesło prosto w łeb.

Pawlaczek

Vieira - brawa; Toure i Adebayor chyba milczenie jednak. Choć w sumie nie wiem. Ade stracił dla mnie po transferze, a nie przed.

Pierwszyyeti(Marcin Wierciński)

brawa - brawa - kopa

Mariusz_AFC, twórca Arsenalizacji

A tak czysto po piłkarsku, to forma obu zespołów jest wielką niewiadomą. Passa porażek Arsenalu, choć tak przetrzebionego przez kontuzje w każdej formacji, nie może trwać w nieskończoność, bo to nie jest klub tego pokroju i bez Fabregasa, Arszawina i Vermaelena na określonym poziomie prezentować się muszą. Mancini i jego Błękitni muszą się podnieść po golu Scholesa i bić się o Ligę Mistrzów. Honor nakazuje Kanonierom wygrać i „coś” oddać wiernym kibicom, ale z mojego punktu widzenia niezbędne do trzeciej lokaty punkty mogą zdobyć gdzie indziej, skoro przyjdzie im jeszcze zagrać z Blackburn i Fulham. Zresztą, czy naprawdę wyobrażacie sobie, aby Koguty wystąpiły w Champions League?!

carlos tevez arsenal

Wyjściową jedenastkę The Citizens w zasadzie dość łatwo wytypować, gdyż będzie ona identyczna w porównaniu z derbami Manchesteru. 4-4-2, być może Onuochę ktoś(Micah? Pablo?) zastąpi na prawej obronie, może Mancini da szansę SWP na skrzydle, są to jednak spekulacje, w które sam niespecjalnie wierzę. Obecna taktyka pod wieloma względami wydaje się optymalna(odbiór, pressing, wyprowadzanie akcji i tak dalej), grunt to skuteczne jej wdrożenie. Nie ma co się podniecać mizerią w bramce gospodarzy, czy chwiejną obroną(tak jakby nasza była zawsze pewna) w postaci Silvestre'a, trzeba uderzać jak na CoMS w pucharze, bez szans dla golkipera. Ustrzeliliśmy dublet z Chelsea, to czemu nie dodać do miłych wspomnień trypletu nad Arsenalem?

C’mon, c’mon City!

środa, 13 stycznia 2010

Zdziwienie, jakiego doznałem wczoraj, kiedy to od użytkownika Mariusza_AFC dostałem link do zdjęcia Adebayora z wywiadu ze SkySports kazało mi nie wierzyć, że to prawda. Dziś już mam na youtube filmik z rzeczonej rozmowy i ... co właściwie powienien o tym myśleć? Napastnik Manchesteru City z sześcioma golami na koncie, tuż po tragedii w Kabindzie, do wywiadu dla nie byle jakiej telewizji ubiera koszulkę byłego klubu. Klubu, dodajmy, którego kibice zwyzywali Ade podczas spotkania na CoMS, za co odpłacił im w postaci strzelonej bramki i słynnego już biegu przez całe boisko. Pytanie jest proste: dlaczego? Odpowiadam w kolejności od najbardziej prawdopodobnej wersji w dół.

1. Zapomniał się, SkySports go zaskoczyło, dalej jest w szoku i średnio wie, co robi.
2. Kibice Arsenalu w jakiś sposób wspierali go po zdarzeniach w Kabindzie, jest to więc sposob, aby im podziękować.
3. Głupia prowokacja.

Nie lubię takich sytuacji. Gadanie o tym jedynie sieje ferment, a ja Adebayorowi i tak wybaczę, bo nie widzę powodu, dla którego obecnie miałby kochać Arsenal. Niech szybko się otrząśnie(Mancini dał mu wolną rękę w tej kwestii) i wraca na boiska, aby pokazać, na co go stać.

czwartek, 03 grudnia 2009
Czas na ćwierćfinał Carling Cup! W tej fazie Manchester City zmierzył się wczoraj z Arsenalem Londyn. Jak wieloma podtekstami podszyty był ten mecz, wie każdy szanujący się fan ligi angielskiej. Wszak pamiętamy dokładnie rywalizuję na CoMS na początku tego sezonu. 4:2, niesamowite emocje, grad bramek, gest Adebayora i związana z tym kontrowersyjna absencja Togijczyka, czyli wszystko to, co kibice futbolu kochają w tym sporcie najbardziej. A jak było wczoraj?
poniedziałek, 30 listopada 2009
O siódmym remisie z rzędu Manchesteru City trąbi cały piłkarski światek. Co milsi sympatycy podśmiewają się i cieszą, że klub, w którego wpompowano tyle petrodolarów, nie jest gigantem w sportowym aspekcie i nadal widzi ogon czerwonych United, Chelsea czy Arsenalu. Czy to nie jest najwyższy czas, aby zadać sobie pytanie, ile w tym winy piłkarzy, a ile - trenera?
piątek, 02 października 2009
My, Polacy, mamy nasz uwielbiany, choć już sprzedany na rzecz reklam, gest Kozakiewicza. Anglikom chyba zaczyna trochę odbijać i niedługo być może będziemy mówić o „geście Adebayora”.