Wpisy z tagiem: carlos tevez
poniedziałek, 07 listopada 2011
Osiem spotkań. Osiem zwycięstw, trzydzieści strzelonych goli, osiem straconych. Pięć punktów przewagi w lidze nad drugim miejscem i najlepszy start w historii Premiership(tj. po 10 kolejkach). Siedem punktów w grupie Ligi Mistrzów i realna szansa na przebicie się do fazy pucharowej. Awans do ćwierćfinału Carling Cup. Na Eastlands robi się niesamowicie z tygodnia na tydzień. Spójrzcie chociażby na październik. Perfekcyjny październik. Manchesterowi City wychodzi absolutnie wszystko. Zwycięska bramka w ostatniej minucie i uratowanie Champions League? Ależ proszę. Pokonanie zaparkowanych autobusów? Upokorzenie United na Old Trafford w przeddzień 25. rocznicy panowania Fergusona? Żaden problem. Postęp, jaki uczyniła drużyna Manciniego, zarówno na boisku, jak i poza nim, naprawdę imponuje. I zamyka usta każdemu, kto życzył projektowi City upadku. Niesforny Balotelli? Strzela gole jak na zawołanie, bez różnicy czy rywal klasowy, czy prowincjonalny. Adam Johnson skonfliktowany z Roberto? Nie dość, że jego skuteczność z gry wzrasta na przekór niektórym decyzjom Włocha, to na dodatek skrzydłowy City przedłużył w niedzielę kontrakt, co z pewnością jest dowodem na jego chęć odejścia z Etihad Stadium :) The Citizens nadmiernie polegają na Tevezie? No, tu akurat sam zainteresowany rozwiązał sytuację na korzyść klubu. Uwalniając drużynę od swojego dominującego charakteru wyświadczył jej największą przysługę. Zamiast jednego strzelca ciągnącego Błękitnych mamy trzech skutecznych snajperów wspieranych przez lepszą z roku na rok pomoc, w której wiadomo ? prym wiedzie magik David Silva, ale bez Milnera, Johnsona, Yayi Toure czy Nasriego i ich wysokiej dyspozycji nie byłoby aż tylu powodów do radości. Wszak praktycznie każdy z piłkarzy Manciniego trafił z formą - oceny za ostatnie spotkania zaczynają się od dobrych wzwyż, oczywiście poza niesklasyfikowanym Tevezem. Nieprzypadkowo fantastyczna seria trwa od porażki z Bayernem i wybrykiem Carlito. To wydarzenie zjednoczyło drużynę i ukierunkowało ją na wspólny sukces. Każda passa kiedyś się jednak skończy. Zastanawiając się nad tym obstawiłem dwa mecze, które potencjalnie mogą się skończyć dla City pierwszą porażką w lidze i wiele się nie pomyliłem. To znaczy wydawało mi się, iż wizyta na Loftus Road nie będzie spacerkiem(mając również na uwadze powrót z Hiszpanii) i rzeczywiście tak było. Szczegółowe statystyki sobotniego starcia wskazują, iż rywal Błękitnych w istocie był jednym z najtrudniejszych od początku kampanii. Przyznali to piłkarze, wynik zresztą do ostatniej minuty był sprawą otwartą, stąd zwycięstwo w Londynie cieszy podwójnie - test na prawo do wygrywania mimo gorszej dyspozycji został zaliczony. Ciąg dalszy nastąpi zaraz po przerwie reprezentacyjnej, gdyż na Eithad przyjedzie drugi niepokonany zespół Premiership - rewelacyjne Newcastle United. Sprawdzian to będzie nie lada i trochę wbrew ostatnim rezultatom pomiędzy obiema ekipami podopieczni Alana Pardew mają sporą szansę na sprawienie niespodzianki. Całe szczęście - nie zniósłbym nudnej dominacji City rodem z Katalonii czy Kastylii. Liga angielska, chwała jej za to, jest za silna na takie rozwiązanie.
Paul Gilham/Getty Images Europ?e Jeszcze rzut oka na taktykę stosowną przez Manciniego w obecnym sezonie. Otóż samo założenie właściwie się nie zmieniło - po odejściu od 4-4-2(jako ustawieniu z dwoma skrzydłowymi, tj. Bellamy'm i AJ/SWP) z kampanii 09/10 Roberto usystematyzował na Eastlands swoje 4-2-3-1(z kilkoma wariantami, o czym niżej). W porównaniu z formacją pohughesowską Mancini większy nacisk kładzie na pracę w ofensywie bocznych obrońców - to w zeszłym sezonie kompletnie nie działało, przez co brakowało The Citizens szerokości i zagrożenie po ewentualnych dośrodkowaniach było znikome(w lidze gole głową strzelał Lescott i to tylko po stałych fragmentach gry). Teraz współpraca w bocznych sektorach układa się znacznie lepiej, defensorzy częściej się podłączają i są tego efekty(również negatywne - patrz mecz z Bayernem i kilometry kwadratowe przestrzeli zwalnianej przez Richardsa). Mancini kontynuował i rozwinął zadania atakujących - trudno komukolwiek przypisać konkretną pozycję, co uzmysławia chociażby poruszanie się Edina Dżeko, który nie jest przyspawanym do pola karnego środkowym napastnikiem, zwłaszcza można to było dostrzec w minioną sobotę, albo w kolejce inaugurującej sezon. To samo tyczy się Balotellego, Silvy(to akurat banał, ale wart wzmiankowania) czy Milnera - Anglik szczególnie wydaje się być (skutecznym!) zawodnikiem do zadań specjalnych, nie ma problemu z grą na obu skrzydłach bądź też jako inna wersja Toure, pomocnika atakującego z głębi pola. Podobna wielofunkcyjność reprezentanta WKS także pozwala na większe pole manewru taktycznego - Yaya może grać defensywnego pomocnika(Tottenham na WHU), albo jako podwieszony za napastnika(to tak zwana pozycja, jak to czasami nazywam, półfinałowa i finałowa FA Cup), gdzie potrafi być bardzo skuteczny. Mancini od początku tworzył zespół facetów gotowych występować na kilku pozycjach, nieraz w czasie 90 minut. Poprawiła się także sama jakość ataku. W zeszłym sezonie wielokrotnie brakowało piłkarzom City zdecydowania(zwykle chodziło o liczbę ciał zaangażowanych w atak, ale nie zawsze) oraz sensownego ruchu bez piłki podczas konstruowania ataku pozycyjnego. Ostrożnie założę, iż Włochowi chodził o zbudowanie zespołu od tyłu. Kiedy ta faza się powiodła(Złote Rękawice dla Harta i rekord czystych kont), nadszedł moment na ofensywę. A konkretniej, choć w uproszczeniu - dać Silvie piłkę, nakazać reszcie biegać jak najwięcej, zmieniać pozycje, poza tym nękać rywala na jego połowie i zepchnąć go do głębokiej defensywy. Plan zdawałoby się prosty, ale wcześniej nie udawało się go realizować w stu procentach i nie zawsze była to wina samych wykonawców. Zespół musiał po prostu dojrzeć, zarówno piłkarsko, jak i psychologicznie. Elementarna prawda piłki nożnej - w wypadku ekip o sporych umiejętnościach indywidualnych potrzeba czasu i cierpliwości, aby zrobić z nich zespół. Manciniemu póki co się to udaje, dzięki czemu przeżywamy niesamowity, zachwycający miesiąc. A poznając perfekcjonizm włoskiego menadżera, to jeszcze nie koniec niezapomnianych chwil dla wszystkich kibiców Manchesteru City.
środa, 28 września 2011
Manchester City zasłużenie przegrał z Bayernem Monachium 0:2. I naprawdę, naprawdę chciałbym skupić się wyłącznie na taktycznym planie Manciniego, błędach obrony i klasie Bayernu Monachium, ale jak już pewnie wiecie, o takim wpisie mogę sobie pomarzyć. Wszystko przez Carlosa Teveza i jego odmowę wyjścia na boisko w drugiej połowie, a także pomeczowe komentarze Roberto Manciniego.
Mancini - po fakcie zawsze fajnie się mówi - mógł zaryzykować zdrowie Nigela de Jonga i wrócić do nieco defensywniejszego wariantu ustawienia 4-2-3-1, to znaczy tego zastosowanego chociażby w finale Pucharu Anglii, gdzie Yaya był podwieszony za napastnika, obok niego Silva i Nasri(wtedy to był Balotelli), za nimi Barry i de Jong z rzadszymi wypadami bocznych defensorów. Owszem, widowisko wiele by straciło, ale być może udało by się wywieść jeden punkty, tak jak uczyniło to Napoli na Etihad. Zdaje się, że nikt by wówczas nie narzekał. Na drugą połowę chciałem widzieć dwie zmiany - uszczelnienie środka pola, czyli wprowadzenie de Jonga, oraz zmianą Tevez-Aguero. Holder wszedł dość szybko. Niezadowolenie Dżeko przypominało nieco sytuację z Milnerem w trakcie spotkania z Liverpoolem na Anfield, to znaczy nie wyjdzie z tego nic grubszego, Mancini wyjaśni sobie sprawę z Edinem(niepotrzebnie jednak skrytykował go w mediach) i na tym sprawa się zakończy. A co do Teveza... Wczoraj stracił ostatni z argumentów na rzecz swojej obecności na Eastlands. Do tej pory każde jego kretyńskie wystąpienia, prośby o transfer i inne mącenie wybaczaliśmy mega profesjonalną postawą na boisku. Nie musiał kochać Manciniego, aby strzelić 24 gole w zeszłym sezonie. Nie potrzebował poparcia kolegów z zespołu, aby grać na 200%. A wczoraj - zidiociał. Tak po prostu. Miał szansę wejść na boisko i pokazać menadżerowi, że cholera, wciąż potrafi grać w piłkę. Zespołowi nie szło wybitnie, potrzebował jakiejś iskry, nadziei na lepszy rezultat. A tak zawiódł wszystkich. Był kapitanem, dowódcą ataku wartym swojej pensji. A odmawiając wejścia na boisko zrobił z siebie nieprofesjonalnego durnia. "Małe nieporozumienie"? Chciałbyś. Klub własnie zawiesił Argentyńczyka na dwa tygodnie, aby sprawę wyjaśnić. Co dalej? Pierwszą reakcją było naturalne: pozwać chama, wykopać z City jeszcze przed powrotem do Monachium, niech siedzi sobie na tej ławce. Ale klub musi myśleć racjonalnie - ewentualne pozwanie Teveza czy próby zerwania kontraktu(CT w pewnym sensie sam to zrobił) choć kuszące, nie mają większego sensu. Przecież na tym piłkarzowi zależy - uwolnić się od Eastlands i wrócić do Argentyny, o czym nie może być mowy. Grunt to podjąć słuszną decyzję - odesłać Apacza do rezerw/kazać trenować samemu i sprzedać w styczniu, choćby cena miała spaść do 20 mln funtów. Oby tylko znalazł się kupiec - może pan Kerimow, właściciel Anżi, zechciałby rebelianta w Dagestanie? Ani, to przecież za daleko rodziny, gdzie tam życie, gdzie restauracje... Nie ma odwrotu - Mancini został obrażony, tak jak i Manchester City wraz z jego fanami. Dopuszczam myśl, iż Włoski menadżer mógł zachować incydent dla siebie i wyjaśnić go w zaciszu z Mubarakiem, ale... czy nie dość już? Tevez przegiął pałę, mówiąc bardzo brutalnie. Dopuścił się najgorszego z przewinień - odmówił gry klubowi, który płaci mu(a chrzanić to - pensja, choć horrendalna, nie jest w pewnym sensie aż tak istotna) solidne pieniądze, takie, których przeciętny kibic nie zobaczy przez całe swoje życie. I my, biedne szaraki, zasuwamy bez prawa pretensji, że nie czujemy się okej, by pracować. Tevez nigdy więcej nie będzie bohaterem Manchesteru. Znienawidzony przez obie strony, niech szuka szczęście gdziekolwiek ktoś go jeszcze będzie chciał. Z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków.
wtorek, 10 maja 2011
Przed Manchesterem City dwa najważniejsze mecze w sezonie 2010/2011.
Porazka z Evertonem musi w piłkarzach wyzwolić pozytywną złość piłkarską. Mieli ich na widelcu, wystarczyło wepchnąć piłkę do bramki w początkowej fazie drugiej połowy w sytuacjach Toure i Dżeko, a gospodarze nie podnieśliby się z kolan. Do przerwy zresztą grali słabo, aż udało im się uśpić publikę Goodison Park i niewiele wskazywało, aby doszło do tak szokującego obrotu sprawy. Obrona The Citizens po niepowodzeniach ofensywy za mocno się cofnęła(Mancini w furii nakazywał z linii bocznej, aby defensorzy się ‘zatrzymali’, ale na nic się to nie zdało), Everton dostał wiatru w żagle i popłynął, symptomatyczne, że tuż po wejściu etatowego killera City - Tima Cahilla. Oczywiście był to najmniej istotny mecz wobec starć ze Stoke i Tottenhamem(porażkę na GP miałem wkalkulowaną od dwóch miesięcy), ale Manciniego i zawodników na pewno wkurza fakt, że z Evertonem wygrać nie potrafią. Przegrał cały zespół, Roberto być może spóźnił się ze zmianami o kilka minut, jednak sam wątpię, czy rozbity i rozciągnięty Manchester City byłby w stanie odpowiedzieć na prowadzenie ekipy Moyesa. Pokory w piłce nożnej nigdy za wiele, szkoda tylko, że Szkot udzielił nam tej lekcji po raz czwarty z rzędu. Sezon 2010/2011 w wykonaniu Tottenhamu to istnie szaleństwo. Od debiutu(ach ten dwumecz z Young Boys...) w Lidze Mistrzów po sześć remisów z ośmiu ostatnich gier plus pechowa porażka z Chelsea. Od sprowadzenia van der Vaarta i eksplozję Bale'a przez nieustanne kłopoty z defensywą po upadek formy Holendra i długą kontuzję - w pewnym sensie od stycznia do końca sezonu, gdyż Walijczyk nigdy nie wyzdrowiał w pełni - drugiego. Ich świetne występy w 2010 roku w zasadzie stały się przekleństwem w późniejszym okresie. I o ironio, Peter Crouch, ten sam, który dał Spursom upragnioną czwartą lokatę i Champions League, przez swoją głupotę przyczynił się do wyeliminowania Kogutów z tych rozgrywek. Przemeblowanie zespołu Redknappa odbyło się w sposób iście niewiarygodny. Nagle z ekipy silnych i bramkostrzelnych napastników Tottenham stał się ekipą, której wszyscy snajperzy razem wzięci goli na koncie mają mniej niż Carlos Tevez. A żeby było przyjemniej, Liverpool mocno naciska i ma dwa wielkie asa w rękawie - wspaniałą formę i mecz na Anfield w ostatniej kolejce. Presja po stronie gości jest ogromna i kto wie, czy nie większa od oczekiwań na Eastlands. Gadanie, że lepiej nie grać w pucharach w ogóle niż w Lidze Europy uważam za zasłonę dymną. Klub z ambicjami powinien grać w Europie bez względu na rozgrywki. Skoro wywołałem do tablicy piłkarzy z White Hart Lane, to spójrzmy kogo Harry ma do dyspozycji: Bale, Huddlestone, Assou-Ekotto, Palacios i Hutton poza kadrą, a niepewni występu są Modrić i Crouch. Sporo. Brak lewego skrzydła. Środek pomocy także ze sporym uszczerbkiem, co zapewne mocno ukróci ilość opcji w ofensywie(obecność Modricia będzie decydująca). Atak bez kłopotów, ale z tą skutecznością nie widzę w tym fakcie pocieszenia. Mancini za to ma do dyspozycji praktycznie wszystkich podopiecznych. Wraca Tevez(ma zasiąść na ławce), a także Barry i Richards(też raczej ławka). Bez zbędnego kombinowania zobaczymy to samo 4-2-3-1 co zwykle, nie wiadomo jednak z kim na prawej stronie(Milner miał dobre moemtny z Evertonem) i na szpicy(nieobliczalny Mario czy nieskuteczny Dżeko?). Redknapp z uwagi na szpital w drużynie częściej zmienia system gry. 4-4-2 z Lennonem i VdV po bokach(jak z Arsenalem i Blackpool), czy jednak bliżej 4-1-4-1, które Harry zaordynował w spotkaniu z Chelsea? Jesteśmy cholernie blisko wyśnionej przez Szejków Lidze Mistrzów. Dla losów klubu musimy uczynić ten krok, w sobotę czeka nas kolejny. Nie chodzi o zrywanie banerów czy udowadnianie czegokolwiek. Osiągnijmy ten sukces dla siebie, aby tworzyć nową, niezależną historię Manchesteru City. A że możemy to uczynić rewanżując się Tottenhamowi za zeszłoroczne pozbawienie nas marzeń, tym lepiej - albo piłkarze i trener sprostają presji kibiców i wymaganiom właścicieli, albo nie mamy czego w piłkarskiej elicie szukać.
wtorek, 05 kwietnia 2011
Przewrotność faktów i liczb znów dała o sobie znać. Oto dokładnie rok po magicznych i ziejących grozą siedmiu minutach na Turf Moor Manchester City w kluczowym momencie sezonu znów gromi rywala w sposób podobnie perfekcyjny i kompletny. Pamiętne 6:1 z Burnley i późniejsze 5:1 z Birmingham wprawdzie nie zapobiegły późniejszym porażkom z United i Tottenhamem, które odsunęły nas od Ligi Mistrzów, jednak co pogrom, to pogrom. Bardzo mi brakowało takiego spotkania w tej kampanii Premiership - było 4:0 z Aston Villą, było 4:1 z Fulham, ale stricte pogromu do minionej niedzieli nie uświadczyliśmy. Obaw po przerwie na kadry narodowe miałem sporo, entuzjazmu zaś niewiele, ale to co zobaczyłem w powtórce pozwolił mi zregenerować siły przed decydującą fazą sezonu. Nie chodzi tylko o pięć goli, lecz o sposób w jaki wynik został osiągnięty. Dominacja przez pełne 90 minut, praktycznie żadnego zagrożenia ze strony Sunderlandu, interesująca gra w ataku i nawet Mario Balotelli nie zgrzeszył myślą, mową, uczynkiem bądź zaniedbaniem. Carlosowi Tevezowi udało się coś strzelić(oby na przełamanie), Johnson wrócił na boisko w stylu najlepszym z możliwych, a defensywa, z awaryjnym(i świetnym!) Boyatą na prawej stronie, pokazała tak charakterystyczną dla rzemiosła Manciniego klasę. Zachwycam się nie bez powodu - zespół potrzebował tego zwycięstwa jak tlenu. Pewności siebie przed starciami z Liverpoolem czy United nigdy za wiele.
Powiecie, że Sunderland w kiepskiej formie i przegrał po trosze na własne życzenie. Zgodzę się, acz nie bez zastrzeżeń - ileż to razy graliśmy z zespołami słabszymi, zaciekle stawiającymi zasieki i zadowolonymi z remisu bądź skromnego prowadzenia? Lista meczów "dlaczego The Citizens nie będą mistrzami", wspominana przeze mnie wielokrotnie, jest długa i bezwzględna. Nawet osławione odejście od "trójki" defensywnych pomocników(jak wie każdy kto widział choćby kilka meczów City, Mancini nie stosuje 3 DM, gdyż Yaya Toure jest zorientowany ofensywnie) na rzecz czegoś w rodzaju 4-1-3-2(tu wariantów jest przynajmniej kilka) nie dawało oczekiwanych rezultatów. Naturalnie brakuje drugiego(lewego) nominalnego skrzydłowego, by móc przejść w to 4-2-4, które eksplodowało rok temu z Burnley i Birmingham(rekompensata Kolarowem nie jest aż tak skuteczna) i wydaje się, że The Citizens potrzeba czasu i większego zrozumienia na boisku, aby 'ofensywniejszy' wariant mógł być skuteczny. W niedziele wyszło wspaniale, co dobrze rokuje na przyszłe starcia z drużynami niżej notowanymi. Pierwszy krok z ośmiu ku Lidze Mistrzów wykonany. Mając prawie wszystkich zawodników zdrowych i gotowych do gry Mancini ma z czego wybierać. Nadal czekam na faktyczne przebudzenie Teveza, swoje parę groszy powinien dodać Dżeko(najlepsze i tak pokaże w przyszłym sezonie), ale najbardziej liczę na Adama Johnsona. Jego powrót może zaważyć o naszym losie w tym sezonie, zarówno w lidze, jak i Pucharze Anglii. Zobaczcie pierwszy gol z Czarnymi Kotami a zrozumiecie, o co chodzi. Roberto Mancini słusznie prawi, iż Adam jest właściwie jedynym zawodnikiem, który wchodząc z ławki ma umiejętności, aby zmienić oblicze spotkania. I wcale mnie nie zaskoczy Gareth Barry w jego miejsce na poniedziałkową wojnę w Liverpoolu. Co ważne, do Manchesteru wrócił Pablo Zabaleta, miejmy nadzieję, że nie będzie już musiał latać do Argentyny, a powrót jego ojca do zdrowia będzie przebiegać pomyślnie. Richards podobno da radę się wykurować na derby, pożyjemy, zobaczymy, choć nie ukrywam, że to mój faworyt na prawą stronę... i naszego menadżera również. Tak, to może być przełomowy moment sezonu 2010/2011 dla Manchesteru City i Roberto Manciniego, który jest bardzo bliski zapewnienia sobie posady na przyszły rok. Czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami ;-)
poniedziałek, 07 lutego 2011
Na tle kolejki minionej cudów spotkanie The Citizens z West Brom porwało widzów w równym stopniu co niedzielne zmagania Realu Madryt z Sociedatem - zwłaszcza w pierwszej połowie, w których i Królewscy, i City zapewnili sobie trzy punkty. Oczywiście to tylko pozorna zbieżność, gdyż rywalizację w Primera Division i Premier League różni wiele. Nie wyobrażacie sobie chyba, żeby beniaminek z Hiszpanii mógł w jakikolwiek sposób - nawet z pomocą sędziego jak to miało miejsce na St. James Park - odrobić czterobramkową stratę w meczu z potentatem ligi? A co powiecie na zwycięstwo czerwonej latarni EPL z niepokonanym dotąd liderem? Mało? A 43 gole w dziesięciu meczach? Liga angielska jak nigdy dotąd udowodniła swoją supremację w Europie. A Primera Division, choć z kosmiczną Barcą i Realem Mourinho, idzie w kierunku szkockim, gdzie dwa pierwsze miejsca w tabeli są już zarezerwowane. Co gorsza obecnie zdaje się, że i duopol powoli przeradza się w totalną dominację Barcelony i zawsze drugich Królewskich. No cóż, to nie mój problem, ale Hiszpanie będą na tym tracili przez najbliższe lata - kwestią nie "czy?", ale "kiedy?" atrakcyjniejsza Bundesliga łyknie w rankingu UEFA parodię rywalizacji na Półwyspie Iberyjskim.
Wracając na angielskie boiska kilka słów o sobotnim zwycięstwie Manchesteru City. W kilku miejscach prosiłem Teveza o hat-tricka z okazji jego 27. urodzin, które przypadły właśnie 5 lutego, no i jak nigdy, prośba została spełniona bezzwłocznie. Argentyńczyk ustrzelił h-t po raz trzeci w swojej karierze w City, ale ten ostatni nie jest najlepszym dowodem na uzależnienie City od Carlito. Karne jak karne, Tevez z ich dyktowanie nie miał nic wspólnego(dobrze jednak, że przełamał tę passę dwóch nietrafionych z rzędu), dopiero gol nr 2 pokazał ile Carlito potrafi, choć sytuację(nareszcie!) wypracował świetnym wejściem z głębi pola Kompany. I po 45 minutach mecz się skończył. W pierwszej połowie Mancini przetestował Kolarowa na lewej 'pomocy', czym mocno zaskoczył kibiców i dziennikarzy. W poprzednim wpisie chwaliłem Aleksandara za ciąg na bramkę, dodając do tego słabszą skuteczność Serba w defensywie(szybki rzut okiem na guardianowskie chalkboards tylko to potwierdza) decyzja Roberto nie jest już tak całkowicie bezzasadna. I przez trzy kwadranse Kola zdążył narobić całkiem sporo pozytywnego zamieszania - świetne podanie do Teveza, po którym Carlos trafił w słupek, ponadto wywalczył pierwszą jedenastkę i nieomal roztrzaskał atomowym strzałem poprzeczkę bramki Myhilla. Ale po zmianie stron ruch w ofensywie City ustał, całkowicie oddaliśmy inicjatywę drużynie West Bromwich, która mimo kilku niezłych akcji nie była w stanie zdobyć choćby honorowego trafienia. Publika na CoMS poszła się zdrzemnąć, aż do pierwszych zmian Roberto Mancinego.
Włoski menadżer dał także kilka minut Abdulowi Razakowi, młodemu piłkarzowi rodem z Wybrzeża Kości Słoniowej. W City przebywa od lipca zeszłego roku, wcześniej miał mały romans z Crystal Palace. Jakoś umknął mi w meczach rezerw czy Akademii i faktycznie nie zauważyłem jego nazwiska w składach tych drużyn. Nie jest to jednak istotne - to trenerzy decydują, czy dany zawodnik powinien zagrać, czy nie. Jednak w wypadkach SWP i Razaka można było się pokusić o zmiany jakieś 10 minut wcześniej, widowisko tylko by na tym zyskało. Wczoraj władze WBA zupełnie zaskoczyły i Di Matteo po serii kiepskich wyników wyleciał z The Hawthorns. Nie jestem na tyle kompetentny, aby się wypowiadać na ten temat, ale coś mi mówi, że tutaj lepsze może być wrogiem dobrego. Do tej pory Włoch wykonywał niezłą robotę i decyzja o jego zwolneniu wydaje mi się przedwczesna. Czy miałęm rację - czas pokaże. Tydzień wytchnienia i nerwowego oczekiwania na wieści ze spotkań międzynarodowych. Nie zeby obchodziły mnie wyniki bezsensownych meczów towarzyskich - najważniejsze, aby wszyscy zawodnicy City wrócili do Manchesteru zdrowi i gotowi na derby. Niedziela już niedługo...
piątek, 07 stycznia 2011
Wiadomość to świeża i bardzo zaskakująca, bo jakoś nigdy nie myślałem o Manchesterze City jako o klubie pretendującym do wyróżnień - niemniej włoski szkoleniowiec The Citizens został wybrany najlepszym menadżerem ligi za miesiąc grudzień! Naturalnie nagroda nie obejmuje spotkań styczniowych, a więc tych słabszych w wykonaniu The Citizens, tj. z Blackpool i Arsenalem, choć jak na gorsze dni zwycięstwo z rewelacją ligi i remis na bardzo trudnym wyjeździe brzmią co najmniej zadowalająco.
Patrząc jednak na sytuację trzeźwym okiem, grudzień istotnie był dla Manciniego i klubu okresem sukcesów, nie tylko czysto sportowych - wszak udało się odwieść(na razie abstrahując od tego, na jak długo) Carlosa Teveza od szalonej próby odejścia z Eastlands, ponadto pod koniec grudnia doszło do najważniejszych rozmów w sprawie przejścia Edina Dżeko(wróble ćwierkają, że Bośniak już przeszedł testy medyczne i za chwilę zamelduje się u nas z numerem 10 na plecach). Zaś na boiskach rezultaty, których nikt by się chyba nie powstydził – począwszy miesiąc od przypieczętowania awansu do dalszej fazy Ligi Europy(3:0 z Salzburgiem), a skończywszy go na komfortowym odprawieniu Aston Villi(4:0). Ogółem w lidze cztery zwycięstwa na pięć spotkań, plus remis i zwycięstwo w LE. Krótkie uzasadnienie wyboru Manciniego brzmi następująco(i bardzo sensownie), aczkolwiek nie zapominam, iż nie wszystkie ekipy miały okazję powalczyć o nagrodę dla swoich szkoleniowców(tacy United na przykład zagrali o dwa mecze mniej z powodu zimy):
Nieprzypadkowa jest zależność owej nagrody od terminarza, jaki mieli do rozegrania The Citizens. Wystarczyłoby, aby wszechmocny komputer wylosował nam na grudzień powiedzmy dwie ekipy z najwyższej półki – niech będą United i Tottenham – i tytuł Manager of The month przypadły komu innemu. Nie jest żadną tajemnicą, iż Roberto ma problemy ze ogrywaniem najlepszych zespołów angielskich. W tym sezonie Manchester City strzelił rywalom do tytuły zaledwie jednego gola(Tevez z Chelsea), który i tak stanowi wysoki procent wykorzystanych sytuacji, jakie udało się piłkarzom City w tych spotkaniach wykreować. Analizując cały okres rządów Manciniego, można się mocno zdziwić – Włoch poza rozbiciem Chelsea 4:2 na Stamford rok temu nie wygrał żadnego spotkania z United (0:1, 0:0), Arsenalem(0:0, 0:3, 0:0) i Tottenhamem(0:1, 0:0), co jeszcze gorsze – nie zdobył przeciwko nim choćby jednej małej bramki(mówimy oczywiście o lidze)! A szans – jak już wspomniałem – Manchester City stwarzał sobie zatrważająco niewiele.
Przedwczorajsze starcie z Arsenalem to właśnie jedno z takich spotkań, a właściwie, jedno z dwóch typów, jakie Manchester City gra pod batutą Manciniego. Jeden ze stylów - defensywnie skuteczny, gwarantujący bezpieczeństwo na tyłach widzieliśmy z Chelsea i United, za to ten drugi właśnie w środę oraz na WHL podczas inauguracji sezonu. Co charakteryzuje to podejście? Ano bardzo niepewną obrona, co widać na poniższych obrazkach, pierwsza akcja meczu na Emirates(klik aby powiększyć):
Szczególnie szokująca jest druga faza - pięciu(!) Kanonierów i zaledwie dwóch graczy City. A mimo to, dzięki największej bolączce Arsenalu, tj. skuteczności, gol nie pada. Ale dominacja gospodarzy nie podlegała większej dyskusji, gdyż angażowali znacznie więcej zawodników w ataki i byli tym względem elastyczniejsi, dzięki czemu łatwiej prowadzili spotkanie na połowie City. To samo widać było na Whtie Hart Lane(różnica polega na tym, że Koguty więcej grały, jakkolwiek to brzmi, skrzydłami;-)), gdzie przeciwnik także ułożył sobie Błękitnych pod własny plan, choć zapomniał o tym, że jednak wypadałoby do bramki Harta trafić. Inaczej mówiąc – jeśli Manchesterowi City przyjdzie się bronić przed atakami zespołu w formie(bądź z indywidualnościami takimi jak Bale), to po pierwsze, limit szczęścia niezrozumiale wzrasta, po drugie, niezła defensywa(wciąż najlepsza w lidze!) zaczyna tracić głowę(sytuacja Van Perskiego kiedy trafił w słupek) i tym bardziej nie ma mowy o zmasowanej ofensywie(rośnie liczba niewymuszonych błędów), a na samym Tevezie trudno polegać non stop. Kiedy jednak rywal nie kwapi się aż tak bardzo do natarcia, jak United czy Chelsea(bądź brak im konkretnych rozwiązań), to zwarty, nie do sforsowania mur obronny tylko podkreśla, jak dobrze Mancini wpoił podopiecznym arkana zasady „first not to loose”. Jakie będą rezultaty, kiedy słupki i Joe Hart przestaną sprzyjać? Obyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonywać. W każdym razie, remisy nie są aż tak tragicznym rozwiązaniem, jeśli myślimy o miejscach 2.-4. Mistrzostwo wymaga jednak czegoś więcej – zeszłosezonowy fatalny bilans Arsenalu z czołówką to negatywny przykład doskonały – nieludzkich wyników bez względu na okoliczności. Następnym trudnym rywalem Manciniego będzie Alex Ferguson, 12 lutego. Do tego dnia Roberto musi uczynić swoją całkiem niezłą strategię gotową na wielkich przeciwników, bo z walki o mistrza mogą pozostać strzępy marzeń.
środa, 05 stycznia 2011
Starcie dwóch biegunowo odmiennych filozofii budowania klubu piłkarskiego - maniakalny wręcz szlifierz młodych diamentów kontra sięgający po błyskotki niczym dziecko po łakocie. Jeszcze do wczoraj najlepszy atak ligi przeciwko najlepszej defensywie EPL. Starcie tytanów, test gotowości do walki o mistrzostwo, sprawdzian drużynowej dojrzałości. Raz już przez The Citizens oblany…
Jednak bezdyskusyjna porażka na City of Manchester Stadium - żeby użyć zwrotu Mourinho po Gran Derbi - nie bolała długo ani zbyt mocno; łatwo przeszedłem po niej do porządku dziennego. Czerwona kartka dla Boyaty zasłużona(choć młodemu Belgowi zamknęła ona drogą do składu na ważne spotkania), próby przełamania wyniku heroiczne, ale siłą rzeczy, poprzez rozciągnięcie formacji i mnóstwa wolnej przestrzeni dla lubujących się w krótkich podaniach Kanonierów(wtedy celnych wymienili ponad 600!), doprowadziły do straty aż trzech goli. Wypadało po ostatnim gwizdku z nutką uznania uścisnąć dłoń rywala i zapowiedzieć srogi rewanż. Dziś. Nie powiem jednak, abym był w wybitnie bojowych nastroju(na pewno nie mam w sobie nic z pewności przed listopadowym starciem). Nie przeraża mnie wprawdzie fakt, że z Arsenalem na jego stadionie nie wygraliśmy od 35 lat – to nie to. Martwi mnie – Roberto Manciniego zapewne również – przede wszystkim brak Davida Silvy, który w ostatnich spotkaniach wyrósł na głównodowodzącego atakami The Citizens. Hiszpan może nie strzela tylu goli co np. Nasri czy van der Vaart, ale jeśli dać mu odrobinę miejsca, aby wypracował sobie nieco przestrzeni między formacjami, to będzie rozdzielał naprawdę genialne i dokładne podania, zwłaszcza iż co raz lepiej rozumie się z Yayą czy Tevezem. Chyba nikt nie wyobraża sobie, aby godnie mógł go zastąpić np. James Milner(z całym szacunkiem), typowany przeze mnie na zmiennika Mistrza Świata, stąd zdecydowanie więcej będzie zależało od Yayi Toure, Teveza i Johnsona, którzy będą musieli wznieść się na wyżyny swych umiejętności. No i wykorzystać jedną, może dwie sytuacje, które się pojawią. Na więcej – w wypadku meczu bez niespodzianek typu czerwone kartki – nie liczę. Mniejszym, lecz wciąż znaczącym kłopotem włoskiego menadżera będzie obstawienie boków obrony. Kolarow i Boateng na tę chwilę nie prezentują poziomu uprawniającego ich do miana udanych transferów. Z drugiej strony Zabaleta i Richards najwybitniejszymi specjalistami nie są, mimo tego postawiłbym na starych wyjadaczy, lepiej poruszających się po boisku niż wspomniani Niemiec i Serb. A potrzeba nam sprawnych bocznych defensorów, którzy wesprą starania ofensywne zespołu, gdyż ewentualne zaniechania w tym elemencie pozbawią nas szans na wykreowanie większej ilości sytuacji podbramkowych. Na koniec problemów: Manchester City Fighting Club. Byli zawodnicy Arsenalu(cóż za ironia losu) skaczą sobie do gardeł, kiedy Kolo mówi do Manu, iż lepiej dla tego drugiego będzie odejść z Eastlands jak najszybciej. Krótka wymiana uprzejmości kończy się zwarciem, które obficie obfotografowanie wręcz natychmiast trafia na łamy internetowych dzienników. Chyba czas ogrodzić Carrington i wyprosić poszukiwaczy sensacji, bo teraz każde spięcie znajdzie swoje odzwierciedlenie w mediach. Nie chce mi się wierzyć, iż tylko u nas są takie zajścia.
wtorek, 28 grudnia 2010
Ledwie człowiek ucieknie od stołu przerażony obżarstwem i galopującą wagą niczym u polskich piłkarzy, a tu z jednych świąt wpada w drugie, w pewnym sensie równie leniwe. To w końcu chodzi o najlepszą ligę na świecie i bodaj najciekawszy moment w rozgrywkach – bożonarodzeniowo-noworoczne szaleństwo połączone z trzecią rundą Pucharu Anglii. Yummy! Dla Manchesteru City najbliższe dwie kolejki to ważne preludium przed wyjazdem na Emirates stadium, a także okazja do poprawienia mizernego bilansu na własnym stadionie. Bo forma wyjazdowa The Citizens jest – tabela nie kłamie, 20 punktów w dziesięciu spotkaniach – najlepsza w Premirship, co potwierdziło wczorajsze zwycięstwo nad Newcastle United. Wcześniej jednak przyszło przełknąć drużynie Manciniego tę samą gorzką porażkę, której doznały w niedzielę Sroki. Ale po kolei, pewnie zaległości muszę zostać nadrobione.
Co w sobie ma Everton, że nawet będąc w beznadziejnej formie i bez zwycięstwa od siedmiu spotkań potrafi wznieść się na wyżyny możliwości i znów wygrać na swoim ulubionym(poza Goodison Park oczywiście) stadionie? Jakaś okolicznościowa(i chwilowa) krucjata w stylu ‘biedny bije bogatego’? Nie wierzę, iż nagle zespół Moyesa rozpocznie triumfalny marsz w górę tabeli po atak na Ligę Mistrzów włącznie, mimo iż jego zeszłotygodniowa postawa sugeruje nie na żarty istnienie wielkiego potencjału w niebieskim Merseyside. Jedno wiem na pewno - talent do psucia humoru innym mają już świetnie wykształcony. Wystarczy wspomnieć, że Everton jako pierwszy zadał Manciniemu porażkę na angielskich boiskach, a do tego – 19 grudnia Włoch świętował swój roczek na Eastlands i miał okazję sprawić sobie i kibicom świetny prezent: fotel lidera przynajmniej do Boxing Day. Co się jednak wydarzyło dwa dni później na CoMS, widzieliśmy. Mimo przygniatającej przewagi i miliarda strzałów na bramkę Howarda Everton znów wyjechał z Manchesteru z pełną pulą. Punktów naturalnie szkoda, pierwszego miejsca w tabeli również, ale… widowisko było przednie. Czasami wolę przegrać mecz po naprawdę genialnej i emocjonującej rozgrywce, niż wygrywać wszystko po 5:0 z 70% posiadania piłki, a piłkarze Moyesa dzięki bohaterskiej postawie w ‘10’ i zabójczej skuteczności sprowadzili porażkę The Citizens do miana chwalebnej. Brzmi to dość romantycznie, ale jakże pasuje do Błękitnych – rok Manciniego na Eastlands, porażka, jego 48. urodziny – stracone 3 punkty w ostatniej minucie spotkania ze Stoke. Wszystkiego, khem, najlepszego.
Z drugiej strony - życzenia to nie tak znów ironicznie, gdyż Boxing Day, 365 dni temu zwycięski debiut Roberto na ławce City ze... Stoke, kolejny raz padło łupem Manciniego. Pierwsze pięć minut na St. Jamek Park jak żywo przypominało pogrom Burlney z zeszłego sezonu, ale na to chyba nikt nie liczył – mimo dwóch ekspresowych goli to gospodarze dominowali w posiadaniu piłki i prowadzeniu gry przez resztę spotkania. Zaledwie jedna bramka stracona mimo będącego nie do zatrzymania Carrolla to wynik nad wyraz imponujący. Właśnie takimi rezultatami Mancini pokazuje swoją wyższość nad swoim poprzednikiem. Ale Hughes pod koniec swoich rządów nie miał do dyspozycji fenomenalnego Teveza(w grudniu 2009 Carlito dopiero łapał wiatru w żagle). Kluczowe tym razem okazały się trzy podania – do Barry’ego po błędzie Krula, do Milnera, który potem idealnie obsłużył Teveza, no i to krótkie zagranie do Johnsona, pozwalające wymanewrować obronę Srok. Właściwie powinienem napisać, że o niedawnych zawirowaniach z odejściem Carlito możemy zapomnieć, ale… poczekajmy do lata. Tak szybki rozwój wydarzeń sugeruje, że Tevez albo nie przemyślał(mimo tego, co sam twierdzi) kompletnie swojej decyzji, albo otrzymał jakieś zapewnienia – może pozwolenie na transfer po sezonie(zwłaszcza jeśli nie uda się nam dostać do Champions League), bądź też obietnicę zmian w pionie zarządzającym(najmniej prawdopodobne, nie ma piłkarza, który mógłby zwalniać innych pracowników), lub zwyczajnie po ludzku – przemówiła jakaś astronomiczne kwota, choć klub i piłkarz wprost tego nigdy nie przyznają. W każdym razie, cała drużyna zasłużyła na pochwały za to kolektywne osiągnięcie na St. Jamek Park. Nieco słabiej zagrali boczni obrońcy i zgodnie z przewidywaniami, obaj zasiądą na ławce w meczu z Villą(moja zapowiedzieć na mcfc.pl tutaj). Ano właśnie, starcie z Aston Villą już za kilkadziesiąt minut, ale nie czuję tego napięcia, co dwa dni temu. Zwłaszcza, że nie zagrają ani Ireland, ani Dunne, sporo smaczków uciekło i będziemy światkami zwykłego ligowego spotkania, które z tak mizernymi gośćmi po prostu trzeba wygrać. Więc na ten temat – po ostatnim gwizdku.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Sobotni wieczór, spokojnie i z satysfakcją popijam piwko po zwycięstwie nad West Hamem. Nie tak znów bezproblemowym jakby wskazywał wynik. Zespół ogrywa czerwoną latarnię ligi mimo braku Teveza w składzie, co ma miejsce dopiero drugi raz w względnie krótkiej karierze Argentyńczyka na City of Manchestrer Stadium. Poza tym - pełna pula zgarnięta po raz drugi z rzędu, piąty raz na wyjeździe w tym sezonie. Jest dobrze. The Citizens zajmują ex aequo z Arsenalem pierwszą lokatę w Premiership. Crisis eh? Nagle Twitter oznajmia głosem wielu - Tevez chce odejść z Man City, złożył w tej sprawie pisemną prośbę. Niczym kapitan Stopczyk ze spokojem mówię sobie nie wierzę, dopijam piwo i idę spać. Twitter w ostatnim czasie zwolnił Ancellotiego, Manciniego, a Rooneya sprzedał z United do błękitnego rywala zza miedzy. Jakoś nie mam ochoty chociaż spróbować się przekonać, czy to prawda, wszak pierwszy z niusem wyskoczył ponoć News of the World. Dobranoc. Następne 24 godziny nie przynoszą ulgi(to nie tylko kac) - jest jeszcze gorzej. Klub nie tylko potwierdza, że Tevez w istocie chce odejść - sam piłkarz pod wieczór zabiera głos, kontrując jednocześnie oświadczenie Manchesteru City, które sugeruje, jakoby piłkarz nie podejmował decyzji samodzielnie. Wgryzając się w oba teksty pierwszy wniosek jaki ostrożnie wysuwam brzmi następująco - jednak nie chodzi o pieniądze. Skoro piłkarz odrzucił sporą gratyfikację, to przynajmniej w tym stopniu chciał być lojalny i jego słowa o transferze z City jeszcze w lecie są prawdziwe. Choć z drugiej strony, pada gdzieś kwota 300 tysięcy tygodniowo, by piłkarza zatrzymać... Nie. Choć przekroczyliśmy w tym sezonie wiele granic, tą jednak pozostawiłbym nietkniętą, nawet dla jednego z najlepszych napastników na świecie. Co dalej? O kogo może chodzić - jeśli faktycznie to jest ten główny powód chęci odejścia z Eastlands - z pionu zarządzającego? Przecież Tevez wszystkie komunikaty ze strony klubu najpewniej odbiera za pośrednictwem agenta, tego ukochanego Kia Joorabchiana. O jego roli w tej akcji wiemy najmniej, ale - znów ostrożnie - nie można jej całkowicie wykluczyć. Przyznam jednak, że z trudem wyobrażam sobie takie działania dyrektorów wykonawczych, które mogłyby tak poważnie uprzykrzyć życie piłkarzowi(macie jakieś sugestie? Nie krępujcie się, piszcie;-)), że ten nie chce już u nas grać. Stąd drogą eliminacji pozostaje motyw ukryty - konflikt z menadżerem. Carlos Tevez dwukrotnie w ostatnim tygodniu podkreślił swoje dobre stosunki z Roberto Mancinim, a mimo to nie widzi siebie dalej występującego w błękitnej koszulce pod dyktandem Włocha. Kłótnia w przerwie z Newcastle, sprzeczka podczas zmiany w meczu z Boltonem, krytyka reżimu treningowego... nazbierało się tego. Czy jednak jest to powód, aby uciekać z Eastlands już w styczniu? No i dokąd chce odejść? W Anglii jest tylko jeden klub, który mógłby sobie pozwolić na wyłożenie konkretnej sumy na stół(Carlito ma kontrakt ważny jeszcze prze 3,5 roku!), poza tym, jeśli ma zamiar grać w Europie, to najrozsądniejszy wydaje się kierunek hiszpański(wygodniejszy także dla jego rodziny, choć ten wątek pomijam), czyli Real albo Barcelona(podobno Messi na MŚ ukradł Tevezowi kilka włosów do badań DNA...). No przecież nawet wszystkie kluby w Argentynie razem wzięta nie mogłyby pozwolić sobie na sprowadzenie do siebie piłkarza z taką gażą. A wypożyczenie nie wchodzi w grę. Pofantazjujmy. Tevez odchodzi, powiedzmy do Realu Madryt. Kogo The Citizens sprowadzą na jego miejsce? Musi to być piłkarz kompletny, najlepiej ograny już w Premier League i o podobnej charakterystyce. Z najwyższej półki. Mi do głowy przychodzi Fernando Torres(aczkolwiek bardzo niechętnie widziałbym go na CoMS), spoza Wysp - Aguero, Dżeko(tu mam wątpliwości), Suarez(boziu broń!)... a może odrestaurować Adebayora i dać mu wielką półroczną szansę? W każdym razie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że decyzja co dalej z obsadą ewentualnego wakatu po Apaczu już została(bądź zostanie na dniach) podjęta. W każdym razie mam nadzieję, że choć mimo fatalnego timingu Tevez do stycznia zachowa się choć w minimalnym stopniu jak profesjonalista i da z siebie na boisku wszystko, tak jak zawsze to czynił. Nie znam wszystkich faktów i nie chcę z łatwością potępiać piłkarza, który nastrzelał nam tyle ważnych i pięknych goli. Ale jego reputacja w Manchesterze zdaje się lecieć na łeb na szyję. Jeśli to wszystko skończy się jak z Rooney'em, niesmak pozostanie, a Tevez będzie musiał chyba dorobić sobie turbodoładowanie, żeby znów przekonać do siebie fanów, których swoim wystąpieniem po prostu zranił. Poniedziałek. Za dwie godziny wyjeżdżam w zachodnio-pomorskie i będę odcięty od Internetu. Nie zobaczę też meczu Juventus - City i nie dowiem się, co Roberto Mancini sądzi na temat ostatniego wyskoku Teveza, nie będę też świadkiem ogólnego chaosu medialnego w związku z tym. Do zobaczenia w piątek ;-)
sobota, 25 września 2010
Pojedynek Chelsea z Manchesterem City określa się od dłuższego czasu mianem pierwszego poważnego testu ekipy ze Stamford Bridge, trochę lekceważąc fakt, iż dla The Citizens jest to równie kluczowe spotkanie. Dzisiejszy wynik może lepiej określić nasze ambicje na ten sezon, może nawet zaważyć na posadzie Manciniego(przynajmniej w prasie) i przyszłości całej kampanii. Na obecną formę The Blues patrzymy z zazdrością, ale bez wielkiej obawy - każda seria kiedyś się kończy i dziś trzeba zrobić wszystko, aby Chelsea zatrzymać na City of Manchester Stadium. Chelsea, od siedmiu lat czerpiąca garściami z portfela rosyjskiego oligarchy, to zespół kompletny i zbliżający się do nudnej(aż niektórzy pytają, kiedy sezon się w końcu zacznie) doskonałości, aplikujący gole rywalom w stylu i ilościach znanych z Katalonii. Aktualny mistrz nawet jak przegrywa w tym sezonie, to tylko w okolicznościach pięknych i mogących posłużyć za odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kochamy futbol. Rezerwowy w większości skład wystawiony na Carling Cup, mimo iż grał od pewnego momentu w „10”, był w stanie z niekorzystnego 1:3 doprowadzić do remisu. A mimo porażki 3:4, kibicie nie mają wątpliwości, że na Stamford Bridge jest ekipa zdolna osiągnąć jeszcze więcej niż przed rokiem. Robi się niedobrze od tego, czyż nie?;-)
Manchester City przy Chelsea wygląda jak młodszy brat. Wzorujemy się na starszym, chcemy mieć to samo i kopiujemy sposób na triumf, choć wyników – po dwóch latach – tak wyraźnych nie ma. Może to kwestia poziomu, z którego startowaliśmy – The Blues przed Abramowiczem liczyli się w czołówce, natomiast The Citizens przed wpłynięciem arabskich właścicieli byli zespołem środka tabeli, wciąż pamiętającym boje w League 2 pod koniec wieku, z nieźle prosperującą akademią. W zeszłej kampanii różnice zniwelowało boisko – najpierw pod wodzą Hughesa Adebayor do spółki z Tevezem i Givenem, który obronił rzut karny, odprawili drużynę Ancelottiego wygrywając 2:1, kończąc jednocześnie fatalną serię remisów w lidze. W marcu zaś, kiedy doszło na Stamford Bridge do pojedynku dwóch włoskich szkoleniowców, to Chelsea przegrała 2:4. Dwa gole Bellamy’ego i Teveza wobec dwóch czerwonych kartek, w ten sposób Manchester City został jedynym klubem, któremu późniejszy Mistrz nie odebrał ani punktu. Z obu zeszłosezonowych starć płyną dwa wnioski. Pierwszy: nadchodzące spotkanie będzie absolutnie topowe. Drugi: The Citizens mogą notować przeciętne wyniki i nie imponować formą, ale na Chelsea(czy każdy mocny klub) mobilizacja jest ogromna(to ta dobra strona typical City). Jestem przekonany, że stać nas, aby zaprezentować się dziś wybitne. Pytanie, czy to wystarczy, aby ograć świetnie dysponowanego obrońcę tytułu?
Największym problemem Manciniego przed sobotą są kontuzje w defensywie(chwilowo odpuszczę sobie komentarz do ćwierknięć niejakiego Raymonda Verheijnena). Mówiąc ściślej: nie mamy lewego obrońcy. Zdolni na niej grać – Lescott, Boateng, Kolarow i Bridge – są poza kadrą z powodu urazów. Z wypowiedzi na przedmeczowej konferencji wynika, że Richards także nie jest sprawny i jego miejsce na prawej stronie musi zająć Pablo Zabaleta, co i tak zonacza, że boki oborny nie będą dziś naszym atutem. Poza nim mamy jeszcze Boyatę, Kolo Toure i Kompanego. Kogo Roberto wystawi na lewej stronie, pozostanie tajemnicą do ogłoszenia składów. Moim zdaniem wybierać będzie z trójki Cunningham, Barry i najmniej prawdopodobny de Jong. Przywiązanie do trójki w środku pola, tj. Anglika, Holendra i Yayi Toure, może nas skazywać na młodego Irlandczyka, który niedawno zaliczył debiut w swojej reprezentacji, często(również z uwagi na Mundial) grywał w okresie przygotowawczym. Trudno jednak wierzyć, aby był gotowy na starcia z Maloudą, Drogbą czy Anelką, ale to samo kiedyś powiedziałbym o Boyacie, który jednak z United względnie sobie poradził. Tak czy siak, za desygnowanego lewego obrońcę, ktokolwiek by nim nie był, będę mocno ściskał kciuki. Przyda się. Co do reszty formacji, wątpliwości niewiele – w bramce na pewno zobaczymy Joe Harta, w ofensywie zaś – Teveza, Milnera i najpewniej Johnsona(mimo iż grał w Carling Cup), ewentualnie Silvę bądź SWP. Mimo atutu własnego boiska Mancini nastawi się na opanowanie środka boiska, choć to zadanie będzie znacznie trudniejsze, niż to miało miejsce np. z Liverpoolem. Nawet jeśli w składzie The Blues zabraknie Lamparda, Kalou(to chyba nie osłabienie) i Benayouna, to i tak pomoc Chelsea z Essienem, Mikelem i Ramiresem(skład gości znamy już od wczoraj) będzie godnym rywalem. Wynik może być jednak tylko jeden. Lidera EPL da się dziś zatrzymać, pod warunkiem, iż piłkarze podejmą do meczu tak, jak chciałby tego Roberto Mancini. Swą dewizę - słowo mentlaność, tak bardzo lubiane przez Włocha nie pada co ciekawe - ujął w piątkowym wywiadzie dla Daily Mail:
Moja wiara w Roberto, mimo porażki w Carling Cup i średniego startu w lidze, nie słabnie. Gdybym był na trybunach CoMS, wykrzyczałbym moje poparcie dla Włocha bez wahania. Czas pokazać Chelsea, że jeszcze tytułu nie wygrała - choć sam Mancini już im go wręczył - a nawet jeśli mają go zdobyć, to bez ograbiania z punktów Manchesteru City. C'MON CITY!
czwartek, 15 lipca 2010
Ochłonęliśmy po Mundialu, zaczynamy tęsknić co raz mocniej za starciami klubowymi, a ja jeszcze chciałem podsumować występ zawodników City na boiskach RPA. I tych starych, i tych nowych, nawet o wypożyczonych nie zapomniałem. Tekst długi, ale dacie radę. A jak w waszych drużynach oceniacie wyczyny reprezentantów? Bo Błękitni nie mają się czego specjalnie wstydzić. Zresztą sami spójrzcie, kogo w kadrze będziemy mieli w nadchodzącym sezonie. Na początek… MistrzUdział Davida Silvy w mundialowym sukcesie La Roja’y(jakiś pomysł, jak to odmienić sensownie?) jest marginalny, choć sam fakt, iż Manchester City będzie miał w swoim składzie świeżo upieczonego Mistrza Świata jest wydarzeniem bez precedensu. Przed Davidem, moim imiennikiem nota bene, wielka przygoda w Manchesterze. Wraz z jego przyjściem powstało wiele ciekawych taktycznych kwestii do rozwiązania. Czy Mancini zmieni system gry tak, aby Silvie umożliwić grę w środku? Czy raczej myśli o wstawianiu go na lewą stronę? W tej chwili rzucam te pytania, ot tak, bo Silva przez najbliższe dnie z pewnością będzie myślami z reprezentacją i jej niesamowitym wynikiem. Poświętuje, a potem wróci do klubu i rozpocznie nowy sezon, którego już nie możemy się doczekać. Wicemistrz i ćwierćfinalista
De Jonga pozwoliłem sobie wytypować na cichego bohatera ćwierćfinału z Canarinhos i oprócz oczywistego Man of The Match, czyli Sneijdera, Nigel znów pokazał, że jest jednym z najlepszych defensywnych pomocników w Europie. Prawie nigdy nie wyściubia nosa za swoją połowę, w ciągu pięciu meczów na bramkę uderzał aż(!!) raz(w finale też bodaj raz mu się to zdarzyło). Wespół z van Bommelem solidne skopali uniemożliwili skuteczną grę Brazylijczykom, choć dalej nie wiem, gdzie obracali flaszkę, kiedy Melo pięknym podaniem przez dwie formacje wypuszczał Robinho. No i – wracając do de Jonga - się wykartkował dzięki faulowi na koledze z zespołu na półfinał, co zawsze jest lepszą opcją, niż absencja w finale. O meczu na Soccer City rozprawiać będziemy pewnie jeszcze długo, więc teraz w skrócie – rysą na poprawnym występie de Jonga okazało się fatalne wejście w Xabiego Alonso, które mogło skończyć się wykluczeniem. Nie mam zamiaru wyciąg jakiś szczególnych wniosków, ot, Nigel wpisał się w sposób gry swojej drużyny. Na miejscu Manciniego od Holendra zaczynałbym desygnowanie wyjściowej jedenastki. Brązowy medalistaPonieważ nie śledzę wyczynów co raz mocniejszej Bundesligi, to o Jerome’ie Boatengu miałem bardzo nikłe pojęcie. Na szczęście na mistrzostwach rozegrał pięć spotkań, z czego jedno – to decydujące o brązie – na prawej obronie, resztę zaś na lewej stronie. Cóż można o nim powiedzieć? Silny, szybki, waleczny, nieźle podaje(jedna asysta) i osobiście liczę, że bliżej mu będzie do wygryzienia Bridge’a ze składu, niż na przykład do wymuszenia odejścia Onuochy czy Richardsa. Cokolwiek się stanie, zakupiliśmy solidnego defensora gotowego grać na całej szerokości formacji(alternatywa dla Zabalety?) i będzie z niego pożytek, szkoda, że na pewno czyimś kosztem. Znów ćwierćfinaliściCarlos Tevez, jak cała reprezentacja Argentyny, w moim odczuciu padł ofiara nieudolności trenerskiej Diego Maradony. Do spotkania z Niemcami jeszcze wierzyłem, że świetną atmosferą w drużynie można przeskoczyć taktyczną abnegację, ale na nieszczęście dla Albicelestes, rzeczywistość okazała się bardzo brutalna. I nie wiem już, czy Tevez zawiódł, czy wręcz przeciwnie. Drugi gol przeciw Meksykowi na pewno w top10 mundialowych goli, ale tak samo bramka na 1:0 przejdzie do niechlubnej historii piłki nożnej. Z drugiej strony, może owa sytuacja w połączeniu z nieuznanym trafieniem Anglików coś w fifowskim betonie zmieni. Carlito zaś ma czas na odbudowę i przygotowanie się do nowego, pełnego wyzwań, sezonu. Wszyscy na niego liczymy! Na drugim biegunie napastników The Citizens „leży” – tj. nikt specjalnie jego występem w RPA się nie przejął - Roque Santa Cruz.. 314 minut na przestrzeni pięciu meczów, zaledwie siedem strzałów i zero goli. Nigdy Paragwajczykowi nie oszczędzałem złośliwości, jednak z uwagi na Mundial sobie odpuszczę i po prostu będę wyczekiwał wieści o jego sprzedaży. 1/8Kto czytał moje wpisy w różnych miejscach ten wiedział, iż obok Francji, to Anglikom na afrykańskich boiskach życzyłem najgorzej. Ani przez moment nie wierzyłem, iż pozbierani z klubów EPL zawodnicy są w stanie stworzyć prawdziwego zespołu i nie pomyliłem się. Niestety spory w tym udział miał Gareth Barry. Gdyby tak występ na mistrzostwach miałby decydować o przyszłości w klubie, to pomocnik City musiałby się sporo namęczyć, aby swoją pozycję pewniaka w talii Roberto zatrzymać. Owszem, kontuzja nie pomogła, grać w kiepskiej drużynie żaden powód do chwały, lecz dwa gole strzelone przez Niemców obciążają konto Barry’ego i to mocno. Nie było w pobliżu de Jonga, który by asekurował… Żal Joe Harta, na którego selekcjoner Synów Albionu, czego tragiczny w skutkach efekt widzieliśmy w spotkaniu z pochłaniaczami hamburgerów. Szczęścia w inauguracji Mundialu nie miał też Shaun Wright-Phillips. Prawoskrzydłowy grał na lewej(?!) stronie, a w całym turnieju zabrakło mu minuty, aby zaliczyć pełne 90(trzy występy w sumie). Skoro SWP i tak miał być rezerwowym, nie wiem więc, dlaczego nie pojechał Adam Johnson, który mógłby kadrze dać więcej, niż rozczarowany sezonem Shaun. A Capello na stołku i tak pozostał… Wyjątkową niespodziankę sprawiła Słowacja. Wyjście z niełatwej grupy i walka do końca z późniejszymi wicemistrzami na trwałe zapisze się w historii futbolu naszych południowych sąsiadów, w czym swój udział miał Vlad Weiss junior. Trzy spotkania, każde na innej pozycji(zwiedził całą szerokość środkowej formacji) i sporo zamieszania w polach karnych rywali, mimo iż słowacki ofensywny pomocnik strzelał na bramkę tylko raz(mniej niż de Jong!), skuteczność podań też bez rewelacji(56%). Przypomnę jednak, że mówimy o 21-letnim zawodniku, debiutującym w kadrze przed niespełna rokiem. Vlad ma przed sobą przyszłość, ale czy na CoMS? Występy w RPA nie mogą dać odpowiedzi, osobiście liczę, że Weissa w koszulce The Citizens ujrzymy. Faza grupowaBracia Toure wpisali się w ogólny poziom drużyn afrykańskich, czyli zawiedli. Fakt, grupa łatwa nie była, sędzia uznał ręcznego gola Luisa Fabiano, ale nie ulega wątpliwości, że WKS, reprezentacja pełna gwiazd europejskiego formatu, powinno osiągnąć więcej. Bezbarwność drużyny można przypisać wielu czynnikom, a to że trener nowy(a właściwie już stary), że sporo silnych osobowości, że sezon na Starym Kontynencie ciężki… Afryka piłkarsko nie rozwija się jak należy, pomimo iż zawodnicy wiele mówią na temat wielkiego oddania reprezentacjom. Plus odpadnięcia w fazie grupowej taki, że Kolo i Yaya wcześniej wrócili do klubowych obowiązków. Po Mundialu wracamy do nich wszyscy. Nareszcie!
środa, 14 kwietnia 2010
Prasa uwielbia wyolbrzymiać każde, nawet najlżejsze słowo zawodników. Na byle błahostce próbuje się podnieść temperaturę zbliżających się derbów. Najpierw Rio Ferdynand mówi o innym podejściu Teveza do treningów, że nasz napastnik raczej się oszczędza, kumuluje energię, aby ją spożytkować na pełnym gazie w trakcie meczu. Wydaje się to być ciekawostką bardziej, ale media oczywiście tekst tytułują w stylu: Rio krytykuje Carlosa. A w wywiadzie wyraźnie czytamy, że Rio pracuje inaczej, cały czas na pełnych obrotach, dlatego jemu taki sposób pracy nie odpowiadałby. Gdzie tu krytyka? Czy Carlito w związku z tym był zawodnikiem gorszym, źle przygotowanym do spotkań? Nie jest(nie był) w formie? Nie starał się na boisku, nie zapieprzał jak dziki osioł? No więc o co chodzi z tą rzekomą krytyką, powie mi ktoś? Co ciekawe, powyższy wywiad interesująco łączy się z tym, co Tevez ostatnio powiedział Daily Mail. Cały sportowy światek obiegła już wiadomość, że Argentyńczyk skrytykował Roberto Manciniego za jego metody treningowe. Brzmi to dość zabawnie – zawodnik, który nie wkłada podobno 100% sił w zajęcia, narzeka na ich intensywność. Co gorsza – teoretycznie robi to nie tylko we własnym imieniu(cytaty za Guardianem):
Tak czy siak – Tevez tego wywiadu nie przemyślał. Nie chcę snuć tutaj jakiś teorii spiskowych o złym tłumaczeniu, albo piłkarzu, który został zmanipulowany do tego stopnia, że za przeproszeniem, srywa na własne gniazdo. I jeszcze wyciąga trupa z szafy. Czytamy dalej:
Wspominki o Hughesie traktuję jako margines, bo w mojej ocenie większość(jak nie wszyscy) zawodników już dawno o Marku zapomniało. Rozżalenie Teveza z powodu decyzji Szejków po części można zrozumieć(z uwagi na styl zwolnienia na przykład), ale na Boga – to było w grudniu, mamy już kwiecień i walczymy o Ligę Mistrzów. Zwyczajnie są ważniejsze sprawy, niż walijski menadżer, obecnie bez klubu, co nie znaczy, że nie należy mu się szacunek za półtora roku na Eastlands, gwoli ścisłości. Wczoraj, późnym wieczorem, mogliśmy przeczytać w Guardianie o reakcji klubu na słowa Carlito i cóż, jak się można było domyśleć, nikt na Eastlands nie jest zachwycony. Tevez nie zostanie ukarany(a już na pewno nie przed derbami), ale ktoś - Garry Cook, może Mancini? - musi z nim porządnie porozmawiać, albo klub powinien przydzielić kompetentnego opiekuna medialnego, skoro obecny "doradca" piłkarza - Kia Joorabchian - nie jest mile widziany w klubie. Musimy pamiętać, że to nie pierwsza taka sytuacji, kiedy Tevez wypowiada się w sposób co najmniej nieodpowiedzialny(casus Terry'ego), co kompletnie nie pasuje do jego wizerunku sportowego i pozaboiskowego. W każdym razie, nie wierzę w magiczną moc prasowych wypowiedzi, ich tajemniczy wpływ na formy zawodników i trenerskie ruchy. Kocham za to piłkę nożną i wiem, że najlepszym możliwym miejscem na rozstrzygnięcia jak boisko. Czekam na derby z wielkimi nadziejami na zwycięstwo. Carlito, pomóż Manchesterowi City je osiągnąć. Do tej pory pokazywałeś się na boiskach z genialnej strony i nie ma sensu, abyś więcej mówił, niż grał. PS. Dziś trzymamy kciuki za Arsenal. Ich zwycięstwo z Tottenhamem bardzo nas przybliży do czwartej pozycji. Do us a favour Arsenal!
wtorek, 30 marca 2010
Carlos Tevez pokonał 3:0 Wigan Athletic w ostatnim spotkaniu 31. kolejki Premier League. Na zapewnienie swojemu zespołowi trzech punktów potrzebował około dwunastu minut. Dzięki wspaniałemu hat-trickowi Carlito przesunął się na czwartą(19 goli) lokatę w klasyfikacji najskuteczniejszych graczy ligi, zaś jego błękitna drużyna minęła Liverpool i ma dwa punkty straty do czwartego Tottenhamu.
wtorek, 12 stycznia 2010
![]() Można strzelić osiem goli w grudniu i być na topie. Ale jak w styczniu zaraz po tym zdobywasz hat-tricka, to musisz się nazywać Carlos Tevez. Manchester City - Blackbrun Rovers 4:1(2:0).
piątek, 02 października 2009
My, Polacy, mamy nasz uwielbiany, choć już sprzedany na rzecz reklam, gest Kozakiewicza. Anglikom chyba zaczyna trochę odbijać i niedługo być może będziemy mówić o „geście Adebayora”.
|
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||