Wpisy z tagiem: derby
środa, 20 kwietnia 2011
Ileż znaczy dla Manchesteru City pierwszy finał od 30 lat? Najstarsi Błękitni kibice prze dekady doznawali więcej upadków niż wzlotów, aż po zarycie w trzecią ligę włącznie. I to właśnie 12 lat temu, kiedy United świętowali potrójną koronę, Manchester City na Wembley do 90 minuty przegrywał z Gillingham 0:2 i wszystko wskazywało, że przedłużymy nasz pobyt w Division Two na następny rok. Wtedy nastąpił cud - gole Horlocka i Dickova dały remis, a dzięki popisowi bramkarskich umiejętności Weavera w konkursie rzutów karnych jednak wsiedliśmy do pociągu jadącego w stronę Division One. Przedwczoraj zaś, wygrywając z United, stanęliśmy im na drodze do powtórzenia sukcesu z sezonu 1998/1999, a we właściwym pojedynku na Wembley zmierzymy się z tym samym menadżerem, którego pozbawiliśmy awansu do przedsionka Premiership 12 lat wcześniej – Tonym Pullisem. Często wspominam o paradoksach i zbiegach okoliczności, ale trudno od nich uciec. Gdyby Stoke City nie rozniosło Boltonu to i tak czekałaby nas powtórka z rozrywki: wszak w 1926 po zwycięstwie nad United w szranki w finale na Wembley staliśmy właśnie z Boltonem i… wówczas nie udało się wywalczyć trofeum. Teraz jesteśmy o tyle mądrzy, iż finał wciąż przed nami. A utorowanie sobie drogi do niego przez odwiecznego rywala smakuje jeszcze lepiej. Wszyscy liczymy, iż karta się odmieni, a gablota z pucharami zacznie się wzbogacać i przestanie być obiektem nieustających drwin z czerwonej strony miasta. Wielki projekt Szejków zacznie się realizować jak należy, a ci ludzie będą mieli więcej powodów do świętowania niż kiedykolwiek. Tak, jesteśmy zachwyceni i szczęśliwi.
Z pewnym zażenowaniem wspominam własne przeczucia przed pierwszym gizdkiem. United dopiero co pokonali Chelsea w LM, a my - świeżo w głowie klęska na Anfield, a także pozostałe starcia z czołówką ligi, kiedy po wielokroć brakowało nam nie umiejętności, ale odwagi, aby sięgnąć po trzy punkty. Z zazdrością obserwowałem jak Chelsea czy Liverpool biją United na swoich obiektach. Jednocześnie złościłem się na myśl o derbach na OT, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy po wyrównującym golu mieliśmy Manchester United na widelcu. Ataki jednak nie wystarczyły, a Rooney nas wykończył w iście mistrzowski sposób. Przed sobotą modliłem się o jedno - nie straćmy gola jako pierwsi. Wygląda to na zabobon, ale statystyka jest nieubłagana - tylko Wilkom udało się nam wydrzeć zwycięstwo. W pozostałych wypadkach rywal obejmujący prowadzenie nie przegrywał. Stąd dwie szanse Berbatowa uznają za kluczowy moment sobotnich derbów. Za pierwszym razem uratował City Hart, za drugim... no sam nie wiem. Roo łapiący się za głowę pewnie też nie wiedział, jak wampir z Błagojewgradu nie trafił. Czerwoni nie wykorzystując najlepszego okresu swojej gry(tj. cały drugi kwadrans pierwszej połowy) na własne życzenie pozbawili się treble, gdyż po tym czasie sytuacji na wyrównanie nie mieli prawie wcale - tylko Nani, generalnie przeciętny przez większość spotkania, zagroził Hartowi niezłym strzałem z rzutu wolnego. Poza tym - bida, panie, aż piszczy. Początkowo bardzo mnie to zaskoczyło, ale później zdałem sobie sprawę, iż United wyczerpał się limit starć wygrywamych bez względu na grę. Oglądaliśmy to przecież nieraz. Postawa na kruchym lodzie, który w każdym momencie może pęknąć. To właśnie przydarzyło się w sobotę, z ogromną pomocą wszystkich piłkarzy The Citizens, jacy się pokazali na boisku. Każdy z nich solidne tupał w ten lód, aby się wreszcie załamał. Presja, jaką udało się narzucić na boisku przez około pół godziny spotkania(30-60), była absolutnie fantastyczna. Brakowało mi takiego przejęcia inicjatywy we wcześniejszych derbach – chłopcy Fergusona to też ludzie, popełniają błędy. I nie ma ani grama przypadku, iż zwycięski gol padł w momencie, w którym w okolicach piłki przebywała czwórka piłkarzy City(dawno mnie nie tak nie cieszyło nieudane przyjęcie Silvy). A Carrick dołączył do Neville'a i Silvestre'a, dwóch obrońców United zasłużonych w przeszłości dla City w podobny do Michaela sposób ;-)
Piłkarze City utrzymywali się wysoko na połowie czerwonych jeszcze przez kilka dobrych minut, co w kombinacji z zasłużoną czerwoną dla Scholesa pozbawiło ich szans na doprowadzenie do dogrywki. Walczyli, ale byliśmy tego dnia mocniejsi i psychicznie, i fizycznie, wreszcie zobaczyłem zespół, którego stworzenia od Roberto Manciniego oczekuję. Stąd oceny piłkarzy są porównywalnie wysokie, oczywiście poza kluczowymi Toure i Hartem. Nawet Balotelli, nie tylko nie zepsuł meczu, ale wydatnie się do zwycięstwa przyczynił nie dając spokoju środkowym defensorom rywali. Ponadto za 'puszczenie oczka' Ferdinandowi po końcowym gwizdku zyskał sporo sympatii u fanów City - to już lepiej, aby w ten sposób się odznaczał, niż wpadkami pozaboiskowymi. Osobne 'dzięki' dla bloku defensywnego, z powracającym Zabaletą i niezłym Kolarowem, tutaj przecież obaw miałem najwięcej, Nani z Zaby na OT nic sobie nie robił, a Serb... ujmując sprawę delikatnie, wybitny w destrukcji nie jest i szczęśliwie uniknął żółtej kartki na samym początku meczu. Manchester do przyszłego sezonu będzie Błękitny, choć to połowa drogi do uznania kampanii 2010/2011 za udaną. Przed nami liga, a 14 maja wielki finał z arcytrudnym przeciwnikiem. Dla Stoke City to może być jedyna szansa na najbliższe dziesięciolecia, dla nas - okazja do zupełnego odwrócenia znaczenia słów this is how to feels to be City. Już nie mogę się doczekać, by znów poczuć się tak jak w sobotę ;-) !
niedziela, 20 marca 2011
Wpadłem na tę myśl gdzieś pod koniec pierwszej połowy, kiedy przewaga Ruchu zaczęła być miażdżąca. Liczyłem, że Górnik na drugą połowę wyjdzie z mocnym postanowieniem wybicia mi z głowy wszelkich porównań na korzyść Ruchu. Więcej jednak zaangażowania w swoją pracę na boisku pokazały służby techniczne - zgrany team traktorek+pan malujący linie+ochroniarze odśnieżający murawą przy Cichej. Dolary przeciw orzechom, że powyższa ekipa także nie miałaby kłopotów z ograniem beznadziejnego Górnika Zabrze. Wstyd. Pal licho niespodziewany śnieg i awarię oświetlenia. Piątkowego występu nie da się w żadnym wypadku usprawiedliwić jakimikolwiek zewnętrznymi okolicznościami. Że są zaległości w wypłatach? Jeśli piłkarze w ten sposób chcieli zamanifestować swoje niezadowolenie, to po pierwsze, są podli i niesłowni(prasa donosiła, że doszło do porozumienia w sprawie wypłat ratalnych), a po drugie, poszli na wojnę z kibicami i są z góry na straconej pozycji. Tylko dlatego, że noszą koszulki z herbem Górnika na piersi, nie posądzam ich o taką akcję. Narazie. Winnych straconych bramek wskazać łatwo: dwójka Pazdan-Banaś(dwóch zawodników Ruchu wolnych po ich stronie) do spółki ze Stachowiakiem(wiadomo za co) przy pierwszej, Przybylski(strata piłki), Magiera oraz Jop(choć tu po prostu nie zdołali naprawić błędu Przybylskiego) przy drugiej, trzecią zawinił Magiera(krył na radar Strakę i dopuścił do dośrodkowania) i najmniej Jeż(nie zablokował strzału Malinowskiego).Oczywiście chorzowianie mogli goli zdobyć więcej, gdyż Górnik raz 'odkryty' nie robi nic, aby się zasłonić resztkami materiału, jaki mu staje. Z ataków zaś pamiętam tylko jedną sytuację, czyli strzał Bonina po pół godzinie gry. Za mało na Wielkie Derby Śląska z zespołem broniącym się przed spadkiem z Ekstraklasy. Problemem nie był śnieg, który przecież zaskoczył obie ekipy w równym stopniu. Ruch wyszedł na boisko zdeterminowany i dobrze przygotowany taktycznie - wiedzieli, że Górnik szybko gubi piłkę poddany natychmiastowej presji, czego my nie stosujemy, gdyż Nawałka woli "bronić się głęboko". Widać jak na dłoni - dwa, trzy podanie i wykop na głowy obrońców rywali, to jest nasz pomysł na ofensywę. Czwarty mecz rzędu. Gra nie ulega zmianom, za to wyniki lecą w dół. Pomyśleć, że zdegradowana już przeze mnie Cracovia zdobyła aż osiem punktów(z Lechem, Legią, Koroną i Śląskiem)! Adam Nawałka ma dwa tygodnie(z przerwą na wypad do Budapesztu), aby cokolwiek w tej drużynie poprawić, odbudować ją psychicznie na starcie właśnie z Pasami. Nie wyobrażam sobie porażki na Roosevelta. To może być gwóźdź do trumny trenera i początek wielkich kłopotów całego Górnika Zabrze. Wracając do meczu, z wielką chęcią odejścia od transmisji obserwowałem to, co działo się po trzecim golu. Niestety, optymizmem nie powiało nawet(a może przede wszystkim?) z ławki. Adam Nawałka o zmianach zaczął myśleć kiedy mecz się już skończył, a wchodzący Sikorski(za kontuzjowanego Kwieka) najpierw musiał wyładować frustrację trzema faulami z rzędu, nim zaczął kopać piłkę. Po co wprowadzać Pietrzaka? Gdzie miejsce dla Marciniaka? Co trener Górnika chciał osiągnąć młodym zawodnikiem przy 0:3 w jednym z najważniejszych dla tego klubu spotkania w sezonie? Tak sobie myślę, że szkoleniowiec jest ostatnią osobą na obiekcie, która wątpi w swój zespół. A wyglądało to tak, że czekaliśmy na wymiar kary. Żenada.
Za to spotkanie Górnicy dostają wielkiego minusa i chyba dobrze, że nie będziemy ich oglądać w oficjalnych starciach przez dłuższy czas. Zawiedli kibiców, spartaczyli i oddali bez walki najważniejszy wyjazd tej rundy. Hańba, panowie. Ruch grał na trawie w słoneczne popołudnie, Górnik w półmetrowym śniegu i z grudniowym mrozem. I Niebiescy wygrali bezdyskusyjnie, co każdego fana KSG będzie uwierać jeszcze długo.
poniedziałek, 14 marca 2011
Wygrajmy Puchar Anglii dla Neila Younga Komentarze tej treści nieśmiało ukazywały się i ówdzie po śmierci legendy Manchesteru City. Brzmiały pięknie, aczkolwiek we wstępnych fazach Pucharu przypomniały pobożne życzenia, naiwną wiarę w sprawiedliwość w piłce nożnej. Przecież zmarł Ten, który strzelił jedynego, zwycięskiego gola Leicester City w 1969 roku, kiedy po raz ostatni triumfowaliśmy w tych najstarszych rozgrywkach na świecie. A obecną kampanię The Citizens rozpoczęli w czerni i czerwieni, wspierając swojego byłego zawodnika w czasie ciężkiej choroby. Przed nami półfinał - dlaczego nie wygrać FA Cup dla Neila Younga i uczcić Jego pamięć w sposób najlepszy z możliwych? Wszak duch Pucharu czuwa nad nami od samego początku - remisowaliśmy z teoretycznymi outsiderami, strzeliliśmy sporo(16) goli w sześciu spotkaniach. Nawet będąc w przeciętnej formie udało się nam i pokonać w dobrym stylu sąsiada z Premiership, i w trudzie wywalczyć awans do 1/2 w konfrontacji z naprawdę solidną ekipą z Reading. A na drodze do finału i upragnionego trofeum stoją w pierwszej kolejności nasi arcyrywale zza miedzy, ostrzący sobie zęby na każdą naszą próbę wygrania czegokolwiek, w drugiej - bez względu czy przyjdzie kruszyć kopie ze Stoke czy Boltonem - my sami. Na naszych oczach może urodzić się nowa, wielka historia tego klubu, w dodatku tak silnie powiązana z zaszłościami, do których z biegiem lat mamy zamiar przestać wzdychać z zazdrością.
Schodząc na murawę - powrót z Kijowa nie miał tak złego wpływu na drużynę jak się spodziewałem. Zawodnicy Reading i tak wyszli na boisko w pełni zdeterminowani i świadomi swoich możliwości - Everton mogli pokonać wyżej niż 1:0, w Champioship notują świetne wyniki(bez porażki od miesiąca) i są w grupie pukającej do bram play-offów, wciąż jednak mają 6 punktów straty do szóstego Nottingham Forest. City, już ze świadomością kto czeka w półfinale, nie zależało na forsowaniu tempa od pierwszych minut. Wolny start przełożył się na dość niespójną grę - sporo niedokładności i niezrozumienia, swoje pole do popisów ambicji mieli piłkarze Reading. Za wiele nie zdziałali - obrona The Citizens solidna, wreszcie z de Jongiem(zanotował Holender kilka ważnych przechwytów i odbiorów, co jeszcze mocniej uświadomiło mi, jak Nigel jest ważny dla City) i Kompanym, któremu do perfekcji nieco zabrakło(żółta kartka). Swoją rolę spełnił także Kolarow. Naprzeciw Serba szarżował szybki Jimmy Kebe, sprawiający trochę problemów, ale - zwłaszcza w drugiej połowie - Malijczyk nie był w stanie minąć lewego obrońcę City. Niestety, nasz Aleksandar Z przodu Kola też tak dobrze nie wyglądał. Z prawej strony Richards, co raz lepszy, co raz pewniejszy i z golem wysyłającym nas na Wembley. Powołania do reprezentacji Anglii powinno być już w drodze, Micah.
(Clive Mason/Getty Images Europe) Jakby nie chwalić naszego wychowanka, to widowisko na CoMS przyćmił i tak David Silva, na tę chwilę najlepszy transfer Manciniego w ogóle. Hiszpan bywał w dwóch, trzech miejscach jednocześnie. Podawał, dryblował, a nawet zaliczył piękną "majtę" w pierwszej połowie, co wcale nie przeszkadzało mu błyszczeć prawie za każdym kolejnym dotknięciem piłki(takie minięcie Harte'a palce lizać). Mecz zakończył z asystą, a mógł mieć ich na koncie znacznie więcej, gdyby tylko kolegom nie zabrakło zimnej głowy przy wykończeniu. Choć David nie ma prawa narzekać, gdyż sam zmarnował dwie swoje okazje, raz chciał ośmieszyć Aleksa McCarthy'ego identycznie jak bramkarza Wigan tydzień wcześniej. Golkiper angielskiej młodzieżówki nie dał się zaskoczyć i ogółem trzeba przyznać, że był jednym z lepszych zawodników gości. Martwi w kontekście nadchodzących pojedynków z Dynamem i Cheslea dołek Carlosa Teveza, objawiający się głównie nieskutecznością przed bramką rywali. W samym poruszaniu się po boisku też mu czegoś brakuje - może to reakcja na eksperymenty w ataku Roberto Manciniego? Włoch wciąż nie może się zdecydować, kto ma grać. Wydaje mi się, iż najmocniejsze zestawienie przodów wg Roberto(przy de Jongu, Y. Toure i Barrym w pomocy) to Silva, Tevez i Balotelli, o ile Mario przejawi zainteresowanie meczem. Co spotkanie ustawienie ataku wygląda inaczej, podobnie jak funkcja Carlito. Jednak dawno nie widzieliśmy tak dużo strat i prostych, technicznych błędów z jego strony. Sportowej złości jednak nie brakuje, aczkolwiek frustracja ta częściej przelewa się dosłownie na przeciwnika, tak jak w niedzielę. Symbolem bezradności Teveza w pojedynkach z obrońcami Reading był moment, kiedy pchnął Brynjara Gunnarssona gdy ten nie pozwolił przejść się Argentyńczykowi skutecznie go blokując. Czyżby forma Teveza w nadchodzących miesiącach miała zdecydować o losie City w pucharach i lidze? Jeśli tak, to trudno spodziewać się cudów, statystyka nie kłamie, ostatnio strzelamy bardzo rzadko... Dominacja i zwycięstwo to miła odmiana po kilku spotkaniach z podobną przewagą, ale wynikiem niekorzystnym. Mimo, iż to tylko(?) Reading, nie kryję zadowolenia z rezultatu(bardziej) i stylu(trochę mniej) czy choćby z występu Shauna Wrighta-Phillipsa. Jest półfinał. United czekają. Do Wembley pozostało jeszcze kilka tygodni, najpierw czekają nas nie mniej ważne starcia, sezon jeszcze się nie skończył, sukcesu odtrąbić nie sposób. Co by się jednak nie wydarzyło do kwietnia, zróbmy to. Wygrajmy FA Cup dla Neila Younga.
niedziela, 13 lutego 2011
Największym paradoksem wczorajszych derbów był niewątpliwie gol Wayne'a Rooney'a. No bo jak to, napastnik będący cieniem samego siebie z zeszłego sezonu strzela gola roku po tym, jak najlepszy i praktycznie bezbłędny obrońca rywali w kluczowym momencie pośliznął się i nie mógł po raz kolejny ze spokojem wybić piłki? Niepojęte. Aż musiałem odpuścić sobie wczorajszy wpis 'na gorąco'. No bo cóż mogłem napisać? Futbol jest okrutny i niesprawiedliwy? Ugiąć się pod falą ochów i achów nad golem Shreka? Albo znów przyjąć na kibicowskie serce hektolitry pomyj i szyderstw ze strony czerwonych? Dajcie spokój. Nawet remis Farselony nie poprawił mi humoru. Dziś jest lepiej. Na duchu podnosi mrowie pozytywnych komentarzy kibiców The Citizens. To nie był najgorszy mecz w naszym wykonaniu. Zasłużone owacje na stojąco dla Kompany'ego i Richardsa. Boss nie czekający ze zmianami i odważnie wpuszczający ofensywnych zawodników w miejsce tych, którzy zawiedli. Team spirit, gdy przyszło gonić niekorzystny wynik, choć zabrakło podejścia "jeśli chce się zremisować, trzeba grać o zwycięstwo", mam tu na myśli fragmentów po wyrównaniu, kiedy przejęliśmy kontrolę nad spotkaniem i ... no właśnie, czegoś zabrakło, aby pokonać Van der Sara. Nie potrafiliśmy przekuć przewagi na gole i wobec United, gotowych wygrywać wbrew sprawiedliwości i zdrowemu rozsądkowi, krzywda City musiała się stać. Taktycznie rzecz ujmując Ferguson odrobił lekcję i ciężar gry jego drużyny oparł na skrzydłach. I Nani, i nieśmiertelny Giggs(+Evra) nie mieli większych kłopotów z ogrywaniem bocznych obrońców The Citizens. Wąskie ustawienie defensywnych pomocników oraz brak de Jonga, który zawsze asekuruje odsłonięte ustawieniem zespołu strefy boiska, pozwoliły wspomnianej dwójce na, że tak się wyrażę, nieskrępowaną penetrację. Dzięki temu jeśli piłkarze United już piłkę posiadali, to bez problemów mogli dostarczać ją Rooney'owi, co raz przyniosło tak ważki skutek dla przebiegu spotkania. Łudząco przypomina to porażkę City z Wilkami czy remis na White Hart Lane. Tam również bardzo szeroko grający gospodarze praktycznie z każdej akcji mogli oddać strzał na bramkę, albo bardzo groźnie dośrodkować czy też po prostu przebojowym rajdem wbić się w pole karne. Spójrzcie chociaż ile goli strzelili nam czerwoni po dośrodkowaniach...
Zawodnikom City w ofensywie brakowało różnorodności. Czasami zamiast bić głową w solidny mur(słusznie nie cieszyłem się z braku Ferdinanda, bo Smalling zagrał znakomite zawody), lepiej go po prostu przeskoczyć. Pchamy się na siłę środkiem, a gola przyniosła nam akcja oskrzydlająca, w dodatku zrobiona przez dwóch wprowadzonych zawodników - dośrodkowywał SWP, a Dżeko nastrzelił plecy Silvy. Nie strzelaliśmy z dystansu, Kolarow istotnie nie miał dnia, a i nie kreowaliśmy mu szans na potężne kropnięcia z 20-25 metrów. No i zdumiewa mnie, jak zespół z takimi gigantami w składzie zdobył zaledwie dwa gole w tym sezonie z rzutów rożnych. Siedem kornerów i praktycznie żadnego zagrożenia. Czas wykorzystywać inaczej Edina Dżeko, nie tylko w typowych klepkach, ale przede wszystkim jego wzrost i grę głową, na przekór statystykom z Bundesligi. Trzeba próbować. Kto tego nie robi, nie kupuje losu na loterię jak w starym kawale, nie może wygrać. Choć derby urzeczywistniły pewna prawdę – nie taki czerwony diabeł straszny, jak go malują. To był mecz do wygrania i mimo pewnych pozytywów powinniśmy o tym pamiętać. Roberto Mancini powoli uczy się na swoich błędach, wcześniej sam na siebie narzekał, iż zbyt późno dokonywał korekt, teraz nie czekał zbyt długo na wprowadzenie nowych zawodników, chciał wygrać mecz i to mi się podobało. Defensywna(?) postawa od pierwszej minuty nie była konieczna, choć gdyby Silva strzelił... no cóż, w takie spekulacje bawić się nie będę. Gol nie padł, a spotkanie ułożyła się kompletnie inaczej. To United wykorzystali szanse i wygrali to fantastyczne swoją drogą, spotkanie. Czas na przygodę z pucharami. To dobry kalendarz. Lepiej odpocząć od ligi i spokojnie przejść drużynę z Salonik oraz strzelić parę goli ekipie z Nottingham, a dopiero potem wrócić do Premiership. Poprzednia porażka z United z rąk Rooney'a(półfinał Carling Cup) spowodowała passę przeciętnych spotkań i niedostatecznych wyników. Wojaże powinny w spokoju pozwolić odbudować się psychicznie drużynie przed powrotem Marka Hughesa na CoMS pod koniec miesiąca. PS Jak dobrze móc nie pisnąć ani słowa o pracy arbitrów!
sobota, 12 lutego 2011
Pierwsze takie derby w historii Premiership. Rok temu stawką starć City-United był finał Carling Cup i ewentualne pozbawienie czerwonych szans na tytuł już w kwietniu. Tym razem jest inaczej - Manchester City realnie uczestniczy w walce o mistrzostwo kraju. Można wciąż powtarzać, że nie jest jeszcze drużyną z prawdziwego zdarzenia i nie potrafi wygrywać spotkań, w których piłka bardziej zdaje się przeszkadzać, a obrona rywali przypomina mobilny betonowy autobus. Tabela jednak nie kłamie - trzecie miejsce i pięć(maksymalnie osiem) punktów straty do lidera nie są dziełem przypadku. Zwycięstwo pozwoli na rozpoczęcie walki o tytuł niejako od nowa(za dwa zespoły oprócz nas też na to liczą). Ale gramy z ekipą niepokonaną u siebie i na tyle bezczelną, iż nawet nie dają sobie strzelić gola w pierwszej połowie na OT od kwietnia zeszłego roku. A nie ma co ukrywać, iż bramki strzelone w początkowych fazach spotkań wielokrotnie decydowały o rezultacie meczów The Citizens. Niestety, w sobotnim planie Roberto nie ma zbyt wiele miejsca na odważne posunięcia. Wyniki nie kłamią, styl również - zdobycie gola na OT będzie sporym osiągnięciem. Jest jednak taki facet w naszym zespole, na którego można liczyć w tej materii. Cholerny narkotyk. Jednak jak większość zainteresowanych spodziewam się powtórki z rozrywki i nudnego(derby nigdy nie są nudne) remisu 0:0. Taktyka Manciniego irytuje, ale ma swoje uzasadnienia - The Citizens mają wielkie problemy, gdy rywal pierwszy obejmuje prowadzenie. Nie potrafimy wówczas skutecznie odbić się i dogonić rywala. Frustrujące, lecz prawdziwe, stąd ostrożność bardzo wskazana. Nie ma się co podniecać faktem, iż w zeszły weekend United odnieśli pierwszą porażkę w sezonie - z ich wyjazdową grą to musiało w końcu nastąpić i dobrze, że uczynił to Mick McCarthy, który pod koniec lat 80' występował... w Manchesterze City(tak dopiero teraz to odkryłem). Wiemy(?) już, iż nie zagra de Jong, Richards wypadł ze składu, United przed wszystkim brakować będzie Ferdinanda(zastąpi go Smalling) i Hernandeza(dopiero co wrócił z bezsensownego zgrupowania swojej kadry; jak dobrze, że Dżeko nie musiał lecieć). Nie spodziewam się znów Kolarowa na lewym skrzydle(aczkolwiek już przeczuwam braki w bocznych sektorach), prędzej zobaczymy harującego Milnera. Nie stracić gola, nie stracić, a będzie dobrze, choć bez Nigela... Na marginesie: ktoś słusznie zauważył, iż dokładnie 56 lat temu(czasy Dona Reviego) The Citizens pokonali czerwonych na ich stadionie aż 5:0! No, historio, mogłabyś się choć raz powtórzyć... Dobra, dość tego pisania. Będzie się działo, do meczu ledwie godzina.
piątek, 10 grudnia 2010
Nie jestem wybitnym znawcą kinematografii i próby pisania jakiejkolwiek recenzji filmu Blue Moon Rising byłyby dla mnie błądzeniem po omacku, zwłaszcza, iż widzem jestem bardzo emocjonalnym, a Blue Moon Rising bez wysiłku mnie wzruszył. To przecież historia najważniejszych momentów zeszłego sezonu w wykonaniu mojego ukochanego klubu, kampanię, którą nieomal w całości przeżywałem tutaj na blogu – stąd krytyk ze mnie po prostu nieobiektywny. Paradokument reżyserii Stewarta Sugga na pierwszym planie stawia fanów. I tych zwykłych, pijących piwo w drodze vanem na mecz, przezywających wzloty i upadki swojej drużyny, i Noela Gallaghera, który na pierwszy mecz półfinałowy Carling Cup przyleciał specjalnie z RPA. Ta perspektywa pozwala spojrzeć na klub od innej strony – poza medialnym szumem i wielkimi decyzjami są tez przeciętni ludzie, którzy wydają swoje pieniądze, aby futbol spod znaku Błękitnego Księżyca oglądać. Choć w ich przypadku nie chodzi o prostą rozrywkę, bo historia The Citizens splata się z ich własnym losem. Tu olśniły mnie świetne reminiscencje z niektórych sukcesów i porażek City, zwłaszcza ta traktująca o meczu z Gillingham z 1999 roku. Zdawało mi się, że bez TEGO gola Dickova nie da się mówić o Wembley’99, a tu proszę bardzo – da się jak najbardziej. W ten sposób Blue Moon Rising odzwierciedla filozofię funkcjonowania Manchesteru City – patrzeć w przyszłość, ale nie zapominając o przeszłości(vide wizyta Booka i Buzzera w Zabrzu). Co jeszcze Sugg chciał pokazać? Ano, kompleks United, bez których The Citizens nie istnieją mimo szczerych antypatii. 34 years and countingŻycie w cieniu bogatszego w sukcesy rywala ma swoje plusy – każde zwycięstwo smakuje wybornie przez lata, pogoń za lepszym jest zawsze ciekawsza, niż próba utrzymania się na szczycie. No i ten baner na Old Trafford, który w obecnej sytuacji City doprowadza mnie do szału – chce się krzyczeć, że za chwilę go zerwiecie, a na CoMS zawiśnie identyczny ;-) Tak, Blue Moon Rising to też marzenie o strąceniu Fergusona i United z piedestału. To już nie tylko epizod walki o nową tożsamość, ale wręcz połowa tego, co nas, kibiców, napędza do każdego spotkania. A wydawałoby się, że to tylko głupi sport, gdzie 22 facetów ugania się za piłką, a i tak wygrywają ci, co strzelają gola w Fergie Time ;-) Kiedyś udawało się wygrywać, a mimo to być wciąż przeciętnym klubem środka Premiership. Teraz nadszedł czas, nowa era, aby i wygrywać w derbach, i sięgać po trofea, których brak tak mocno nam doskwiera. A na koniec, jak w jednej ze scen filmu, można iść za rękę z dziewczyną, która prócz nas ma jeszcze United w sercu i diabelską koszulkę na sobie ;-) Z drugiej stronyNie mogę nie myśleć o Blue Moon Rising jako o produkcie speców od marketingu. Ładnie zapakowanym, z niezłą zawartością, ale wciąż – efektem pracy sztabu zorientowanego no konkretne wyniki. Nie wiem jednak, czy film przyniósł oczekiwane efekty. Trudno to ocenić choćby z tego względu, iż BMR jest w gruncie rzeczy tylko elementem całego procesu przemian Manchesteru City z marki lokalnej w globalną i – tak ja to widzę – zwieńczeniem kampanii „przeciwko” establishmentowi BIG4. Że w ostateczności założonego celu nie udało się osiągnąć – a nic lepiej tego nie obrazuje jak nie otwarte butelki szampana na pustym CoMS po meczu z Tottenhamem – to nie zmienia faktu, że cały pion odpowiedzialny za wszelkie akcje skierowane w stronę kibiców wykonał świetną robotę. Dzięki tytanicznej pracy, od nowej strony internetowej, przez fanpejdża na Fejsbuku, bardzo aktywne konto na Twitterze, Welcome to Manchester, aż po nowe projekty – cityTV(ciekawe, czy będzie płatne tak jak TV Arsenalu) czy cityecademy, Manchester City rozwija się szybko i w dobrym kierunku(5. miejsce w twitterowej i fejsbukowej tabeli mówi samo za siebie). Do najpopularniejszych klubów w Anglii naturalnie jeszcze nam daleko i nie sądzę, aby dopadnięcie czołówki było zwykłą kwestią czasu, nawet jeśli w perspektywie kilku lat jesteśmy skazani na sukcesy. Zresztą, nie chodzi tu o cyferki, ale o to, co kibice mają w sercu, a na ten rodzaj szacunku będziemy czekać jeszcze długo. Jedno za to wiem na pewno: to nie jest historia z cyklu 75% posiadania piłki(tak tak, do was piję), bezproblemowe zwycięstwa i trofea klubu wpisane w brzmienie jego nazwy: przyjdź do nas, kibicuj nam, a sukcesu doświadczysz. To jest City, tu nigdy nic nie szło gładko, ale mamy grupę ludzi gotowych zrobić wszystko, aby odmienić ten stan rzeczy, wejść na szczyt, zrzucić United i oczywiście zapanować nad światem! ;-)
piątek, 12 listopada 2010
Wielu się wręcz obraziło na Manciniego, że nie zaryzykował i nie postawił na atak, albo twierdzą, że nie chciał wygrać tego meczu. Otóż mając na uwadze ostatnie derby i klęski tuż przed końcowym gwizdkiem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż szaleństwo w postaci zmian ofensywnych skończyłyby się równie tragicznie, albo i jeszcze gorzej. Ci sami narzekacze pewnie cieszyli się, gdy identyczną taktyką i składem(z drobną różnicą) udało się pokonać mistrza kraju. W środę plan był bardzo podobny i osobiście nie mam pretensji do Roberto, iż tak zadecydował. Po trzech porażkach z rzędu i przełamaniu z WBA nie mógł sobie pozwolić na zwycięstwo United, gdyż nieuchronnie uruchomiłoby to kolejną lawinę spekulacji na temat jego posady w The Citizens. Mancini liczył na magię Davida Silvy i Teveza, wspartego Milnerem i Yayą Toure. Bez wstydu należy przyznać, że defensywa United spisała się znakomicie, podobnie zresztą jak nasza własna – zamknięcie spotkania polegało na świetnej asekuracji – jej zabrakło Chelsea, kiedy Milner odebrał piłkę Ramiresowi, z czego padł jedyny gol tamtego popołudnia. Wracając do środy, z trudem przypominam sobie sytuację, żeby którakolwiek ze stron miała akcję typu trzech na trzech. Obie ekipy jak za pierwszej wojny światowej siedziały w okopach czekając, aż to przeciwnik dostanie rozkaz do samobójczego ataku na bramkę rywala. Ferguson, co by nie mówić, też się do tego przyczynił, dopiero w krytycznej fazie United zaangażowali więcej zawodników w ofensywę i chyba nikt mi nie powie, że to nie była rozmyślna strategia? Mancini nie mógł nie zauważyć, że mimo zagęszczenia w środkowej strefie to czerwoni mają przewagę. Wystarczy spojrzeć na Guardianowskie chalkboards i porównanie liczby podań oraz stref, gdzie zespoły je wymieniały. 45% United na własnej połowie przy aż analogiczne 62% City mówią wiele. Wyższy przessing gości zmusił Błękitnych do bezproduktywnego krążenia piłki między defensorami(brak ruchu bez piłki też swoje zrobił). Kiedy zaś United atakowali, Mancini najwyraźniej chciał ich wciągnąć na swoją połowę i w odpowiednim momencie skontrować. Zonal Marking wskazuje również na posuchę na skrzydłach. Nani wespół z Rafaelem jeszcze starali się cokolwiek zdziałać, w City ta kooperacja nie funkcjonowała najlepiej. W zasadzie graliśmy jednym skrzydłowym – Jamesem Milnerem, który biegał po obu stronach boiska starając się wychodzić na pozycję godną mistrzowskiego podania Silvy. Te jednak nigdy nie nadeszło. Zmiana na Adam Johnsona też na niewiele się zdała, poza jednym rajdem, młody Anglik niczym szczelnego bloku United zaskoczyć nie mógł. Oba zespoły grały na remis(badź, mówiąc sprawiedliwiej, nie chciały przegrać za żadne skarby) i takowym rezultatem zakończyło się to spotkanie, dodam jedynie, iż z lekkim wskazaniem na Manchester United. Udało się w ten sposób nie stracić gola po raz drugi z rzędu i ten fakt w związku z seryjnia traconymi golami należy docenić. Już jutro na CoMS przyjeżdża Birmingham City, kolejny zespół z dolnych rejonów tabeli, z którym przyjdzie się nam zmierzyć. Do tej pory graliśmy już z Wigan(2:0), Blackburn Rovers(1:1) i Wilkami(pamiętne 1:2). Drużyna Owena Coyle'a dokonała w dwóch poprzednich spotkaniach rzeczy wielkiej - przegrywali już 0:2 i z West Hamem, i ze Stoke, w obu przypadkach udało im się doprowadzić de remisu. Punkt zyskali jednak tylko w starciu z czerwoną latarią ligi, gdyż Stoke udało się strzelić na 3:2 i przewrać swoją fatalną passę czterech porażek z rzędu. Udało się w ten sposób nie stracić gola po raz drugi z rzędu i ten fakt w związku z seryjnie traconymi golami należy docenić. Już jutro na CoMS przyjeżdża Birmingham City, kolejny zespół z dolnych rejonów tabeli, z którym przyjdzie się nam zmierzyć. Do tej pory graliśmy już z Wigan(2:0), Blackburn Rovers(1:1) i Wilkami(pamiętne 1:2). Drużyna Owena Coyle'a dokonała w dwóch poprzednich spotkaniach rzeczy wielkiej - przegrywali już 0:2 i z West Hamem, i ze Stoke, w obu przypadkach udało im się doprowadzić de remisu. Punkt zyskali jednak tylko w starciu z czerwoną latarnią ligi, gdyż Stoke udało się strzelić na 3:2 i przerwać swoją fatalną passę czterech porażek z rzędu. W zeszłym sezonie u siebie roznieśliśmy gości z Birmingham aż 5:1, ale nic nie zapowiada, aby ten rezultat miał się powtórzyć. Poważnie wzmocnienia City – Żigić, Hleb, Ben Foster(jego drogą powinien w zimie pójść Kuszczak) – jeszcze nie zaskoczyły(może poza Fosterem) na tyle, aby klub piął się w górę tabeli, wydaje mi się, że to jednak kwestia czasu. Ostatni raz Birmingham oglądałem podczas derbów tego miasta, które tylko końcowym kwadransem były lepsze(i to na korzyć Aston Villi) od tych ze środy. Cóż, jeśli Carr będzie równie nieustępliwy, a napastnikom gości dopisze więcej szczęścia, mogą powalczyć o dobry wynik na CoMS. Mancini pewnie dokona drobnych korekt w wyjściowym składzie, być może zobaczymy od pierwszej minuty Kolarowa, nie zaskoczą mnie również Adebayor, Richards i Johnson. Po satysfakcjonujących rezultatach z WBA i United oczekuję pójścia za ciosem i trzech punktów jutro. Koniecznie!
środa, 10 listopada 2010
Osiem lat temu, w ostatnich derbach na Maine Road The Citizens pokonali znienawidzonego rywala ze Stretford 3:1. Obiekt pamiętający najpierw spadek do ówczesnej Division Two, a potem mozolny powrót do angielskiej elity został po sezonie 02/03 rozebrany. Pożegnanie z najważniejszym dla kibiców City starciem nastąpiło w sposób najgodniejszy areny niegdysiejszej chwały i upadku; zresztą pierwsze derby na CoMS także padły łupem gospodarzy i to w jeszcze lepszym stosunku – 4:1(Fowler, Macken, Sinclair, Wright-Phillips). Aleksowi Fergusonowi przytrafiło się ponieść jeszcze dotkliwszą porażkę: w czwartym, najgorszym sezonie(89/90) na Old Trafford. United wówczas na wyjeździe zostali zmiecieni z powierzchni murawy, tracąc goli pięć, odpowiadając zaledwie jednym. Wspominam tamte spotkania nie tylko z powodu przyjemności, jaką mi to sprawia, ale z jakiegoś niejasnego przeświadczenia, że jutro będę świadkiem zwycięstwa podobnego kalibru. Nie będzie ono tak obfite w gole, ale z uwagi na pozycje w tabeli i aspiracje Manchesteru City wiem, że wygrana da nam znacznie więcej, niż tylko trzy punkty.
Sytuacja Roberto Manciniego na szczęście nie jest już tak nerwowa, jak przed starciem z West Brom – zasłużone 2:0 pozwoliło Włochowi na wzięcie tak bardzo potrzebnego oddechu i odsunięcie od siebie bezpośredniego zagrożenia utraty posady. W drużynie ma do dyspozycji praktycznie wszystkich piłkarzy – poza Balotellim naturalnie, który za swój głupi, acz typowy dla jego niespokojnej natury faul będzie pauzował trzy spotkania. Nie ma kogo żałować moim zdaniem – młody gniewny mógłby derby swoim zachowaniem popsuć, bo formą mimo dwóch goli z WBA imponować nie może. Stąd w ofensywie pewnie zobaczymy co raz lepszego Silvę, Teveza i kogoś z dwójki Milner/Johnson. W środku Mancini nie będzie kombinował(wyjątkowo) i zagrają ci sami, co w niedzielę. Szczególnie ważny będzie de Jong. Jego brak z Wilkami i Lechem był aż nadto widoczny, zwłaszcza w Poznaniu, tam przy wolnym Pacie i nieźle zakręconym Zabalecie polski zespół miał spore pole do popisu i brakowało kogoś, kto ich po prostu skasuje. Jutro United nie mogą na taki luksus liczyć. Jeśli defensywa(typuję czwórką identyczną jak w niedzielę – Boateng, Toure, Kompany, Zaba) pokaże błysk niczym z meczu z Chelsea, wtedy powinno udać się zachować czyste konto po raz drugi z rzędu. Drużyna musi być iście derbowa. Bezlitosna. Pogrubione nazwiska - poza Super Mario - zdecydują o wyniku rywalizacji. Nasze szanse dodatkową rosną, kiedy spojrzeć na osłabienia czerwonych. O Rooney’u i Owenie wiedzieliśmy od dawna(a więc dwóch strzelców goli w ostatnich minutach poprzednich derbów kolejny raz nam tej przykrości nie sprawi), dziś zaś Guardian napisał o wirusie, jaki zaatakował Stretford. Podobno wśród chorych są Berbatow, Vidić, Scholes(kolejny killer) i Evra. Jednak póki nie ujrzę jutro wieczorem składu obu zespołów, nie uwierzę, że drobnoustroje przywiezione z Turcji faktycznie mają wpływ na wyjściową jedenastkę. Bardziej interesowałbym się stanem zdrowia Naniego i Giggsa, gdyż zwłaszcza bez Portugalczyka siła kreatywna czerwonych wiele traci. Temat nieobecnych zostawiam więc niejako w zawieszeniu – wyjaśnią się same. Czuję, że Pan Gumożuj pogrywa sobie i z rękawa nagle zdrowego Wayne’a wyciągnie… Biorę oczywiście pod uwagę, że Szkot jeszcze w tym sezonie nie przegrał, ale powiedzieć, że jego zespół prezentuje się znakomicie – to gruba przesada. W ostatnich kolejkach punktowano czerwonym grę na pół gwizdka, brak agresywności, proste błędy w rozegraniu i destrukcji, nawet van der Saar ostatnio miewa gorsze dni. Przewidzieć, czy te słabości się uaktywnią jutro potrafi tylko jasnowidz, mi się wydaje, że nie ma powodów, aby liczyć na taryfę ulgową. Derby to derby, ich wymowa od startu ery szejków zmieniła się diametralnie, jutro możemy być świadkami niekoniecznie najważniejszego spotkania sezonu, ale – rywalizacji miedzy pretendentami do pudła, a nawet do mistrzostwa. Poprzednie ligowe derby zapowiadałem dość buńczucznie – Wyzwanie United rzucone tak ów tytuł brzmiał – i wtedy po świetnej formie zespołu Roberto byłem bliski przed pierwszym gwizdkiem uwierzyć, że już wygraliśmy. Czerwoni skarcili mnie w swoim stylu, w ostatniej minucie meczu. Trzeci raz w sezonie. To samo może powiedzieć Mick MacCarthy, który przegrał w końcowych fragmentach dwa spotkania z United w przeciągu półtorej tygodnia. Tej siły czerwonych obawiam się najmocniej. Nazwałbym ją „mimo wszystko”(brzmi jak tytuł tandetnego serialu, ale trudno). Kłopot z Rooney’em? Lekarstwem wygrane z Bursasporem i Stoke. Kłopoty kadrowe? Dwa zwycięstwa wydarte Wilkom tuż przed końcowym gwizdkiem, a to tylko przykłady z obecnej kampanii. Nie ma to antidotum, próżne wizyty u lekarza. 100 minut koncentracji może zawieść. Ale ja ufam Roberto. Hark now hear Na koniec odrobina humoru rodem ze Stretford End. Moja słabość do animacji niczym z osmiobitowców jak widać nie zna granic ;-)
PS 2 Kluczowe pojedynki derbów wg Daily Mail. Zgadzacie się? PS 3 No i pytanie najważniejsze: Kto wygra?!
piątek, 23 kwietnia 2010
Z racji tego, że bliżej do sobotniego spotkania Arsenalu i Man City niż do zeszłej soboty, odpuszczę sobie wnikliwe analizy tamtego czarnego dnia. Mogłaby to być ciekawa lektura, jednak chyba każdy zrozumie, że nie mam na to specjalnej ochoty. Nikt nie zasłużył na wygraną, ani United, ani City nie pokazali futbolu, który z całą pewnością upoważniałby do zgarnięcia trzech punktów. Gdzieś po głowie chodzą mi myśli, że taki mecz już widziałem – istotnie, pamiętacie wizytę Liverpoolu na CoMS? Tam goście mieli jeszcze mniej z gry, niż United(The Citizens zresztą też), ale padł ostatecznie bezbramkowy remis, który zarówno nikogo nie satysfakcjonował, jak i nie krzywdził. Po prostu adekwatnie do poziomu widowiska. Zawodnikom Manciniego zabrakło zwyczajnie koncentracji. Stary lis biegł przez pół boiska do pola karnego bez asysty ani jednego Obywatela, aż spokojnie umieścił piłkę w siatce. Trzeci mecz w tym sezonie przegrywamy z Fergusonem z powodu błędów w ostatnich sekundach meczu. Dwukrotnie tracimy tego gola po strzale z głowy(Roo w pucharze i teraz Scholes), raz po mało eleganckim przedłużeniu czasu gry, a potem z wściekłością spod łba patrzymy na fanów czerwonych tańczących w ekstazie. Znów im się udało. I jeszcze to – Chelsea w bardzo niedobrym stylu przegrywa z Tottenhamem i przewaga lidera stopniała do jednego punktu. Daliśmy czerwonym nadzieję na tytuł, zamiast ją pogrzebać na amen. Emocje uległy totalnej polaryzacji – każdej następnej kolejce tragiczna złość będzie stać na przeciw boskim uniesieniom. Jedni będą w piłkarskim niebie, drudzy będą się smażyć w piekle, z pewnością w towarzystwie arbitrów angielskich boisk.
W skutek nieprzeciętnej formy Kogutów tracimy do czwartej lokaty dwa punkty, a nad szóstymi The Villans mamy jeden punkt przewagi i mecz w zanadrzu. Następny wpis poświęcę w całości spotkaniu z The Gunners, teraz tylko zaznaczę – jak by to nie było oczywiste – że już nie ma czasu na błędy. To ostatnie spotkanie wyjazdowe w tym sezonie, potem pozostaje nam bezlitośnie przyjąć Aston Villę, Koguty i West Ham United. Zadanie jest trywialne: ogolić rywali i zmyć potworną plamę na honorze, jaką rudzielec nam zafundował. Sezon się jeszcze nie skończył, ale już nie mogę się doczekać kolejnych derbów, srogiego rewanżu, by miasto było Błękitne.
Roberto Mancini Największym paradoksem ostatnich spotkań w każdej wyrównanej lidze jest sposób, w jaki obdarowujemy inne kluby pragmatyczną sympatią. W minionych kolejkach sprzyjałem Arsenałowi i Chelsea, a jutro przyjdzie „kibicować” United, by powstrzymali świetną passę Tottenhamu. I na tym koniec. Dalej potrafimy liczyć i będziemy liczyć tylko na siebie. Liga Mistrzów wciąż w naszym zasięgu!
piątek, 16 kwietnia 2010
Trzy spotkania, czternaście goli zdobytych, dwa stracone. Dziewięć ważnych punktów i świetne humory przed derbami. Nie popsują ich wypowiedzi Teveza, nie pogorszą inne prasowe przepychanki. Jutro postawimy kolejny ważny krok w drodze do Ligi Mistrzów, przy okazji bijąc lokalnego rywala aż miło. Silny rywal jest podłamany, bliski płaczu po odpadnięciu z tejże Champions League i prawie pewnej stracie korony mistrzowskiej na rzecz Chelsea. Dobijmy ich! Niech cierpią. Niech wiedzą, że w mieście nadchodzi era Błękitu, równorzędnego rywala. Kiedy na początku sezonu po felernej porażce 3:4 pisałem, że będziemy faworytami na CoMS wielu późniejszych wypadków nie mogłem przewidzieć. Nie wiedziałem, że pokonamy Stretford u siebie już w styczniu i że dwa tygodnie później odpadniemy z Carling Cup w tak dramatycznych okolicznościach. Nie mogłem też wyśnić sobie potężnych zwycięstw z Burnley i Birmingham, które poprzedziły kolejne derby. Ale niezłomna postawa na Old Trafford już wtedy jasno mówiła, że tu, na Eastlands, chłopców Fergusona czeka niełatwa przeprawa. City
Jeśli więc 4-4-2, to w środku pomocy wybieram Barry’ego i de Jonga. Nie ma co już Holendra oszczędzać. Przeciw czerwonym zagrać musi, pamiętamy jego dobre występy w półfinale Carling Cup, kiedy doskonale wspierał nie zawsze pewny blok defensywny. Atak – nie mam wątpliwości, że to będzie nasza najgroźniejsza broń – powinien pozostać bez zmian ilościowych i jakościowych. Kwartet Bellamy, Tevez, Adebayor i Johnson rozmontował słabszych obrońców Burlney i Birmingham, ale i z United sobie poradzi. Zwłaszcza Carlos, który z miłą chęcią wszystkich go lżącym pokaże, jakim jest piłkarzem. Rags
Czy jednak Ferguson zaryzykuje? Mistrzowskie szanse United wiszą na włosku i więcej nadziei już nie ma, Chelsea ma nie tak wymagacych rywali przed sobą. Porażka na Eastlands oznacza kres marzeń o tytule, co dla nas, kibiców City, będzie dodatkowym smaczkiem poza trzema punktami niezbędnymi do szczęśliwego ukończenia obecnej kampanii Jeszcze jedno - Sytuacja Berbatova. Nikt mu jej nie zazdrości. W zasadzie każdy jego strzał, podanie, ruch na boisku są porównywane do tego, co z piłką w tej samej sytuacji zrobiłby Rooney. Problemem United są fakt, że Wayne był zawodnikiem niezwykle ruchliwym, walecznym, nie odpuszczającym żadnemu podaniu. Berba taki nie jest, w gruncie rzeczy bardziej nadaje się na drugiego napastnika, niż na kogoś osamotnionego z przodu. Zmasowana krytyka fanów czerwieni zdaje się mieć sens, podobnie jak pogłoski o rzekomych transferach, np. Benzemy(pytanie za co Fergie chce go kupić?), ich problem tkwi w fakcie, iż i tak już zestresowanemu Dimitarowi w niczym nie pomagają. Pomyślcie sami, gdyby o sile ataku na Eastlands miałby decydować Adebayor, albo – panie Boże broń nas – Santa Cruz. Pewną naukę możemy czerpać z środowej niespodzianki i pierwszej od 11 lat wygranej Tottehnamu nad Arsenalem. Oczywiście nie mam tu na myśli sprzedaży płyt DVD po tym meczu(tak jakby następnym razem Koguty miały wygrać za kolejne 10 lat), ale ogólnej postawy na boisku, wykorzystanie słabości rywala - w tym braku siły ognia(popatrzcie ile zrobił van Persie... Bendtner to trochę taki duński Berba) - rywala z wielu względów faworyzowanego. Nie chcę kopiować tego stylu(vide nerwowa końcówka), bo stać nas na więcej i lepiej. Koguty mogły pokonać Arsenal, my musimy wygrać z United. Oni to wiedzą, wygrać chcą nie mniej, niż my. I coś czuję, że mimo tych wszystkich emocji, gestów i słów, zobaczymy cholernie dobre spotkanie i zwycięstwo The Citizens. C'mon City !!
wtorek, 05 stycznia 2010
Zwykle nie piszę notek niusowych, ale co poradzić, skoro zamiast tej miała się pojawić zapowiedź derbów, a tu... lipa. Znaczy się, snieg. Z powodu trudnych warunkach wokół stadionu spotkanie Man City - Man Utd w ramach półfinału Carling Cup zostało przełozone na 19. stycznia. Ciągle do głowy przychodzą mi głupie mysli, że za służby drogowe odpowiadają tam Polacy i dlatego tak to wygląda, wszak tylko naszych opady białego puchu zaskakują co rok ;) Ale już na poważnie kilka zdjęć, aby zobrazować sytuację:
Co ciekawe, meczu nie przełożono z powodu złego stanu murawy, o nie. Chodzi o to, że 48 tysięcy ludzi miałoby spore problemy z dotarciem na stadion i zaparkowaniem w jego okolicy... W tej chwili nieodparcie narzuca się pytanie: kiedy w Polsce, przy okazji drugiego pucharu, będziemy mieli problem logistyczny z transportem tylu kibiców? Co na to PZPN?:P Pozostaje mi jedynie czekać na rzeczonego 19. stycznia. No i ligowe zmagania powracaja :)
Do roboty panowie! Kolejny mecz na CoMS już jedenastego stycznia! |
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||