Wpisy z tagiem: Aston Villa
piątek, 11 marca 2011
Maraton meczów co trzy, cztery dni trwa od połowy lutego. Zdążyliśmy już odpaść z wyścigu o mistrza kraju, awansować trzy razy w pucharach, po czym znów wróciliśmy do walki(przynajmniej teoretycznie) o tytuł za sprawą Chelsea i Liverpoolu solidarnie golących United na swoich terenach. A przez ostatni tydzień karuzela nie zwolniła ani na moment. Po beznadziejnym remisie z Fulham The Citizens zagrali zupełnie inny mecz z Aston Villą i efektownie pokonali piłkarzy Houlliera 3:0. I do półfinałów na Wembley(to troszkę irytujące, że mówi się o Wembley już w kontekście 1/2) tylko krok zwący się Reading, choć radość z progresu zespołu przyćmiła głupota Kolo Toure. Do wznowienia Pucharu Anglii jeszcze długa droga - i to dosłownie, gdyż nasi zawodnicy będą dopiero wracać do Manchesteru porażce z Dynamem Kijów 0:2.
Co do wpadki Kolo - tak, uważam to za skrajną głupotę i nieodpowiedzialność piłkarza z Wybrzeża. Diet pills? No litości. Rzadko staję po stronie FIFA i jej przedstawicieli, jednak Jerome Valcke ma rację - piłkarz na takim poziomie nie ma prawa brać czegoś bez uprzedniej konsultacji z klubowymi lekarzami. W Internecie pojawiają głosy nawołujące do wspierania Kolo - osobiście wolę się wstrzymać od jednoznacznej oceny. Nie za bardzo widzi mi się wspieranie bezmyślności, która mnie smuci i szokuje. Medal ma jednak dwie strony - nieszczęście Toure jest jednocześnie drugim rozdaniem dla Joleona Lescotta, dotychczas solidnego, acz rezerwowego defensora. Jeśli Kolo nie ucieknie od odpowiedzialności(przeczucie mi podpowiada, że nie będzie to kara dłuższa niż 9 miesięcy), to Mancini z braku opcji przestanie eksperymentować z defensywą, co niepotrzebnie czynił w tym roku kalendarzowym(ani razu identyczna para stoperów – przed meczem z Dynamem - nie wystąpiła w dwóch meczach pod rząd, w sumie w 2011 roku Roberto desygnował 6 różnych zestawień, a to tylko dwie pozycje i 4 zawodników). Tak wymuszona stabilizacja powinna wyjść nam na dobre. I tak wiadomo, że dominującą postacią jest powracający po kontuzji Kompany. Grunt to wybrać dla niego odpowiedniego partnera. I tym kimś będzie Joleon. Oby tego nie schrzanił tak jak pewien pojedynek główkowy z piłkarzem bez formy... Echo skandalu powoli ucichło i wróciliśmy do zmagań ligowych tylko po to, aby obejrzeć powtórkę z rozrywki - kolejny słaby mecz City na własnym stadionie. Wymęczone zwycięstwo równie dobrze mogło się zmienić w pozbawianą składu i ładu pogoń za wynikiem, tak jak tydzień wcześniej z drużyną Hughesa. Mancini mówi o zmęczeniu materiału, czy jednak zawodnikom aż tak bardzo nie chce się zdobywać trzech punktów i np. mieć 2:0 po godzinie gry? Wygrana wiszące na włosku mogła z łomotem spaść w każdej chwili – błąd sędziego, złe podanie, inwazja UFO, jednobramkowe prowadzenia to za mało, aby pozwalać sobie na niedokładność, odpuszczanie niektórych piłek, brak koncentracji i kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Bo przyjdzie takie Dynamo Kijów, zespół ambitny, grający u siebie i niesiony dopingiem wiernych kibiców, i pokaże nam brutalnie miejsce w szeregu. Zadyszka City? Mało powiedziane.
Nie wiem jak Mancini wyobrażał sobie stracie z zespołem Jurija Siomina. Klasą Dynamo przewyższa takie Wigan wielokrotnie, a nastawienie The Citizens pozostało bez zmian. Niedomagająca pomoc(gdzie byli Barry, Zabaleta i Yaya w pierwszej połowie nie wie nawet Roberto), nie rozumiejący się napastnicy… lista zastrzeżeń wzbogaciła się dziś o Harta, który ewidentnie zawalił gola Szewczenki. Przed City mission impossible: odrobić dwa gole, nie stracić przy tym żadnego, gdyż wtedy do awansu potrzeba będzie aż 4 trafień(przypomina się ćwierćfinał P.UEFA z HSV Hamburg, tam po porażce 1:3 w Niemczech Błękitni wygrali u siebie 2:1 po jednym z najlepszych spotkań w sezonie). Co raz częściej myślę o City jak o drużynie bez charakteru, z ogromnym potencjałem sportowym, ale bez piłkarskiej złości, ducha walki. Co z tego, że w drugich 45 minutach po boisku zawodnicy wreszcie zaczęli poruszać się i kopać tę cholerną futbolówkę na miarę swoich umiejętności? To w tym sporcie za mało; minimalizm Manciniego kompletnie się nie sprawdza, a taktyka – to taki mały pstryczek w nos opasłym dyskusjom na jej temat - bez poważnych wykonawców jest tylko zbiorem cyferek i umownych ustaleń, gdzie ktoś powinien się znajdować. Czekam na prawdziwe City z kręgosłupem biegnącym od Kompany'ego przez de Jonga, Silvę, aż po Teveza. W kwietniu dojdzie Adam Johnson, formę utrzyma Micah Richards, więcej wymagać będziemy od Dżeko i Balotellego. Do końca sezonu pozostało minimum 11 spotkań. Liga Mistrzów priorytetem. Trofeum smakowitym dodatkiem. Ten statek jeszcze nie utonął, ale wzburzone morze nie pomaga ustabilizować kursu. Roberto Mancini musi wziąć stery mocno w swoje ręce, inaczej właściciele będą szukać nowego kapitana. To już nie jest przebąkiwanie w środku sezonu po porażce z Lechem w Poznaniu, lecz realna ewentualność. Której, jak kocham ten klub, chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Teraz Reading. Potem z Dynamem o honor(w awans, wybaczcie, nie wierzę specjalnie) i wreszcie z wciąż panującym mistrzem na Stamford Bridge. Test na teście testem pogania. Chciałoby się nie mieć w klubie bogatych szejków i nie odczuwać presji z każdym dotknięciem murawy. Na ten luksus, mimo milardów, wciąż nas nie stać :-)
środa, 02 marca 2011
Nie, to nie jest wpis o ligowcach znad Wisły, którzy znani są z tego jakże idiotycznego stwierdzenia, iż przed sezonem są bez formy, a w trakcie sezonu wręcz automatycznie się męczą, jak za magicznym dotknięciem czarodziejskiej piłki.
Znużenie to stan, jaki obecnie przeżywam oglądając Manchesteru City. Spotkanie z Fulham miało być kolejnym z serii zaplanowanych zwycięstw, a okazało się wstydliwą porażką. Co z tego, że remis? Jak inaczej pisać o drużynie, która korzystnie prezentowała się przez jakiś kwadrans i to po wejściu Patricka Vieiry, nota bene jednego z najsłabszych zawodników w kadrze The Citizens? Roberto Mancini chyba nie zorientował się, że jego piłkarze zwyczajnie nie chcieli wygrać tego spotkania, a remis satysfakcjonował ich jakby to było pucharowe starcie na wyjeździe. Nie ma Silvy, de Jonga i Kompany'ego, ale to nie znaczy, że kontuzjami czołowych zawodników można bronić tak kiepskiego występu. Chyba pierwszy raz w tym sezonie odpuściłem sobie końcówkę drugiej połowy i rzekomą pogoń za zwycięstwem. A oglądając powtórkę, doszedłem do smutnego wniosku, iż dobrze zrobiłem. Publika zresztą też nie zachwyciła, praktycznie rozminęła się z widowiskiem, mało hałasu i zagrzewania do boju w połączeniu z apatyczną postawą Błękitnych dało przygnębiający obraz na Eastlands. I cholera, historia musi się powtarzać. Wygrana na Craven Cottage i remis na CoMS to znana śpiewka z zeszłego sezonu. W obecnym, amplituda między genialnym 4:1 na wyjeździe a niedzielnym remisem, jest jeszcze większa i bardziej frustrująca. Lista występów pod znakiem przecież to było do wygrania/zremisowania się niebezpiecznie wydłuża. Będzie czego żałować, jeśli Liga Mistrzów wymknie się nam z rąk. A razem z nią poleci Roberto Mancini.
(Jamie McDonald/Getty Images Europe) I co tu o taktyce rozmawiać, skoro wszyscy jej wykonawcy zawiedli? 4-3-3 ze słabymi tego dnia bocznymi obrońcami, tracącym formę Yayą Toure, bezbarwnym jak zawsze Barrym, Tevezem, który jeśli nie strzeli, to The Citizens nie potrafią wygrać...? Czego by Włoch nie wyczarował, to bez zaangażowanych piłkarzy nie da się przekuć w korzystny wynik. A tabela nie kłamie: W sześciu ostatnich kolejkach EPL zdobyliśmy zaledwie osiem punktów - tyle samo co West Ham United i Birmignham City, a mniej niż pierwsza piątka ligi plus Liverpool. Po wczorajszym zwycięstwie Chelsea nad The Rags ciaśniej zrobiło się na miejscach od trzeciego do piątego. Drobna przewaga nad CFC i Tottenhamem prysła - jeśli te drużyny wygrają swoje zalegle mecze, to Spurs zrównają się punktami z City, a Chelsea nas wyprzedzi o jeden punkt. Co i podwyższa i tak nieźle podbitą temperaturę starcia obu zespołów na Stamford Bridge 20 marca. A za godzinę zmierzymy się na CoMS z Aston Villą, po raz trzeci w tym sezonie. Kilka godzin temu obejrzałem powtorkę Everton - Reading i muszę przyznać, że goście pokazali fajny, twardy angielski futbol i mogli wygrać więcej, niż tylko 0:1. Jeśli uda się nam objechać The Villans, to droga do półfinału będzie wcale nie taka prosta. Czas uciekać przed TV. Mimo mojego zmęczenia tym sezonem: C'mon City! PS Wszystkim kibicom United dziękuję za serdeczne życzniea z okazji 35. rocznicy ;-) to fantastyczne, że jesteści tacy świetny z naszej historii, z której ani przez moment nie zamieniłbym na waszą.
piątek, 21 stycznia 2011
Miesiąc temu pozwoliłem sobie powymądrząć się na temat kiepskiej sytuacji Aston Villi. W grudniowym tekście nie pokusiłem się o jakąkolwiek propozycję dla staczającego się klubu z Birmingham, gdyż szczerze mówiąc po skąpcu Lernerze nie oczekiwałem wyjątkowych rruchów na rynku transferowym. A tymczasem przedstawiciel narodu hamburgrożerców zaskoczył mnie i to nie gorzej niż świeże jedzenie w McDonaldzie - Lerner dostrzegł problem swojego zespołu i postawił sypnąć groszem na wzmocnienia, przy okazji ustanowił nowy rekord transferowy wydając circa 24 miliony funtów na Darrena Benta, a wcześniej sprowadzając na Wyspy Jeana Makouna z Lyonu(oferta za Charliego Adama została odrzucona). Niedawno do Stoke City został wypożyczony nielubiany przez Houlliera John Carew, a na dniach do Newcastle ma trafić kolejny niezadowolony - Stephen Ireland.
No i wreszcie do dzielnicy Aston wróciło życie i odrobina świeżego powietrza. Ściany siedziby klubu aż drżą z podniecenia jakby miały za chwilę odlecieć, ale póki co to zespół musi zacząć zdobywać punkty i odbić się od dna, jakim bez wątpienia jest pozycja poniżej znienawidzonego rywala z St. Andrews, zamiast ciągle ryć ryjem o glebę. Szansa nr 1 - Manchester City. O meczu w Manchesterze pod koniec roku między obiema drużynami napisałem całkiem sporo, a dobrego o ekipie Houlliera - ani słowa. Występ gości dobitnie określano jako najgorszą postawa przyjezdnych w tym sezonie na CoMS i doprawdy, bardzo trudno będzie komukolwiek pobić ten niechlubny wyczyn. Jednak zdecydowane ruchy Lernera każą bezwzględnie zapomnieć o tamtym spotkaniu Wprawdzie był snajper Sunderlandu dopiero co powąchał trawę na kilku treningach, a Makoun najprawdopodobniej i tak z City nie zagra, to da się wyczuć, że energiczna restrukturyzacja przynosi nadzieję skłóconej drużynie.
Wielki transfer – kibice City wiedzą o tym doskonale – to synonim wielkiej ambicji, a to może odmienić losy klubu nawet nim zawodnicy zdążą się poznać i zgrać na boisku. Nie zdziwię się, jeśli jutro wieczorem ujrzymy całkowicie odmienionych The Villans(z Ryśkiem w składzie na dodatek!), czyli wreszcie grających w piłkę na poziomie do jakiego przyzwyczaili swoich kibiców w ostatnich latach. Mancini nie ma prawa zlekceważyć takiego zagrożenia, zwłaszcza w pierwszych minutach spotkania, kiedy jego podopieczni ostatnim czasem są bardzo niepewni. Defensywa musi opanować nerwowość i wziąć się do roboty – 7 straconych goli w trzech ostatnich spotkaniach to stanowczo za wiele na drużynę walczącą o mistrzostwo kraju. The Citizens wystąpią w najsilniejszym zestawieniu; Mancini z całą pewnością nie będzie kombinował i na murawę Villa Park wybiegnie identyczna jedenastka z tą, która pokonała w thrillerze na CoMS Wolverhampton. Wróci więc Edin Dżeko, za nim szaleć będą Tevez z Silvą wsparci co raz lepszym Yayą Toure, reszta składu - z Kolo Toure i Kompany'm w środku obrony, Kolarowem(Boatengiem?) i Zabaletą na bokach oraz asekurującymi Barry'm i de Jongiem - bez zmian. Zadań będą mieli sporo - żywy Downing, chcący się pokazać Bent no i wielki talent Albrighton. Na CoMS Aston Villa nieomal się podłożyła. Jutro zaś będzie nam rzucać kłody pod nogi kilogramami. Zagramy z zespołem nie tyle dobrym, co powoli budzącym się ze snu. A jak wiemy z własnych doświadczeń, obudzeni nigdy nie są przyjaźni dla otoczenia ;-) Tak na marginesie, w tej i następnej kolejce będziemy świadkami interesującego starcia dwóch miast – Manchesteru i Birmingham. Jutro United podejmą na OT zespół McLeisha, a 1 lutego The Villans(obie ekipy w środku tygodnia podgonią zaległości meczowe), nas zaś czekają dwa wyjazdy do West Midlands, jutro i 2 lutego. A do derbów United - City pozostało niewiele...
czwartek, 30 grudnia 2010
Poważnym kłopotem Aston Villi zdaje się być również nastawienie, z jakim wychodzą na boisko(ile w tym winy menadżera?). Przedwczoraj przypominali skazańców oczekujących na ścięcie z rąk(chyba nóg…) kata w błękitnym kapturze, który zresztą zachował pełen profesjonalizm wykonując wyrok szybko i bezboleśnie. Ofiara nawet nie przeszkadzała i to najmocniej rozłościło kibiców gości, aż musieli smagać swoich „pupili” biczem ironii, gdy cieszyli się z każdego wywalczonego rzutu rożnego w drugiej połowie. W głowie Houlliera powinna zapalić się lampka ostrzegawcza – jego zawodnicy na papierze są lepsi od połowy składów tej ligi, ale to piszczące z biedy Blackpool czy wykopujące swoich menadżerów Newcastle i Blackburn są obecnie wyżej. Aston Villa – mogłoby się wydawać - to zbyt dobry zespół, aby z hukiem opuścić Premiership. Czy jednak jest to takie niemozliwe? Nadchodzący kalendarz The Villans nie jest dla nich przyjazny – w 2 stycznia jadą na Stamford Bridge, a w dalszej perspektywie czeka ich derbowy mecz na St. Andrews i… kolejne spotkanie z Man City(22 I). A ścisk w dole tabeli porównywalnym z tym w czołówce. Title contenders?No właśnie. Przez kilka godzin cieszyliśmy się we wtorek z pozycji lidera i nawet jeśli nasi rywale wygraliby wszystkie swoje zaległe mecze, to i tak będziemy w najgorszym wypadku na trzecim miejscu, punkt za Arsenalem i sześć za United. Not so bad. Część mediów znów dokooptowała nas do grupy liczącej się w walce o tytuł(wszak mamy już połowę sezonu) i patrząc w tabelę oraz na formę City, Arsenalu, United, Chelsea i Tottenhamu(wszyscy w grze w Europie!) nie można nikogo kategorycznie wykluczyć, argumenty za i przeciw przemawiają za każdą z ekip, co zapowiada nieprawdopodobną rywalizację do ostatniego gwizdka sezonu. Jeśli chodzi o mój zespół, to kluczowy dla jego pozycji okaże się styczeń i początek lutego; okres ten spinają wyjazdy na Emirates(5 I) i Old Trafford(12 II) plus noworoczny mecz z Blackpool, łącznie siedem spotkań(bez Pucharu Anglii).I po derbach będę już na 100% pewny, czy gramy o mistrza, czy jedynie o Ligę Mistrzów. Mario smiles, City winsWiększą sensację niż jeden z najprostszych hat-tricków jakie widziałem na żywo w swoim życiu wywołał uśmiech, jaki niespodziewanie zagościł na twarzy Homesick Balotellego. Choć wyglądał co najmniej teatralnie, musiał wlać trochę radości w serce Manciniego, który na Mario będzie stawiał zapewne do końca swoich dni na Eastlands. Swoją drogą łatwość z jaką młody Włoch pakuje piłkę do bramki – 8 goli w ośmiu meczach – i paradoksalnie nienajlepsza skuteczność(vide starcia Boltonen i Evertonem) dają sensowny obraz jego możliwości. Ale tylko pod warunkiem, iż na 90 minut będzie chował swoje ego, zamiast niego pokazywał fantastyczną technikę czy atomowe uderzenie, a Mancini da mu tyle szans, aby był w końcu lepszy od Messiego ;-) Naturalnie Mario nie był jedynym aktorem tego bardzo krótkiego widowiska. David Silva, wybrany zawodnikiem meczu, potrzebował niecałej godziny, aby zapracować na to miano. Nigel de Jong – żegnany zasłużoną gromką owacją na stojąco. Joleon Lescott, który zaskakująco utrzymał miejsce w wyjściowym składzie, pokazał zarówno skuteczną grę w ofensywie, jak i odczarował niechlubną statystykę sugerującą, jakoby nie potrafimy w lidze strzelić gola z głową. Cała defensywa, jak i Joe Hart, zachowała powagę sytuacji – nie zmogła ich litość, nie pozwolili The Villans na zdobycie honorowego trafienia. Jedyny zarzut jaki mi do głowy przychodzi brzmi następująco: po czwartym golu piłkarze zabili grę i nie było sensu dalej oglądać tego spotkania. Mancini słusznie pozdejmował swoich najlepszych piłkarzy, w końcu szybko wykonali swoje zadanie rozprawiając się z najgorszą drużyną odwiedzającą CoMS jeśli nie w tym roku, to na pewno w tym sezonie. Przed nami sylwestrowe szaleństwo i chyba nie mniejsze 1 stycznia - wszak Ian Holloway i jego Mandarynki zawitają do Manchesteru! Pozostaje życzyć sobie udanego piłkarskiego roku 2011(oczywiście tylko dla City, gdyż dla Was, kibiców innych drużyn, nie mam dobrych życzeń ;p). Bawcie się bezpiecznie i pamiętajcie - alkohol zabija powoli i nie powino się nam śpieszyć ;-)
piątek, 20 sierpnia 2010
Liczna rzesza czytelników mojego bloga w tym miejscu spodziewałaby się rzeczowej analizy wczorajszego spotkania z rumuńską FC Timisoarą, ale nie będę ukrywał, że powrót City do Ligi Europejskiej traktuję dziś jako pretekst do napisania tekstu o odejściu Stephena Irelanda. Nie jest to zresztą aż tak bardzo pozbawione sensu – kiedy Roberto Mancini ogłosił niepełną kadrę na początek europejskich wojaży, niewielu miało złudzenia, że nie uwzględnieni Ireland i Bellamy pozostaną na Eastlands. I choć jeszcze przed czwartkiem była nadzieja, że Stevie nie odejdzie, to brak Milnera w składzie Aston Villi na mecz z Rapidem Wiedeń był drugim – poza oficjalnymi wiadomościami – sygnałem, iż targ został dobity. I tak ulubiony piłkarz wielu sympatyków City permanentnie zamienił błękitne barwy na te z Villa Park, podobnie jak przed rokiem równie wielbiony przez publikę Rysiek Dunne.
Oby Irlandczyków różni status, jakiego się dorobili grając dla City, za to łączy fakt, iż pozbyto się ich po względnie słabszych momentach w karierze. Dunne był niekwestionowaną legendą – ściągnięty z Evertonu na Maine Road przez Joe Royla(wyobrażacie sobie teraz taki ruch transferowy?!) za 3 miliony funtów dochrapał się przekonania wśród wiary, jakoby w City grał od zawsze(takie mylne wrażenie można odnieść np. w wypadku Rooneya), spadał z Man City z EPL i doń wracał, trzykrotnie zgarniając tytuł Najlepszego Zawodnika wg fanów. Irelandowi przyszło występować w spokojniejszych czasach dla klubu, jako wychowanek Akademii debiutował za Keegana, od samego początku imponując techniką, pomysłem na grę i .. świetnym uderzeniem z woleja. Superman najlepszy swój sezon zaliczył dwa lata temu, co dawało nadzieję, jak słusznie zauważył TLDORC, że w Manchesterze City może dobrze funkcjonować polityka Zidane’ów(tu reprezentowanych przez zakupy szejków) i Pavonów(wychowanków Akademii), lansowana niegdyś przez Fiorentino Pereza w Realu Madryt. Ireland dobrze rozumiał się z Robinho i doprowadził swój zespół do ćwierćfinału ostatniej edycji Pucharu UEFA, ponadto był drugim strzelcem drużyny, tuż za Brazylijczykiem właśnie. Paradoksalnie, zdobyty wówczas tytuł Gracza Roku wg fanów był ostatnim sukcesem Steviego w klubie. Dalej było już tylko gorzej, aż do trenowania z rezerwami włącznie. Tak kończy materiał na legendę.
Przyczyn tak drastycznego spadku notowań można wymienić wiele i co znamienne, na większość z nich bohater tego wpisu nie miał wpływu. Angielscy blogerzy podkreślali fakt, iż Stephen utracił swojego naturalnego partnera w ofensywie – Robinho, zamiast którego dostał Carlosa Teveza, o którym powiedzielibyśmy, że jest nieco mniejszym (jak na warunki EPL oczywiście) wirtuozem techniki, za to więcej angażuje się w mniej lub bardziej czystą walkę. Dodatkowo po zatrudnieniu Manciniego zmieniło się wyjściowe ustawienie drużyny – z 4-5-1(bądź 4-3-3) na 4-4-2 z wyraźnymi skrzydłowymi i dwoma defensywnymi pomocnikami. Z Irelanda skrzydłowy jak ze mnie baletnica, a do destrukcji nigdy wybitnie się nie palił i stąd zaczęło dla niego brakować miejsca w podstawowej jedenastce. Wówczas Stevie popełnił błąd, grymasząc iż gra za mało, zamiast ostro wziąć się do roboty – to być może był jakiś argument Manciniego, aby klubowej siódemki się pozbyć. I choć podczas pobytu w USA Ireland wreszcie się odezwał jak mężczyzna i powiedział, że chce grać i walczyć o miejsce w pierwszej ‘11’, to pod koniec swoich dni w City został potraktowany jak bezużyteczna szmata. Pozostało mu targować się o odprawę za rozwiązanie kontraktu przed czasem. Przeciąganie finalizacji nie miało już sensu, Stevie zszedł z dwóch baniek do jednej, na tyle wycenił go klub(OK, może tu przesadzam ze złośliwością), któremu oddał kilka dobrych lat swojej piłkarskiej kariery. W dodatku odchodzi nie dlatego, że ktoś chciał go bardzo kupić, ale ponieważ nie mieścił się w składzie i potrzebny był do transferu innego piłkarza. I tak po Bellamy’m Manchester City pozbył się kolejnego zawodnika, którego kibice sobie upodobali, a teraz zwyczajnie, po ludzku, żałują. Nawet jeśli oczekiwania wobec Pana nr 7 były za wysokie, bo czasem mówiło się o nim przesadnie jako o potencjalnym nowym Gerrardzie czy Lamparcie Eastlands, to i tak decyzja o zrezygnowaniu z jego usług była przedwczesna. Nie można tak po prostu w imię oczekiwanych sukcesów pozbywać się chłopaków, którzy na boisku oddali serce The Citizens, przez co byli bliżej klubu, niż(z całym szacunkiem) „najemnicy” ery szejków. Byli bliżej nas, zwykłych fanów. Richard Dunne strzelił nam gola, kiedy przyszło się spotkać na Villa Park. Jaką wiadomość wyśle Manchesterowi City Stephen Ireland?
Zauważyliście pewnie, że ani zdaniem nie zaszczyciłem Jamesa Milnera, który zagra w City w koszulce z numerem 7 po Irelandzie. Otóż nie ma w tym nic dziwnego – Jamek musi mi pokazać, że jest wart(nie chodzi mi tutaj o pieniądze, bo to zupełnie inna broszka) błękitnych barw. Póki co startuje z poziomu takiego jak Jagiellonia Białystok w zeszłym sezonie E-klasy, czyli -10. Jaga się odkuła, czy Milner zrobi to samo? PS. W barwach Timisoary grał wczoraj Cosmin Contra, pewnie go pamiętacie z AC Milanu, czy jednego z najlepszych finałów w historii piłki nożnej, Alaves – Liverpool z 2001 roku. Fajny przykład powrotu do domu po latach. Contra urodził się w Timisoarze i pierwsze kroki w dorosłej piłce stawiał właśnie w FC, gdy jeszcze nazywali się Politehnika. PS 2. Tytuł notki to cytat z ćwierknięcia autora bloga TLDORC. Pod tymi słowami znajdowało się zdjęcie Steviego z koszulką The Villans, które widzicie powyżej.
sobota, 05 września 2009
Od niedawna, kiedy to do klubu z City of Manchester Stadium trafił z Evertonu Joleon Lescott stało się jasne, że dni Dunne’a są już raczej policzone. I niestety, stało się, pod koniec okienka transferowego rosły irlandzki obrońca i kapitan The Citizens został sprzedany na Villa Park. W Man City grał od 2000 roku.
|
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||