Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

piątek, 09 grudnia 2011

Żegnaj Ligo Mistrzów. Środowe zwycięstwo z Bayernem Monachium, pozbawionym kluczowych zawodników i motywacji do zwycięstwa, to za mało aby awansować z grupy A. Villarreal bez niespodzianki uległ ekipie Waltera Mazzarego i trzy punkty zdobyte na Etihad był jedynie pocieszeniem na rozstanie z Champions League.

Nie ma powodu do paniki. Rozsądek nakazuje pokornie uznać wyższość sprytnego Napoli i doświadczonego Bayernu oraz poczekać na swoją szansę w przyszłym roku. Odpadnięcie to naturalnie nic przyjemnego, jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, iż przeznaczeniem The Citizens przed rozpoczęciem sezonu było zwojowanie Premier League. Europejskie rozgrywki zaś należało potraktować jak mały poligon doświadczalny, bez parcia na końcowy sukces. Być może Roberto mógł uspokoić swój ofensywny hurraoptymizm na Allianz Arena, czym pozbawił zespół na korzystny wynik(aczkolwiek to nie on broni stałe fragmenty gry...). Być może lepszym rozwiązaniem w Neapolu było zamurowanie bramki przy stanie 1:1. Lubię, kiedy chcemy wygrywać. Nie lubię, kiedy taka postawa prowadzi do porażek.

Jakkolwiek by nie gdybać, przygoda z Champions League to naprawdę solidny materiał do analizy zarówno dla sztabu szkoleniowego, jak i samych piłkarzy. Oczekuję, iż Mancini szczególnie wyciągnie wnioski z dwumeczu z Napoli. To, w jaki sposób superszybkie kontry zniszczyły długo budowaną dominację w środkowej strefie boiska nie może pozostać bez taktycznych i personalnych odpowiedzi w przyszłości. Przy tak nastawionym rywalu precyzja oraz dobre decyzje wydają się bezwzględnie konieczne, aby cokolwiek ugrać. Gdy zespół zaprasza do ataku większą liczbę zawodników, to nie może oddać piłki tuż przed polem karnym i oczekiwać, że przeciwnik nie skorzysta z takiego prezentu, mając w składzie zawodników urodzonych na kontrze, takich jak Lavezzi czy Cavani. 

SilvaAlex Livesey/Getty Images Europe

Nie jestem zawiedziony. Wiem, że Manchester City dał z siebie wszystko, aby z niełatwej grupy awansować i jednocześnie cieszy mnie, iż te nieudane starania nie wpłynęły znacząco na postawę w lidze(warto przypomnieć - po każdej kolejce LM The Citizens grali w Premiership na wyjeździe). Mancini umiejętnie rotował piłkarzami, niestety klasa rywali wykluczyła sięgnięcie po głębsze rezerwy(Pantilimon, może Onuoha, Bridge, ktoś z młodych: Rekik, Suarez czy Razak). Styl, jaki miałem przyjemność oglądać, usatysfakcjonował moje przedmeczowe oczekiwania, podobnie z poziomem emocji - nie licząc bezbarwnej drugiej połowy w Monachium. Inna sprawa, że wygrać udało się tylko z przetrzebionym Villarrealem i pewnymi awansu, na wpół rezerwowymi Bawarczykami, co też daje do myślenia.

Nie mam zamiaru zasłaniać się porażkami innych zespołów, choć byłaby to bardzo dobra wymówka. Bo jak wiemy, pewien angielski klub, którego nazwy nie wymienię, zaliczył podobną wpadkę i to w grupie, z której powinien wyjść grając jedną nogą. To jednak mnie nie interesuje, no chyba, że w kontekście walki o tytuł na rodzimym podwórku.

Neapol świętuje
Paolo Bruno/Getty Images Europe

Pozostała więc The Citizens Liga Europejska, która zacznie się w połowie lutego. Losowanie przypada na 16 grudnia i jest szansa na to, aby spotkać się z Legią chociażby. W jakiej fazie będą wówczas Błękitni i jakie siły będą mogli poświęcić na te rozgrywki? Po drodze czeka wiele ciężkich spotkań: za chwilę Chelsea, Arsenal i Stoke, w styczniu trójmecz z Liverpoolem, Puchar Anglii z United i jeszcze na dokładkę na Etihad przyjedzie Tottenham... Mancini wprawdzie deklaruje, iż chce LE wygrać, ale ja bym tych deklaracji tak bardzo serio nie traktował. To znaczy, jeśli uda się osiągnąć finał Carling Cup i utrzymać prowadzenie w lidze, to ewentualne angażowanie się w kolejne rozgrywki może okazać się zbyt ryzykowne. Kontekst Man United jest tutaj wyraźny: z Pucharu Ligi odpadli, również mają przed sobą mniej znaczącą Ligę Europejską, do tego mogą zaraz na starcie odpaść z FA Cup i mieć więcej luzu(a więc przewagi) między starciami w Premiership. Nie chcę powtarzać, ale przyszłość City maluje się niezwykle ekscytująco i nawet jednorazowa porażka w Lidze Mistrzów tego nie zmieni.

Dlatego niech Jens Lehman(wypowiedź iście paradna, o mało nie umarłem ze śmiechu) czy de Laurentis mają swoje chwile radości. Nieśmiało przypomnę, iż na Wyspach poziom szyderstw i przekonania, że nawet pieniądze nie dadzą sukcesów, był równie wielki co majątek rodziny królewskiej z Abu Dhabi, a mimo to dziś lider Premiership jest jeden, reszta ogląda jego plecy. Na triumfy w Champions League przyjdzie więc czas - marsz po tytuł ligowy jest w tym sezonie bezapelacyjnie najważniejszy i to jemu Manchester City wszystko podporządkuje.

PS. Spamowania ciąg dalszy: polub mój blog na Facebooku!

poniedziałek, 07 listopada 2011

Osiem spotkań. Osiem zwycięstw, trzydzieści strzelonych goli, osiem straconych. Pięć punktów przewagi w lidze nad drugim miejscem i najlepszy start w historii Premiership(tj. po 10 kolejkach). Siedem punktów w grupie Ligi Mistrzów i realna szansa na przebicie się do fazy pucharowej. Awans do ćwierćfinału Carling Cup. Na Eastlands robi się niesamowicie z tygodnia na tydzień. Spójrzcie chociażby na październik. Perfekcyjny październik. Manchesterowi City wychodzi absolutnie wszystko. Zwycięska bramka w ostatniej minucie i uratowanie Champions League? Ależ proszę. Pokonanie zaparkowanych autobusów? Upokorzenie United na Old Trafford w przeddzień 25. rocznicy panowania Fergusona? Żaden problem.

Postęp, jaki uczyniła drużyna Manciniego, zarówno na boisku, jak i poza nim, naprawdę imponuje. I zamyka usta każdemu, kto życzył projektowi City upadku. Niesforny Balotelli? Strzela gole jak na zawołanie, bez różnicy czy rywal klasowy, czy prowincjonalny. Adam Johnson skonfliktowany z Roberto? Nie dość, że jego skuteczność z gry wzrasta na przekór niektórym decyzjom Włocha, to na dodatek skrzydłowy City przedłużył w niedzielę kontrakt, co z pewnością jest dowodem na jego chęć odejścia z Etihad Stadium :) The Citizens nadmiernie polegają na Tevezie? No, tu akurat sam zainteresowany rozwiązał sytuację na korzyść klubu. Uwalniając drużynę od swojego dominującego charakteru wyświadczył jej największą przysługę. Zamiast jednego strzelca ciągnącego Błękitnych mamy trzech skutecznych snajperów wspieranych przez lepszą z roku na rok pomoc, w której wiadomo ? prym wiedzie magik David Silva, ale bez Milnera, Johnsona, Yayi Toure czy Nasriego i ich wysokiej dyspozycji nie byłoby aż tylu powodów do radości. Wszak praktycznie każdy z piłkarzy Manciniego trafił z formą - oceny za ostatnie spotkania zaczynają się od dobrych wzwyż, oczywiście poza niesklasyfikowanym Tevezem. Nieprzypadkowo fantastyczna seria trwa od porażki z Bayernem i wybrykiem Carlito. To wydarzenie zjednoczyło drużynę i ukierunkowało ją na wspólny sukces.

Każda passa kiedyś się jednak skończy. Zastanawiając się nad tym obstawiłem dwa mecze, które potencjalnie mogą się skończyć dla City pierwszą porażką w lidze i wiele się nie pomyliłem. To znaczy wydawało mi się, iż wizyta na Loftus Road nie będzie spacerkiem(mając również na uwadze powrót z Hiszpanii) i rzeczywiście tak było. Szczegółowe statystyki sobotniego starcia wskazują, iż rywal Błękitnych w istocie był jednym z najtrudniejszych od początku kampanii. Przyznali to piłkarze, wynik zresztą do ostatniej minuty był sprawą otwartą, stąd zwycięstwo w Londynie cieszy podwójnie - test na prawo do wygrywania mimo gorszej dyspozycji został zaliczony. Ciąg dalszy nastąpi zaraz po przerwie reprezentacyjnej, gdyż na Eithad przyjedzie drugi niepokonany zespół Premiership - rewelacyjne Newcastle United. Sprawdzian to będzie nie lada i trochę wbrew ostatnim rezultatom pomiędzy obiema ekipami podopieczni Alana Pardew mają sporą szansę na sprawienie niespodzianki. Całe szczęście - nie zniósłbym nudnej dominacji City rodem z Katalonii czy Kastylii. Liga angielska, chwała jej za to, jest za silna na takie rozwiązanie.

SWP i Silva

Paul Gilham/Getty Images Europ?e

Jeszcze rzut oka na taktykę stosowną przez Manciniego w obecnym sezonie. Otóż samo założenie właściwie się nie zmieniło - po odejściu od 4-4-2(jako ustawieniu z dwoma skrzydłowymi, tj. Bellamy'm i AJ/SWP) z kampanii 09/10 Roberto usystematyzował na Eastlands swoje 4-2-3-1(z kilkoma wariantami, o czym niżej). W porównaniu z formacją pohughesowską Mancini większy nacisk kładzie na pracę w ofensywie bocznych obrońców - to w zeszłym sezonie kompletnie nie działało, przez co brakowało The Citizens szerokości i zagrożenie po ewentualnych dośrodkowaniach było znikome(w lidze gole głową strzelał Lescott i to tylko po stałych fragmentach gry).

Teraz współpraca w bocznych sektorach układa się znacznie lepiej, defensorzy częściej się podłączają i są tego efekty(również negatywne - patrz mecz z Bayernem i kilometry kwadratowe przestrzeli zwalnianej przez Richardsa). Mancini kontynuował i rozwinął zadania atakujących - trudno komukolwiek przypisać konkretną pozycję, co uzmysławia chociażby poruszanie się Edina Dżeko, który nie jest przyspawanym do pola karnego środkowym napastnikiem, zwłaszcza można to było dostrzec w minioną sobotę, albo w kolejce inaugurującej sezon. To samo tyczy się Balotellego, Silvy(to akurat banał, ale wart wzmiankowania) czy Milnera - Anglik szczególnie wydaje się być (skutecznym!) zawodnikiem do zadań specjalnych, nie ma problemu z grą na obu skrzydłach bądź też jako inna wersja Toure, pomocnika atakującego z głębi pola.

Podobna wielofunkcyjność reprezentanta WKS także pozwala na większe pole manewru taktycznego - Yaya może grać defensywnego pomocnika(Tottenham na WHU), albo jako podwieszony za napastnika(to tak zwana pozycja, jak to czasami nazywam, półfinałowa i finałowa FA Cup), gdzie potrafi być bardzo skuteczny. Mancini od początku tworzył zespół facetów gotowych występować na kilku pozycjach, nieraz w czasie 90 minut.

Poprawiła się także sama jakość ataku. W zeszłym sezonie wielokrotnie brakowało piłkarzom City zdecydowania(zwykle chodziło o liczbę ciał zaangażowanych w atak, ale nie zawsze) oraz sensownego ruchu bez piłki podczas konstruowania ataku pozycyjnego. Ostrożnie założę, iż Włochowi chodził o zbudowanie zespołu od tyłu. Kiedy ta faza się powiodła(Złote Rękawice dla Harta i rekord czystych kont), nadszedł moment na ofensywę. A konkretniej, choć w uproszczeniu - dać Silvie piłkę, nakazać reszcie biegać jak najwięcej, zmieniać pozycje, poza tym nękać rywala na jego połowie i zepchnąć go do głębokiej defensywy. Plan zdawałoby się prosty, ale wcześniej nie udawało się go realizować w stu procentach i nie zawsze była to wina samych wykonawców. Zespół musiał po prostu dojrzeć, zarówno piłkarsko, jak i psychologicznie. Elementarna prawda piłki nożnej - w wypadku ekip o sporych umiejętnościach indywidualnych potrzeba czasu i cierpliwości, aby zrobić z nich zespół. Manciniemu póki co się to udaje, dzięki czemu przeżywamy niesamowity, zachwycający miesiąc. A poznając perfekcjonizm włoskiego menadżera, to jeszcze nie koniec niezapomnianych chwil dla wszystkich kibiców Manchesteru City.

środa, 28 września 2011

Manchester City zasłużenie przegrał z Bayernem Monachium 0:2. I naprawdę, naprawdę chciałbym skupić się wyłącznie na taktycznym planie Manciniego, błędach obrony i klasie Bayernu Monachium, ale jak już pewnie wiecie, o takim wpisie mogę sobie pomarzyć. Wszystko przez Carlosa Teveza i jego odmowę wyjścia na boisko w drugiej połowie, a także pomeczowe komentarze Roberto Manciniego.

FC BayernNa upartego zacznę jednak od spotkania, bo co by nie mówić, pierwsza połowa, szczególnie dwa kwadranse, dowiodły iż Roberto Mancini potrafi zagrać na przekór sobie i ustawić zespół ofensywnie przeciwko rywalowi pod wieloma względami lepszemu. Odwaga w futbolu to rzecz chwalebna, niestety granica pomiędzy nią a niepotrzebnym ryzykiem jest bardzo cienka. Roberto ją przekroczył. Jasne, uwielbiam kiedy Richards i Clichy są bardzo aktywni z przodu(zwłaszcza Anglik miał kilka fajnych wejść), ale ich rajdy zostawiały zbyt dużo miejsca piłkarzom FC Hollywood. Rozumiem założenie: strzelić gola jak najszybciej i przejąć kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Wiele nie brakowało - dwie sytuacja z rzutami karnymi(ten pierwszy bliższy odgwizdaniu imo), sporo dobrych piłek i jeśli nie przewaga, to chociaż wyrównana walka, oczywiście do czasu. Pierwsza bramka pozbawiła mnie wszelkich złudzeń - za słaba defensywa(czy naprawdę musiał grać Kolo Toure?), pozbawiona asekuracji musiała paść. A z nią cały zespół, gdyż w drugiej połowie Bayern grał na luzie, a Błękitni piłkarze miotali się bezradnie w pogoni za piłką.

Mancini - po fakcie zawsze fajnie się mówi - mógł zaryzykować zdrowie Nigela de Jonga i wrócić do nieco defensywniejszego wariantu ustawienia 4-2-3-1, to znaczy tego zastosowanego chociażby w finale Pucharu Anglii, gdzie Yaya był podwieszony za napastnika, obok niego Silva i Nasri(wtedy to był Balotelli), za nimi Barry i de Jong z rzadszymi wypadami bocznych defensorów. Owszem, widowisko wiele by straciło, ale być może udało by się wywieść jeden punkty, tak jak uczyniło to Napoli na Etihad. Zdaje się, że nikt by wówczas nie narzekał.

Na drugą połowę chciałem widzieć dwie zmiany - uszczelnienie środka pola, czyli wprowadzenie de Jonga, oraz zmianą Tevez-Aguero. Holder wszedł dość szybko. Niezadowolenie Dżeko przypominało nieco sytuację z Milnerem w trakcie spotkania z Liverpoolem na Anfield, to znaczy nie wyjdzie z tego nic grubszego, Mancini wyjaśni sobie sprawę z Edinem(niepotrzebnie jednak skrytykował go w mediach) i na tym sprawa się zakończy. A co do Teveza...

Wczoraj stracił ostatni z argumentów na rzecz swojej obecności na Eastlands. Do tej pory każde jego kretyńskie wystąpienia, prośby o transfer i inne mącenie wybaczaliśmy mega profesjonalną postawą na boisku. Nie musiał kochać Manciniego, aby strzelić 24 gole w zeszłym sezonie. Nie potrzebował poparcia kolegów z zespołu, aby grać na 200%. A wczoraj - zidiociał. Tak po prostu. 

Miał szansę wejść na boisko i pokazać menadżerowi, że cholera, wciąż potrafi grać w piłkę. Zespołowi nie szło wybitnie, potrzebował jakiejś iskry, nadziei na lepszy rezultat. A tak zawiódł wszystkich. Był kapitanem, dowódcą ataku wartym swojej pensji. A odmawiając wejścia na boisko zrobił z siebie nieprofesjonalnego durnia. "Małe nieporozumienie"? Chciałbyś. Klub własnie zawiesił Argentyńczyka na dwa tygodnie, aby sprawę wyjaśnić.

Co dalej? Pierwszą reakcją było naturalne: pozwać chama, wykopać z City jeszcze przed powrotem do Monachium, niech siedzi sobie na tej ławce. Ale klub musi myśleć racjonalnie - ewentualne pozwanie Teveza czy próby zerwania kontraktu(CT w pewnym sensie sam to zrobił) choć kuszące, nie mają większego sensu. Przecież na tym piłkarzowi zależy - uwolnić się od Eastlands i wrócić do Argentyny, o czym nie może być mowy. Grunt to podjąć słuszną decyzję - odesłać Apacza do rezerw/kazać trenować samemu i sprzedać w styczniu, choćby cena miała spaść do 20 mln funtów. Oby tylko znalazł się kupiec - może pan Kerimow, właściciel Anżi, zechciałby rebelianta w Dagestanie? Ani, to przecież za daleko rodziny, gdzie tam życie, gdzie restauracje...

Nie ma odwrotu - Mancini został obrażony, tak jak i Manchester City wraz z jego fanami. Dopuszczam myśl, iż Włoski menadżer mógł zachować incydent dla siebie i wyjaśnić go w zaciszu z Mubarakiem, ale... czy nie dość już? Tevez przegiął pałę, mówiąc bardzo brutalnie. Dopuścił się najgorszego z przewinień - odmówił gry klubowi, który płaci mu(a chrzanić to - pensja, choć horrendalna, nie jest w pewnym sensie aż tak istotna) solidne pieniądze, takie, których przeciętny kibic nie zobaczy przez całe swoje życie. I my, biedne szaraki, zasuwamy bez prawa pretensji, że nie czujemy się okej, by pracować.

Tevez nigdy więcej nie będzie bohaterem Manchesteru. Znienawidzony przez obie strony, niech szuka szczęście gdziekolwiek ktoś go jeszcze będzie chciał. Z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków.

środa, 14 września 2011

Dziś ziszczą się marzenia dwóch klubów, które niegdyś posmakowały otchłani trzeciego stopnia rozgrywek w swoich krajach. 12 lat temu Manchester City mierzył się w Division 2 z Macclesfield Town, Napoli zaś w 2005 roku przegrało baraż o Serie B z Avelino. Filmowy producent i właściciel klubu Aurelio de Laurentis(z tych Laurentisów. Dino, wuj Aurelio, ma na koncie kilka moich ulubionych filmów, m.in. serię Martwe Zło czy Conana Barbarzyńcę) w sześć lat z bankruta zrobił zespół debiutujący w Lidze Mistrzów. I co w sytuacji włoskiego futbolu unikatowe, wydawał bardzo dużo na transfery(najwięcej w ciągu ostatnich czterech lat spośród całej ligi!) jednocześnie notując w ostatnim sezonie, niewielki bo niewielki, ale jednak, zysk. Po szczegółową i bardzo ciekawą analizę finansów Napoli zapraszam na Swiss Ramble Bloga. De Laurentis ma łeb do interesów – w niektórych wypadkach przebija kluby, które uważalibyśmy za atrakcyjniejsze od mafijnego Neapolu. A i swojemu byłemu trenerowi, Edoardo Reji, powiedział, iż „musi zostać w SSC do końca swych dni”. To się nazywa żyć jak w filmie. Mówi się, że teraz mają smak na Scudetto.

Jakby to powiedział Caleb: groovy!

Pragnienia Manchesteru City są znane. Start w Champions League, choć przez kibiców niezwykle wyczekiwany, ma być na Eastlands normalnym zjawiskiem o tej porze roku. Wielki projekt szejków wkroczył w drugą fazę. Po wydaniu milionów, wkurzeniu sporej części piłkarskiego światka, zdobyciu trofeum i wyrzuceniu Garry’ego Cooka czas na ustabilizowanie Manchesteru City w czołówce krajowej i europejskiej. W krótkiej acz intensywnej historii właścicieli z Abu Dhabi przyszedł moment na wymaganie od piłkarzy i trenera sukcesów. Poprzeczka została podniesiona. Napoli to idealny, podobnie "nowy" w Europie i równie głodny zwycięstw rywal. Będziemy się rozkoszować fantastyczną chwilą debiutu Manchesteru City w piłkarskim raju(cz jak fajnie to wczoraj określili fanatycy Dortmundu, Konigklasse). Po raz pierwszy na Etihad Stadium rozbrzmi hymn Champions League i wiem, że ten moment na zawsze pozostanie w mojej pamięci - nie mogę się doczekać, aż emocje sięgną zenitu. Na to jednak nie mogą sobie pozwolić piłkarze - ich głowy muszą być spokojne i pełne informacji o przeciwniku.

A co o Napoli na dobrą sprawę wiemy?

Taktyka

SSC NapoliMateriału do analizy gry Napoli w tym sezonie jest oczywiście strasznie mało - z powodu strajku liga włoska zaczęła się od drugiej kolejki. Azurri pojechali do Ceseny, by zmierzyć się z miejscowym Associazione Calcio, zespołem który podobnie jak ostatni rywal City zapewnił sobie utrzymanie w najwyżej klasie rozgrywkowej pod koniec sezonu. Pełny stadion(w Serie A to przecież coś specjalnego, prawda?) i bardzo ambitni gospodarze dali Lavezziemu i spółce sporo do myślenia przed jutrzejszym starciem w Lidze Mistrzów. Śmiem twierdzić, iż bez czerwonej kartki z 60 minuty dla piłkarza Ceseny Napoli mogłoby tego spotkania nie wygrać. 

Ich wyjściowe ustawienie 3-4-3 z defensywnie ustawionymi skrzydłowymi Moggim i Dosseną nie zdało egzaminu z kilku powodów. Po pierwsze, wspomniani skrzydłowi za rzadko włączali się aktywnie do akcji ofensywnych(to samo tyczyło się jednego z trójki obrońców), zupełnie pozbawiając Lavezziego i Santanę wsparcia. Po drugie, cała gra Napoli na tym etapie opierała się na tym, co Lavezzi wymyśli - jego sprytne ustawienie przy wyrzucie z auto dało prowadzenia już w pierwszych minutach meczu. Potem zaś Ezequiel próbował indywidualnymi akcjami cokolwiek zdziałać, ale bez większego powodzenia. Po trzecie, cieniem na boisku okazał się Cavani - pozbawiony podań i ograniczony kilkoma obrońcami nie stanowił zagrożenia. Do wyrzucenia z boiska Benalouane niewiele przemawiało za trzecią ekipą poprzedniego sezonu Serie A. Brakowało i odpowiedniej liczby ciał zaangażowanych w atak(przewaga Ceseny grającej z kontry była bardzo widoczna), i kopacza odpowiedzialnego za rozegranie piłki. Po czwarte, Napoli nie daje sobie rady bez Hamsika. Tak, w sobotę wszystko na to wskazywało. Mazzarri wprowadził Słowaka na boisko za niewidocznego Santanę po godzinie gry. Kilka minut później Marek po krótko rozegranym rogu znalazł Campagnaro i goście wyszli na prowadzenie. Od wejścia Hamsika, warto zauważyć, każdy korner Napoli wykonywało krótko.

Chwilę przed golem na 1:2 Mazzarri zagrał va banque i w miejsce Aroniki(obrońca) wprowadził Gorana Pandeva. Z 3-4-3 przeszedł na 4-4-2 - Dossena i Maggio cofnęli się na pozycje bocznych obrońców. Bramka Campagnero otworzyła spotkanie na nowo - Cesena z zapomnianym ostatnio Adrianem Mutu nie rezygnowała z punktów, a grający od tej pory na większej przestrzeni goście spokojnie doprowadzili spotkanie do szczęśliwego końca. Na lewej stronie brylowali Hamsik z Lavezzim, na prawej Pandev i Cavani(oczywiście aż tak mocno do swoich pozycji nie byli przypisani). Słowak częściej wracał po piłkę i rozgrywał, lepiej radzili sobie także Dżemailii i Inler(Walter Gargano poza kadrą z powodu kartek). Zatarło to wrażenie chaosu, jakie piłkarze Napoli stwarzali przez cztery kwadranse gry.

Jakie wnioski? Walter Mazzarri wystawi na Etihad bardzo podobny zespół. Na pewno w 3-4-3, na pewno z Hamsikiem i Gargano zamiast Santany i Dżemailego i raczej nastawi swoich podopiecznych defensywnie i z myślą o kontratakach. Magiczna trójka Hamsik-Lavezzi-Cavani musi zostać odcięta od podań(odkryłem Amerykę, no nie?). Ich środek pomocy może mieć spore kłopoty, jeśli Mancini wystawi Silvę, Aguero i Nasriego plus Dżeko na desancie(takie rozwiązanie sugeruje rotacja w spotkaniu z Wigan). Będą się bronić i czyhać na nasze błędy. Ale mam na nich kilka haków(o braku rozgrywającego już pisałem): Paolo Cannavaro lubi sędziować i pokazywać liniowemu, że był spalony, zamiast atakować rywala. A Walter Mazzarri ma… stoper, którym sam mierzy czas i wskazuje potem arbitrom, ile doliczyć powinni(piszę absolutnie poważnie!). Mancini na pewno ma pomysł jak wykorzystać moje rady ;-)

Debiut debiutem, ale zwycięstwo musi być po naszej stronie. C’mon City!

środa, 27 kwietnia 2011

Przed meczem na Ewood Park statystyczne zderzenie obu klubów wskazywało na czysty remis - Blackburn bez trzech punktów od grudnia, The Citizens bez zwycięstwa na stadionie gości w 2011 roku. Jedni walczą o utrzymanie, drudzy o Ligę Mistrzów. Obie ekipy po meczach swoich bezpośrednich rywali chciały skorzystać z okazji, aby nieco im uciec. W tle majaczyła historia - szaleństwo po awansie do elity w 2000 roku, czy uratowany w ostatnich minutach remis 2:2 w grudniu 2008.

I choć byliśmy zdecydowanym faworytem, spotkania z Rovers do spacerków nie należało. Owszem, pierwsze poł godziny to wręcz koncertowa gra(do tej pory nie wiem, jak ten strzał Silvy wyleciał z okienka), siedliśmy na przeciwniku prawidłowo, piłka sunęła nieomal z barcelońską manierą(224 celnych podań w ciągu pół godziny i 237 w przeciągu następnej godziny) , lecz skuteczność przypominała raczej pierwszą połową w finale Pucharu Króla. A co gorsza, gospodarze po pierwszym szoku ocknęli się, zwarli szyki, podwyższyli linię obrony i wzięli się do przejmowania inicjatywy. Z groźnymi Benjanim i Robertsem, a także Solem Bambą zrobili drużynie Manciniego dobry sprawdzian przed finałem FA Cup ze Stoke City. Dwóch wysokich napastników psrawiło, iż obaj środkowi obrońcy, którym przeznaczone jest grać razem do końca sezonu, musieli się mieć na baczności. Upiekło się nam przy faulu Kompany'ego, tam Marriner miał przesłanki, aby karnego podyktować. W jakimś sensie 'odkupił' swoją winę, nie pokazując zawodnikowi Rovers żółtej kartki za nadepnięcie Zabalety. Argentyńczyk to ma pecha, najpierw brutalny faul Scholesa, teraz to... jednak pokazuje wielki charakter, mimo drobnych urazów i pewnie gdzieś siedzących w głowach obawach o życie i zdrowie swojego ojca. Muszę cofnąć to, co sam o Pablo sądziłem przed sezonem - widziałem go na liście transferowej, a tu sprawił mi wielką radość i niespodziankę.

Gorzej z oceną drugiej połowy w wykonaniu Błękitnych. Tu o radości i miłych niespodziankach można było zapomnieć - w ich miejsce pojawiły się wstyd i przerażenie. Nie umieliśmy przez 20 minut wyjść z własnej połowy na dłużej niż minutę. Nagle każde podanie około 50 metra niecelne, ruchu z przodu mniej niż przy zerze bezwzględnym, obrońcy zaś faulowali rywali na potęgę, a Christopherowi Sambie w to graj. było naprawdę gorąco. Mancini nagle ucina prawe skrzydło - słabnącego(i trochę aroganckiego) Johnsona zmienia Edin Dżeko. Jak chcesz grać Roberto? Pracujący solidnie Balotelli cofnięty za Bośniakiem, co sprawia, że atak zrobi się węższy(bądź częściej zapraszani do niego będą boczni obrońcy), a tu o stratę i groźną kontrę jeszcze łatwiej.

Edin Dżeko

Ale na boisku pojawił się Edin. Ten, który w lidze gola jeszcze nie strzelił, choć jego debiutancki gol w FA Cup miał przeogromne znaczenie(remis z Notts), jest pod wielką presją. Wystarczy mu jednak trzy minuty, aby puścić poprzednie 500 z groszami w niepamięć. Jak to się mówi - najpiękniejszy gol w jego karierze to nie był, ale z pewnością jeden z ważniejszych. Dżeko nie przestał się uśmiechać aż do pomeczowego wywiadu, przełamanie na tym etapie może się okazać równie istotnie jak w przypadku np. Torresa. Od przyjścia Bośniaka słusznie podkreślano, iż jest to dopiero przymiarka do Premiership(w przeciwieństwie do wspomnianego Hiszpana) i ewentualnymi niepowodzeniami nie należy się przejmować. Mancini wsparł zawodnika i to się opłaciło - facet z takimi umiejętnościami i osiągnięciami gole zdobywać będzie, ale potrzebuje na to czasu. Czyżby eksplodował w idealnym momencie? Jeśli potwierdzi swoją skuteczność w starciu z Młotami to kto wie, czy Roberto go nie wystawi na szpicy ataku 14 maja?

Wyboru wielkiego mieć nie będzie. Z doniesień prasowych wynika, że Tevez nie wykuruje się na tyle, aby odegrać znaczącą rolę w finale, o wcześniejszych meczach ligowych nie wspominając. W ogóle jego pozycja, zarówno kapitana jak i czołowego napastnika, została zachwiana. Czytamy o rzekomym transferze do Interu - żadna niespodzianka, po uspokojeniu sytuacji w grudniu byłem przekonany, że to tylko odwlekanie sprawy do lata, ale Włochy? Poza tym, jego forma fizyczna(zmęczenie sezonem?) i strzelecka pozostawiała nieco do życzenia. Nie jestem zwolennikiem odstawiania Carlito na boczny tor, ale skoro potrafimy wygrywać bez niego, to pewne wątpliwości się rodzą. Nieszczęśliwego i tak nie ma sensu trzymać w klubie... pożyjemy, zobaczymy.

Mimo wielu zastrzeżeń do prezencji The Citizens w poniedziałek nie mamy prawa narzekać, gdyż wygranych po ciężkim boju i przewadze przeciwnika nie zaliczyliśmy w tym sezonie za wiele. Innymi słowy - brakowało ich. Choć generalnie nie zgadzam się z powiedzeniem, iż zwycięzców się nie sądzi, to tym razem przymknę oko i spokojnie wyczekuję przyjazdu na CoMS kolejnego kandydata do spadku - West Hamu United. Tottenham jedzie na Stamford Bridge. Siedem punktów przewagi po weekendzie? Perfekcyjna pozycja do wyjazdu na Everton i Champions League decidera z Kogutami właśnie. Miejmy się jednak na baczności. Liga Mistrzów, choć blisko, jeszcze nie została osiągnięta.

środa, 05 maja 2010

Kiedy pod koniec marca redaktorzy jakże popularnego Ruchu Lewostronnego zadali sobie pytanie, która drużyna zajmie miejsce Liverpoolu w Big Four(przynajmniej w tym sezonie), wszyscy - w tym i ja - zgodzili się, że los czwartej lokaty rozstrzygnie się 5 maja, gdy Manchester City podejmie na CoMS Tottenham Hotspur.

Czyli dziś.

Ówczesne przewidywania różniły się od obecnej sytuacji tym, że z mojej perspektywy to spotkanie miało rozwiać matematyczne szanse Kogutów na eliminacje Ligi Mistrzów. Wiele było ku temu przesłanek - derby z Chelsea i Arsenalem oraz wyjazd na Old Trafford po drodze, mecze w Pucharze Anglii - to wszystko miało dać The Citizens bezpieczną przewagę na dwa, trzy punkty i możność zremisowania na CoMS z bezpośrednim rywalem. Wyniki wspomnianych starć znamy aż za dobrze; jedynie United zrozumieli powagę sytuacji i zadali Kogutom bobu. Po derbach Londynu pozostało mi zbierać szczękę z klatki schodowej(mieszkam na pierwszym piętrze), bo dwóch konsekwentnych zwycięstw z pretendentami do tytułu nawet Sleepy Harry nie mógł sobie wyśnić.

Jeśli ktoś jeszcze nie spojrzał w tabelę - Tottenham ma jeden punkt przewagi nad The Citizens. Porażka Błękitnych oznacza koniec marzeń o Lidze Mistrzów, remis zaś skazuje na nerwowe oczekiwanie na wynik z Turf Moor, gdzie zdegradowane Burnley zagra o honor - czy to nie ten zespół, który został przez nas zniszczony w 7 minut? - i nie można liczyć, że tam Koguty się potkną i pozwolą się zepchnąć z grzędy. Wniosek jest oczywisty:

Liczy się tylko zwycięstwo

Gdzieś daleko w otchłani mojego umysłu kłębi się niespokojne wspomnienie - w grudniu na WHL przegraliśmy 3:0 po spektaklu żenująco słabym, co zaowocowało mało dżentelmeńską zmianą z Marka H. na Roberto M. Pamiętam, jak wówczas mój Internet wspaniałomyślnie odciął mnie od wszelkich transmisji po drugim golu dla gospodarzy(Defoe w 54 minucie) i mogłem sobie zrobić dobrą kolację i ulubioną cynamonowo-jabłkową herbatę. Nie smakowała wtedy najlepiej, chyba przesadziłem z cukrem chcąc sobie osłodzić przygnębiający wieczór.

Dlatego, choć powodów więcej, nie powiem, że czuję się komfortowo przed pierwszym gwizdkiem. Nie ma faworyta - gadanie, że City gra u siebie i to jest ich przewaga proszę sobie włożyć między bajki. Pewnie gdyby mecz był rozgrywany poza CoMS moje odczucia byłyby inne, ale z drugiej strony, pod Roberto Mancinim twierdzenia o mizerii wyjazdowej City powoli odchodzą w zapomnienie, o czym przekonała się na przykład Chelsea czy Fulham. O tendencjach(swoją droga bardzo złą w wypadku City), formie(!), koniunkcji planet czy innych magicznych statystykach pewnie głośniej rozmawialibyśmy w środku sezonu, dziś raczej nikt nie próbuje podpiąć pod przepowiednię wyniku zewnętrznych okoliczności. Zdecyduje, jak zawsze, boisko. Nigdy nie było inaczej!

Liczy się tylko zwycięstwo

Będziemy świadkami starcia o niewyobrażalnej stawce dla obu klubów, co wręcz zmusza media do patetycznych stwierdzeń o tworzeniu nowego rozdziału w historii, świcie Błękitnego Księżyca(czy też niebieskiego Koguta) i dziejowych zmianach. Istotnie, przełamanie monopolu Big Four(od czasu Evertonu) na Ligę Mistrzów będzie ważkim wydarzeniem, a dla City ponadto kolejnym krokiem w stronę budowy klubu „największego na świecie”. Aż trudno uwierzyć, że tak wiele zależy teraz od 22 facetów, którzy pobiegają za piłką przez około sto minut. Ileż poprawek trzeba będzie wprowadzić w planach na przyszły sezon, jeśli któryś z klubów wystąpi tylko w Lidze Europy. Tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze, bo szejkowie i tak nie będą skąpić petrofuntów, ale o prestiż i możliwośc zobaczenia The Citizens w starciach z największymi. Sęk w tym, że piłkarze muszą zapomnieć o tych wszystkich okolicznościach, tak jak kibice powinii pozostawić wszelkie zdania wypowiedziane przed meczem(vide zarzuty Harry'ego w sprawie transferu Bellamy'ego). Przecież wiadomo, że...

Liczy się tylko zwycięstwo

Our mentality has to be right, we don’t want to be nervous and try to play well. Tottenham is a good team, so we have to concentrate at 200% but be calm and don’t let our nerves get in the way.

I think they will come to win this game, I don’t think they will just settle to play for a draw. In Harry Redknapp they have a very experienced manager who knows football inside out, but we have a good team and we’re at home. The pitch is always the same, its 11 players against 11 players and we must win – simple as that. Even if we don’t play well, we need to win.

Our supporters will have an important role as well, they were great on Saturday but we will need more from them tonight.

Roberto Mancini

Kto zagra?

tthammcfcNie będę się wymądrzał na temat gości – najlepiej zajrzeć do Michała Okońskiego i odszukać odnośny, całkiem spory fragment o taktyce i składzie Tottenhamu. W wypadku City sprawy mają się przejrzyście. 4-4-2: Fulop, Bridge, Zabaleta(a może Nedum bądź Micah?), Toure, Kompany – A. Johnson, Bellamy, Vieira(bądź Barry, jeśli jest na tyle sprawny), de Jong – Adebayor, Tevez. Tu zgadzam się z kibicem Kogutów – wiele się rozstrzygnie na skrzydłach obu zespołów. Ciężkie zadania stoją przed Zabaletą i Bridge’em, którzy nie mogą pozwolić na rozpęd Lennonowi i lewej flance, ale to nie jedyne trudności, jakie czekają aktorów zbliżającego się spektaklu. Oba zespoły zagrają bez swoich etatowych bramkarzy. Given nie wystąpi na pewno, udział Gomesa jest wątpliwy. Nie wiem, czy dzięki temu zobaczymy więcej goli, ale można przyjąć, że obrońcy będą o jakiś procent uważniejsi, aby „żółtodziobom” nie dawać zbyt wielu szans do interwencji. Poza tym – bliżej mi do myślenia o szachach i przede wszystkim bezpiecznej grze, niż do otwartego, ofensywnego futbolu.

Osobiście wolę unikać wszelkich spekulacji co do końcowego rezultatu, podobnie jak fani City, których śledzę na Twitterze – zwyczajnie nie potrafią napisać, czy będzie 2:1 czy 0:1, tak bardzo przeżywają najbliższe godziny. Ogromne napięcie też pewnie udzieli się piłkarzom obu stron, w związku czym bardzo ostrożnie i niezobowiązująco przeczuwam, że jeśli nie padnie więcej niż jeden gol w ciągu pierwszych dwóch kwadransów, to właśnie najskromniejszy rezultat poróżni obu pretendentów do Ligi Mistrzów. Na czyją korzyść? Nie mam pojęcia.

I wouldn't want to go up there and be negative and not have a go. We only know one way to play, the way we are. We have attacking midfield players, wide players who like to go forward. We won't change too much.

They have dangerous forwards, the front two (Adebayor, Tevez) are a threat to anyone with Bellamy and Johnson. It's an attacking team but we'll go there and have a go as well. It's going to be an unbelievable night

It's a great position for us to be in and we'd certainly have taken it at the start of the season. We're right in there with two games to go and we now need a positive result on Wednesday night.

It's got the makings of a great game. We’ve been up there all year trying to break in the top four and it would be great to finish there, a fantastic achievement.

Harry Redknapp

Wspomniany już tutaj Michał Okoński, jak pewnie zauważyliście, urządza całodobowe blogowanie na temat naszej arcyważnej potyczki. Z wielu ocen i opinii wypowiadanych przez autora bloga Futbol jest okrutny wybrałem jedną, przebijającą się nie tylko w tym specjalnym wpisie, na którą chciałbym wysmażyć odpowiednią replikę. Otóż Pan Michał twierdzi, iż ewentualne inne miejsce w lidze niż czwarte oznacza koniec Roberto Manciniego na Eastlands(czy też jest to dość prawdopodobne). Kwestia ta zasługuje na osobny wpis, więc teraz napiszę krótko - to bzdura. Raz, że już teraz mówi się o tym, że posada Roberto jest pewna, dwa, że kolejna zmiana szkoleniowca to straszny absurd nawet jak na Cooka, Marwooda i szejków. Jeśli panowie mają choćby trochę rozumu i wiedzą jak budować światową markę, to wiedzą, co się stanie, gdy Włocha się z klubu wyrzuci, bo... no właśnie, co? Bo nie osiągnie Ligi Mistrzów, o której na początku sezonu mówiło się raczej nieśmiało? Mancini zostaje na przyszły sezon i koniec! Ale porzucam już ten temat, wszak wszem wobec wiadomo, że dziś…

Liczy się tylko zwycięstwo!

C'MON CITY !!