Wpisy z tagiem: FA Cup
niedziela, 08 stycznia 2012
162. derby Manchesteru padły łupem United i Chrisa Foya, ale duma, która wypełnia serca każdego kibica The Citizens dominuje nad porażką i faktem, iż nie obronimy Pucharu Anglii. Od lat nie wiem ilu Manchester City przed meczem został obwołany mocnym faworytem, co zawsze w przypadku United powinno wywołać pewien niepokój. Mogą mieć plagę kontuzji, mogą mieć nienajlepsze morale po dwóch fatalnych porażkach w lidze, jednakże nigdy nie poddadzą spotkania o takim ciężarze gatunkowym. Ktokolwiek trzeźwo myślał, iż Błękitny wygrają tylko dzięki temu, iż wyjdą na boisko, musiał być niespełna rozumu. Nigdy nie ufaj Czerwonym Diabłom, nigdy nie pozwalaj, aby zgubiła cię przesadna pewność siebie na boisku i poza nim. Nigdy.
Biorąc pod uwagę poważne braki w środku pomocy(Barry, Yaya) i praktycznie jednego zdrowego napastnika w kadrze(Dżeko i Mario kontuzjowani) moje obawy były dość znaczne, gdyż zawsze dochodzi do nich czynnik, którego absolutnie nie da się przewidzieć - błąd sędziego ustawiający mecz. Chris Foy nie od dziś jest znany ze swoich cokolwiek dziwnych decyzji i chyba nie powinienem być specjalnie zszokowany wyrzuceniem Kompany'ego. Czerwona kartka za czyste wejście(nawet nie w połowie tak agresywne jak dwunożny atak de Jonga na Ben Arfę) i brak katrki dla Giggsa ze wejście od tyłu(facet nawet w piłkę nie trafił) kilka minut później to jasny przekaz - Foy jest niekompetentnym durniem, który interpretuje przepisy wg własnego widzimisię. Nigdy czerwona, Chris, nigdy! Co jeszcze dodaje gorzkiego smaku temu incydentowi - Nani nawet nie był zainteresowany karą dla naszego kapitana. To Rooney z prędkością zdementowanych pogłosek o transferze doskoczył do Foya i domagał się kartki... Poczucie niesprawiedliwości wzbudziło w piłkarzach Manciniego niesamowitą determinację. Trochę tak jak United, ruszyli do ataku w derbach na OT, mimo iż goście punktowali boleśnie, co podobnie skończyło się do przerwy na Eastlands źle. Milner nie jest prawym obrońcą, a chcąc się skutecznie bronić trudno polegać na Adama Johnsonie, niezłym z przodu, ale asekuracyjnie grającym z tyłu, to samo tyczy się Kolarowa, z tym że Serb jest momentami równie słaby w obu aspektach gry. Szkoda - tak myślałem do gola na 1:3 - że Roberto nie postawił na Clichy'ego, którego świetny występ przeciwko Naniemu w październiku powinien gwarantować mu dziś miejsce w pierwszej '11'. Sytuacja po 45 minutach wyglądała tak niedobrze, iż Mancini musiał reagować bez skrupułów - sam się domagałem, aby zrobił dwie defensywne zmiany i próbował uniknąć upokarzającego rewanżu za 1:6. Włoch posłuchał moich błagań połowicznie. Wejście obrońcy Zabalety na prawą stronę było słuszne, ale niekoniecznie chodziło o zejście Davida Silvy, bardziej zależało mi na ściągnięciu z boiska anonimowego Nasriego. Jednak powody Manciniego zrozumieć nietrudno - przy 0:3 lepiej oszczędzić Magika, który może pokazać wielką klasę z Liverpoolem, ale Samir mimo istotnej roli(łącznik między obroną a Aguero) przeszedł obok meczu. W rzeczywistości więc The Citizens grali tak jakby w dziewiątkę(Francuz irytował również kiepskim zaangażowaniem w destrukcji), a mimo to, po szybkim golu na 1:3, już nie zastanawiano się, jak wysoko United zwyciężą, ale czy w ogóle awansują dalej. Zaczął się zupełnie inny mecz, o którym Manchester United wolałby pewnie zapomnieć. Od strony taktycznej Mancini wykonał swoje zadanie. Wyzwolił z okowów obrony Milnera, ustawił pięcioosobowy blok defensywy(z bardzo lotnymi Zabaleta i Kolarowem), w środku wspomniany James i de Jong(kilka świetnych interwencji), przed nimi Anonimowy Nasri i osamotniony Aguero. Drugi gol, trochę przypadkowy, pozwolił na postawienie interesującego szacha. Czerwoni nie mogli dłużej bronić aż tak wysoko, jak i za każdym razem inwestować sporo sił w atak, aby uniknąć kontr.
Ostatnie dwadzieścia minut wyzwoliło niesamowite emocje i tu u mnie przed monitorem, i na Eastlands, które odżyło w drugiej połowie dodając skrzydeł przegrywającym piłkarzom. Fantastyczne przeżycie - 80 minut bez jednego zawodnika, a mimo to zamiast zostać zmiażdżonym, Manchester City pokazał wielki, wielki charakter i był tak blisko wyrównania. Paradoksalnie błąd Foya wyszedł piłkarzom City na dobre(poza odpadnięciem z Pucharu, rzecz jasna) - zjednoczył ich, sprawił, iż po raz kolejny w tym sezonie pokazali tak poszukiwany wcześniej team spirit, nie wszystko wprawdzie wyszło, ale, ale! Kwestionowanie ducha drużyny na Eastlands powinno się właśnie skończyć. Zaś duma w nas, kibicach City, będzie silniejsza od jednej porażki. Wszak przegrywaliśmy z United w gorszych, bardziej łamiących błękitna serca okolicznościach. I odpadnięcie z Pucharu Anglii nas nie zatrzyma. Piłkarze również o tym wiedzą. Ci, którzy używają mediów społecznościowych już zdążyło wyrazić swój podziw dla atmosfery meczu. Najlepiej rzecz określił Kun(Tevez, ucz się!):
Z drugiej strony, kibice United mają prawo wściekać się na swoich piłkarzy za postawę w drugiej połowie. Niewiele zabrakło, aby zmarnowali sporą przewagę bramkową, co chyba wciąż jest pokłosiem słabszej formy całego zespołu. Z pewnością też spora część fanów nie widzi sensu w sprowadzeniu Scholesa z powrotem na Old Trafford, mimo oczywistej sympatii do rudzielca. Czy Ferguson jest już tak zdesperowany brakami w środku pomocy, że sięga po faceta z emerytury(tak, wiem, że Paul też chciał wrócić na boisko)? Tylko patrzeć, jak po kolejnym babolu Lindegaarda czy De Gei wykona *kolejny* telefon do van der Sara(a może do Schmeichela?!). Na szczęście nie mój to cyrk :) Daleko mi do załamania. Owszem, w najbliższych tygodniach będzie brakować Kompany'ego(apelacja moim zdaniem nie przejdzie), ale wróci Barry, na środku obrony Mancini może postawi na Savicia, może na Richardsa, to kwestia jeszcze do rozstrzygnięcia. Czekamy na wyniki Wybrzeża Kości Słoniowej i powrót braci Toure, oraz na ruchy transferowe z klubu. Cele na najbliższe tygodnie: awans do finału Carling Cup i utrzymanie prowadzenia w lidze. Jeśli determinacja w zespole Manciniego się utrzyma, nie wątpię iż jesteśmy w stanie to osiągnąć. CTID Tagi:
Chris Foy
Derby Manchesteru
FA Cup
manchester city
Manchester United
Puchar Anglii
Roberto Mancini
19:54, angamoss ,
Manchester City
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 maja 2011
18:30 Niesamowite. Udało się. Wielki, wielki wyczyn Manciniego i całej drużyny. Wciaż nie mogę uwierzyć. Yaya Toureeeeeeeeee!!
Niesamowity sezon. Wczoraj jeszcze myślałem, że to w końcu jest moment oddechu, kiedy można spokojnie usiąść, powiedzieć sobie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i powoli zastanawiać się nad przyszłą kampanią. Po porażce Arsenalu z Aston Villą trzeba wstać i znów pokazać, że umiemy udźwignąć presję. Bo debiut w Lidze Mistrzów można przyspieszyć. Nie znaczy to, że emocje po finale ucichły, co to, to nie. Z wielką przyjemnością oglądam wszelskiej maści powtórki, wywiady i materiały typu exclusive. Poległem jednak w trakcie wyszukiwania jednego, najodpowiedniejszego zdjęcia opisującego zwycięski Puchar Anglii. Mancini z trofeum w dłoniach? Joe Hart w niebieskich serpentynach? Nowiutki baner 00 YEARS? Szalejący Nigel de Jong? A może smutni piłkarze Stoke City świadomi, że mimo świetnego sezonu i niezłych perspektyw taka okazja może się już nie powtórzyć? Ale jeśli szukać czegoś naprawdę mocnego, to wystarczy zwrócić się do Mario Balotellego. Tego samego, który zagrał w sobotę więcej dla drużyny i został zasłużenie zawodnikiem meczu, a w wywiadzie po ostatnim gwizdku z uśmiechem przyznał, że jego sezon to był shit. Gdyby nie świetny Sorensen Mario byłby jeszcze większym bohaterem. A Mancini słusznie przypomina, iż oczekuje takiej gry w każdym spotkaniu, a nie jedynie od święta. Jakiś postęp w cywilizowaniu młodego Włocha jest. Smak trofeum wzmacnia przeczucie, iż na kolejne nie będziemy czekać 35 lat. Podkreślają to piłkarze, niewątpliwie dumni, iż wespół z menadżerem zbudowali ekipę gotową na kolejne sukcesy. To mi się podoba u Kompany'ego, że wolał przyjść tutaj i tworzyć coś 'od zera' niż od razu trafić do klubu, który wygrywanie ma we krwi. I Pablo Zabaleta, który po każdym spotkaniu pisze na swoim Twitterze o tym, że wszyscy muszą dalej ciężko pracować, aby wznieść się na szczyt. To bardzo proste komunikaty, ale jakże czytelne, bo świadczą o mentalności szukanej na Eastlands od lat. Jedno wiemy na pewno - to nie jest koniec starego typical City i lat kibicowania z humorem, ale początek zupełnie nowej drogi. Niezadowoleni z przejęcia Manchesteru City przez szejków też powoli zaczynają rozumieć, że zmiany to nic strasznego i naprawdę nic złego w tym, że chcemy wygrywać i mamy ku temu środki, których tak nam zazdroszczą. Poza tym, wciąż mamy w drużynie wychowanków i graczy jeszcze sprzed ery szejków. Dla nich - mam tu na myśli Richardsa i Harta - poprzez emocjonalny związek z klubem wygrana znaczy być może więcej niż dla reszty, ale nie chcę tutaj rozgraniczać - wygrali wszyscy. A zobaczyć uśmiech na twarzy Summerbee'ego i Booka po tylu latach, bezcenne. Nie były to ostatnie łzy szczęścia w ich życiu. Nasz czas nadchodzi. Haters are welcome ;-) Powtórzmy jakość sobotniego występu, a szybciej będziemy w piłkarskim niebie. C'mon City for the final push!
środa, 20 kwietnia 2011
Ileż znaczy dla Manchesteru City pierwszy finał od 30 lat? Najstarsi Błękitni kibice prze dekady doznawali więcej upadków niż wzlotów, aż po zarycie w trzecią ligę włącznie. I to właśnie 12 lat temu, kiedy United świętowali potrójną koronę, Manchester City na Wembley do 90 minuty przegrywał z Gillingham 0:2 i wszystko wskazywało, że przedłużymy nasz pobyt w Division Two na następny rok. Wtedy nastąpił cud - gole Horlocka i Dickova dały remis, a dzięki popisowi bramkarskich umiejętności Weavera w konkursie rzutów karnych jednak wsiedliśmy do pociągu jadącego w stronę Division One. Przedwczoraj zaś, wygrywając z United, stanęliśmy im na drodze do powtórzenia sukcesu z sezonu 1998/1999, a we właściwym pojedynku na Wembley zmierzymy się z tym samym menadżerem, którego pozbawiliśmy awansu do przedsionka Premiership 12 lat wcześniej – Tonym Pullisem. Często wspominam o paradoksach i zbiegach okoliczności, ale trudno od nich uciec. Gdyby Stoke City nie rozniosło Boltonu to i tak czekałaby nas powtórka z rozrywki: wszak w 1926 po zwycięstwie nad United w szranki w finale na Wembley staliśmy właśnie z Boltonem i… wówczas nie udało się wywalczyć trofeum. Teraz jesteśmy o tyle mądrzy, iż finał wciąż przed nami. A utorowanie sobie drogi do niego przez odwiecznego rywala smakuje jeszcze lepiej. Wszyscy liczymy, iż karta się odmieni, a gablota z pucharami zacznie się wzbogacać i przestanie być obiektem nieustających drwin z czerwonej strony miasta. Wielki projekt Szejków zacznie się realizować jak należy, a ci ludzie będą mieli więcej powodów do świętowania niż kiedykolwiek. Tak, jesteśmy zachwyceni i szczęśliwi.
Z pewnym zażenowaniem wspominam własne przeczucia przed pierwszym gizdkiem. United dopiero co pokonali Chelsea w LM, a my - świeżo w głowie klęska na Anfield, a także pozostałe starcia z czołówką ligi, kiedy po wielokroć brakowało nam nie umiejętności, ale odwagi, aby sięgnąć po trzy punkty. Z zazdrością obserwowałem jak Chelsea czy Liverpool biją United na swoich obiektach. Jednocześnie złościłem się na myśl o derbach na OT, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy po wyrównującym golu mieliśmy Manchester United na widelcu. Ataki jednak nie wystarczyły, a Rooney nas wykończył w iście mistrzowski sposób. Przed sobotą modliłem się o jedno - nie straćmy gola jako pierwsi. Wygląda to na zabobon, ale statystyka jest nieubłagana - tylko Wilkom udało się nam wydrzeć zwycięstwo. W pozostałych wypadkach rywal obejmujący prowadzenie nie przegrywał. Stąd dwie szanse Berbatowa uznają za kluczowy moment sobotnich derbów. Za pierwszym razem uratował City Hart, za drugim... no sam nie wiem. Roo łapiący się za głowę pewnie też nie wiedział, jak wampir z Błagojewgradu nie trafił. Czerwoni nie wykorzystując najlepszego okresu swojej gry(tj. cały drugi kwadrans pierwszej połowy) na własne życzenie pozbawili się treble, gdyż po tym czasie sytuacji na wyrównanie nie mieli prawie wcale - tylko Nani, generalnie przeciętny przez większość spotkania, zagroził Hartowi niezłym strzałem z rzutu wolnego. Poza tym - bida, panie, aż piszczy. Początkowo bardzo mnie to zaskoczyło, ale później zdałem sobie sprawę, iż United wyczerpał się limit starć wygrywamych bez względu na grę. Oglądaliśmy to przecież nieraz. Postawa na kruchym lodzie, który w każdym momencie może pęknąć. To właśnie przydarzyło się w sobotę, z ogromną pomocą wszystkich piłkarzy The Citizens, jacy się pokazali na boisku. Każdy z nich solidne tupał w ten lód, aby się wreszcie załamał. Presja, jaką udało się narzucić na boisku przez około pół godziny spotkania(30-60), była absolutnie fantastyczna. Brakowało mi takiego przejęcia inicjatywy we wcześniejszych derbach – chłopcy Fergusona to też ludzie, popełniają błędy. I nie ma ani grama przypadku, iż zwycięski gol padł w momencie, w którym w okolicach piłki przebywała czwórka piłkarzy City(dawno mnie nie tak nie cieszyło nieudane przyjęcie Silvy). A Carrick dołączył do Neville'a i Silvestre'a, dwóch obrońców United zasłużonych w przeszłości dla City w podobny do Michaela sposób ;-)
Piłkarze City utrzymywali się wysoko na połowie czerwonych jeszcze przez kilka dobrych minut, co w kombinacji z zasłużoną czerwoną dla Scholesa pozbawiło ich szans na doprowadzenie do dogrywki. Walczyli, ale byliśmy tego dnia mocniejsi i psychicznie, i fizycznie, wreszcie zobaczyłem zespół, którego stworzenia od Roberto Manciniego oczekuję. Stąd oceny piłkarzy są porównywalnie wysokie, oczywiście poza kluczowymi Toure i Hartem. Nawet Balotelli, nie tylko nie zepsuł meczu, ale wydatnie się do zwycięstwa przyczynił nie dając spokoju środkowym defensorom rywali. Ponadto za 'puszczenie oczka' Ferdinandowi po końcowym gwizdku zyskał sporo sympatii u fanów City - to już lepiej, aby w ten sposób się odznaczał, niż wpadkami pozaboiskowymi. Osobne 'dzięki' dla bloku defensywnego, z powracającym Zabaletą i niezłym Kolarowem, tutaj przecież obaw miałem najwięcej, Nani z Zaby na OT nic sobie nie robił, a Serb... ujmując sprawę delikatnie, wybitny w destrukcji nie jest i szczęśliwie uniknął żółtej kartki na samym początku meczu. Manchester do przyszłego sezonu będzie Błękitny, choć to połowa drogi do uznania kampanii 2010/2011 za udaną. Przed nami liga, a 14 maja wielki finał z arcytrudnym przeciwnikiem. Dla Stoke City to może być jedyna szansa na najbliższe dziesięciolecia, dla nas - okazja do zupełnego odwrócenia znaczenia słów this is how to feels to be City. Już nie mogę się doczekać, by znów poczuć się tak jak w sobotę ;-) !
poniedziałek, 14 marca 2011
Wygrajmy Puchar Anglii dla Neila Younga Komentarze tej treści nieśmiało ukazywały się i ówdzie po śmierci legendy Manchesteru City. Brzmiały pięknie, aczkolwiek we wstępnych fazach Pucharu przypomniały pobożne życzenia, naiwną wiarę w sprawiedliwość w piłce nożnej. Przecież zmarł Ten, który strzelił jedynego, zwycięskiego gola Leicester City w 1969 roku, kiedy po raz ostatni triumfowaliśmy w tych najstarszych rozgrywkach na świecie. A obecną kampanię The Citizens rozpoczęli w czerni i czerwieni, wspierając swojego byłego zawodnika w czasie ciężkiej choroby. Przed nami półfinał - dlaczego nie wygrać FA Cup dla Neila Younga i uczcić Jego pamięć w sposób najlepszy z możliwych? Wszak duch Pucharu czuwa nad nami od samego początku - remisowaliśmy z teoretycznymi outsiderami, strzeliliśmy sporo(16) goli w sześciu spotkaniach. Nawet będąc w przeciętnej formie udało się nam i pokonać w dobrym stylu sąsiada z Premiership, i w trudzie wywalczyć awans do 1/2 w konfrontacji z naprawdę solidną ekipą z Reading. A na drodze do finału i upragnionego trofeum stoją w pierwszej kolejności nasi arcyrywale zza miedzy, ostrzący sobie zęby na każdą naszą próbę wygrania czegokolwiek, w drugiej - bez względu czy przyjdzie kruszyć kopie ze Stoke czy Boltonem - my sami. Na naszych oczach może urodzić się nowa, wielka historia tego klubu, w dodatku tak silnie powiązana z zaszłościami, do których z biegiem lat mamy zamiar przestać wzdychać z zazdrością.
Schodząc na murawę - powrót z Kijowa nie miał tak złego wpływu na drużynę jak się spodziewałem. Zawodnicy Reading i tak wyszli na boisko w pełni zdeterminowani i świadomi swoich możliwości - Everton mogli pokonać wyżej niż 1:0, w Champioship notują świetne wyniki(bez porażki od miesiąca) i są w grupie pukającej do bram play-offów, wciąż jednak mają 6 punktów straty do szóstego Nottingham Forest. City, już ze świadomością kto czeka w półfinale, nie zależało na forsowaniu tempa od pierwszych minut. Wolny start przełożył się na dość niespójną grę - sporo niedokładności i niezrozumienia, swoje pole do popisów ambicji mieli piłkarze Reading. Za wiele nie zdziałali - obrona The Citizens solidna, wreszcie z de Jongiem(zanotował Holender kilka ważnych przechwytów i odbiorów, co jeszcze mocniej uświadomiło mi, jak Nigel jest ważny dla City) i Kompanym, któremu do perfekcji nieco zabrakło(żółta kartka). Swoją rolę spełnił także Kolarow. Naprzeciw Serba szarżował szybki Jimmy Kebe, sprawiający trochę problemów, ale - zwłaszcza w drugiej połowie - Malijczyk nie był w stanie minąć lewego obrońcę City. Niestety, nasz Aleksandar Z przodu Kola też tak dobrze nie wyglądał. Z prawej strony Richards, co raz lepszy, co raz pewniejszy i z golem wysyłającym nas na Wembley. Powołania do reprezentacji Anglii powinno być już w drodze, Micah.
(Clive Mason/Getty Images Europe) Jakby nie chwalić naszego wychowanka, to widowisko na CoMS przyćmił i tak David Silva, na tę chwilę najlepszy transfer Manciniego w ogóle. Hiszpan bywał w dwóch, trzech miejscach jednocześnie. Podawał, dryblował, a nawet zaliczył piękną "majtę" w pierwszej połowie, co wcale nie przeszkadzało mu błyszczeć prawie za każdym kolejnym dotknięciem piłki(takie minięcie Harte'a palce lizać). Mecz zakończył z asystą, a mógł mieć ich na koncie znacznie więcej, gdyby tylko kolegom nie zabrakło zimnej głowy przy wykończeniu. Choć David nie ma prawa narzekać, gdyż sam zmarnował dwie swoje okazje, raz chciał ośmieszyć Aleksa McCarthy'ego identycznie jak bramkarza Wigan tydzień wcześniej. Golkiper angielskiej młodzieżówki nie dał się zaskoczyć i ogółem trzeba przyznać, że był jednym z lepszych zawodników gości. Martwi w kontekście nadchodzących pojedynków z Dynamem i Cheslea dołek Carlosa Teveza, objawiający się głównie nieskutecznością przed bramką rywali. W samym poruszaniu się po boisku też mu czegoś brakuje - może to reakcja na eksperymenty w ataku Roberto Manciniego? Włoch wciąż nie może się zdecydować, kto ma grać. Wydaje mi się, iż najmocniejsze zestawienie przodów wg Roberto(przy de Jongu, Y. Toure i Barrym w pomocy) to Silva, Tevez i Balotelli, o ile Mario przejawi zainteresowanie meczem. Co spotkanie ustawienie ataku wygląda inaczej, podobnie jak funkcja Carlito. Jednak dawno nie widzieliśmy tak dużo strat i prostych, technicznych błędów z jego strony. Sportowej złości jednak nie brakuje, aczkolwiek frustracja ta częściej przelewa się dosłownie na przeciwnika, tak jak w niedzielę. Symbolem bezradności Teveza w pojedynkach z obrońcami Reading był moment, kiedy pchnął Brynjara Gunnarssona gdy ten nie pozwolił przejść się Argentyńczykowi skutecznie go blokując. Czyżby forma Teveza w nadchodzących miesiącach miała zdecydować o losie City w pucharach i lidze? Jeśli tak, to trudno spodziewać się cudów, statystyka nie kłamie, ostatnio strzelamy bardzo rzadko... Dominacja i zwycięstwo to miła odmiana po kilku spotkaniach z podobną przewagą, ale wynikiem niekorzystnym. Mimo, iż to tylko(?) Reading, nie kryję zadowolenia z rezultatu(bardziej) i stylu(trochę mniej) czy choćby z występu Shauna Wrighta-Phillipsa. Jest półfinał. United czekają. Do Wembley pozostało jeszcze kilka tygodni, najpierw czekają nas nie mniej ważne starcia, sezon jeszcze się nie skończył, sukcesu odtrąbić nie sposób. Co by się jednak nie wydarzyło do kwietnia, zróbmy to. Wygrajmy FA Cup dla Neila Younga.
piątek, 11 marca 2011
Maraton meczów co trzy, cztery dni trwa od połowy lutego. Zdążyliśmy już odpaść z wyścigu o mistrza kraju, awansować trzy razy w pucharach, po czym znów wróciliśmy do walki(przynajmniej teoretycznie) o tytuł za sprawą Chelsea i Liverpoolu solidarnie golących United na swoich terenach. A przez ostatni tydzień karuzela nie zwolniła ani na moment. Po beznadziejnym remisie z Fulham The Citizens zagrali zupełnie inny mecz z Aston Villą i efektownie pokonali piłkarzy Houlliera 3:0. I do półfinałów na Wembley(to troszkę irytujące, że mówi się o Wembley już w kontekście 1/2) tylko krok zwący się Reading, choć radość z progresu zespołu przyćmiła głupota Kolo Toure. Do wznowienia Pucharu Anglii jeszcze długa droga - i to dosłownie, gdyż nasi zawodnicy będą dopiero wracać do Manchesteru porażce z Dynamem Kijów 0:2.
Co do wpadki Kolo - tak, uważam to za skrajną głupotę i nieodpowiedzialność piłkarza z Wybrzeża. Diet pills? No litości. Rzadko staję po stronie FIFA i jej przedstawicieli, jednak Jerome Valcke ma rację - piłkarz na takim poziomie nie ma prawa brać czegoś bez uprzedniej konsultacji z klubowymi lekarzami. W Internecie pojawiają głosy nawołujące do wspierania Kolo - osobiście wolę się wstrzymać od jednoznacznej oceny. Nie za bardzo widzi mi się wspieranie bezmyślności, która mnie smuci i szokuje. Medal ma jednak dwie strony - nieszczęście Toure jest jednocześnie drugim rozdaniem dla Joleona Lescotta, dotychczas solidnego, acz rezerwowego defensora. Jeśli Kolo nie ucieknie od odpowiedzialności(przeczucie mi podpowiada, że nie będzie to kara dłuższa niż 9 miesięcy), to Mancini z braku opcji przestanie eksperymentować z defensywą, co niepotrzebnie czynił w tym roku kalendarzowym(ani razu identyczna para stoperów – przed meczem z Dynamem - nie wystąpiła w dwóch meczach pod rząd, w sumie w 2011 roku Roberto desygnował 6 różnych zestawień, a to tylko dwie pozycje i 4 zawodników). Tak wymuszona stabilizacja powinna wyjść nam na dobre. I tak wiadomo, że dominującą postacią jest powracający po kontuzji Kompany. Grunt to wybrać dla niego odpowiedniego partnera. I tym kimś będzie Joleon. Oby tego nie schrzanił tak jak pewien pojedynek główkowy z piłkarzem bez formy... Echo skandalu powoli ucichło i wróciliśmy do zmagań ligowych tylko po to, aby obejrzeć powtórkę z rozrywki - kolejny słaby mecz City na własnym stadionie. Wymęczone zwycięstwo równie dobrze mogło się zmienić w pozbawianą składu i ładu pogoń za wynikiem, tak jak tydzień wcześniej z drużyną Hughesa. Mancini mówi o zmęczeniu materiału, czy jednak zawodnikom aż tak bardzo nie chce się zdobywać trzech punktów i np. mieć 2:0 po godzinie gry? Wygrana wiszące na włosku mogła z łomotem spaść w każdej chwili – błąd sędziego, złe podanie, inwazja UFO, jednobramkowe prowadzenia to za mało, aby pozwalać sobie na niedokładność, odpuszczanie niektórych piłek, brak koncentracji i kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Bo przyjdzie takie Dynamo Kijów, zespół ambitny, grający u siebie i niesiony dopingiem wiernych kibiców, i pokaże nam brutalnie miejsce w szeregu. Zadyszka City? Mało powiedziane.
Nie wiem jak Mancini wyobrażał sobie stracie z zespołem Jurija Siomina. Klasą Dynamo przewyższa takie Wigan wielokrotnie, a nastawienie The Citizens pozostało bez zmian. Niedomagająca pomoc(gdzie byli Barry, Zabaleta i Yaya w pierwszej połowie nie wie nawet Roberto), nie rozumiejący się napastnicy… lista zastrzeżeń wzbogaciła się dziś o Harta, który ewidentnie zawalił gola Szewczenki. Przed City mission impossible: odrobić dwa gole, nie stracić przy tym żadnego, gdyż wtedy do awansu potrzeba będzie aż 4 trafień(przypomina się ćwierćfinał P.UEFA z HSV Hamburg, tam po porażce 1:3 w Niemczech Błękitni wygrali u siebie 2:1 po jednym z najlepszych spotkań w sezonie). Co raz częściej myślę o City jak o drużynie bez charakteru, z ogromnym potencjałem sportowym, ale bez piłkarskiej złości, ducha walki. Co z tego, że w drugich 45 minutach po boisku zawodnicy wreszcie zaczęli poruszać się i kopać tę cholerną futbolówkę na miarę swoich umiejętności? To w tym sporcie za mało; minimalizm Manciniego kompletnie się nie sprawdza, a taktyka – to taki mały pstryczek w nos opasłym dyskusjom na jej temat - bez poważnych wykonawców jest tylko zbiorem cyferek i umownych ustaleń, gdzie ktoś powinien się znajdować. Czekam na prawdziwe City z kręgosłupem biegnącym od Kompany'ego przez de Jonga, Silvę, aż po Teveza. W kwietniu dojdzie Adam Johnson, formę utrzyma Micah Richards, więcej wymagać będziemy od Dżeko i Balotellego. Do końca sezonu pozostało minimum 11 spotkań. Liga Mistrzów priorytetem. Trofeum smakowitym dodatkiem. Ten statek jeszcze nie utonął, ale wzburzone morze nie pomaga ustabilizować kursu. Roberto Mancini musi wziąć stery mocno w swoje ręce, inaczej właściciele będą szukać nowego kapitana. To już nie jest przebąkiwanie w środku sezonu po porażce z Lechem w Poznaniu, lecz realna ewentualność. Której, jak kocham ten klub, chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Teraz Reading. Potem z Dynamem o honor(w awans, wybaczcie, nie wierzę specjalnie) i wreszcie z wciąż panującym mistrzem na Stamford Bridge. Test na teście testem pogania. Chciałoby się nie mieć w klubie bogatych szejków i nie odczuwać presji z każdym dotknięciem murawy. Na ten luksus, mimo milardów, wciąż nas nie stać :-)
środa, 02 marca 2011
Nie, to nie jest wpis o ligowcach znad Wisły, którzy znani są z tego jakże idiotycznego stwierdzenia, iż przed sezonem są bez formy, a w trakcie sezonu wręcz automatycznie się męczą, jak za magicznym dotknięciem czarodziejskiej piłki.
Znużenie to stan, jaki obecnie przeżywam oglądając Manchesteru City. Spotkanie z Fulham miało być kolejnym z serii zaplanowanych zwycięstw, a okazało się wstydliwą porażką. Co z tego, że remis? Jak inaczej pisać o drużynie, która korzystnie prezentowała się przez jakiś kwadrans i to po wejściu Patricka Vieiry, nota bene jednego z najsłabszych zawodników w kadrze The Citizens? Roberto Mancini chyba nie zorientował się, że jego piłkarze zwyczajnie nie chcieli wygrać tego spotkania, a remis satysfakcjonował ich jakby to było pucharowe starcie na wyjeździe. Nie ma Silvy, de Jonga i Kompany'ego, ale to nie znaczy, że kontuzjami czołowych zawodników można bronić tak kiepskiego występu. Chyba pierwszy raz w tym sezonie odpuściłem sobie końcówkę drugiej połowy i rzekomą pogoń za zwycięstwem. A oglądając powtórkę, doszedłem do smutnego wniosku, iż dobrze zrobiłem. Publika zresztą też nie zachwyciła, praktycznie rozminęła się z widowiskiem, mało hałasu i zagrzewania do boju w połączeniu z apatyczną postawą Błękitnych dało przygnębiający obraz na Eastlands. I cholera, historia musi się powtarzać. Wygrana na Craven Cottage i remis na CoMS to znana śpiewka z zeszłego sezonu. W obecnym, amplituda między genialnym 4:1 na wyjeździe a niedzielnym remisem, jest jeszcze większa i bardziej frustrująca. Lista występów pod znakiem przecież to było do wygrania/zremisowania się niebezpiecznie wydłuża. Będzie czego żałować, jeśli Liga Mistrzów wymknie się nam z rąk. A razem z nią poleci Roberto Mancini.
(Jamie McDonald/Getty Images Europe) I co tu o taktyce rozmawiać, skoro wszyscy jej wykonawcy zawiedli? 4-3-3 ze słabymi tego dnia bocznymi obrońcami, tracącym formę Yayą Toure, bezbarwnym jak zawsze Barrym, Tevezem, który jeśli nie strzeli, to The Citizens nie potrafią wygrać...? Czego by Włoch nie wyczarował, to bez zaangażowanych piłkarzy nie da się przekuć w korzystny wynik. A tabela nie kłamie: W sześciu ostatnich kolejkach EPL zdobyliśmy zaledwie osiem punktów - tyle samo co West Ham United i Birmignham City, a mniej niż pierwsza piątka ligi plus Liverpool. Po wczorajszym zwycięstwie Chelsea nad The Rags ciaśniej zrobiło się na miejscach od trzeciego do piątego. Drobna przewaga nad CFC i Tottenhamem prysła - jeśli te drużyny wygrają swoje zalegle mecze, to Spurs zrównają się punktami z City, a Chelsea nas wyprzedzi o jeden punkt. Co i podwyższa i tak nieźle podbitą temperaturę starcia obu zespołów na Stamford Bridge 20 marca. A za godzinę zmierzymy się na CoMS z Aston Villą, po raz trzeci w tym sezonie. Kilka godzin temu obejrzałem powtorkę Everton - Reading i muszę przyznać, że goście pokazali fajny, twardy angielski futbol i mogli wygrać więcej, niż tylko 0:1. Jeśli uda się nam objechać The Villans, to droga do półfinału będzie wcale nie taka prosta. Czas uciekać przed TV. Mimo mojego zmęczenia tym sezonem: C'mon City! PS Wszystkim kibicom United dziękuję za serdeczne życzniea z okazji 35. rocznicy ;-) to fantastyczne, że jesteści tacy świetny z naszej historii, z której ani przez moment nie zamieniłbym na waszą.
piątek, 04 lutego 2011
Pamiętny sezon 2003/2004 - przedostatni Kevina Keegana w Manchesterze City, pierwszy w historii na lśniącym, nowiutkim City of Manchester Stadium. Dziewiąte miejsce na koniec poprzedniej kampanii i niespodziewany awans do Pucharu UEFA rozbudził oczekiwania - nadszedł czas na coś więcej. Maine Road pożegnane w typowy dla City sposób - porażką. A ostatniego gola na starym stadionie zdobył Marc-Vivien Foé, dwa miesiące przed swoją śmiercią. Sezon 2003/2004 miał być wyjątkowy i taki był, choć z zupełnie innych powodów niż moglibyśmy przypuszczać. Sporo rozczarowań - słaba forma w końcówce ligi i szokujące niepokoje o ekstraklasowy byt, wcześniej fatalny dwumecz z G roclinem, porażka na Old Trafford i odpadnięcie z Pucharu Ligi już w czwartej rundzie. Początek 2004 roku również nie był specjalnie wyjątkowy - w trzeciej rundzie FA Cup trafiamy na zespół Leicester City, występujący wówczas w elicie(co ciekawe ta para powtórzyła się w tym roku), awansujemy dalej dopiero po meczu powtórzonym, a następnym rywalem... znów Koguty. Los bywa czasami okrutnym prześmiewcą, bo to właśnie z drużyną z WHL The Citizens odpadli w Carling Cup... 25 stycznia na CoMS pada remis 1:1 i potrzeba było dodatkowego meczu, aby rozstrzygnąć tę rywalizację. Dokładnie siedem lat temu, po 45 minutach Tottenham prowadził 3:0, a sędzia Styles właśnie wyrzucił krewkiego Bartona z boiska za jak zwykle niepotrzebne dyskusje(szczerze powinien i tak wylecieć wcześniej za brutalny faul). No właściwie nie wyrzucił, a zabronił pokazywać się Joe'emu w drugiej połowie, bo kartkę Styles pokazał po gwizdku na przerwę. To co działo się później na zawsze przejdzie do historii Manchesteru City, Tottenhamu, FA Cup i angielskiej piłki. Tego nie da się opisać - to trzeba zobaczyć na poniższym wideo. A Kevin Keegan miał zapytać jednego z trenerów City Where's the nearest job centre? Może nie był to najważniejszy mecz Błękitnych w tej dekadzie, ale z pewnością jeden z najbardziej niewiarygodnych i niesamowitych. Najlepszy powód, aby pokochać ten klub.
Tottenham Hotspur - Manchester City 3:4(3:0) King 2., Keane 19., Ziege 43. - Distin 48, Bosvelt 61., Wright-Phillips 80., Macken 90. Tottenham Hotspur: Kasey Keller, Christian Ziege (Johnnie Jackson 60.), Stephen Carr, Ledley King, Dean Richards, Anthony Gardner, Stephane Dalmat, Michael Brown, Simon Davies, Helder Postiga (Gus Poyet 9.), Robbie Keane. Man City: Arni Gautur Arason, Michael Tarnat, Sun Jihai, Richard Dunne, Sylvain Distin, Joey Barton, Trevor Sinclair (Steve McManaman 80.), Paul Bosvelt (Antoine Sibierski 80.), Shaun Wright-Phillips, Nicolas Anelka (Jon Macken 27.), Robbie Fowler. PS To wideo nie jest najlepszej jakości, estetom polecam ten link.
czwartek, 20 stycznia 2011
Dziesięć(w większości pięknych) goli, dwa rzuty karne, tyleż samo wpadek sędziowskich i jeden bramkarski babol, do tego kupa emocji i zażartej walki – jeśli znacie lepszą reklamę Pucharu Anglii, dajcie znać w komentarzach. Dziś mniej o poszczególnych piłkarzach, taktyce i znaczenia meczu z Leicester w kontekście całego sezonu, gdyż mam zamiar pozachwycać się ideą FA Cup i naszym dzisiejszym przeciwnikiem. Kibice Manchesteru City przechodzą obecnie wyjątkową przemianę. Dane im jest kibicować zupełnie innemu klubowi, niż 10 lat temu. Wówczas ich oczekiwania nie były wygórowane - wrócić do Premiership, zagrać kilka razy na nosie United, osiągnąć w najlepszym wypadku Puchar UEFA. Żadnych wielkich transferów, mistrzowskich aspiracji, więcej kontestowania typical City i futbolu jednak jako rozrywki, sportu bez parcia na wielkie sukcesy. Ot, przeciętny angielski zespół ze swoimi zaletami i wadami. Od chwili przejęcia City przez szejków wszystko się zmieniło. Maszyna napędzana petrofuntami musi dotrzeć do celu najszybciej jak się da, koszta nie grają roli. Fani zmagają się z co raz większymi oczekiwaniami, remis nie satysfakcjonuje, wygrywać trzeba choćby z Liverpoolem czy Chelsea, choć to rywale przez lata poza zasięgiem Manchesteru City. Nie ma lekko.
Leicester City ze Svenem-Goranem na ławce trenerskiej zaprezentowało futbol znany nam z boisk Premiership w wykonaniu beniaminków – twardy, nieustępliwy, szczególnie w starciach w powietrzu, ale za to słabszy w defensywie. Stąd aż 6 goli na koncie Lisów przy czterech strzelonych najlepszej defensywie w Premiership, pal licho, że do obu dzisiejszych bramek dojść nie powinno – karnego przecież nie było, a spalony był wyraźny -
Leicester City ze Svenem-Goranem na ławce trenerskiej zaprezentowało futbol znany nam z boisk Premiership w wykonaniu beniaminków – twardy, nieustępliwy, szczególnie groźny w starciach w powietrzu, ale za to słabszy w defensywie. Stąd aż 6 goli na koncie Lisów przy czterech strzelonych najlepszej defensywie w Premiership. Pal licho, że do obu wczorajszych bramek dojść nie powinno, karnego przecież nie było, później zaś spalony był wyraźny, a do tego drugiego gola na Walkers Stadium sprezentował gospodarzom Hart. To bez znaczenia, bo i tak Leicester, choć za chwilę zapomnę większości nazwisk piłkarzy tego klubu, zasłużyli na słowa najwyższego uznania za dominację w pierwszym spotkaniu i naprawdę niezłe momenty na CoMS. Za tego typu występy kocha się FA Cup, jego przewidywalną nieprzewidywalność. I pomyśleć, że niedługo jedziemy na boisko trzecioligowego Notts Country – awansować rzecz niby konieczna, ale znów liczę na więcej ze strony rywali. Osobny akapit należy się Neilowi Youngowi - trybut na jego cześć stanowił piękne tło pucharowego pojedynku między Leicester a The Citizens. O Neilu pamiętamy ze względu na gola w finale FA Cup z 1969 (poza tym nie zapominamy gola strzelonego Hubertowi Kostce w finale PZP rok później). Fani z Manchesteru spisali się na medal(zwłaszcza na wyjeździe) przywdziewając czerń i czerwień. Identycznie piłkarze - koszulki w których wyszli na boisko zostaną sprzedane na aukcji, a dochód z niej zostanie przekazany na rzecz organizacji walczącej z rakiem, którego u Younga niedawno wykryto. Klub nie pozostawił swojej legendy bez pomocy - postawa godna najwyższej pochwały. PS Gdyby ktoś jednak był głodny analizy taktycznej, to zapraszam tutaj
poniedziałek, 25 stycznia 2010
![]() Kiedy od finału Carling Cup dzieli City tylko jeden czerwony przeciwnik, to w drugim pucharze można odpaść bezwstydnie po ambitnej walce niżej klasyfikowanego przeciwnika, luzując nieco mentalność zwycięzców. Scunthorpe wprawdzie zabrakło i to sporo, aby sensacja stała się faktem, nie mniej - widowisko było przyjemne dla oka kibica City, a obojętni fani piłki kopanej nie mieli powodów do narzekań.
niedziela, 24 stycznia 2010
Nie ma szczęścia do losowań. Poprzednim razem, w czwartej rundzie Carling Cup, trafiając na City of Manchester Stadium wyjechali z bagażem pięciu goli w sieci. A dziś, rangę spotkania w ramach Pucharu Anglii można określić jako "przerywnik między derbami". A to przecież drużyna, którą należy w piłkarskim światku stawiać innym za wzór.
|
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||