Wpisy z tagiem: Newcastle United
niedziela, 20 listopada 2011
Manchester City po zwycięstwie nad Newcastle pozostał jedynym niepokonanym zespołem w Premiership. Zdobyć wczorajsze trzy punkty przyszło w zasadzie dość łatwo - mimo zwartych szeregów dwa razy niechlubnie do akcji wszedł Ryan Taylor - za pierwszym razem to on zagrywał ręką w polu karnym po strzale Toure, za drugim zaś dał sobie odebrać piłkę Richardsowi, który nie miał kłopotu z pokonaniem Krula w sytuacji sam na sam. Chwilę przed tymi wydarzeniami spodziewałem się remisu do przerwy i w miarę szybkiego gola tuż po wznowieniu, jednak dwa gole do szatni załatwiły sprawę.
Plan Newcastle opierał się na szczelnej defensywie i nielicznych próbach kontrataku, inaczej niż to wymyślił Neil Warnock dwa tygodnie temu - jeśli drużyny oddają City piłkę i w ostatecznym rozrachunku kończą mecz z niczym, to lepiej spróbować przejąć inicjatywę i zobaczyć co się stanie. QPR Warnocka nie dało rady, ale pokazało, że The Citizens da się stłamsić, natomiast Pardew, pozbawiony Obertana i Tiote, nie widział swojej drużyny w roli kogoś więcej, niż tylko organizowanego, natrętnego i przeszkadzającego stada srok. Oczywiście, udało się wykreować gościom kilka naprawdę dobrych okazji do bramki, ale znów Joe Hart, identycznie jak czynił niegdyś Given, pokazał jak ważnym jest ogniwem drużyny.
Are you watching, Fabio?! Kolejny świetny występ zaliczył Micah Richards i znów wypada osaczyć Fabio Capello pytaniami, dlaczego nie znajduje miejsca dla Anglika w reprezentacji. nie potrafię tego zrozumieć - Micah gra obecnie na bardzo wysokim poziomie, jego ofensywne wejścia robią furorę, ponadto jego koncentracja w defensywie znacząco wzrosła. Wczoraj gol i asysta, do tego takie offensive run, że kończył w polu karnym główkując bądź podając do Balotellego z pola karnego. Nie wierzę, iż Włoski selekcjoner nie jest świadomy, iż forma Richardsa stopniowo rośnie od początku zeszłego sezonu, aż po kapitanowanie City podczas nieobecności Kompany'ego. Zgadzam się ze słowami autora tego postu, pozostawienie MR poza składem drużyny narodowej to spory błąd i powód do frustracji dla zawodnika, którego progres jest nie do zakwestionowania. Na szczęście Micah wie co robić - ciężka praca jak zwykle jest najlepszą receptą na wszelkie kłopoty. Nasri nie jest Silvą. Jeszcze. Oszczędzenie magicznego Davida przeciwko Newcastle w moim odczuciu miało dać większe pole do popisu Samirowi na pozycji 'wolnego rozgrywającego'(a także mały test dla całej ekipy), jednak póki co Francuz nie jest na tyle zgrany z drużyna, aby podjąć to wyzwanie. Większość jego dotychczasowych asyst 'wychodziła' z lewego skrzydła, szczególnie widać to było w spotkaniu z Blackburn, gdzie kontuzja Aguero wymusiła zejście Mario na szpicę, a Nasri wszedł na lewe skrzydło i wespół z szalonym Mario dał City drugiego gola. Zresztą, Samir w sobotę wymienił mniej podań niż chociażby... Clichy. Drugi z Francuzów rozegrał doskonałe spotkanie i po miesiącach milczenia należy mu się kilka osobnych zdań. Podania wykonane/niecelne 84/8 66/8 to naturalnie dość pobieżny przykład, jak Nasri był niewidoczny przeciwko dobrze broniących się piłkarzach Alana Pardew. Jednocześnie chciałem pokazać, jak Samir starał się wejść w buty Silvy, to znaczy poprzez obecność w każdym sektorze boiska rywala i próby rozegrania piłki, aczkolwiek aby zastąpić godnie Hiszpania potrzeba więcej chwil przy piłce oraz więcej przestrzeni między formacjami przeciwnika. Głęboko cofnięte Sroki ukrócały swobodę Francuza i to też trzeba mieć na uwadze - Silvą na tę chwilę on nie jest, ale ma mnóstwo czasu, aby w razie czego osiągnąć podobną charakterystykę gry. Co do Gaela, jego statystyki, a także sam styl gry, bardzo mi zaimponował. 6 przechwytów, 4 udane odbiory piłki(na 6 prób) plus osiem(na 9) "czyszczeń" skutecznie zahamowało ataki gości z prawego skrzydła. Nawet wracający do składu City Nigel de Jong się tyle nie napracował :) Clichy'emu chwałę odbiera Richards, który kreuje więcej szans kolegom i częściej trafia do siatki, co nie powinno zatrzeć nam obrazu - lewa obrona The Citizens jest obstawiona bardzo solidnie. Narzekania kibiców Arsenalu na defensywne walory Clichy'ego nie znajdują potwierdzenia w meczach City, z czego wypada tylko i wyłącznie się cieszyć. Newcastle United zakończyło swą passę bez porażki - wobec zerowej zdobyczy Chelsea wciąż utrzymują trzecią lokatę, ale aby utrzymać wysokie miejsce w lidze muszą odważniej podejść do starć z klubami teoretycznie lepszymi. Aczkolwiek wielkie słowa uznania należą się samemu Alanowi Pardew - praktycznie każdy z nas, interesujący się ligą angielską, skreślił jego szanse, gdy obejmował Sroki po szokującym zwolnieniu Hughtona. Bez względu na ostateczny wynik ciężkiej serii spotkań Newcastle ma spore szanse na dobry wynik w lidze(acz nie postawiłbym pieniędzy na ich miejsce w Europie), o ile Mike Ashley zachowa zimną krew. Zmiana nazwy stadionu była totalną głupotą. Wyrzucenie Pardew - wiem, piszę o tym zdecydowanie przedwcześnie - nawet po trzech, czterech porażkach z rzędu może się okazać złe w skutkach. A to przy, tak zachowawczej i nieskutecznej taktyce, w decydujących momentach spotkań może okazać się bolesnym faktem i nie tylko uziemić Sroki, ale i pozbawić ich dłuższy czas skrzydeł. W przypadku City, wygrana dała jeszcze większą pewność siebie, którą za chwilę na próbę wystawią trzy bardzo silne zespoły - Napoli w Lidze Mistrzów(o awans z grupy!), Liverpool w Premier League i Arsenal w Carling Cup. A w grudniu będzie jeszcze ciekawej! Nic tylko powtórzyć zdanie, napisane tu wielokrotnie - nastały niesamowite chwile dla każdego kibica Manchesteru City. C'mon City!
wtorek, 28 grudnia 2010
Ledwie człowiek ucieknie od stołu przerażony obżarstwem i galopującą wagą niczym u polskich piłkarzy, a tu z jednych świąt wpada w drugie, w pewnym sensie równie leniwe. To w końcu chodzi o najlepszą ligę na świecie i bodaj najciekawszy moment w rozgrywkach – bożonarodzeniowo-noworoczne szaleństwo połączone z trzecią rundą Pucharu Anglii. Yummy! Dla Manchesteru City najbliższe dwie kolejki to ważne preludium przed wyjazdem na Emirates stadium, a także okazja do poprawienia mizernego bilansu na własnym stadionie. Bo forma wyjazdowa The Citizens jest – tabela nie kłamie, 20 punktów w dziesięciu spotkaniach – najlepsza w Premirship, co potwierdziło wczorajsze zwycięstwo nad Newcastle United. Wcześniej jednak przyszło przełknąć drużynie Manciniego tę samą gorzką porażkę, której doznały w niedzielę Sroki. Ale po kolei, pewnie zaległości muszę zostać nadrobione.
Co w sobie ma Everton, że nawet będąc w beznadziejnej formie i bez zwycięstwa od siedmiu spotkań potrafi wznieść się na wyżyny możliwości i znów wygrać na swoim ulubionym(poza Goodison Park oczywiście) stadionie? Jakaś okolicznościowa(i chwilowa) krucjata w stylu ‘biedny bije bogatego’? Nie wierzę, iż nagle zespół Moyesa rozpocznie triumfalny marsz w górę tabeli po atak na Ligę Mistrzów włącznie, mimo iż jego zeszłotygodniowa postawa sugeruje nie na żarty istnienie wielkiego potencjału w niebieskim Merseyside. Jedno wiem na pewno - talent do psucia humoru innym mają już świetnie wykształcony. Wystarczy wspomnieć, że Everton jako pierwszy zadał Manciniemu porażkę na angielskich boiskach, a do tego – 19 grudnia Włoch świętował swój roczek na Eastlands i miał okazję sprawić sobie i kibicom świetny prezent: fotel lidera przynajmniej do Boxing Day. Co się jednak wydarzyło dwa dni później na CoMS, widzieliśmy. Mimo przygniatającej przewagi i miliarda strzałów na bramkę Howarda Everton znów wyjechał z Manchesteru z pełną pulą. Punktów naturalnie szkoda, pierwszego miejsca w tabeli również, ale… widowisko było przednie. Czasami wolę przegrać mecz po naprawdę genialnej i emocjonującej rozgrywce, niż wygrywać wszystko po 5:0 z 70% posiadania piłki, a piłkarze Moyesa dzięki bohaterskiej postawie w ‘10’ i zabójczej skuteczności sprowadzili porażkę The Citizens do miana chwalebnej. Brzmi to dość romantycznie, ale jakże pasuje do Błękitnych – rok Manciniego na Eastlands, porażka, jego 48. urodziny – stracone 3 punkty w ostatniej minucie spotkania ze Stoke. Wszystkiego, khem, najlepszego.
Z drugiej strony - życzenia to nie tak znów ironicznie, gdyż Boxing Day, 365 dni temu zwycięski debiut Roberto na ławce City ze... Stoke, kolejny raz padło łupem Manciniego. Pierwsze pięć minut na St. Jamek Park jak żywo przypominało pogrom Burlney z zeszłego sezonu, ale na to chyba nikt nie liczył – mimo dwóch ekspresowych goli to gospodarze dominowali w posiadaniu piłki i prowadzeniu gry przez resztę spotkania. Zaledwie jedna bramka stracona mimo będącego nie do zatrzymania Carrolla to wynik nad wyraz imponujący. Właśnie takimi rezultatami Mancini pokazuje swoją wyższość nad swoim poprzednikiem. Ale Hughes pod koniec swoich rządów nie miał do dyspozycji fenomenalnego Teveza(w grudniu 2009 Carlito dopiero łapał wiatru w żagle). Kluczowe tym razem okazały się trzy podania – do Barry’ego po błędzie Krula, do Milnera, który potem idealnie obsłużył Teveza, no i to krótkie zagranie do Johnsona, pozwalające wymanewrować obronę Srok. Właściwie powinienem napisać, że o niedawnych zawirowaniach z odejściem Carlito możemy zapomnieć, ale… poczekajmy do lata. Tak szybki rozwój wydarzeń sugeruje, że Tevez albo nie przemyślał(mimo tego, co sam twierdzi) kompletnie swojej decyzji, albo otrzymał jakieś zapewnienia – może pozwolenie na transfer po sezonie(zwłaszcza jeśli nie uda się nam dostać do Champions League), bądź też obietnicę zmian w pionie zarządzającym(najmniej prawdopodobne, nie ma piłkarza, który mógłby zwalniać innych pracowników), lub zwyczajnie po ludzku – przemówiła jakaś astronomiczne kwota, choć klub i piłkarz wprost tego nigdy nie przyznają. W każdym razie, cała drużyna zasłużyła na pochwały za to kolektywne osiągnięcie na St. Jamek Park. Nieco słabiej zagrali boczni obrońcy i zgodnie z przewidywaniami, obaj zasiądą na ławce w meczu z Villą(moja zapowiedzieć na mcfc.pl tutaj). Ano właśnie, starcie z Aston Villą już za kilkadziesiąt minut, ale nie czuję tego napięcia, co dwa dni temu. Zwłaszcza, że nie zagrają ani Ireland, ani Dunne, sporo smaczków uciekło i będziemy światkami zwykłego ligowego spotkania, które z tak mizernymi gośćmi po prostu trzeba wygrać. Więc na ten temat – po ostatnim gwizdku.
poniedziałek, 04 października 2010
Dzień przed rozpoczęciem siódmej kolejki ligi angielskiej Manchester City opublikował sprawozdanie z minionego roku finansowego. Z tego powodu na Twitterze zagadnął do mnie Pawlaczek(kibic Arsenalu i mój główny przeciwnik w lidze typera Ruch Lewostronnego) z pytaniem, czy na blogu napiszę jakiś komentarz w tej sprawie. Jako że nie lekceważę nigdy moich czytelników(Pawlaczek za takowego się uważa), grzecznie odparłem, że nie, bo i tak nie ma czego komentować – kto inwestuje, ten w początkowej fazie zawsze notuje straty. Niemniej przeanalizowałem publikacje, które się ukazały na ten temat i swoje wnioski zawrę w niniejszym tekście. Trochę na przekór sobie, a co mi tam. Tytułowy overreacting nie będzie jednak tak mocno związany z finansami The Citizens. Bo naprawdę – jeśli bodaj pierwszy raz zgadzam się z tym, co mówi Garry Cook, to nie ma o czym dyskutować. Media angielskie również przyjęły ‘cyferki’(oczywiście na minusie, podaje się kwotę 121 milionów funtów) bardziej z zaciekawieniem(kiedy osiągną poziom płac Chelsea?), niż ze śmiechem czy złośliwością. Może w końcu się przyzwyczaili, że nas(tj. klub rządzony przez szejków) na takie wydatki zwyczajnie stać. Wspomniany Cook rzekł:
Podkreślone słowa mnie osobiście uspokajają(inne ciekawostki przeczytacie tutaj), gdyż czekałem na to, aż wreszcie padną. Reszta, tak bardzo narzekających na psucie futbolu i tego typu bzdury, także powinna odetchnąć z ulgą. Teraz Manchester City nie będzie kupował i wydawał miliony petrofuntów, tylko będzie zwyciężał i sięgał po trofea. Prawda, że to brzmi pięknie? ;-) Swoją drogą, jeśli Arsenal w ramach autorskiej polityki potrafi osiągać bardzo dobre wyniki – to dobrze dla nich, ale Błękitna strona Manchesteru jest w zupełnie innym miejscu pod wieloma względami. Zresztą takie same wnioski płyną z porównania z Chelsea czy United. I tak sobie myślę, że dla dobra angielskiej piłki lepiej, że szejkowie z Abu Dabi nie są aferzystami i kanciarzami, którzy mogliby zniszczyć co by nie było barwny klub piłkarskiego światka. W dodatku wielkie inwestycje - jak to w gospodarce bywa - zwiększają konkurencyjność, a tej nigdy nie za wiele. Patrząc z rynkowego punktu widzenia, nie dziwią mnie głosy, iż próby ograniczania budżetu klubów przez UEFA mogą nie sprostać prawu unijnemu i generalnym przekonaniu, że konkurencję należy wspierać. Kiedy będzie bliżej decyzji władz piłkarskich, na pewno odpowiednia notka powstanie. Tymczasem, wracając do City, jestem przekonany, że mamy odpowiedniego trenera i zawodników, aby osiągać założone sukcesy. A że w jakimś stopniu się to udaje – mówi tabela. Po zwycięstwie z Newcastle United zajmujemy pozycję wicelidera. Oczywiście jestem z niej niezwykle zadowolony(mimo iż jeszcze daleko do końca sezonu), ale z samego spotkania przeciw Srokom – już nie bardzo. Wielokrotnie na blogu podkreślałem, że nie znoszę zwycięstw uzyskanych przez błędy sędziowskie. Wprost nienawidzę, gdy moja drużyna wygrywa, bo sędzia zagwizdał niesłuszny rzut karny, albo w jakiś inny sposób ewidentnie okradł przeciwnika. W niedzielę na CoMS doszło do takiego przekłamania – karnego na Tevezie nie było. Faul, jeśli już go podyktować, miał miejsce przed polem szesnastki, a i do samego przewinienia wątpliwości mam całkiem sporo. To raz. Dwa – starcie Lescott-Ameobi. Joleon był rozpędzony, do tego śliska murawa i co by nie mówić, powalił napastnika gości, to spokojnie mogła być jedenastka.
Sędzia Atkinson(jego asystent?) nie miał jednak dobrego dnia, to pewne. Bo i w sytuacji z de Jongiem mógł mimo wszystko rzut wolny podyktować, ja nawet nie protestowałbym przed żółtą kartką, ale na pewno – co sugerowało część kibiców, stąd moje tytułowe overreacting – to nie był faul na czerwień. Spójrzcie na wejścia Henry’ego(Wigan-Wolves) czy Collinsa(Spurs-Villa). Jeden został wykluczony, drugi się o to otarł. Kontuzja Ben Arfy paskudna(życzę mu, żeby jak najszybciej wrócił do zdrowia), ale Holender atakował piłkę ostro, bo ostro, jednak skutecznie w nią trafił, a dopiero jego prawa noga zahaczyła o Francuza w tak nieszczęśliwy sposób. Oczywiście Nigela w ostatnim czasie łatwo krytykować za takie akcje – kung-fu w finale Mistrzostw Świata, atak na Stuarta Holdena w meczu z USA… to jednak incydenty. De Jong to świetny, nieustępliwy defensywny pomocnik, prawdziwy skarb Manchesteru City. A że granica między nieustępliwością a rzeźnictwem jest bardzo cienka, to widzieliśmy w niedzielę. Nie wiem, czy van Marwijk słusznie czyni odsuwając zawodnika od reprezentacji, ale z drugiej strony – Nigel odpocznie i będzie w dobrej dyspozycji na nadchodzące mecze City. Innym tematem zajmującym prasę i dziwnie podkreślanym jest fakt, iż Adam Johnson od czasu do czasu usiądzie na ławce rezerwowych. Szczerze jestem zdumiony reakcją Anglików na decyzje Manciniego – czyżby nie oglądali uważnie meczów The Citizens? Z moich obserwacji wynika, że młody reprezentant kraju przy całym swoim talencie efektywnie gra przez mniej więcej 60-70 minut gry. W obecnej sytuacji zespołu Roberto nie jest możliwe, aby Adam występował non-stop, przecież kadra jest na tyle szeroka, że nie ma takiej potrzeby, poza tym Włoch lubi mieć sporo opcji na ławce(tym różni się od zachowawczego Hughesa). A że świeży piłkarz może wywrzeć na zespół ogromny wpływ, również wiemy po wprowadzeniu Johnsona i pięknym golu na 2:1. Relacja pomiędzy nim a Włochem moim zdaniem układa się wzorowo, a że Mancini ostrzegł młodziana przed zbytnią pewnością siebie? Nic w tym niestosownego. Wszystkim nam lekcja pokory się przyda. Bo wicemistrzami jeszcze nie jesteśmy. |
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||