Wpisy z tagiem: Bayern Monachium

piątek, 09 grudnia 2011

Żegnaj Ligo Mistrzów. Środowe zwycięstwo z Bayernem Monachium, pozbawionym kluczowych zawodników i motywacji do zwycięstwa, to za mało aby awansować z grupy A. Villarreal bez niespodzianki uległ ekipie Waltera Mazzarego i trzy punkty zdobyte na Etihad był jedynie pocieszeniem na rozstanie z Champions League.

Nie ma powodu do paniki. Rozsądek nakazuje pokornie uznać wyższość sprytnego Napoli i doświadczonego Bayernu oraz poczekać na swoją szansę w przyszłym roku. Odpadnięcie to naturalnie nic przyjemnego, jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, iż przeznaczeniem The Citizens przed rozpoczęciem sezonu było zwojowanie Premier League. Europejskie rozgrywki zaś należało potraktować jak mały poligon doświadczalny, bez parcia na końcowy sukces. Być może Roberto mógł uspokoić swój ofensywny hurraoptymizm na Allianz Arena, czym pozbawił zespół na korzystny wynik(aczkolwiek to nie on broni stałe fragmenty gry...). Być może lepszym rozwiązaniem w Neapolu było zamurowanie bramki przy stanie 1:1. Lubię, kiedy chcemy wygrywać. Nie lubię, kiedy taka postawa prowadzi do porażek.

Jakkolwiek by nie gdybać, przygoda z Champions League to naprawdę solidny materiał do analizy zarówno dla sztabu szkoleniowego, jak i samych piłkarzy. Oczekuję, iż Mancini szczególnie wyciągnie wnioski z dwumeczu z Napoli. To, w jaki sposób superszybkie kontry zniszczyły długo budowaną dominację w środkowej strefie boiska nie może pozostać bez taktycznych i personalnych odpowiedzi w przyszłości. Przy tak nastawionym rywalu precyzja oraz dobre decyzje wydają się bezwzględnie konieczne, aby cokolwiek ugrać. Gdy zespół zaprasza do ataku większą liczbę zawodników, to nie może oddać piłki tuż przed polem karnym i oczekiwać, że przeciwnik nie skorzysta z takiego prezentu, mając w składzie zawodników urodzonych na kontrze, takich jak Lavezzi czy Cavani. 

SilvaAlex Livesey/Getty Images Europe

Nie jestem zawiedziony. Wiem, że Manchester City dał z siebie wszystko, aby z niełatwej grupy awansować i jednocześnie cieszy mnie, iż te nieudane starania nie wpłynęły znacząco na postawę w lidze(warto przypomnieć - po każdej kolejce LM The Citizens grali w Premiership na wyjeździe). Mancini umiejętnie rotował piłkarzami, niestety klasa rywali wykluczyła sięgnięcie po głębsze rezerwy(Pantilimon, może Onuoha, Bridge, ktoś z młodych: Rekik, Suarez czy Razak). Styl, jaki miałem przyjemność oglądać, usatysfakcjonował moje przedmeczowe oczekiwania, podobnie z poziomem emocji - nie licząc bezbarwnej drugiej połowy w Monachium. Inna sprawa, że wygrać udało się tylko z przetrzebionym Villarrealem i pewnymi awansu, na wpół rezerwowymi Bawarczykami, co też daje do myślenia.

Nie mam zamiaru zasłaniać się porażkami innych zespołów, choć byłaby to bardzo dobra wymówka. Bo jak wiemy, pewien angielski klub, którego nazwy nie wymienię, zaliczył podobną wpadkę i to w grupie, z której powinien wyjść grając jedną nogą. To jednak mnie nie interesuje, no chyba, że w kontekście walki o tytuł na rodzimym podwórku.

Neapol świętuje
Paolo Bruno/Getty Images Europe

Pozostała więc The Citizens Liga Europejska, która zacznie się w połowie lutego. Losowanie przypada na 16 grudnia i jest szansa na to, aby spotkać się z Legią chociażby. W jakiej fazie będą wówczas Błękitni i jakie siły będą mogli poświęcić na te rozgrywki? Po drodze czeka wiele ciężkich spotkań: za chwilę Chelsea, Arsenal i Stoke, w styczniu trójmecz z Liverpoolem, Puchar Anglii z United i jeszcze na dokładkę na Etihad przyjedzie Tottenham... Mancini wprawdzie deklaruje, iż chce LE wygrać, ale ja bym tych deklaracji tak bardzo serio nie traktował. To znaczy, jeśli uda się osiągnąć finał Carling Cup i utrzymać prowadzenie w lidze, to ewentualne angażowanie się w kolejne rozgrywki może okazać się zbyt ryzykowne. Kontekst Man United jest tutaj wyraźny: z Pucharu Ligi odpadli, również mają przed sobą mniej znaczącą Ligę Europejską, do tego mogą zaraz na starcie odpaść z FA Cup i mieć więcej luzu(a więc przewagi) między starciami w Premiership. Nie chcę powtarzać, ale przyszłość City maluje się niezwykle ekscytująco i nawet jednorazowa porażka w Lidze Mistrzów tego nie zmieni.

Dlatego niech Jens Lehman(wypowiedź iście paradna, o mało nie umarłem ze śmiechu) czy de Laurentis mają swoje chwile radości. Nieśmiało przypomnę, iż na Wyspach poziom szyderstw i przekonania, że nawet pieniądze nie dadzą sukcesów, był równie wielki co majątek rodziny królewskiej z Abu Dhabi, a mimo to dziś lider Premiership jest jeden, reszta ogląda jego plecy. Na triumfy w Champions League przyjdzie więc czas - marsz po tytuł ligowy jest w tym sezonie bezapelacyjnie najważniejszy i to jemu Manchester City wszystko podporządkuje.

PS. Spamowania ciąg dalszy: polub mój blog na Facebooku!

środa, 28 września 2011

Manchester City zasłużenie przegrał z Bayernem Monachium 0:2. I naprawdę, naprawdę chciałbym skupić się wyłącznie na taktycznym planie Manciniego, błędach obrony i klasie Bayernu Monachium, ale jak już pewnie wiecie, o takim wpisie mogę sobie pomarzyć. Wszystko przez Carlosa Teveza i jego odmowę wyjścia na boisko w drugiej połowie, a także pomeczowe komentarze Roberto Manciniego.

FC BayernNa upartego zacznę jednak od spotkania, bo co by nie mówić, pierwsza połowa, szczególnie dwa kwadranse, dowiodły iż Roberto Mancini potrafi zagrać na przekór sobie i ustawić zespół ofensywnie przeciwko rywalowi pod wieloma względami lepszemu. Odwaga w futbolu to rzecz chwalebna, niestety granica pomiędzy nią a niepotrzebnym ryzykiem jest bardzo cienka. Roberto ją przekroczył. Jasne, uwielbiam kiedy Richards i Clichy są bardzo aktywni z przodu(zwłaszcza Anglik miał kilka fajnych wejść), ale ich rajdy zostawiały zbyt dużo miejsca piłkarzom FC Hollywood. Rozumiem założenie: strzelić gola jak najszybciej i przejąć kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Wiele nie brakowało - dwie sytuacja z rzutami karnymi(ten pierwszy bliższy odgwizdaniu imo), sporo dobrych piłek i jeśli nie przewaga, to chociaż wyrównana walka, oczywiście do czasu. Pierwsza bramka pozbawiła mnie wszelkich złudzeń - za słaba defensywa(czy naprawdę musiał grać Kolo Toure?), pozbawiona asekuracji musiała paść. A z nią cały zespół, gdyż w drugiej połowie Bayern grał na luzie, a Błękitni piłkarze miotali się bezradnie w pogoni za piłką.

Mancini - po fakcie zawsze fajnie się mówi - mógł zaryzykować zdrowie Nigela de Jonga i wrócić do nieco defensywniejszego wariantu ustawienia 4-2-3-1, to znaczy tego zastosowanego chociażby w finale Pucharu Anglii, gdzie Yaya był podwieszony za napastnika, obok niego Silva i Nasri(wtedy to był Balotelli), za nimi Barry i de Jong z rzadszymi wypadami bocznych defensorów. Owszem, widowisko wiele by straciło, ale być może udało by się wywieść jeden punkty, tak jak uczyniło to Napoli na Etihad. Zdaje się, że nikt by wówczas nie narzekał.

Na drugą połowę chciałem widzieć dwie zmiany - uszczelnienie środka pola, czyli wprowadzenie de Jonga, oraz zmianą Tevez-Aguero. Holder wszedł dość szybko. Niezadowolenie Dżeko przypominało nieco sytuację z Milnerem w trakcie spotkania z Liverpoolem na Anfield, to znaczy nie wyjdzie z tego nic grubszego, Mancini wyjaśni sobie sprawę z Edinem(niepotrzebnie jednak skrytykował go w mediach) i na tym sprawa się zakończy. A co do Teveza...

Wczoraj stracił ostatni z argumentów na rzecz swojej obecności na Eastlands. Do tej pory każde jego kretyńskie wystąpienia, prośby o transfer i inne mącenie wybaczaliśmy mega profesjonalną postawą na boisku. Nie musiał kochać Manciniego, aby strzelić 24 gole w zeszłym sezonie. Nie potrzebował poparcia kolegów z zespołu, aby grać na 200%. A wczoraj - zidiociał. Tak po prostu. 

Miał szansę wejść na boisko i pokazać menadżerowi, że cholera, wciąż potrafi grać w piłkę. Zespołowi nie szło wybitnie, potrzebował jakiejś iskry, nadziei na lepszy rezultat. A tak zawiódł wszystkich. Był kapitanem, dowódcą ataku wartym swojej pensji. A odmawiając wejścia na boisko zrobił z siebie nieprofesjonalnego durnia. "Małe nieporozumienie"? Chciałbyś. Klub własnie zawiesił Argentyńczyka na dwa tygodnie, aby sprawę wyjaśnić.

Co dalej? Pierwszą reakcją było naturalne: pozwać chama, wykopać z City jeszcze przed powrotem do Monachium, niech siedzi sobie na tej ławce. Ale klub musi myśleć racjonalnie - ewentualne pozwanie Teveza czy próby zerwania kontraktu(CT w pewnym sensie sam to zrobił) choć kuszące, nie mają większego sensu. Przecież na tym piłkarzowi zależy - uwolnić się od Eastlands i wrócić do Argentyny, o czym nie może być mowy. Grunt to podjąć słuszną decyzję - odesłać Apacza do rezerw/kazać trenować samemu i sprzedać w styczniu, choćby cena miała spaść do 20 mln funtów. Oby tylko znalazł się kupiec - może pan Kerimow, właściciel Anżi, zechciałby rebelianta w Dagestanie? Ani, to przecież za daleko rodziny, gdzie tam życie, gdzie restauracje...

Nie ma odwrotu - Mancini został obrażony, tak jak i Manchester City wraz z jego fanami. Dopuszczam myśl, iż Włoski menadżer mógł zachować incydent dla siebie i wyjaśnić go w zaciszu z Mubarakiem, ale... czy nie dość już? Tevez przegiął pałę, mówiąc bardzo brutalnie. Dopuścił się najgorszego z przewinień - odmówił gry klubowi, który płaci mu(a chrzanić to - pensja, choć horrendalna, nie jest w pewnym sensie aż tak istotna) solidne pieniądze, takie, których przeciętny kibic nie zobaczy przez całe swoje życie. I my, biedne szaraki, zasuwamy bez prawa pretensji, że nie czujemy się okej, by pracować.

Tevez nigdy więcej nie będzie bohaterem Manchesteru. Znienawidzony przez obie strony, niech szuka szczęście gdziekolwiek ktoś go jeszcze będzie chciał. Z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków.