Wpisy z tagiem: yaya toure

wtorek, 13 grudnia 2011

Passa 14 ligowych kolejek Manchesteru City bez porażki wreszcie dobiegła końca. Wreszcie, bo oczekiwałem jej przerwania jeszcze w tym roku kalendarzowym, aby uniknąć narastającej presji związanej z atakiem na The Invincibles. Zaś ironia losu wczorajszego rozstrzygnięcia polega na tym, iż do przegranej mocno przyczynił się… ostatni piłkarz pamiętający Niepokonany Arsenal. Na szczęście ewentualne porównania do tamtej niesamowitej drużyny mamy już za sobą, choć naszą serię również przerwała stołeczna Chelsea.

Podobnie jak po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, nie jestem ani specjalnie zły, ani zaniepokojony. Ot, dla każdego kicia City przegrywanie nie jest i nigdy nie było niczym nieprawdopodobnym. Stara dobra przyśpiewka Błękitnych z lat 90 We never win at home and we never win away, We lost last week and we lost today wbrew pozorom jest wciąż żywa i fakt, iż liczymy się w walce o mistrza, ba, wciąż jesteśmy liderami, nie ma większego znaczenia. Nie powstrzymuje mnie to oczywiście przed oceną przebiegu spotkania czy postawy niektórych piłkarzy.

Czerwo dla GaelaJulian Finney/Getty Images Europe

Zacznę od najgorszego na boisku w barwach City. Nie, to nie Gael Clichy – Francuz nie był należycie asekurowany w starciach z będącym w wysokiej formie Sturridgem i to w którymś momencie musiało się źle skończyć. Zdecydowanie większą winę w moim odczuciu za pierwszego gola ponosi Yaya Toure, który po prostu wpuścił Meirelesa w pole karne i pozwolił mu wbić gola na remis. To jednak wierzchołek góry lodowej, pomocnik City w ogóle zagrał jedno najsłabszych spotkań w swojej karierze na Wyspach. I może uważać się za szczęściarza, bo tak głupich fauli sędzia wybaczać nie powinien. Najpierw zwykły faul na Macie i niepotrzebne sprzeczki z arbitrem(jakaś felerna pozostałość DNA Barcelony chyba…), a potem nie wiedzieć po co Yaya głaszcze Hiszpana w twarz. Później padł gol, a w drugiej połowie Toure uznał, iż fajnie będzie spróbować skrobnąć rzepkę bodaj temu samemu rywalowi(poprawcie mnie, jeśli się mylę). Totalny idiotyzm. Nienawidzę takiej postawy. Yaya od czasu do czasu miewa momenty, kiedy mu się nie chce, jest dziwnie rozkojarzony i fauluje w sposób absolutnie niedopuszczalny. A wczoraj jego pozytywna dominacja w środku pola bardzo by się przydała…

faul na Silvie?
Michael Regan/Getty Images Europe

Inną sprawą jest samo sędziowanie. Clattenburg wyraźnie nie miał dnia, bo karnego na Silvie należało zagwizdać. Jak i być może wyrzucić Meirelesa za faul na Davidzie(a wraz z nim ukarać Yayę…). Nie chcę wszystko zwalać na jedną decyzję. Nawet wykorzystana jedenastka nie musiałaby uchronić Clichy’ego od czerwonej kartki, a cały Manchester City od gorszego meczu, nerwowej końcówki z remisem/porażką włącznie.

Nie był to przecież najwspanialszy występ piłkarzy Manciniego. Zabrakło zimnej krwi na początku spotkania, aby Chelsea szybko sprowadzić na ziemię i w ciągu dwóch kwadransów wyrobić sobie taką przewagę, aby spokojnie dowieźć trzy punktu do końca. Nie miałaby wówczas znaczenia zmiany, jakie Villas-Boas poczynił. Mam tu na myśli ustawienie defensywy głębiej(gol na 1:0 padł, gdy Chelsea broniła znacznie wyżej) i oczekiwanie na szansę do kontr. To zazwyczaj jest dobrą bronią na Manciniego(modelowy przykład - Napoli). Jego zawodnicy angażują więcej sił w ofensywę i pojawiają się luki, które taki Sturridge może wykorzystać. Kluczem do skuteczności jest szczelna defensywa. Jeśli ta się załamie, jak np. Norwich czy Newcastle, to prawdopodobieństwo odwrócenia losów spotkania są znikome. Chelsea poradziła sobie względnie dobrze(błędy City pomogły), a jej dominacja na własnej połowie praktycznie nie podlegała dyskusji. Jeszcze jedna sprawa rzuciła mi się w oczy po przejrzeniu niektórych statystyk - to nie był pojedynek Silvy i Maty, choć tak reklamowano El Cashico. Co ciekawe, Zonal Marking doszedł do identycznego stwierdzenia, aczkolwiek nie ma konkretnego wyjaśnienie tego zjawiska. Jedno wiadomo na pewno - obaj Hiszpanie nie wystąpili w rolach głównych w swoich zespołach. 

Bez względu na wymienione wyżej okoliczności to spotkanie było do wygrania w jedenastu i do zremisowania w dziesięciu. Zwłaszcza po zejściu Clichy'ego, Chelsea, mimo optycznej przewagi(co zabawne więcej prób podań w całym meczu wykonali goście...), nie miała tylu strzałów na bramkę co chociażby Liverpool w analogicznej sytuacji. The Citizens bronili się naprawdę dobrze, ręka była dość pechowa(ale bezwzględna), stąd nie uważam, aby jakość gry dramatycznie spadła. Villas-Boas po prostu odpowiednio zareagował na to, co działo się na boisku, a zwycięski gol w końcu przyszedł., acz równie dobrze remis byłby sprawiedliwy.

Portugalczykowi trzeba oddać, co jego. Dostał w ręce klub wymagający zdecydowanej wymiany pokoleniowej, która jak zawsze nie odbywa się bez ofiar. Nie tracić w takiej sytuacji kontaktu z czołówką(szczerze, to nie straciłby jej nawet gdyby City wygrało) i wprowadzać do angielskiej piłki takiego piłkarza jak Oriol Romeu( o dość interesującym aspekcie pobytu młodego pomocnika na Wyspach napisał Michał Zachodny), to jakaś tam sztuka. Wcześniej o tym nie pisałem, ale podobała mi się jego emocjonalna reakcja po wygranej nad Valencią. Gdybym był kibicem Chelsea, wzbudziła by we mnie przekonanie, iż temu młodemu facetowi cholernie zależy na tej robocie, a sama liga tylko na tym zyska. 

Tu, na Eastlands, nikt się nie załamuje. Gramy dalej, walczymy o mistrza i już w niedzielę wszyscy będą gotowi pokazać, iż jedna porażka nie wytrąci nas z równowagi tak samo, jak czternaście poprzednich kolejek nie dało nam tytułu mistrzowskiego. 

sobota, 14 maja 2011

18:30

Niesamowite.

Udało się.

Wielki, wielki wyczyn Manciniego i całej drużyny.

Wciaż nie mogę uwierzyć.

Yaya Toureeeeeeeeee!!

Yaya

Niesamowity sezon.

Wczoraj jeszcze myślałem, że to w końcu jest moment oddechu, kiedy można spokojnie usiąść, powiedzieć sobie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i powoli zastanawiać się nad przyszłą kampanią.

Po porażce Arsenalu z Aston Villą trzeba wstać i znów pokazać, że umiemy udźwignąć presję. Bo debiut w Lidze Mistrzów można przyspieszyć.

Nie znaczy to, że emocje po finale ucichły, co to, to nie. Z wielką przyjemnością oglądam wszelskiej maści powtórki, wywiady i materiały typu exclusive. Poległem jednak w trakcie wyszukiwania jednego, najodpowiedniejszego zdjęcia opisującego zwycięski Puchar Anglii. Mancini z trofeum w dłoniach? Joe Hart w niebieskich serpentynach? Nowiutki baner 00 YEARS? Szalejący Nigel de Jong? A może smutni piłkarze Stoke City świadomi, że mimo świetnego sezonu i niezłych perspektyw taka okazja może się już nie powtórzyć?

Ale jeśli szukać czegoś naprawdę mocnego, to wystarczy zwrócić się do Mario Balotellego. Tego samego, który zagrał w sobotę więcej dla drużyny i został zasłużenie zawodnikiem meczu, a w wywiadzie po ostatnim gwizdku z uśmiechem przyznał, że jego sezon to był shit. Gdyby nie świetny Sorensen Mario byłby jeszcze większym bohaterem. A Mancini słusznie przypomina, iż oczekuje takiej gry w każdym spotkaniu, a nie jedynie od święta. Jakiś postęp w cywilizowaniu młodego Włocha jest.

Smak trofeum wzmacnia przeczucie, iż na kolejne nie będziemy czekać 35 lat. Podkreślają to piłkarze, niewątpliwie dumni, iż wespół z menadżerem zbudowali ekipę gotową na kolejne sukcesy. To mi się podoba u Kompany'ego, że wolał przyjść tutaj i tworzyć coś 'od zera' niż od razu trafić do klubu, który wygrywanie ma we krwi. I Pablo Zabaleta, który po każdym spotkaniu pisze na swoim Twitterze o tym, że wszyscy muszą dalej ciężko pracować, aby wznieść się na szczyt. To bardzo proste komunikaty, ale jakże czytelne, bo świadczą o mentalności szukanej na Eastlands od lat. Jedno wiemy na pewno - to nie jest koniec starego typical City i lat kibicowania z humorem, ale początek zupełnie nowej drogi. Niezadowoleni z przejęcia Manchesteru City przez szejków też powoli zaczynają rozumieć, że zmiany to nic strasznego i naprawdę nic złego w tym, że chcemy wygrywać i mamy ku temu środki, których tak nam zazdroszczą. Poza tym, wciąż mamy w drużynie wychowanków i graczy jeszcze sprzed ery szejków. Dla nich - mam tu na myśli Richardsa i Harta - poprzez emocjonalny związek z klubem wygrana znaczy być może więcej niż dla reszty, ale nie chcę tutaj rozgraniczać - wygrali wszyscy. A zobaczyć uśmiech na twarzy Summerbee'ego i Booka po tylu latach, bezcenne. Nie były to ostatnie łzy szczęścia w ich życiu.

Nasz czas nadchodzi. Haters are welcome ;-)

Powtórzmy jakość sobotniego występu, a szybciej będziemy w piłkarskim niebie.

C'mon City for the final push!

środa, 20 kwietnia 2011

Ileż znaczy dla Manchesteru City pierwszy finał od 30 lat? Najstarsi Błękitni kibice prze dekady doznawali więcej upadków niż wzlotów, aż po zarycie w trzecią ligę włącznie. I to właśnie 12 lat temu, kiedy United świętowali potrójną koronę, Manchester City na Wembley do 90 minuty przegrywał z Gillingham 0:2 i wszystko wskazywało, że przedłużymy nasz pobyt w Division Two na następny rok. Wtedy nastąpił cud - gole Horlocka i Dickova dały remis, a dzięki popisowi bramkarskich umiejętności Weavera w konkursie rzutów karnych jednak wsiedliśmy do pociągu jadącego w stronę Division One. Przedwczoraj zaś, wygrywając z United, stanęliśmy im na drodze do powtórzenia sukcesu z sezonu 1998/1999, a we właściwym pojedynku na Wembley zmierzymy się z tym samym menadżerem, którego pozbawiliśmy awansu do przedsionka Premiership 12 lat wcześniej – Tonym Pullisem.

Często wspominam o paradoksach i zbiegach okoliczności, ale trudno od nich uciec. Gdyby Stoke City nie rozniosło Boltonu to i tak czekałaby nas powtórka z rozrywki: wszak w 1926 po zwycięstwie nad United w szranki w finale na Wembley staliśmy właśnie z Boltonem i… wówczas nie udało się wywalczyć trofeum. Teraz jesteśmy o tyle mądrzy, iż finał wciąż przed nami. A utorowanie sobie drogi do niego przez odwiecznego rywala smakuje jeszcze lepiej. Wszyscy liczymy, iż karta się odmieni, a gablota z pucharami zacznie się wzbogacać i przestanie być obiektem nieustających drwin z czerwonej strony miasta. Wielki projekt Szejków zacznie się realizować jak należy, a ci ludzie będą mieli więcej powodów do świętowania niż kiedykolwiek.

Tak, jesteśmy zachwyceni i szczęśliwi.

Po golu

Z pewnym zażenowaniem wspominam własne przeczucia przed pierwszym gizdkiem. United dopiero co pokonali Chelsea w LM, a my - świeżo w głowie klęska na Anfield, a także pozostałe starcia z czołówką ligi, kiedy po wielokroć brakowało nam nie umiejętności, ale odwagi, aby sięgnąć po trzy punkty. Z zazdrością obserwowałem jak Chelsea czy Liverpool biją United na swoich obiektach. Jednocześnie złościłem się na myśl o derbach na OT, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy po wyrównującym golu mieliśmy Manchester United na widelcu. Ataki jednak nie wystarczyły, a Rooney nas wykończył w iście mistrzowski sposób.

Przed sobotą modliłem się o jedno - nie straćmy gola jako pierwsi. Wygląda to na zabobon, ale statystyka jest nieubłagana - tylko Wilkom udało się nam wydrzeć zwycięstwo. W pozostałych wypadkach rywal obejmujący prowadzenie nie przegrywał. Stąd dwie szanse Berbatowa uznają za kluczowy moment sobotnich derbów. Za pierwszym razem uratował City Hart, za drugim... no sam nie wiem. Roo łapiący się za głowę pewnie też nie wiedział, jak wampir z Błagojewgradu nie trafił. Czerwoni nie wykorzystując najlepszego okresu swojej gry(tj. cały drugi kwadrans pierwszej połowy) na własne życzenie pozbawili się treble, gdyż po tym czasie sytuacji na wyrównanie nie mieli prawie wcale - tylko Nani, generalnie przeciętny przez większość spotkania, zagroził Hartowi niezłym strzałem z rzutu wolnego. Poza tym - bida, panie, aż piszczy. Początkowo bardzo mnie to zaskoczyło, ale później zdałem sobie sprawę, iż United wyczerpał się limit starć wygrywamych bez względu na grę. Oglądaliśmy to przecież nieraz. Postawa na kruchym lodzie, który w każdym momencie może pęknąć. To właśnie przydarzyło się w sobotę, z ogromną pomocą wszystkich piłkarzy The Citizens, jacy się pokazali na boisku. Każdy z nich solidne tupał w ten lód, aby się wreszcie załamał.

Presja, jaką udało się narzucić na boisku przez około pół godziny spotkania(30-60), była absolutnie fantastyczna. Brakowało mi takiego przejęcia inicjatywy we wcześniejszych derbach – chłopcy Fergusona to też ludzie, popełniają błędy. I nie ma ani grama przypadku, iż zwycięski gol padł w momencie, w którym w okolicach piłki przebywała czwórka piłkarzy City(dawno mnie nie tak nie cieszyło nieudane przyjęcie Silvy). A Carrick dołączył do Neville'a i Silvestre'a, dwóch obrońców United zasłużonych w przeszłości dla City w podobny do Michaela sposób ;-)

Yaya

Piłkarze City utrzymywali się wysoko na połowie czerwonych jeszcze przez kilka dobrych minut, co w kombinacji z zasłużoną czerwoną dla Scholesa pozbawiło ich szans na doprowadzenie do dogrywki. Walczyli, ale byliśmy tego dnia mocniejsi i psychicznie, i fizycznie, wreszcie zobaczyłem zespół, którego stworzenia od Roberto Manciniego oczekuję. Stąd oceny piłkarzy są porównywalnie wysokie, oczywiście poza kluczowymi Toure i Hartem. Nawet Balotelli, nie tylko nie zepsuł meczu, ale wydatnie się do zwycięstwa przyczynił nie dając spokoju środkowym defensorom rywali. Ponadto za 'puszczenie oczka' Ferdinandowi po końcowym gwizdku zyskał sporo sympatii u fanów City - to już lepiej, aby w ten sposób się odznaczał, niż wpadkami pozaboiskowymi. Osobne 'dzięki' dla bloku defensywnego, z powracającym Zabaletą i niezłym Kolarowem, tutaj przecież obaw miałem najwięcej, Nani z Zaby na OT nic sobie nie robił, a Serb... ujmując sprawę delikatnie, wybitny w destrukcji nie jest i szczęśliwie uniknął żółtej kartki na samym początku meczu.

Manchester do przyszłego sezonu będzie Błękitny, choć to połowa drogi do uznania kampanii 2010/2011 za udaną. Przed nami liga, a 14 maja wielki finał z arcytrudnym przeciwnikiem. Dla Stoke City to może być jedyna szansa na najbliższe dziesięciolecia, dla nas - okazja do zupełnego odwrócenia znaczenia słów this is how to feels to be City. Już nie mogę się doczekać, by znów poczuć się tak jak w sobotę ;-) !

poniedziałek, 05 lipca 2010

Manchester City znów wywołuje burzę w światku piłkarskim. O co się rozchodzi? O płacę Yayi Toure, najświeższego nabytku drużyny z Eastlands. Jak podało News of The World – wiem, źródło to średniej jakości i rzadko przeze mnie cytowane – młodszy brat Kolo będzie co tydzień zgarniał największa kasę w EPL. Przed opodatkowaniem ta suma ma wynosić około 220 tysięcy funtów, a po – 50% mniej(kłania się prawo podatkowe obowiązujące na Wyspach od kwietnia tego roku, o którym jakiś czas temu mówiło się, że może zmusić najlepszych graczy do exodusu w kierunkach hiszpańskich, włoskich, czy nawet niemieckich). Wznosi się okrzyki krytykujące „zabijanie futbolu” i kolejnym „kaprysie arabskich właścicieli”. Rodzi to ponawiane od lat postulaty – ograniczcie w końcu płace piłkarzy, nim futbol wpadnie w zapaść finansową. Oczywiście w mniejszym stopniu jest to problem tak bogatego klubu jak City, którego właściciele są w stanie nie tylko zapewnić wielkie wzmocnienia czy wypłacalność pensji, ale też np. być może w najbliższym czasie odkupi od władz Manchesteru Stadion Miejski, co byłoby kontynuacją inwestycji we wschodniej części miasta.

kolo toure, yaya toure

Zrozumcie, że Manchester City pochodzi z innej finansowej planety. Tyczy się to i gaży, i kwot odstępnego za zawodników. Każdy zdaje sobie sprawę, że podbicie ceny transferu w negocjacjach z Cookiem czy Marwoodem nie będzie skwitowana „nie stać nas na to”, tak samo piłkarze mogą domagać się wyższych poborów. Taka jest cena za brak tzw. prestiżu i za zajęcie dopiero piątego miejsca w lidze. United, Liverpool czy Chelsea muszą myśleć o większej dyscyplinie budżetowej(z różnych powodów), Manchester City na obecną chwilę nie, co nie znaczy, że będzie tak zawsze.

Do tego dochodzą inne okoliczności, o których nie można zapominać – Barcelona potrzebuje pieniędzy z transferu Toure najpewniej na sfinansowanie przejścia Fabregasa(chyba wszyscy już mamy dość tej telenoweli), a Valencia wolała sprzedać Silvę na Eastlands, gdyż ma poważne zadłużenie i każde euro się liczy. Nie chcę bawić się w pseudopsychologa i zgadywać, iż za tak zaciekłymi atakami na City stoi zwykła dziecinna zazdrość w stylu „bo on dostał lizaka, a ja nie”. Nie martwcie się – ikony waszych klubów nie zwęszą nagle mamony i nie będą hurtem zgłaszać pretensji do wyższych pensji i grozić odejściem tam, gdzie płacą lepiej. A jeśli tak zrobią i którejś z gwiazd przyjdzie wdziać błękitną koszulkę, to sami siebie zapytajcie, czy faktycznie zasługiwali na miano symboli Waszych klubów.

Jedyny racjonalny argument przeciw wysokim pensjom to sugerowane od dawna salary cap. I powiem szczerze, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie regulacje zostały wprowadzone bez względu, na jakim poziomie rozgrywek miałoby to mieć miejsce. Że mój klub straci z tego tytułu poważny argumentw drodze na szczyt? Dla mnie to bez znaczenia. I tak będę go kochał, oglądał jego mecze i przeżywał wszystko na tym blogu. Niemniej - zapraszam do dyskusji!