Wpisy z tagiem: Mario Balotelli
niedziela, 20 listopada 2011
Manchester City po zwycięstwie nad Newcastle pozostał jedynym niepokonanym zespołem w Premiership. Zdobyć wczorajsze trzy punkty przyszło w zasadzie dość łatwo - mimo zwartych szeregów dwa razy niechlubnie do akcji wszedł Ryan Taylor - za pierwszym razem to on zagrywał ręką w polu karnym po strzale Toure, za drugim zaś dał sobie odebrać piłkę Richardsowi, który nie miał kłopotu z pokonaniem Krula w sytuacji sam na sam. Chwilę przed tymi wydarzeniami spodziewałem się remisu do przerwy i w miarę szybkiego gola tuż po wznowieniu, jednak dwa gole do szatni załatwiły sprawę.
Plan Newcastle opierał się na szczelnej defensywie i nielicznych próbach kontrataku, inaczej niż to wymyślił Neil Warnock dwa tygodnie temu - jeśli drużyny oddają City piłkę i w ostatecznym rozrachunku kończą mecz z niczym, to lepiej spróbować przejąć inicjatywę i zobaczyć co się stanie. QPR Warnocka nie dało rady, ale pokazało, że The Citizens da się stłamsić, natomiast Pardew, pozbawiony Obertana i Tiote, nie widział swojej drużyny w roli kogoś więcej, niż tylko organizowanego, natrętnego i przeszkadzającego stada srok. Oczywiście, udało się wykreować gościom kilka naprawdę dobrych okazji do bramki, ale znów Joe Hart, identycznie jak czynił niegdyś Given, pokazał jak ważnym jest ogniwem drużyny.
Are you watching, Fabio?! Kolejny świetny występ zaliczył Micah Richards i znów wypada osaczyć Fabio Capello pytaniami, dlaczego nie znajduje miejsca dla Anglika w reprezentacji. nie potrafię tego zrozumieć - Micah gra obecnie na bardzo wysokim poziomie, jego ofensywne wejścia robią furorę, ponadto jego koncentracja w defensywie znacząco wzrosła. Wczoraj gol i asysta, do tego takie offensive run, że kończył w polu karnym główkując bądź podając do Balotellego z pola karnego. Nie wierzę, iż Włoski selekcjoner nie jest świadomy, iż forma Richardsa stopniowo rośnie od początku zeszłego sezonu, aż po kapitanowanie City podczas nieobecności Kompany'ego. Zgadzam się ze słowami autora tego postu, pozostawienie MR poza składem drużyny narodowej to spory błąd i powód do frustracji dla zawodnika, którego progres jest nie do zakwestionowania. Na szczęście Micah wie co robić - ciężka praca jak zwykle jest najlepszą receptą na wszelkie kłopoty. Nasri nie jest Silvą. Jeszcze. Oszczędzenie magicznego Davida przeciwko Newcastle w moim odczuciu miało dać większe pole do popisu Samirowi na pozycji 'wolnego rozgrywającego'(a także mały test dla całej ekipy), jednak póki co Francuz nie jest na tyle zgrany z drużyna, aby podjąć to wyzwanie. Większość jego dotychczasowych asyst 'wychodziła' z lewego skrzydła, szczególnie widać to było w spotkaniu z Blackburn, gdzie kontuzja Aguero wymusiła zejście Mario na szpicę, a Nasri wszedł na lewe skrzydło i wespół z szalonym Mario dał City drugiego gola. Zresztą, Samir w sobotę wymienił mniej podań niż chociażby... Clichy. Drugi z Francuzów rozegrał doskonałe spotkanie i po miesiącach milczenia należy mu się kilka osobnych zdań. Podania wykonane/niecelne 84/8 66/8 to naturalnie dość pobieżny przykład, jak Nasri był niewidoczny przeciwko dobrze broniących się piłkarzach Alana Pardew. Jednocześnie chciałem pokazać, jak Samir starał się wejść w buty Silvy, to znaczy poprzez obecność w każdym sektorze boiska rywala i próby rozegrania piłki, aczkolwiek aby zastąpić godnie Hiszpania potrzeba więcej chwil przy piłce oraz więcej przestrzeni między formacjami przeciwnika. Głęboko cofnięte Sroki ukrócały swobodę Francuza i to też trzeba mieć na uwadze - Silvą na tę chwilę on nie jest, ale ma mnóstwo czasu, aby w razie czego osiągnąć podobną charakterystykę gry. Co do Gaela, jego statystyki, a także sam styl gry, bardzo mi zaimponował. 6 przechwytów, 4 udane odbiory piłki(na 6 prób) plus osiem(na 9) "czyszczeń" skutecznie zahamowało ataki gości z prawego skrzydła. Nawet wracający do składu City Nigel de Jong się tyle nie napracował :) Clichy'emu chwałę odbiera Richards, który kreuje więcej szans kolegom i częściej trafia do siatki, co nie powinno zatrzeć nam obrazu - lewa obrona The Citizens jest obstawiona bardzo solidnie. Narzekania kibiców Arsenalu na defensywne walory Clichy'ego nie znajdują potwierdzenia w meczach City, z czego wypada tylko i wyłącznie się cieszyć. Newcastle United zakończyło swą passę bez porażki - wobec zerowej zdobyczy Chelsea wciąż utrzymują trzecią lokatę, ale aby utrzymać wysokie miejsce w lidze muszą odważniej podejść do starć z klubami teoretycznie lepszymi. Aczkolwiek wielkie słowa uznania należą się samemu Alanowi Pardew - praktycznie każdy z nas, interesujący się ligą angielską, skreślił jego szanse, gdy obejmował Sroki po szokującym zwolnieniu Hughtona. Bez względu na ostateczny wynik ciężkiej serii spotkań Newcastle ma spore szanse na dobry wynik w lidze(acz nie postawiłbym pieniędzy na ich miejsce w Europie), o ile Mike Ashley zachowa zimną krew. Zmiana nazwy stadionu była totalną głupotą. Wyrzucenie Pardew - wiem, piszę o tym zdecydowanie przedwcześnie - nawet po trzech, czterech porażkach z rzędu może się okazać złe w skutkach. A to przy, tak zachowawczej i nieskutecznej taktyce, w decydujących momentach spotkań może okazać się bolesnym faktem i nie tylko uziemić Sroki, ale i pozbawić ich dłuższy czas skrzydeł. W przypadku City, wygrana dała jeszcze większą pewność siebie, którą za chwilę na próbę wystawią trzy bardzo silne zespoły - Napoli w Lidze Mistrzów(o awans z grupy!), Liverpool w Premier League i Arsenal w Carling Cup. A w grudniu będzie jeszcze ciekawej! Nic tylko powtórzyć zdanie, napisane tu wielokrotnie - nastały niesamowite chwile dla każdego kibica Manchesteru City. C'mon City!
wtorek, 25 października 2011
Niezapomniane popołudnie. Jeśli wśród kibiców The Citizens są jeszcze przeciwnicy Manciniego oraz szejków na Eastlands i nie przekonała ich fantastyczna kampania Pucharu Anglii 2010/2011, to upokorzenie największego rywala na jego własnym stadionie i "czysta" pozycja lidera Premier League musi to uczynić. Na zwycięstwo na Old Trafford czekaliśmy cztery lata(co zabawne, ostatni trener który tego dokonał, Sven-Goran Eriksson, stracił pracę w Leicester dzień po derbach Manchesteru), a sam Teatr Marzeń ugiął się wreszcie po piłkarskim oblężenie trwającym aż dziewiętnaście miesięcy. Manchester na kilkadziesiąt tygodni znów będzie Błękitny. Przełamaliśmy Fergusonową mentalności zwycięzców, która była najlepszą obroną przed wszelkimi żenującymi rozstrzygnięciami. Pamiętacie? Ileż to razy wygrywali na przekór własnej postawie? Albo pozbawiali Błękitnych nadziei, strzelając zwycięskiego gola w ostatniej minucie(półfinał Carling Cup, oba mecze ligowe z tamtego sezonu, Tarcza Wspólnoty)? Ale teraz dość tego. Przełamaliśmy ich. Już nie będzie się mówiło o Manchesterze i mistrzostwie tylko w kontekście United. Jest pięknie. Nie mogę napatrzeć się na powtórki bramek i tabelę Premiership. Co w tym wszystkim najcudowniejsze? Że to dopiero początek. Zbezczeszczenie świątyni rywala to jedno; nadszedł moment, aby z całą mocą zrzucić go z tronu Mistrza Anglii. Potęga, jaką widzieliśmy w niedzielę, nie może mieć innego celu. I mam tu na myśli zarówno komfortową, solidną obronę, mimo sporej przewagi w posiadaniu piłki United(pierwsze 20 minut, aczkolwiek bez realnej szansy, no może poza kiksem Evansa), i atak - po prostu zabójczy. A także trenera. Mancini wykonał swoją robotę doskonale, zmieniając Dżeko, Nasriego i Adama Johnsona za Balotellego, Milnera i Aguero, jak również wracając do 'ligowych' bocznych obrońców, Richardsa(świetny mecz w "obie strony") i Clichy'ego(dobra współpraca z Silvą i Lescottem uspokoiła Naniego na dobre).
Aż chce się zapytać: Carlos who? Transformacja City z ekipy zależnej od formy i kaprysów Carlito w naoliwioną maszynerię do strzelania goli szokuje od startu sezonu. Każdy z napastników zdobywa bramki na zawołanie. Jeśli nie Aguero, to Dżeko. Jeśli nie Bośniak, to Super Mario. A gdyby i każdemu z nich celowniki się zwichrowały, to jest chociażby James Milner albo Adam Johnson. Wszyscy piłkarze City są niesamowicie zaangażowani w poczynania zespołu i to napawa mnie ogromną dumą(głód goli w końcówce derbów tym bardziej ujmujący). Jeśli teoretyczni rezerwowi dostają szansę, to ją wykorzystują. Najlepszym tego przykładami są Balotelli i AJ. Włoch został pominięty podczas pierwszych kolejek, a teraz nie może przestać strzelać goli. Młody Anglik zaś nieustannie temperowany przez Manciniego ciągle pokazuje, że można mu ufać(mecze z Blackburn i Villą). A największym beneficjentem 'nowego' City, które określiłbym najogólniej jako zespół budowany wokół geniuszu Silvy, jest James Milner. Jestem nim zachwycony. Jeszcze kilka miesięcy temu kręcił głową, gdy Roberto ściągał go z murawy Anfield, a dziś, kiedy wreszcie odnalazł hiszpańskiego magika, który wykorzysta jego niebywałą chęć do gry, staje się bardzo istotnym elementem drużyny. Dwie asysty na OT(Zonal Marking o jego roli w tym spotkaniu), spory udział w zwycięstwie z Villarrealem, gole z Evertonem i Aston Villą mówią same za siebie. Naprawdę oczekiwałem, iż po uratowaniu Ligi Mistrzów James zagra wespół z Mario w pierwszym składzie i Mancini mnie nie zawiódł. There is only one James Milner jak najbardziej zasłużone. Był cierpliwy w trakcie zeszłego sezonu, nie marudził zbytnio, przepracował okres aklimatyzacyjny jak należy i to się opłaciło. A co do Mario... uwielbiam faceta. Pokręcony charakter, niedający o sobie zapomnieć. Na boisku jednak co raz lepszy. Dlaczego zawsze on? Bo wszyscy go lekceważą i mam nadzieję, że dalej tak będą robić. Bo wczoraj jeździł po Manchesterze z głośno włączoną muzyką i przybijał z kibicami City 'piątki'(czy też 'szóstki' w pewnym sensie:)) i odpalił... kampanię na rzecz bezpiecznego korzystania z fajerwerków. Jest na ustach wszystkich. Po Man of the Match finału FA Cup i niedzielnym występie żadne boisko nie będzie mu straszne. Za to Wy, kibice Premier League, bójcie się ;-) Zachwycać się nad wspomnianym kilkukrotnie Davidem Silvą nie mam zamiaru, zwyczajnie brak mi odpowiednich zasobów w słownictwie. Jest wszędzie. Rozdziela piłki z zamkniętymi oczami, czysta maestria - precyzja podania do Dżeko w 93 minucie powala. Wystarczyło Edinowi biec, a futbolówka sama mu wskoczyła pod nogi. Każdy atak rozprowadzany przez Hiszpana był naprawdę groźny. Albo wejście między czterech obrońców United - czemu nie, wcale nie jest się na straconej pozycji. No i praca w defensywie. Kompletny piłkarz - z jego postawą na murawie i poza nią nie potrafię martwić się o przyszłość Manchesteru City. Żeby nie było, że tylko ochy i achy - jak po każdym zwycięstwie refleksja musi objąć nieco szerszą perspektywę. A ta wygląda następująco: 1. Nikt nie wygrał mistrzostwa po dziewięciu kolejkach, długa droga przed City, Jedno jest jednak pewne. Po czasie pogardy nadeszły dni srogiej zemsty. Dla fanów City zapowiadają się niezwykłe miesiące. Dla angielskiej piłki również, gdyż wydaje się, iż właśnie narodziła się prawdziwa potęga. Jeszcze nie obwieszona medalami, ale z wielkim apetytem i świadomością, iż same pieniądze na murawie nie wygrają.
wtorek, 19 lipca 2011
Z wielką radością i ulgą przyjąłem wieści o nowej roli Patricka Vieiry w Manchesterze City. Jeszcze tygodnie temu istniała realna obawa, iż Francuz wybierze grę za oceanem, albo zatrudni go Arsene Wenger, nie było zaś jasnych sygnałów, iż klub(Mancini?) chce Francuza u siebie zatrzymać i dalej korzystać z jego usług. Na szczęście podjęto decyzję najlepszą z możliwych i tak Mistrz Świata i Europy, wielokrotny Mistrz Anglii, legenda Arsenalu zakończył swoją przygodę na boisku na Eastlands i to w glorii chwały – wszak w maju Pat cieszył się z awansu zespołu do Ligi Mistrzów oraz ze zwycięstwa w Pucharze Anglii. Gra Vieiry w City, relatywnie krótka, prawdopodobnie nie odcisnęła tak wielkiego piętna na zespole jak sama jego osobowość poza murawą. W końcu po to Mancini sięgnął po Vieirę już na początku stycznia 2010 roku, czyniąc go pierwszym swoim autorskim wzmocnieniem City. Jednak do końca sezonu nie byłem zadowolony z tego transferu – Vieira na boisku był ociężały, łatwy do ominięcia, a do tego zaczął z miesięczną obsuwą w skutek kontuzji i zawieszenia po głupim faulu. Źle to wyglądało. Dobrym podsumowaniem formy Pata był mecz z Wigan(3:0), gdy miał kłopoty z kilkumetrowymi podaniami. Malująca się wówczas na twarzy Francuza frustracja mówiła jasno, że kariery piłkarskiej w ten sposób dalej uciągnąć się nie da. Ale Mancini był uparty i umowę na kolejny rok przedłużył. I trzeba powiedzieć, że była to jedna z mądrzejszych decyzji, jakie Włochowi zdarzyło się na Eastlands podjąć. Nie mogłem jednak wtedy dostrzec w tym sensu – Vieira pobierał sporo pieniędzy, co w porównaniu z jakością na boisku nie było specjalnie uzasadnione. Najważniejsze jednak działo się poza dniem meczowym i kamerami – podczas treningów, kiedy to Patrick zajął się Richardsem, którego kariera po sezonie 09/10 była na ostrym zakręcie. Nieśmiało mówiło się wówczas o prawdopodobnym wytransferowaniu Micah z City, co nie wywołało jakiegoś szczególnie wielkiego oburzenia, gdyż swoimi występami nikogo nie oczarował. Młodemu obrońcy, zdaniem Roberto, przede wszystkim miało brakować koncentracji, nie talentu i obiecał to zmienić, także poprzez zbawienny wpływ bardziej doświadczonego Pata. Wspólna praca zaowocowała – wielokrotnie piałem z zachwytu nad nowym Richardsem, może jeszcze niedopasowanym tak perfekcyjnie do nowej taktyki Manciniego, ale walczącym, zaangażowanym i znów pukającym do drzwi reprezentacji. Coś drgnęło i dziś nie wyobrażamy sobie, aby Richards miał kiedykolwiek przywdziać inny kolor niż błękit. Odrębnym „podopiecznym” Vieiry był Balotelli. Co zrozumiałe, nie będę tu uskuteczniał tezy, iż Pat okiełznał Super Mario, bo to w tak krótkiej perspektywie i wobec charakteru Włocha wydaje się niemożliwe. Trudno przecież sobie wyobrazić, aby starszy o kilkanaście lat piłkarz uganiał się za młokosem źle parkującym swoje Maserati czy rozdającym pieniądze bezdomnym. Pewnego wpływu odmówić jednak nie można, skoro sam Mario jasno dał do zrozumienia, że Pata się słucha i darzy go estymą(nie, nie użył tego słowa;)), podobnie jak Manciniego. Tak sobie myślę, że ostatni mecz Mario w sezonie, finał FA Cup zakończony tytułem MotM za niezwykle zespołowy występ, coś jednak o efekcie relacji pomiędzy Balotellim a Vieirą mówi. Tajemnicą pozostaje, co konkretnie Francuz młodym przekazuje – mentalność zwycięzcy? Profesjonalne podejście do swoich obowiązków? Nakierowanie na drużynę? A może po prostu odrobinę zdrowego rozsądku w tym zwariowanym piłkarskim świecie ;-) Rozsądek, który zresztą przydał się nie tylko Balotellemu, ale i całej drużynie, choćby w starciu z Tottenhamem na CoMS – wtedy wejścia Francuza uspokoiło grę(widać to w przewadze podań gości, zniwelowanej po zmianie) i pozwoliło przed finałem Pucharu Anglii zapewnić eliminację Ligi Mistrzów. A czy zdobylibyśmy to cholerne trofeum bez goli Viery w nieprzyjemnym powtórzonym spotkaniu z Notts County? Z powyższych powodów byłem przekonany, iż galopujący status Vieiry przyczyni się do zatrudnienia go bliżej pierwszego zespołu. A tak został Football Development Executive. Funkcja ta ma ścisły związek z programem City in community, jedną z ważniejszych aktywności klubu poza sprawami stricte sportowymi. Pat ma być kimś w rodzaju ambasadora klubu i pomagać przy tworzeniu Etihad Campus, a także będzie współpracował z zespołem rezerw i trenerem Andym Welshem. Mistrz Świata już rozpoczął swoje obowiązki obecnością na pierwszym przedsezonowym spotkaniu EDS. Bardzo podoba mi się próba zrobienia z Vieiry twarzy wielkiego projektu, jakim jest Manchester City. Gdyż fakt, ze ktoś tak niezwykle doświadczony zgodził się odegrać ważną rolę w klubie, to zaszczyt i, powtórzę się, powód wielkiej radości. Nie ma co owijać w bawełnę – dzięki ludziom jego pokroju sukces jest przeznaczeniem The Citizens. Niniejszym tekstem wracam po dłuższej nieobecności na bloga. Uwierzcie mi, te kilka tygodni bez wysłanej notki było nie do zniesienia. Od teraz powinno być lepiej ;-)
piątek, 10 czerwca 2011
Podsumowałem zawodników, za chwilę spojrzę na dokonania taktyczne Manciniego, wcześniej zaś rzut oka na to, co działo się wokół City: na trybunach, w prasie i nie tylko. Subiektywnie oczywiście. 1. Let's all do the Poznań Kibicowski hit sezonu na CoMS. Po wyjazdowej ekipie Lecha Poznań mogliśmy się spodziewać na Eastlands dopingu na najwyższym poziomie, który powinien przypomnieć Anglikom, czego na ich stadionach brakuje. Efekt jednak przerósł wszelkie oczekiwania. Choć poznaniacy zostali najpierw wyśmiani, potem doszło do refleksji i Poznan zaczął zdobywać serca kibiców City aż po wielką zbiorową celebrację zwycięstwa w Pucharze Anglii. I kto powiedział, że Liga Europy to nikomu niepotrzebny puchar pocieszenia? Obecnie nie ma meczu Man City, aby komentatorzy nie wspomnieli o Poznaniu. 2. Blue Moon Rising Zrobić dobry film o piłce to nie byle sztuka, zwłaszcza, jeśli ma się do opisania historię jednego sezonu. Twórcą BMR kreatywnie podeszli do tematu i stworzyli naprawdę interesujący obraz, który spokojnie można polecić nawet tym nie związanym z The Citizens na co dzień. Więcej na temat filmu przeczytacie tutaj, dodam jedynie, iż z racji ograniczonego zasięgu Blue Moon Rising furory zrobić nie mógł, to jednak recenzje zebrał dość pozytywne. 3. Mario Balotelli I wszystko jasne ;-) lista niecodzinnych wyskoków Super Mario jest zapewne dłuższa niż liczba zebranych przez niego mandatów. Prasa nie skąpiła miejsca na opisywanie tych wszystkich historii, a ja zamiast Włochowi wyliczać, posłużę się bardzo fajnie podsumowującą pieśnią(klasyk!): 4. Alan Douglas Borges de Carvalho Kolejny dowód na spore poczucie humoru kibiców City i potrzebę organizowania rozgrywek Ligi Europy. Błękitni chłopcy podejmowali u siebie Salzburg w 5. kolejce fazy grupowej. Na boisku pełen luz i łatwe prowadzenie 1:0, gdy nagle pojawił się ON. Alan Carvalho, młody brazylijski piłkarz wszedł na murawę i publika natychmiast go pokochała. Z trybun rozbrzmiały okrzyki "Alan for England" i inne tego typu hasła skandowane przez dobre pół godziny. Sam nie wiedziałem o co chodzi, ale najpewniej chodziło o przydomek Brazylijczyka, którego nikt nie spodziewał się usłyszeć w Anglii.
To mniej więcej tak, jakby Luiz Nazario de Lima miał przydomek Janek albo Staszek ;-) Zaskoczony piłkarz nie wiedział co się dzieje, ale po meczu podziękował kibicom za to nieoczekiwane zainteresowanie, tym samym zapisał się w pamięci widzów Eastlands na dobre. Ostatnim akcentem Alana były jego życzenia przed finałem FA Cup. Nie, nie składał ich Stoke City ;-) 5. 35 lat i ani dnia dłużej Praktycznie każdy nagłówek w angielskiej prasie po 14 maja musiał zawrzeć coś o końcu 35-letniego wyczekiwania błękitnej strony Manchesteru na znaczące trofeum. Powtarzaliśmy jak mantrę - zerwać ten diabelski transparent z Old Trafford, rozpocząć zupełnie nowy rozdział w historii błękitnej piłki. Udało się, czego piłkarze wespół z kibicami nie omieszkali pokazać po zwycięskim finale PA. Od tamtego momentu nic nie będzie już takie samo.
6. Zabman, City's true hero O Zabalecie w samych superlatywach pisałem w poście podsumowującym, tutaj chciałem napomknać o jego niesamowitej podatności na urazy w końcówce sezonu. Śmiemy twierdzić, iż w kwietniu Zaba wpadł do kociołka z radioaktywną zupą i niespodziewanie stał się superbohaterem gotowym przyjąć na siebie niezliczone ciosy. Bez różnicy, czy brutalnie zaatakował go Rudzielec, czy ktoś inny ciął skórę na głowie(krew się polała dwa razy!) równo - Zabman nigdy się nie złamał, choć nawet menadżer nie wierzył, iż może grać dalej. Zabawnie to wyglądało na Goodison Park, kiedy po kolejnym starciu Pablo wylądował przy linii bocznej, a Mancini nagle zmienił zdanie i zmienił Argentyńczyka zamiast innego zawodnika(nie pamiętam już o kogo chodziło). Zaba po chwili jednak wstał i chciał kontynuować grę, niestety było już za późno ;-) That's the spirit! 7. Tabletki odchudzające Jedna z najłagodniejszych afer dopingowych, jaką mieliśmy okazję obserwować w ostatnich latach. Kolo jednak postąpił w sposób nadzwyczaj głupi i miał sporo szczęścia - zaledwie sześć miesięcy kary od marca począwszy nie brzmi jak koniec kariery na Eastlands. Ale brać tabletki odchudzające? Serio? Zawodowemu piłkarzowi miałoby coś takiego pomóc? I nie miałzmiaru konsultować dawkowania chemikaliów z lekarzem klubowym? No bez jaj... A zamiast zbijać wagę, mógłby nie dopuszczać do takich sytuacji jak w starciu z Rovers u siebie. 8. He came from Italy, to manage Man City Na melodię Volare, jakże pasującą do okoliczności(słowa Nel blu dipinto di blu mówią same za siebie), kibice City od wygranego meczu z WBA zaczęli śpiewać o swoim menadżerze. Rzecz niby banalna, ale czy często słyszy się tego rodzaju chants na angielskich boiskach? Wiedzą, co robią - to w mniejszym stopniu przejaw podziwu dla Roberto Manciniego, ale swego rodzaju poparcie dla długofalowej perspektywy jego rządów. Dość zmian na kluczowych stanowiskach. Wyrzucenie Hughesa było nieeleganckie i po części niepotrzebne, Mancini ma za sobą półtora roku i jest na najlepszej drodze, aby zagrzać miejsca na dłużej. Czego bardzo pragnę, nawiasem mówiąc. 9. Trybut dla Neila Younga Na kilka tygodni przed startem Pucharu Anglii dotarła do nas wiadomość o ciężkiej chorobie Neila Younga, legendarnego napastnika The Citizens w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W 24. minucie spotkania z Leicester wyjazdowa ekipa City oddała hołd piłkarzowi, strzelcowi zwycięskiej bramki w finale Pucharu Anglii z Leicester w 1969 roku. Przybrali wówczas czerwono-czarne barwy, w których później piłkarze wyszli na mecz powtórzony. Young niestety przegrał walkę z rakiem wkrótce po tym, ale pamięć o nim pozostała - Jemu dedykujemy Puchar, po części z Jego powodu czerwień i czerń wracają na stroje Manchesteru City. 10. Rooney w City Najśmieszniejsza historia sezonu - gdy Wayne 'Shrek' Rooney oszalał i zarzucił swojemu menadżerowi brak ambicji jednocześnie poddając swoją przyszłość w United pod znakiem zapytania, natychmiast wybuchła plotka o zakusach The Citizens. Stan Collymore obwieścił urbi et orbi na Twitterze "deal done", ja napisałem pełną fantazji notkę, ale ostatecznie Roo się wycofał, ale co popłochu zasiał, to jego. A małą nagrodę za najlepszy artykuł o City powinien dostać pan z NotW za lipcowe masterpiece o sprzedaży 13 zawodników, w tym także Nigela de Jonga. Na szczęście News of The World od jakiegoś czas jest płatne i nie zalinkuję do tego gniota ;-) Zapomniałem o czymś? Dajcie znać w komentarzach.
sobota, 14 maja 2011
18:30 Niesamowite. Udało się. Wielki, wielki wyczyn Manciniego i całej drużyny. Wciaż nie mogę uwierzyć. Yaya Toureeeeeeeeee!!
Niesamowity sezon. Wczoraj jeszcze myślałem, że to w końcu jest moment oddechu, kiedy można spokojnie usiąść, powiedzieć sobie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i powoli zastanawiać się nad przyszłą kampanią. Po porażce Arsenalu z Aston Villą trzeba wstać i znów pokazać, że umiemy udźwignąć presję. Bo debiut w Lidze Mistrzów można przyspieszyć. Nie znaczy to, że emocje po finale ucichły, co to, to nie. Z wielką przyjemnością oglądam wszelskiej maści powtórki, wywiady i materiały typu exclusive. Poległem jednak w trakcie wyszukiwania jednego, najodpowiedniejszego zdjęcia opisującego zwycięski Puchar Anglii. Mancini z trofeum w dłoniach? Joe Hart w niebieskich serpentynach? Nowiutki baner 00 YEARS? Szalejący Nigel de Jong? A może smutni piłkarze Stoke City świadomi, że mimo świetnego sezonu i niezłych perspektyw taka okazja może się już nie powtórzyć? Ale jeśli szukać czegoś naprawdę mocnego, to wystarczy zwrócić się do Mario Balotellego. Tego samego, który zagrał w sobotę więcej dla drużyny i został zasłużenie zawodnikiem meczu, a w wywiadzie po ostatnim gwizdku z uśmiechem przyznał, że jego sezon to był shit. Gdyby nie świetny Sorensen Mario byłby jeszcze większym bohaterem. A Mancini słusznie przypomina, iż oczekuje takiej gry w każdym spotkaniu, a nie jedynie od święta. Jakiś postęp w cywilizowaniu młodego Włocha jest. Smak trofeum wzmacnia przeczucie, iż na kolejne nie będziemy czekać 35 lat. Podkreślają to piłkarze, niewątpliwie dumni, iż wespół z menadżerem zbudowali ekipę gotową na kolejne sukcesy. To mi się podoba u Kompany'ego, że wolał przyjść tutaj i tworzyć coś 'od zera' niż od razu trafić do klubu, który wygrywanie ma we krwi. I Pablo Zabaleta, który po każdym spotkaniu pisze na swoim Twitterze o tym, że wszyscy muszą dalej ciężko pracować, aby wznieść się na szczyt. To bardzo proste komunikaty, ale jakże czytelne, bo świadczą o mentalności szukanej na Eastlands od lat. Jedno wiemy na pewno - to nie jest koniec starego typical City i lat kibicowania z humorem, ale początek zupełnie nowej drogi. Niezadowoleni z przejęcia Manchesteru City przez szejków też powoli zaczynają rozumieć, że zmiany to nic strasznego i naprawdę nic złego w tym, że chcemy wygrywać i mamy ku temu środki, których tak nam zazdroszczą. Poza tym, wciąż mamy w drużynie wychowanków i graczy jeszcze sprzed ery szejków. Dla nich - mam tu na myśli Richardsa i Harta - poprzez emocjonalny związek z klubem wygrana znaczy być może więcej niż dla reszty, ale nie chcę tutaj rozgraniczać - wygrali wszyscy. A zobaczyć uśmiech na twarzy Summerbee'ego i Booka po tylu latach, bezcenne. Nie były to ostatnie łzy szczęścia w ich życiu. Nasz czas nadchodzi. Haters are welcome ;-) Powtórzmy jakość sobotniego występu, a szybciej będziemy w piłkarskim niebie. C'mon City for the final push!
piątek, 18 marca 2011
Koniec przygody Manchesteru City z Ligą Europy. Sprawcą - Mario Balotelli, a pośrednio jego orędownik na Eastlands, Roberto Mancini. Jednak jak sobie przypomnieć wyskok w stylu wschodnich sztuk walki w wykonaniu Nigela de Jonga i tylko żółta kartkę pokazaną przez Webba, to oceniając tą samą miarą, gracz Dynama powinien zostać co najmniej upomniany za symulowanie. Mario powinien strzelić zaraz na początku spotkania. Tyle gadania po próżnicy, wstyd panie Balotelli. Choć pan to za mocne określenie. Dzieciaku chyba brzmi lepiej. Chciałbym usłyszeć jakiś jego komentarz, ocenę swojej postawy, może odrobinę samokrytycyzmu. Wtedy przez chwilę pomyślałbym, że ta czerwień nie poszła na marne i ten facet kiedyś dojrzeje. Łudzę się, prawda? Wątpię też w zmianę postępowania Roberto. Jeśli pupil z Mediolanu usiądzie na ławce na dłużej, Mancini przyzna się niejako, że 1. sprowadzenie Włocha było niedorzeczne 2. zwłaszcza, że zajął on miejsce innego charakternego - Craiga Bellamy'ego. Z litości nie będę porównywał obu zawodników. Craig może i nie potrafił czasem się przymknąć i zaakceptować stanu rzeczy, lecz na boisku dawał z siebie tyleż co Tevez, z podobnym skutkiem śmiem powiedzieć, dzięki czemu natychmiast dorobił się i szacunku Eastlands, i krótkiej, acz treściwej przyśpiewki. Mancini ocenił jego przydatność inaczej. I dziś dogłębnie poczuł, że pieniądze za nie-tak-znowu-Super Mario to nie całość ceny, jaką przyjdzie zań zapłacić.
Żeby zakończyć zarzuty pod adresem naszego Włoskiego menago, wyrażę swą wątpliwość co do jednej ze zmian. Nie jestem przekonany, iż Silva powienien schodzić(no chyba, że doznał drobnego urazu). Rozumiem, że wprowadzając Dżeko Mancini przyjął, że z rwanej gry David niczego nie wskrzesi, a wzrost i koordynacja Edina bardziej się przydadzą, czy to przy dalekich wrzutkach na aferę, czy przy stałych fragmentach. Ale to właśnie Silva mógł podać decydującą piłkę, której tak nam brakowało. Podobać się mogła za to odpowiedź zespołu na osłabienie - natychmiastowy gol dający nadzieję na lepszą drugą połowę. Widziałem wczoraj więcej zaangażowania niż w dwóch ostatnich meczach ligowych razem wziętych. Miejscami dominowaliśmy jak w weekend z Reading. Jednak o wyniku czasami decydują milimetry, a nie grube miliony - gdyby Tevez dotknął piłkę po strzale Yayi Toure w 94. minucie prawdopodobnie zmyliłby Szowkowskiego tak jak przy strzale Kolarowa, kiedy takiego kontaktu nie było. Aż przypomina się świetne wideo z youtube pt Efekt motyla. W każdym razie zespół pokazał charakter i chciał awansować dalej mimo iż rozum jednego z nich został w szatni. Przynajmniej powiało optymizmem przed jakże ważną niedzielą. Sporo dyskusji wywołały niektóre decyzje sędziowskie, rzekomo faworyzujące nurkujących kijowian. Nie lubię takiego podejścia do sprawy. Dynamo w dwumeczu grało mądrze, a jeśli sędzia za bardzo dostrzegał przewinienia City i Ukraincy to wykorzystywali - plus dla gości. Tłumaczenie się arbitrem nie jest moją ulubioną formą bronienia Manchesteru City. Przyczyn porażki w tej rywalizacji było wiele, a sędziowanie ustawiłbym na szarym końcu. Cholernie cieszy powrót Adama Johnsona. Mancini wziął lekcje u Fergusona i Wengera z zasłon dymnych, bo nic nie wskazywało, żeby Adam miał się pojawić choćby na ławce, przewidywano jego powrót na Chelsea przecież. A tu wystąpił, dodał nieco świeżości zespołowi i tylko fakt, że nie jest jeszcze w formie nie pozwolił mu zadecydować o grze w większym stopniu(jak np. na Villa Park). Jeśli Mancini skreśli Balotellego, to AJ powinien wskoczyć w jego miejsce przynajmniej na 45 minut. Nie zgadam się również z tymi, którzy zarzucają Manciniemu "zachowawczość" i wystawienie trzech defensywnych pomocników. Po pierwsze, najwyższy czas obalić mit, że gramy trzema DM. Yaya Toure jest ustawiany wyżej od de Jonga/Barry'ego i ma więcej zadań ofensywnych, startuje do kontr i tym podobne. Po drugie, w Kijowie Dynamo zdominowało środek pola i potrzebowaliśmy spokoju na tyłach, by móc konstruować ataki. I wcale nie huraganowe - Mancini chciał pokonać Siomina w partii szachów, a nie w biegu na "setkę", lecz plan wziął w łeb po czerwonej kartce. I to Dynamo zagra z Bragą w ćwierćfinale Ligi Europy. Cele na obecny sezon stały się jasne: pierwsza czwórka i jeden puchar. Nie wiem, czy jesteśmy w stanie tego dokonać; w moim odczuciu wczoraj na Eastlands zobaczyliśmy zespół, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Stamford Bridge is calling
czwartek, 30 grudnia 2010
Poważnym kłopotem Aston Villi zdaje się być również nastawienie, z jakim wychodzą na boisko(ile w tym winy menadżera?). Przedwczoraj przypominali skazańców oczekujących na ścięcie z rąk(chyba nóg…) kata w błękitnym kapturze, który zresztą zachował pełen profesjonalizm wykonując wyrok szybko i bezboleśnie. Ofiara nawet nie przeszkadzała i to najmocniej rozłościło kibiców gości, aż musieli smagać swoich „pupili” biczem ironii, gdy cieszyli się z każdego wywalczonego rzutu rożnego w drugiej połowie. W głowie Houlliera powinna zapalić się lampka ostrzegawcza – jego zawodnicy na papierze są lepsi od połowy składów tej ligi, ale to piszczące z biedy Blackpool czy wykopujące swoich menadżerów Newcastle i Blackburn są obecnie wyżej. Aston Villa – mogłoby się wydawać - to zbyt dobry zespół, aby z hukiem opuścić Premiership. Czy jednak jest to takie niemozliwe? Nadchodzący kalendarz The Villans nie jest dla nich przyjazny – w 2 stycznia jadą na Stamford Bridge, a w dalszej perspektywie czeka ich derbowy mecz na St. Andrews i… kolejne spotkanie z Man City(22 I). A ścisk w dole tabeli porównywalnym z tym w czołówce. Title contenders?No właśnie. Przez kilka godzin cieszyliśmy się we wtorek z pozycji lidera i nawet jeśli nasi rywale wygraliby wszystkie swoje zaległe mecze, to i tak będziemy w najgorszym wypadku na trzecim miejscu, punkt za Arsenalem i sześć za United. Not so bad. Część mediów znów dokooptowała nas do grupy liczącej się w walce o tytuł(wszak mamy już połowę sezonu) i patrząc w tabelę oraz na formę City, Arsenalu, United, Chelsea i Tottenhamu(wszyscy w grze w Europie!) nie można nikogo kategorycznie wykluczyć, argumenty za i przeciw przemawiają za każdą z ekip, co zapowiada nieprawdopodobną rywalizację do ostatniego gwizdka sezonu. Jeśli chodzi o mój zespół, to kluczowy dla jego pozycji okaże się styczeń i początek lutego; okres ten spinają wyjazdy na Emirates(5 I) i Old Trafford(12 II) plus noworoczny mecz z Blackpool, łącznie siedem spotkań(bez Pucharu Anglii).I po derbach będę już na 100% pewny, czy gramy o mistrza, czy jedynie o Ligę Mistrzów. Mario smiles, City winsWiększą sensację niż jeden z najprostszych hat-tricków jakie widziałem na żywo w swoim życiu wywołał uśmiech, jaki niespodziewanie zagościł na twarzy Homesick Balotellego. Choć wyglądał co najmniej teatralnie, musiał wlać trochę radości w serce Manciniego, który na Mario będzie stawiał zapewne do końca swoich dni na Eastlands. Swoją drogą łatwość z jaką młody Włoch pakuje piłkę do bramki – 8 goli w ośmiu meczach – i paradoksalnie nienajlepsza skuteczność(vide starcia Boltonen i Evertonem) dają sensowny obraz jego możliwości. Ale tylko pod warunkiem, iż na 90 minut będzie chował swoje ego, zamiast niego pokazywał fantastyczną technikę czy atomowe uderzenie, a Mancini da mu tyle szans, aby był w końcu lepszy od Messiego ;-) Naturalnie Mario nie był jedynym aktorem tego bardzo krótkiego widowiska. David Silva, wybrany zawodnikiem meczu, potrzebował niecałej godziny, aby zapracować na to miano. Nigel de Jong – żegnany zasłużoną gromką owacją na stojąco. Joleon Lescott, który zaskakująco utrzymał miejsce w wyjściowym składzie, pokazał zarówno skuteczną grę w ofensywie, jak i odczarował niechlubną statystykę sugerującą, jakoby nie potrafimy w lidze strzelić gola z głową. Cała defensywa, jak i Joe Hart, zachowała powagę sytuacji – nie zmogła ich litość, nie pozwolili The Villans na zdobycie honorowego trafienia. Jedyny zarzut jaki mi do głowy przychodzi brzmi następująco: po czwartym golu piłkarze zabili grę i nie było sensu dalej oglądać tego spotkania. Mancini słusznie pozdejmował swoich najlepszych piłkarzy, w końcu szybko wykonali swoje zadanie rozprawiając się z najgorszą drużyną odwiedzającą CoMS jeśli nie w tym roku, to na pewno w tym sezonie. Przed nami sylwestrowe szaleństwo i chyba nie mniejsze 1 stycznia - wszak Ian Holloway i jego Mandarynki zawitają do Manchesteru! Pozostaje życzyć sobie udanego piłkarskiego roku 2011(oczywiście tylko dla City, gdyż dla Was, kibiców innych drużyn, nie mam dobrych życzeń ;p). Bawcie się bezpiecznie i pamiętajcie - alkohol zabija powoli i nie powino się nam śpieszyć ;-) |
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||