Wpisy z tagiem: Wayne Rooney

piątek, 10 czerwca 2011

Podsumowałem zawodników, za chwilę spojrzę na dokonania taktyczne Manciniego, wcześniej zaś rzut oka na to, co działo się wokół City: na trybunach, w prasie i nie tylko. Subiektywnie oczywiście.

1. Let's all do the Poznań

Kibicowski hit sezonu na CoMS. Po wyjazdowej ekipie Lecha Poznań mogliśmy się spodziewać na Eastlands dopingu na najwyższym poziomie, który powinien przypomnieć Anglikom, czego na ich stadionach brakuje. Efekt jednak przerósł wszelkie oczekiwania. Choć poznaniacy zostali najpierw wyśmiani, potem doszło do refleksji i Poznan zaczął zdobywać serca kibiców City aż po wielką zbiorową celebrację zwycięstwa w Pucharze Anglii. I kto powiedział, że Liga Europy to nikomu niepotrzebny puchar pocieszenia? Obecnie nie ma meczu Man City, aby komentatorzy nie wspomnieli o Poznaniu.

2. Blue Moon Rising

Zrobić dobry film o piłce to nie byle sztuka, zwłaszcza, jeśli ma się do opisania historię jednego sezonu. Twórcą BMR kreatywnie podeszli do tematu i stworzyli naprawdę interesujący obraz, który spokojnie można polecić nawet tym nie związanym z The Citizens na co dzień. Więcej na temat filmu przeczytacie tutaj, dodam jedynie, iż z racji ograniczonego zasięgu Blue Moon Rising furory zrobić nie mógł, to jednak recenzje zebrał dość pozytywne. 

3. Mario Balotelli

I wszystko jasne ;-) lista niecodzinnych wyskoków Super Mario jest zapewne dłuższa niż liczba zebranych przez niego mandatów. Prasa nie skąpiła miejsca na opisywanie tych wszystkich historii, a ja zamiast Włochowi wyliczać, posłużę się bardzo fajnie podsumowującą pieśnią(klasyk!):

4. Alan Douglas Borges de Carvalho

Kolejny dowód na spore poczucie humoru kibiców City i potrzebę organizowania rozgrywek Ligi Europy. Błękitni chłopcy podejmowali u siebie Salzburg w 5. kolejce fazy grupowej. Na boisku pełen luz i łatwe prowadzenie 1:0, gdy nagle pojawił się ON. Alan Carvalho, młody brazylijski piłkarz wszedł na murawę i publika natychmiast go pokochała. Z trybun rozbrzmiały okrzyki "Alan for England" i inne tego typu hasła skandowane przez dobre pół godziny. Sam nie wiedziałem o co chodzi, ale najpewniej chodziło o przydomek Brazylijczyka, którego nikt nie spodziewał się usłyszeć w Anglii.

Alan Douglas Borges de Carvalho

To mniej więcej tak, jakby Luiz Nazario de Lima miał przydomek Janek albo Staszek ;-)

Zaskoczony piłkarz nie wiedział co się dzieje, ale po meczu podziękował kibicom za to nieoczekiwane zainteresowanie, tym samym zapisał się w pamięci widzów Eastlands na dobre. Ostatnim akcentem Alana były jego życzenia przed finałem FA Cup. Nie, nie składał ich Stoke City ;-)

5. 35 lat i ani dnia dłużej

Praktycznie każdy nagłówek w angielskiej prasie po 14 maja musiał zawrzeć coś o końcu 35-letniego wyczekiwania błękitnej strony Manchesteru na znaczące trofeum. Powtarzaliśmy jak mantrę - zerwać ten diabelski transparent z Old Trafford, rozpocząć zupełnie nowy rozdział w historii błękitnej piłki. Udało się, czego piłkarze wespół z kibicami nie omieszkali pokazać po zwycięskim finale PA. Od tamtego momentu nic nie będzie już takie samo.

00 years and we are still here!

6. Zabman, City's true hero

O Zabalecie w samych superlatywach pisałem w poście podsumowującym, tutaj chciałem napomknać o jego niesamowitej podatności na urazy w końcówce sezonu. Śmiemy twierdzić, iż w kwietniu Zaba wpadł do kociołka z radioaktywną zupą i niespodziewanie stał się superbohaterem gotowym przyjąć na siebie niezliczone ciosy. Bez różnicy, czy brutalnie zaatakował go Rudzielec, czy ktoś inny ciął skórę na głowie(krew się polała dwa razy!) równo - Zabman nigdy się nie złamał, choć nawet menadżer nie wierzył, iż może grać dalej. Zabawnie to wyglądało na Goodison Park, kiedy po kolejnym starciu Pablo wylądował przy linii bocznej, a Mancini nagle zmienił zdanie i zmienił Argentyńczyka zamiast innego zawodnika(nie pamiętam już o kogo chodziło). Zaba po chwili jednak wstał i chciał kontynuować grę, niestety było już za późno ;-) That's the spirit!

7. Tabletki odchudzające

Jedna z najłagodniejszych afer dopingowych, jaką mieliśmy okazję obserwować w ostatnich latach. Kolo jednak postąpił w sposób nadzwyczaj głupi i miał sporo szczęścia - zaledwie sześć miesięcy kary od marca począwszy nie brzmi jak koniec kariery na Eastlands. Ale brać tabletki odchudzające? Serio? Zawodowemu piłkarzowi miałoby coś takiego pomóc? I nie miałzmiaru konsultować dawkowania chemikaliów z lekarzem klubowym? No bez jaj... A zamiast zbijać wagę, mógłby nie dopuszczać do takich sytuacji jak w starciu z Rovers u siebie.

8. He came from Italy, to manage Man City

Na melodię Volare, jakże pasującą do okoliczności(słowa Nel blu dipinto di blu mówią same za siebie), kibice City od wygranego meczu z WBA zaczęli śpiewać o swoim menadżerze. Rzecz niby banalna, ale czy często słyszy się tego rodzaju chants na angielskich boiskach? Wiedzą, co robią - to w mniejszym stopniu przejaw podziwu dla Roberto Manciniego, ale swego rodzaju poparcie dla długofalowej perspektywy jego rządów. Dość zmian na kluczowych stanowiskach. Wyrzucenie Hughesa było nieeleganckie i po części niepotrzebne, Mancini ma za sobą półtora roku i jest na najlepszej drodze, aby zagrzać miejsca na dłużej. Czego bardzo pragnę, nawiasem mówiąc.

9. Trybut dla Neila Younga

Na kilka tygodni przed startem Pucharu Anglii dotarła do nas wiadomość o ciężkiej chorobie Neila Younga, legendarnego napastnika The Citizens w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W 24. minucie spotkania z Leicester wyjazdowa ekipa City oddała hołd piłkarzowi, strzelcowi zwycięskiej bramki w finale Pucharu Anglii z Leicester w 1969 roku. Przybrali wówczas czerwono-czarne barwy, w których później piłkarze wyszli na mecz powtórzony. Young niestety przegrał walkę z rakiem wkrótce po tym, ale pamięć o nim pozostała - Jemu dedykujemy Puchar, po części z Jego powodu czerwień i czerń wracają na stroje Manchesteru City.

10. Rooney w City

Najśmieszniejsza historia sezonu - gdy Wayne 'Shrek' Rooney oszalał i zarzucił swojemu menadżerowi brak ambicji jednocześnie poddając swoją przyszłość w United pod znakiem zapytania, natychmiast wybuchła plotka o zakusach The Citizens. Stan Collymore obwieścił urbi et orbi na Twitterze "deal done", ja napisałem pełną fantazji notkę, ale ostatecznie Roo się wycofał, ale co popłochu zasiał, to jego.

A małą nagrodę za najlepszy artykuł o City powinien dostać pan z NotW za lipcowe masterpiece o sprzedaży 13 zawodników, w tym także Nigela de Jonga. Na szczęście News of The World od jakiegoś czas jest płatne i nie zalinkuję do tego gniota ;-)

Zapomniałem o czymś? Dajcie znać w komentarzach.

niedziela, 13 lutego 2011

Największym paradoksem wczorajszych derbów był niewątpliwie gol Wayne'a Rooney'a. No bo jak to, napastnik będący cieniem samego siebie z zeszłego sezonu strzela gola roku po tym, jak najlepszy i praktycznie bezbłędny obrońca rywali w kluczowym momencie pośliznął się i nie mógł po raz kolejny ze spokojem wybić piłki? Niepojęte. Aż musiałem odpuścić sobie wczorajszy wpis 'na gorąco'. No bo cóż mogłem napisać? Futbol jest okrutny i niesprawiedliwy? Ugiąć się pod falą ochów i achów nad golem Shreka? Albo znów przyjąć na kibicowskie serce hektolitry pomyj i szyderstw ze strony czerwonych?

Dajcie spokój. Nawet remis Farselony nie poprawił mi humoru.

Dziś jest lepiej.

Na duchu podnosi mrowie pozytywnych komentarzy kibiców The Citizens. To nie był najgorszy mecz w naszym wykonaniu. Zasłużone owacje na stojąco dla Kompany'ego i Richardsa. Boss nie czekający ze zmianami i odważnie wpuszczający ofensywnych zawodników w miejsce tych, którzy zawiedli. Team spirit, gdy przyszło gonić niekorzystny wynik, choć zabrakło podejścia "jeśli chce się zremisować, trzeba grać o zwycięstwo", mam tu na myśli fragmentów po wyrównaniu, kiedy przejęliśmy kontrolę nad spotkaniem i ... no właśnie, czegoś zabrakło, aby pokonać Van der Sara. Nie potrafiliśmy przekuć przewagi na gole i wobec United, gotowych wygrywać wbrew sprawiedliwości i zdrowemu rozsądkowi, krzywda City musiała się stać.

Taktycznie rzecz ujmując Ferguson odrobił lekcję i ciężar gry jego drużyny oparł na skrzydłach. I Nani, i nieśmiertelny Giggs(+Evra) nie mieli większych kłopotów z ogrywaniem bocznych obrońców The Citizens. Wąskie ustawienie defensywnych pomocników oraz brak de Jonga, który zawsze asekuruje odsłonięte ustawieniem zespołu strefy boiska, pozwoliły wspomnianej dwójce na, że tak się wyrażę, nieskrępowaną penetrację. Dzięki temu jeśli piłkarze United już piłkę posiadali, to bez problemów mogli dostarczać ją Rooney'owi, co raz przyniosło tak ważki skutek dla przebiegu spotkania. Łudząco przypomina to porażkę City z Wilkami czy remis na White Hart Lane. Tam również bardzo szeroko grający gospodarze praktycznie z każdej akcji mogli oddać strzał na bramkę, albo bardzo groźnie dośrodkować czy też po prostu przebojowym rajdem wbić się w pole karne. Spójrzcie chociaż ile goli strzelili nam czerwoni po dośrodkowaniach...

Derby gol

Zawodnikom City w ofensywie brakowało różnorodności. Czasami zamiast bić głową w solidny mur(słusznie nie cieszyłem się z braku Ferdinanda, bo Smalling zagrał znakomite zawody), lepiej go po prostu przeskoczyć. Pchamy się na siłę środkiem, a gola przyniosła nam akcja oskrzydlająca, w dodatku zrobiona przez dwóch wprowadzonych zawodników - dośrodkowywał SWP, a Dżeko nastrzelił plecy Silvy. Nie strzelaliśmy z dystansu, Kolarow istotnie nie miał dnia, a i nie kreowaliśmy mu szans na potężne kropnięcia z 20-25 metrów. No i zdumiewa mnie, jak zespół z takimi gigantami w składzie zdobył zaledwie dwa gole w tym sezonie z rzutów rożnych. Siedem kornerów i praktycznie żadnego zagrożenia. Czas wykorzystywać inaczej Edina Dżeko, nie tylko w typowych klepkach, ale przede wszystkim jego wzrost i grę głową, na przekór statystykom z Bundesligi. Trzeba próbować. Kto tego nie robi, nie kupuje losu na loterię jak w starym kawale, nie może wygrać.

Choć derby urzeczywistniły pewna prawdę – nie taki czerwony diabeł straszny, jak go malują. To był mecz do wygrania i mimo pewnych pozytywów powinniśmy o tym pamiętać. Roberto Mancini powoli uczy się na swoich błędach, wcześniej sam na siebie narzekał, iż zbyt późno dokonywał korekt, teraz nie czekał zbyt długo na wprowadzenie nowych zawodników, chciał wygrać mecz i to mi się podobało. Defensywna(?) postawa od pierwszej minuty nie była konieczna, choć gdyby Silva strzelił... no cóż, w takie spekulacje bawić się nie będę. Gol nie padł, a spotkanie ułożyła się kompletnie inaczej. To United wykorzystali szanse i wygrali to fantastyczne swoją drogą, spotkanie.

Czas na przygodę z pucharami. To dobry kalendarz. Lepiej odpocząć od ligi i spokojnie przejść drużynę z Salonik oraz strzelić parę goli ekipie z Nottingham, a dopiero potem wrócić do Premiership. Poprzednia porażka z United z rąk Rooney'a(półfinał Carling Cup) spowodowała passę przeciętnych spotkań i niedostatecznych wyników. Wojaże powinny w spokoju pozwolić  odbudować się psychicznie drużynie przed powrotem Marka Hughesa na CoMS pod koniec miesiąca.

PS Jak dobrze móc nie pisnąć ani słowa o pracy arbitrów!

poniedziałek, 18 października 2010

Lawina ruszyła i nic jej nie zatrzyma – od wczorajszego artykułu w Guardianie i rzekomej wypowiedzi Wayne’a Rooney’a wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, do jakiego klubu Anglik trafi w najbliższej przyszłości. Jak do tego dojdzie?

Za kilka tygodni zagadnięty o Rooney’a Mancini odkrywczo i w pięknej angielszczyźnie przyzna, że Anglik to „very good player” i że każdy trener na świecie chciałby go mieć w swoim zespole. Tymczasem w Abu Dhabi Garry Cook spotka się z Jego Wysokością Szejkiem Mansourem bin Zayedem bin Sultanem Al Nahyanem i poprosi o 50 milionów na transfer oraz 15,6 miliona rocznie na płace dla gracza United, wszak nie ma sensu czekać na wygaśnięcie jego kontraktu, We can affford it. Arabski miliarder wykona jeden telefon, cena baryłki ropy nieznacznie wzrośnie i Cook dostanie zielone światło. Oczywiście oba kluby na dzień dobry zaprzeczą, jakoby jakiekolwiek działania miały miejsce. Do tajnej walki o podpis Wayne’a dołączą się jeszcze Chelsea, Liverpool i Real Madryt. Angielskie klubu spuchną przy negocjacjach sumy za przejście, a Mourinho kategorycznie zabroni Perezowi wydawać góry pieniędzy na piłkarza, czym doprowadzi(mimo pozycji lidera w lidze) do sporego konfliktu, aż do otarcia się o zwolnienie włącznie.

W styczniu Anglia wstrzyma oddech – nawet ukochany Puchar zejdzie na dalszy plan, a w mediach królować będzie tylko jeden temat. Kibice United, trzeciego zespołu EPL, do ostatniej chwili będą wierzyć, że Roo tak tylko mówi o tym odejściu, ale wcale o nim ni myśli, bo kocha MU, Fergusona i choćby miałby grać na OT za dwie miski ryżu, karnet do burdelu i napój energetyczny, to się poświęci. Ulicami Manchesteru wstrząsną potężne rozruchy – czerwoni, wsparci śmietanką turystyczną z całego świata, będą protestować przeciw odejściu ich idola, niszczeniu futbolu i pedofilii księży. UEFA, niczym Zeus z Olimpu, będzie ciskać gromy w City, Szejków i Rooney’a i po raz setny zapowie wprowadzenie restrykcji finansowych, ale zostaną uciszeni przez zwolenników klubu spod znaku Więcej Niż Długi. Eksplodującemu ze złości Platiniemu powiększy się łysina, a nad Wisłą Grzegorz Lato energicznie przyzna po paru głębszych, że za takie pieniądze to i być może on by się do naprawiania polskiej piłki zabrał, ale niedostateczne środki PZPN niezwykle go w tej materii ograniczają.

Welcome to Roonchester

Dwa tygodnie medialnej ruchawki i cały świat obiega zdjęcia uśmiechniętego i ogolonego Shreka z Błękitną koszulką w dłoniach. Tak, jestem szczęśliwy, że tu będę grać. Tak, bardzo sobie cenię wartości rodzinne i dlatego postanowiłem nie zmieniać miasta. Błękit lepiej pasuje do mojej cery, no i wreszcie będę miał w czym wyjść na hyt. Kibice United solidarnie palą wszystkie pamiątki po byłym zawodniku, a w City Adebayor i Santa Cruz odchodzą do Włoch. Jednocześnie Rooney ogłosi, iż poszukuje małej armii do ochrony swej osoby. Życie toczy się dalej, fani The Citizens sycą się furią czerwonych na wszystkich możliwych frontach.

12 lutego, nim emocje zdążą opaść, Rooney z Tevezem zdemolują The Rags. Na Old Trafford słychać będzie tylko „hark now hear” oraz jakże znamienne „Fergie, Fergie sign them up”. Po końcowym gwizdku ze strony Stretford End polecą na murawę czerwone krzesełka oraz opakowania po hamburgerach i coca-coli. Nienawiść wylewa się na ulice strumieniami. Ferguson przeprasza się z BBC i na łamach stacji zapowiada zerwanie z niekulturalnym nałogiem żucia gumy. Od tej pory nic już w angielskim futbolu nie będzie takie samo.

Koniec sezonu tylko to potwierdzi. Pierwszy raz od wielu lat The Citizens skończą rozgrywki wyżej niż United(wszak sam Berba klubu nie pociągnie), tj. na drugim miejscu,. W maju niespodziewanie buty na kołku zawieszą Scholes i Giggs, przez moment przejdzie to przez myśl van der Sarowi, ale kiedy obróci się za siebie i zobaczy wygłodniały wzrok Kuszczaka, ze spokojem przedłuży kontrakt do 2020. City awansują do Ligi Mistrzów i zapiszą się w historii, a balans w mieście zostanie zachwiany. Dzięki chłopakowi z Croxteth piękna rywalizacja rozgorzeje na zupełnie innym poziomie, nieznanym od dekad.

A Wayne zostanie okrzyknięty największym chciwym draniem, jakiego zna świat. I będzie nim do czasu, aż Cristiano Ronaldo nie ogłosi, że chce wrócić na łono EPL ;-)

No i bym zapomniał: po przejściu Rooney'a, CoMS zacznie śpiewać nową pieśń pod starą nutą: "Roo moon, you saw me standing alone..." ;-)