Wpisy z tagiem: manchester city
niedziela, 08 stycznia 2012
162. derby Manchesteru padły łupem United i Chrisa Foya, ale duma, która wypełnia serca każdego kibica The Citizens dominuje nad porażką i faktem, iż nie obronimy Pucharu Anglii. Od lat nie wiem ilu Manchester City przed meczem został obwołany mocnym faworytem, co zawsze w przypadku United powinno wywołać pewien niepokój. Mogą mieć plagę kontuzji, mogą mieć nienajlepsze morale po dwóch fatalnych porażkach w lidze, jednakże nigdy nie poddadzą spotkania o takim ciężarze gatunkowym. Ktokolwiek trzeźwo myślał, iż Błękitny wygrają tylko dzięki temu, iż wyjdą na boisko, musiał być niespełna rozumu. Nigdy nie ufaj Czerwonym Diabłom, nigdy nie pozwalaj, aby zgubiła cię przesadna pewność siebie na boisku i poza nim. Nigdy.
Biorąc pod uwagę poważne braki w środku pomocy(Barry, Yaya) i praktycznie jednego zdrowego napastnika w kadrze(Dżeko i Mario kontuzjowani) moje obawy były dość znaczne, gdyż zawsze dochodzi do nich czynnik, którego absolutnie nie da się przewidzieć - błąd sędziego ustawiający mecz. Chris Foy nie od dziś jest znany ze swoich cokolwiek dziwnych decyzji i chyba nie powinienem być specjalnie zszokowany wyrzuceniem Kompany'ego. Czerwona kartka za czyste wejście(nawet nie w połowie tak agresywne jak dwunożny atak de Jonga na Ben Arfę) i brak katrki dla Giggsa ze wejście od tyłu(facet nawet w piłkę nie trafił) kilka minut później to jasny przekaz - Foy jest niekompetentnym durniem, który interpretuje przepisy wg własnego widzimisię. Nigdy czerwona, Chris, nigdy! Co jeszcze dodaje gorzkiego smaku temu incydentowi - Nani nawet nie był zainteresowany karą dla naszego kapitana. To Rooney z prędkością zdementowanych pogłosek o transferze doskoczył do Foya i domagał się kartki... Poczucie niesprawiedliwości wzbudziło w piłkarzach Manciniego niesamowitą determinację. Trochę tak jak United, ruszyli do ataku w derbach na OT, mimo iż goście punktowali boleśnie, co podobnie skończyło się do przerwy na Eastlands źle. Milner nie jest prawym obrońcą, a chcąc się skutecznie bronić trudno polegać na Adama Johnsonie, niezłym z przodu, ale asekuracyjnie grającym z tyłu, to samo tyczy się Kolarowa, z tym że Serb jest momentami równie słaby w obu aspektach gry. Szkoda - tak myślałem do gola na 1:3 - że Roberto nie postawił na Clichy'ego, którego świetny występ przeciwko Naniemu w październiku powinien gwarantować mu dziś miejsce w pierwszej '11'. Sytuacja po 45 minutach wyglądała tak niedobrze, iż Mancini musiał reagować bez skrupułów - sam się domagałem, aby zrobił dwie defensywne zmiany i próbował uniknąć upokarzającego rewanżu za 1:6. Włoch posłuchał moich błagań połowicznie. Wejście obrońcy Zabalety na prawą stronę było słuszne, ale niekoniecznie chodziło o zejście Davida Silvy, bardziej zależało mi na ściągnięciu z boiska anonimowego Nasriego. Jednak powody Manciniego zrozumieć nietrudno - przy 0:3 lepiej oszczędzić Magika, który może pokazać wielką klasę z Liverpoolem, ale Samir mimo istotnej roli(łącznik między obroną a Aguero) przeszedł obok meczu. W rzeczywistości więc The Citizens grali tak jakby w dziewiątkę(Francuz irytował również kiepskim zaangażowaniem w destrukcji), a mimo to, po szybkim golu na 1:3, już nie zastanawiano się, jak wysoko United zwyciężą, ale czy w ogóle awansują dalej. Zaczął się zupełnie inny mecz, o którym Manchester United wolałby pewnie zapomnieć. Od strony taktycznej Mancini wykonał swoje zadanie. Wyzwolił z okowów obrony Milnera, ustawił pięcioosobowy blok defensywy(z bardzo lotnymi Zabaleta i Kolarowem), w środku wspomniany James i de Jong(kilka świetnych interwencji), przed nimi Anonimowy Nasri i osamotniony Aguero. Drugi gol, trochę przypadkowy, pozwolił na postawienie interesującego szacha. Czerwoni nie mogli dłużej bronić aż tak wysoko, jak i za każdym razem inwestować sporo sił w atak, aby uniknąć kontr.
Ostatnie dwadzieścia minut wyzwoliło niesamowite emocje i tu u mnie przed monitorem, i na Eastlands, które odżyło w drugiej połowie dodając skrzydeł przegrywającym piłkarzom. Fantastyczne przeżycie - 80 minut bez jednego zawodnika, a mimo to zamiast zostać zmiażdżonym, Manchester City pokazał wielki, wielki charakter i był tak blisko wyrównania. Paradoksalnie błąd Foya wyszedł piłkarzom City na dobre(poza odpadnięciem z Pucharu, rzecz jasna) - zjednoczył ich, sprawił, iż po raz kolejny w tym sezonie pokazali tak poszukiwany wcześniej team spirit, nie wszystko wprawdzie wyszło, ale, ale! Kwestionowanie ducha drużyny na Eastlands powinno się właśnie skończyć. Zaś duma w nas, kibicach City, będzie silniejsza od jednej porażki. Wszak przegrywaliśmy z United w gorszych, bardziej łamiących błękitna serca okolicznościach. I odpadnięcie z Pucharu Anglii nas nie zatrzyma. Piłkarze również o tym wiedzą. Ci, którzy używają mediów społecznościowych już zdążyło wyrazić swój podziw dla atmosfery meczu. Najlepiej rzecz określił Kun(Tevez, ucz się!):
Z drugiej strony, kibice United mają prawo wściekać się na swoich piłkarzy za postawę w drugiej połowie. Niewiele zabrakło, aby zmarnowali sporą przewagę bramkową, co chyba wciąż jest pokłosiem słabszej formy całego zespołu. Z pewnością też spora część fanów nie widzi sensu w sprowadzeniu Scholesa z powrotem na Old Trafford, mimo oczywistej sympatii do rudzielca. Czy Ferguson jest już tak zdesperowany brakami w środku pomocy, że sięga po faceta z emerytury(tak, wiem, że Paul też chciał wrócić na boisko)? Tylko patrzeć, jak po kolejnym babolu Lindegaarda czy De Gei wykona *kolejny* telefon do van der Sara(a może do Schmeichela?!). Na szczęście nie mój to cyrk :) Daleko mi do załamania. Owszem, w najbliższych tygodniach będzie brakować Kompany'ego(apelacja moim zdaniem nie przejdzie), ale wróci Barry, na środku obrony Mancini może postawi na Savicia, może na Richardsa, to kwestia jeszcze do rozstrzygnięcia. Czekamy na wyniki Wybrzeża Kości Słoniowej i powrót braci Toure, oraz na ruchy transferowe z klubu. Cele na najbliższe tygodnie: awans do finału Carling Cup i utrzymanie prowadzenia w lidze. Jeśli determinacja w zespole Manciniego się utrzyma, nie wątpię iż jesteśmy w stanie to osiągnąć. CTID Tagi:
Chris Foy
Derby Manchesteru
FA Cup
manchester city
Manchester United
Puchar Anglii
Roberto Mancini
19:54, angamoss ,
Manchester City
Link Komentarze (2) »
środa, 21 grudnia 2011
Zachłanność Roberto Manciniego nie zna granic. Ledwie umocnił Manchester City na fotelu lidera, ledwie pokonał po raz pierwszy w Premier League Arsenal, Everton i United, a tu już czeka na niego kolejny mały sukces do osiągnięcia. Jeśli dziś The Citizens nie przegrają ze Stoke, to zakończą rok 2011 jako niepokonani na własnym stadionie. Jeśli zaś wygrają, to jedynym zespołem, który wywiózł z Eastlands punkty w lidze w tym czasie zostanie... Fulham(poza tym ta sztuka udała się także Napoli, a żeby oddać sprawiedliwość - zwycięstwo z Dynamem Kijów i tak dało awans gościom z Ukrainy). Doskonale pamiętamy tamto nudne i wolne do bólu spotkanie - wtedy zdawało się, iż jesteśmy skazani na występy tego sortu, ale nowy sezon przyniósł totalną odmianę, dzięki której Etihad Stadium stał się areną godną najlepszych meczów Premiership. Tak też było w niedzielę, gdy przyjechał Arsenal. Niestety, sporo emocji zgotowały niektóre decyzje sędziowskie i od nich zacznę. Co najmniej dwa błędy przy odgwizdywaniu spalonych, z czego jedna kompletnie zła(odebrała Arsenalowi gola na 1:1), a druga tylko dzięki Hartowi(chodzi mi o sytuację, kiedy Walcott stał na linii strzału zza pola karnego po rzucie rożnym, pierwsza połowa) przeszła bez większego echa. Do tego za szybkie kartki - Song na przykład niekoniecznie musiał otrzymać takową w pierwszym kwadransie, kilka późniejszych gwizdnięć także było co najmniej dyskusyjnych, nie mówiąc o ewidentnym karnym. Micah zagrał ręką bez wątpienia, a Phil Dowd, choć stał bardzo blisko, uznał to za przypadek. Wystarczyłoby jednak pokazać mu kilka podobnych sytuacji(mi przychodzi do głowy karny z WBA na CoMS z zeszłego sezonu, kiedy to Tevez strzelił hat-tricka), aby wykazać, jak cholernie się pomylił.
Na szczęście obie drużyny zagrały na tyle interesująco, iż Dowd nie zasłonił swoją pulchną osobą wielu dobrych momentów spotkania. Nawet pomijając błędy arbitrów, goli i tak mogło paść znacznie więcej(a wręcz powinno). Patrząc na grę Arsenalu znów odniosłem dość ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony wydawali się personalnie gorsi, na co oczywiście miały wpływ osłabienia w defensywie i pomocy, ale mimo tego stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, na przekór momentami bardzo wyraźnej przewagi City, i ten punkt zdobyć powinni. Jak słusznie ocenił Arseblog: dissapointment but no shame. Z drugiej strony, zmiennicy w osobach Arszawina i Chamakha kompletnie rozbijają to, co w zespole Wengera jest dobrego. Zwłaszcza Rosjanin pokazał, ym, no, sami wiecie co – brak słów przy każdym zetknięciu z piłką. Z tak dramatycznie słabą ławką i zawsze potencjalną kontuzją(umówmy się, że Arsenal albo ma bardzo kiepskich medyków, albo wybitnego pecha do urazów swoich piłkarzy) któregokolwiek z zawodników to krok w stronę szpitala. I słabszych wyników klubu, naturalnie. I chyba już znam na odpowiedź z poprzedniej notki – na tę chwilę, bez wzmocnień(ponoć zapowiadanych) w zimie Arsenal stać na skuteczną walkę o Ligę Mistrzów. Co do tytułu, to tak jak na Eithad, będę zasługiwać na coś więcej, ale w ostateczności słaba ławka, kontuzje i błędy sędziowskie wyeliminują ich z wyścigu, ale nie tak szybko jak wielu rywali by oczekiwało. City. W niedzielę narobiliśmy sobie sporo kłopotów. Naprawdę, wystarczyło podwyższyć(okazji przecież nie brakowało...) na 2:0 i spokojnie kontrolować przebieg wydarzeń. To mnie rozłościło najbardziej, ale fakt, iż to Vermaelen miał najwięcej strzałów w ekipie AFC, a nie Robin, Theo czy Gervinho, zwyczajnie cieszy. No i czyste konto, choć podważają je wpadki sędziów, to też zasługa Joe Harta, który w tym sezonie wybronił już kilka(naście?) punktów The Citizens. Poza tym: świetni Zabaleta i Kompany, bardzo solidny Kolo Toure(mecz bez wpadki, brawo), spokojniejszy Yaya, a Nasri - chyba już przyzwyczajony do presji i powoli aklimatyzujący się na Etihad. Wciąż mi za to brak de Jonga. Nie wyobrażam sobie, aby miał opuścić dwa spotkania wyjazdowe - z Sunderlandem i WBA, odpoczynek Y. Toure bardzo się przyda(w perspektywie ma wszak PNA), to samo z Barrym, facet gra praktyczni non stop. Niech więc Mancini da Holendrowi więcej minut i podpisze z nim nowy kontrakt. Potrzebujemy go. Za chwilę Stoke City. Dwa poprzednie zwycięstwa pamiętamy doskonale - Puchar Anglii, oraz ostatni fantastyczny występ Teveza na Etihad. Jaka szkoda, że później jeszcze przywdział Błękit... Dobrze będzie i bez Argentyńczyka powtórzyć wyniki z ekipą Pullisa, zwłaszcza przed własną publicznością. Na Brittannia będzie zdecydowanie trudniej. To taki mały dar losu - zimą w poprzednim sezonie Stoke postawiło u siebie wysokie wymagania i ledwie uszliśmy z remisem. C'mon City, zakończmy ten rok bez porażki na Eastlands!
sobota, 17 grudnia 2011
Czarnowidztwo nad losem zespołu Arsene’a Wengera to ostatnimi czasy bardzo popularne zjawisko. Z sezonu na sezon co raz większa grupa kibiców i dziennikarzy wieszczy rychłe piłkarskie załamanie Kanonierów i natychmiastową(niemal permanentną!) eksmisję z topowych zespołów Premiership. Arsenal jednak tylko połowicznie spełnił oczekiwania fachowców – od sześciu i pół roku nie zdobył trofeum, a po ostatniej, bolesnej porażce na tym polu(finał Carling Cup z Birmingham), ligowa forma AFC prezentowała się wprost tragicznie, aż po jeszcze gorszy epilog na Old Trafford. Wenger rozpoczął sezon na nowo, wreszcie sięgnął do portfela, a eksplodujący(nie pierwszy raz oczywiście) niczym supernowa talent strzelecki Robina van Persiego dał odczuć, iż w Islington wiele sprawa wraca na swój prawidłowy tor.
Trochę to jednak mydlenie oczu. Moim zdaniem, Arsene nie ustrzegł się masy błędów, głownie za sprawą zaklinania rzeczywistości. Prawdopodobnie gdybym był kibicem Arsenalu, stałbym po stronie przeciwników Francuza. Darujmy sobie z miejsca dyskusję, czy zajmowałbym się Kanonierami przed The Invincibles, czy po – w moim odczuciu 4, 5 lat to okres na tyle w piłce znaczący, iż aura niegdysiejszego zwycięzcy dłużej chronić Wengera nie powinna i konstruktywna krytyka jest jak najbardziej na miejscu. Arsenal, w pojmowaniu jego własnych zwolenników, ma wygrywać trofea, gdyż ma to we krwi, a rezygnacja z walki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Kadrowy upadek Arsenal doświadczył z Manchesterem United, gdy pozbawiony kilku podstawowych graczy skompromitował się na całego. Sporo w tym winy samego Wengera, który do końca nie chciał zaakceptować faktu, iż część piłkarzy najnormalniej w świecie wypowiada mu posłuszeństwo – Fabregas, Nasri, Clichy, a mimo to Arsene(zarząd?) nie był gotowy wydać odpowiedniej kwoty zaraz(a nawet wcześniej) po tym, jak wspomniani piłkarze odeszli. Tak na marginesie – lepszy w tej chwili Arteta, dla którego gra z armatą na piersi jest nobilitacją i sporym awansem sportowym, niż zblazowany Cesc, uważający Arsenal jednak za drugi, nie pierwszy klub w swoim sercu. Co do wspomnianych Francuzów – ich transfery do City musiały wielu uzmysłowić brutalną prawdę – wprawdzie Arsenal to wciąż świetna firma i wciąż liczy się w czołówce Premier League, ale jeśli piłkarze odchodzą na Eastlands w poszukiwaniu triumfów, to jest to policzek(ostatnie ostrzeżenie?) wymierzony Kanonierom. Pal licho pieniądze – możecie drodzy fani AFC powtarzać, iż do City idzie się tylko po kasę, ale fakty są takie, że pragnienie zwycięstw w ekipie Manciniego jest w tej chwili wyższe niż u Wengera. Tego samego Wengera, który śmiał wam powiedzieć, iż powinniście być zadowoleni, bo wasz ukochany klub co roku gra w Lidze Mistrzów. A te słowa mogłyby wyjść z ust, z całym szacunkiem, Harry’ego Redknappa… Na początku sezonu(tj. do końca okienka transferowego) byłem absolutnie przekonany, iż Arsene'a dla dobra klubu trzeba zwolnić i zacząć zapisywać nową kartę historii. Mam wrażenie, u wielu kibiców brakuje odwagi, aby spojrzeć na AFC bez Wengera. Spojrzeć na swój ukochany klub, który zdecydowanie podejmuje kroki, aby odzyskać blask trofeów w gablocie, a nie wspominać dawne zwycięstwa i z kwaśną miną cieszyć się, iż piłkarze wychowywani przez Francuza osiągają znaczące sukcesy gdzie indziej. Spotykamy się jednak w nieco innym kontekście – Arsenal wraca do gry, choć nie jestem pewny, o co. Mistrzostwo? Ligę Mistrzów? Przejściowy(?) sezon na Emirates mimo wszystko nie może obejść się bez aktywnej walki o wszystko, co możliwe. Widzieliśmy to podczas Carling Cup, kiedy to rezerwowi Wengera dali naprawdę dobry występ i zwycięstwo The Citizens nie było łatwe, ani bardzo zasłużone. Przegnali nawet upiory ze spotkań z Wigan i wrzucili pięć goli Chelsea na Stamford, co wywołuje u mnie pewne oznaki zazdrości :) Podobnej agresywności spodziewam się jutro, mniej zaś będzie szachów, które pamiętamy z pierwszej ligowej porażki Błękitnych. To przecież starcie szczytów moralności w futbolu z jego największym złem, czyli pieniędzmi ;-) W City zabraknie Clichy’ego i Kolarowa, na szczęście wraca Richards, lewą obronę zajmie zaś Zabaleta. Osobiście wolałbym zobaczyć w pomocy Milnera zamiast Nasriego – Samir dostał ostra szkołę na Emirates podczas Pucharu Ligi i wydaje się niegotowy na kolejne takie starcie. Kto w ataku? Mario jest bardzo pewnym punktem drużyny, gdy gramy u siebie i to chyba na niego, nie na Dżeko, Mancini postawi. Szczególną uwagę zwróciłbym na asekurację Pablo, na którego grać będzie Walcott – najczęściej asystujący van Persiemu, a wiadomo, że defensywa City do najszczelniejszych ostatnio nie nalezy. Interesująco będzie wyglądać walka w środkowej strefie – Ramsey, Arteta i Song przeciwko Yayi, Barry’emu i Milnerowi(szkoda, że co raz częściej brakuje miejsca dla de Jonga…). Czy czeka nas kolejny niesamowity mecz najlepszych zespołów ligi? Jakkolwiek ofensywy zwrot Manciniego bardzo mi się podoba, tak mam nadzieję na nieco ostrożniejsze podejście, bo przegrać tego spotkania po prostu nie wolno.
wtorek, 13 grudnia 2011
Passa 14 ligowych kolejek Manchesteru City bez porażki wreszcie dobiegła końca. Wreszcie, bo oczekiwałem jej przerwania jeszcze w tym roku kalendarzowym, aby uniknąć narastającej presji związanej z atakiem na The Invincibles. Zaś ironia losu wczorajszego rozstrzygnięcia polega na tym, iż do przegranej mocno przyczynił się… ostatni piłkarz pamiętający Niepokonany Arsenal. Na szczęście ewentualne porównania do tamtej niesamowitej drużyny mamy już za sobą, choć naszą serię również przerwała stołeczna Chelsea. Podobnie jak po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, nie jestem ani specjalnie zły, ani zaniepokojony. Ot, dla każdego kicia City przegrywanie nie jest i nigdy nie było niczym nieprawdopodobnym. Stara dobra przyśpiewka Błękitnych z lat 90 We never win at home and we never win away, We lost last week and we lost today wbrew pozorom jest wciąż żywa i fakt, iż liczymy się w walce o mistrza, ba, wciąż jesteśmy liderami, nie ma większego znaczenia. Nie powstrzymuje mnie to oczywiście przed oceną przebiegu spotkania czy postawy niektórych piłkarzy.
Zacznę od najgorszego na boisku w barwach City. Nie, to nie Gael Clichy – Francuz nie był należycie asekurowany w starciach z będącym w wysokiej formie Sturridgem i to w którymś momencie musiało się źle skończyć. Zdecydowanie większą winę w moim odczuciu za pierwszego gola ponosi Yaya Toure, który po prostu wpuścił Meirelesa w pole karne i pozwolił mu wbić gola na remis. To jednak wierzchołek góry lodowej, pomocnik City w ogóle zagrał jedno najsłabszych spotkań w swojej karierze na Wyspach. I może uważać się za szczęściarza, bo tak głupich fauli sędzia wybaczać nie powinien. Najpierw zwykły faul na Macie i niepotrzebne sprzeczki z arbitrem(jakaś felerna pozostałość DNA Barcelony chyba…), a potem nie wiedzieć po co Yaya głaszcze Hiszpana w twarz. Później padł gol, a w drugiej połowie Toure uznał, iż fajnie będzie spróbować skrobnąć rzepkę bodaj temu samemu rywalowi(poprawcie mnie, jeśli się mylę). Totalny idiotyzm. Nienawidzę takiej postawy. Yaya od czasu do czasu miewa momenty, kiedy mu się nie chce, jest dziwnie rozkojarzony i fauluje w sposób absolutnie niedopuszczalny. A wczoraj jego pozytywna dominacja w środku pola bardzo by się przydała…
Inną sprawą jest samo sędziowanie. Clattenburg wyraźnie nie miał dnia, bo karnego na Silvie należało zagwizdać. Jak i być może wyrzucić Meirelesa za faul na Davidzie(a wraz z nim ukarać Yayę…). Nie chcę wszystko zwalać na jedną decyzję. Nawet wykorzystana jedenastka nie musiałaby uchronić Clichy’ego od czerwonej kartki, a cały Manchester City od gorszego meczu, nerwowej końcówki z remisem/porażką włącznie. Nie był to przecież najwspanialszy występ piłkarzy Manciniego. Zabrakło zimnej krwi na początku spotkania, aby Chelsea szybko sprowadzić na ziemię i w ciągu dwóch kwadransów wyrobić sobie taką przewagę, aby spokojnie dowieźć trzy punktu do końca. Nie miałaby wówczas znaczenia zmiany, jakie Villas-Boas poczynił. Mam tu na myśli ustawienie defensywy głębiej(gol na 1:0 padł, gdy Chelsea broniła znacznie wyżej) i oczekiwanie na szansę do kontr. To zazwyczaj jest dobrą bronią na Manciniego(modelowy przykład - Napoli). Jego zawodnicy angażują więcej sił w ofensywę i pojawiają się luki, które taki Sturridge może wykorzystać. Kluczem do skuteczności jest szczelna defensywa. Jeśli ta się załamie, jak np. Norwich czy Newcastle, to prawdopodobieństwo odwrócenia losów spotkania są znikome. Chelsea poradziła sobie względnie dobrze(błędy City pomogły), a jej dominacja na własnej połowie praktycznie nie podlegała dyskusji. Jeszcze jedna sprawa rzuciła mi się w oczy po przejrzeniu niektórych statystyk - to nie był pojedynek Silvy i Maty, choć tak reklamowano El Cashico. Co ciekawe, Zonal Marking doszedł do identycznego stwierdzenia, aczkolwiek nie ma konkretnego wyjaśnienie tego zjawiska. Jedno wiadomo na pewno - obaj Hiszpanie nie wystąpili w rolach głównych w swoich zespołach. Bez względu na wymienione wyżej okoliczności to spotkanie było do wygrania w jedenastu i do zremisowania w dziesięciu. Zwłaszcza po zejściu Clichy'ego, Chelsea, mimo optycznej przewagi(co zabawne więcej prób podań w całym meczu wykonali goście...), nie miała tylu strzałów na bramkę co chociażby Liverpool w analogicznej sytuacji. The Citizens bronili się naprawdę dobrze, ręka była dość pechowa(ale bezwzględna), stąd nie uważam, aby jakość gry dramatycznie spadła. Villas-Boas po prostu odpowiednio zareagował na to, co działo się na boisku, a zwycięski gol w końcu przyszedł., acz równie dobrze remis byłby sprawiedliwy. Portugalczykowi trzeba oddać, co jego. Dostał w ręce klub wymagający zdecydowanej wymiany pokoleniowej, która jak zawsze nie odbywa się bez ofiar. Nie tracić w takiej sytuacji kontaktu z czołówką(szczerze, to nie straciłby jej nawet gdyby City wygrało) i wprowadzać do angielskiej piłki takiego piłkarza jak Oriol Romeu( o dość interesującym aspekcie pobytu młodego pomocnika na Wyspach napisał Michał Zachodny), to jakaś tam sztuka. Wcześniej o tym nie pisałem, ale podobała mi się jego emocjonalna reakcja po wygranej nad Valencią. Gdybym był kibicem Chelsea, wzbudziła by we mnie przekonanie, iż temu młodemu facetowi cholernie zależy na tej robocie, a sama liga tylko na tym zyska. Tu, na Eastlands, nikt się nie załamuje. Gramy dalej, walczymy o mistrza i już w niedzielę wszyscy będą gotowi pokazać, iż jedna porażka nie wytrąci nas z równowagi tak samo, jak czternaście poprzednich kolejek nie dało nam tytułu mistrzowskiego.
piątek, 09 grudnia 2011
Żegnaj Ligo Mistrzów. Środowe zwycięstwo z Bayernem Monachium, pozbawionym kluczowych zawodników i motywacji do zwycięstwa, to za mało aby awansować z grupy A. Villarreal bez niespodzianki uległ ekipie Waltera Mazzarego i trzy punkty zdobyte na Etihad był jedynie pocieszeniem na rozstanie z Champions League. Nie ma powodu do paniki. Rozsądek nakazuje pokornie uznać wyższość sprytnego Napoli i doświadczonego Bayernu oraz poczekać na swoją szansę w przyszłym roku. Odpadnięcie to naturalnie nic przyjemnego, jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, iż przeznaczeniem The Citizens przed rozpoczęciem sezonu było zwojowanie Premier League. Europejskie rozgrywki zaś należało potraktować jak mały poligon doświadczalny, bez parcia na końcowy sukces. Być może Roberto mógł uspokoić swój ofensywny hurraoptymizm na Allianz Arena, czym pozbawił zespół na korzystny wynik(aczkolwiek to nie on broni stałe fragmenty gry...). Być może lepszym rozwiązaniem w Neapolu było zamurowanie bramki przy stanie 1:1. Lubię, kiedy chcemy wygrywać. Nie lubię, kiedy taka postawa prowadzi do porażek. Jakkolwiek by nie gdybać, przygoda z Champions League to naprawdę solidny materiał do analizy zarówno dla sztabu szkoleniowego, jak i samych piłkarzy. Oczekuję, iż Mancini szczególnie wyciągnie wnioski z dwumeczu z Napoli. To, w jaki sposób superszybkie kontry zniszczyły długo budowaną dominację w środkowej strefie boiska nie może pozostać bez taktycznych i personalnych odpowiedzi w przyszłości. Przy tak nastawionym rywalu precyzja oraz dobre decyzje wydają się bezwzględnie konieczne, aby cokolwiek ugrać. Gdy zespół zaprasza do ataku większą liczbę zawodników, to nie może oddać piłki tuż przed polem karnym i oczekiwać, że przeciwnik nie skorzysta z takiego prezentu, mając w składzie zawodników urodzonych na kontrze, takich jak Lavezzi czy Cavani.
Nie jestem zawiedziony. Wiem, że Manchester City dał z siebie wszystko, aby z niełatwej grupy awansować i jednocześnie cieszy mnie, iż te nieudane starania nie wpłynęły znacząco na postawę w lidze(warto przypomnieć - po każdej kolejce LM The Citizens grali w Premiership na wyjeździe). Mancini umiejętnie rotował piłkarzami, niestety klasa rywali wykluczyła sięgnięcie po głębsze rezerwy(Pantilimon, może Onuoha, Bridge, ktoś z młodych: Rekik, Suarez czy Razak). Styl, jaki miałem przyjemność oglądać, usatysfakcjonował moje przedmeczowe oczekiwania, podobnie z poziomem emocji - nie licząc bezbarwnej drugiej połowy w Monachium. Inna sprawa, że wygrać udało się tylko z przetrzebionym Villarrealem i pewnymi awansu, na wpół rezerwowymi Bawarczykami, co też daje do myślenia. Nie mam zamiaru zasłaniać się porażkami innych zespołów, choć byłaby to bardzo dobra wymówka. Bo jak wiemy, pewien angielski klub, którego nazwy nie wymienię, zaliczył podobną wpadkę i to w grupie, z której powinien wyjść grając jedną nogą. To jednak mnie nie interesuje, no chyba, że w kontekście walki o tytuł na rodzimym podwórku.
Pozostała więc The Citizens Liga Europejska, która zacznie się w połowie lutego. Losowanie przypada na 16 grudnia i jest szansa na to, aby spotkać się z Legią chociażby. W jakiej fazie będą wówczas Błękitni i jakie siły będą mogli poświęcić na te rozgrywki? Po drodze czeka wiele ciężkich spotkań: za chwilę Chelsea, Arsenal i Stoke, w styczniu trójmecz z Liverpoolem, Puchar Anglii z United i jeszcze na dokładkę na Etihad przyjedzie Tottenham... Mancini wprawdzie deklaruje, iż chce LE wygrać, ale ja bym tych deklaracji tak bardzo serio nie traktował. To znaczy, jeśli uda się osiągnąć finał Carling Cup i utrzymać prowadzenie w lidze, to ewentualne angażowanie się w kolejne rozgrywki może okazać się zbyt ryzykowne. Kontekst Man United jest tutaj wyraźny: z Pucharu Ligi odpadli, również mają przed sobą mniej znaczącą Ligę Europejską, do tego mogą zaraz na starcie odpaść z FA Cup i mieć więcej luzu(a więc przewagi) między starciami w Premiership. Nie chcę powtarzać, ale przyszłość City maluje się niezwykle ekscytująco i nawet jednorazowa porażka w Lidze Mistrzów tego nie zmieni. Dlatego niech Jens Lehman(wypowiedź iście paradna, o mało nie umarłem ze śmiechu) czy de Laurentis mają swoje chwile radości. Nieśmiało przypomnę, iż na Wyspach poziom szyderstw i przekonania, że nawet pieniądze nie dadzą sukcesów, był równie wielki co majątek rodziny królewskiej z Abu Dhabi, a mimo to dziś lider Premiership jest jeden, reszta ogląda jego plecy. Na triumfy w Champions League przyjdzie więc czas - marsz po tytuł ligowy jest w tym sezonie bezapelacyjnie najważniejszy i to jemu Manchester City wszystko podporządkuje. PS. Spamowania ciąg dalszy: polub mój blog na Facebooku!
niedziela, 04 grudnia 2011
Etihad Stadium wciąż niezdobyte - Norwich City wpisało się w trend głęboko ustawianej defensywy i nie zaoferowało większego oporu przed The Citizens, którzy cierpliwie i bez pośpiechu, część po części rozkładali zaparkowany żółty autobus na czynniki pierwsze.
Wczoraj niespodziewanie do składu wrócił Kolo Toure, co z miejsca wzbudziło sporo obaw. Powracający po dyskwalifikacji Kolo miał wprawdzie bardzo dobre momenty na Emirates, jednak mimo tego nigdy już nie zostanę fanem jego poczynań w defensywie. Kiedyś określiłem go mianem pechowego obrońcy i praktycznie przy każdej okazji to się potwierdza. Choćby z Norwich - gdy zderzył się z Kompany'm i praktycznie podarował Morrisonowi sam na sam z Hartem. Czyżby w zimie miały się rozstrzygnąć losy starszego z braci Toure? Jeśli PSG wyrazi zainteresowanie, to na miejscu Manciniego mocno bym się zastanowił, czy nie warto zarobić nieco na katarskich szejkach i zainwestować w kogoś nowego, bądź... odkurzyć starego, dobrego Neduma. Tak, to mrzonki, Roberto nigdy nie cenił Onouhy i jeśli zobaczymy jeszcze w koszulce City, to co najwyżej w Pucharze Anglii w konfrontacji z niżej notowanym rywalem. A szkoda - trzeba pamiętać, iż w składzie są jeszcze tylko Kompany, Lescott i nieopierzony Savić i w razie kontuzji(piłkarskie bogi chrońcie naszego kapitana!!) może się zagotować pod bramką Joe Harta częściej niż zwykle.
Z ofensywnych spostrzeżeń: Samir Nasri pierwszy raz pokazał umiejętności zbliżone do poziomu Davida Silvy. Nie chodzi tu jednak o proste kopiowanie Hiszpana, ale o ogólną ocenę za występ. Samir był wreszcie widoczny i coś mi podpowiada, że to szkoła, którą dali mu kibice Arsenalu wespół z Frimpongiem we wtorek, dała pozytywne efekty. Różnica jest zauważalna - rywal prezentował podobny styl do Newcastle sprzed dwóch tygodni, kiedy to Francuz był kompletnie poza grą, a wczoraj wyglądało to znacznie lepiej.
David Platt Znów pochwalić należy cierpliwość całego zespołu. Z meczu na mecz niepewność co do wyniku spotkań tego typu maleje. Niech miarą owej cierpliwości będzie prosta statystyka - 750 wykonanych podań, z czego 652 znalazło adresata. Sam Yaya Toure wykonał 124 próby, jak podał OptaJoe to pierwsze takie osiągnięcie na boiskach Premier League od 2008 roku! I co jeszcze trzeba zauważyć - głód goli. Niewyobrażalny głód goli. W zeszłym sezonie cierpiałem, gdy w okolicach 3:0 zespół(na życzenie Roberto?) przestał się starać o podwyższenie wyniku. Teraz mamy do czynienia z polowaniem na rywala i golami pokroju Mario, z ramienia, nonszalancko, z przekonaniem, że się należy. A przeciwnik to tylko tło. To się musi podobać, zwłaszcza, że nie będzie trwało wiecznie. Zresztą, taki oddech Błękitnym bardzo się przyda - za chwilę na Etihad przyjedzie Bayern i stoczymy batalię o przyszłość w LM, zaraz po tym wyjazd na Stamford Bridge, a 18 grudnia postaramy się zgotować piekło powracającemu do formy Arsenalowi. A tak na marginesie - można polubić mojego bloga na Facebooku, do czego mocno zachęcam, nic tak nie nakręca do pisania jak rzesza fanów. Likebox znajdziecie w bocznej szpalcie oraz poniżej:
sobota, 26 listopada 2011
W zeszłym tygodniu Manchester City opublikował raport finansowy za sezon 2010/2011, ściślej mówiąc: wynik od 31 maja 2010 do analogicznego dnia 2011 roku. Aby więc rozwiać wszelkie niedomówienia i wątpliwości - chodzi o pierwszy samodzielny sezon Roberto Manciniego na Eastlands. Straty klubu w tym okresie wzrosły do 197 mln £ i przekroczyły obroty klubu(153 mln £) oraz rekordową do tej pory stratę w angielskim futbolu, wynoszącą 141 milionów funtów, zanotowaną przez Chelsea za 2005 rok. Na początek kilka faktów. Głównym źródłem strat są transfery Manciniego(oraz prawdopodobnie przesadna rozrzutność w negocjacjach) - Toure, Silva, Milner, Kolarow, Boateng, Dżeko, Balotelli(łączna kwota ~156 mln plus spory wzrost budżetu płacowego), oraz kłopoty ze sprzedaniem zawodników, których Włoch w składzie nie widział - Adebayor(pół roku), Bridge, Bellamy(klub dopłacał do jego tygodniówki w Cardiff), Jo(dobrze wiemy, że występował z konieczności) i Santa Cruz. Co do dochodów - we wszystkich obszarach klub zanotował znaczące wzrosty w porównaniu z rokiem ubiegłym, i tak: dni meczowe(bilety o 8,2%, 'reszta' o 6,1%), prawa telewizyjne(o 27,4%), umowy sponsorskie(o 49,7%). W bilansie nie zawarto nowej umowy z Etihad i, co zrozumiałe, transferów letnich. Tyle w kwestiach formalnych. Wtorkowa porażka z Napoli i związane z nią małe szanse na awans z grupy Ligi Mistrzów z pewnością pogłębiły obawy zarządzających City co do finansowej przyszłości klubu. Sprawa wygląda jasno: The Citizens, aby spełnić wymagania Finansowego Fair Play, muszą obniżyć straty do poziomu około 39 mln £ do lata 2013 roku(sumując obecny i następny sezon), co wymaga znaczącego wzrostu przychodów klubu. Naturalnie awans do fazy pucharowej Champions League w tym, jak i w następnym sezonie, jest jedną z konieczności, obok wysokich lokat końcowych w lidze(najlepiej dwa mistrzostwa:)), by zadowolić UEFA. Do tego dochodzi domniemana rozbudowa stadionu, sponsoring Etihad, oraz szykowana renegocjacja umowy z Umbro, Daily Mail doniósł, jakoby klub miał rocznie dostawać nie sześć milionów, jak do tej pory, ale o dwadzieścia więcej. I jeszcze jedno, odpowiedzialni za przeprowadzanie transferów z klubu muszą podwoić wysiłki, aby pozbyć się niechcianych piłkarzy(Ade, Bridge, Onoucha, Tevez) za rozsądne kwoty. Jednakże wyliczenia przeprowadzone przez Sporting Intelligence nie są zbyt optymistyczne i istnieje spore prawdopobieństwo, iż City do 2013 roku nie spełnią wymogów FFP i … no właśnie, co wtedy? UEFA wyrzuci nas z europejskich rozgrywek pomimo tego, iż będziemy zmierzać do zrównoważenia budżetu? Uważają nas za zło w piłce, a sami wydali przepis, który umacnia najlepsze kluby w Europie, jednocześnie grożą tym słabszym: grube inwestycje w futbol mogą skończyć się sankcjami. Jako zwolennik wolnego rynku, nie jestem do tego specjalnie przekonany. Sama idea FFP po prostu wzbudza we mnie wątpliwości. W teorii chodzi o taką regulację piłkarskiego rynku, aby zapobiec galopującym kwotom transferowym i tygodniówkom piłkarzy, jest więc wymierzona głównie w City, pośrednio w Chelsea, Malagę oraz PSG(ciekawe co z klubami ze wschodu Europy...), czyli kluby, które dzięki bogatym właścicielom mogą wydać zdecydowanie więcej niż ich 'zwyczajni' rywale. UEFA uważa, że City destabilizują rynek, a mi się wydaje, iż tworzą pewną odrębność, finansową enklawę, z której dobrodziejstw korzystają wszyscy. Miasto - zarabia na umowie z Etihad i zyskuje dzięki programowi City in Community, kibice Błękitnych zaś nie muszą się martwić o ceny biletów. Kluby z Anglii - pieniądze z transferów nie lądują przecież do kieszeni właścicieli, prawda? Liga dostaje zaś nowego kandydata do mistrza, wprowadzającego sporo interesującego zamieszania w rozgrywkach - od czasu Mubaraka i Mansoura rozbito w pył dominująca Big Four, do grupy walczących dołączył Tottenham(tzn. ich udział w LM najpewniej nie będzie jednorazową przygodą w stylu Evertonu), który z United, Chelsea, City, Arsenalem i Liverpoolem(mimo wszystko) stanowi większą grupę zespołów zainteresowanych szczytem tabeli. Zmiany, zmiany, zmiany, których tak wielu się boi - bez petrodolarów liga wciąż byłaby poletkiem Big4, konsumującej Ligę Mistrzów co roku. I nie, nie uważam aby były możliwe trwałe zmiany w Premiership bez szalonych pieniędzy. Żaden klub poniżej 5-6 lokaty nie wskoczyłby na dłużej do pierwszej czwórki w sytuacji sprzed 2008 roku. Jeszcze w kwestii kwot transferowych i tygodniówek - napisałem wyżej, iż kazus City jest pewną odrębnością. I dodam jeszcze, że testem dla piłkarzy. Niektórym odbieranie pokaźnej wypłaty pasuje, mimo iż nie grają, a inne kluby nie są zainteresowane spełnianiem życzeń rezerwowych City. To problem tych piłkarzy, a nie rynku, który ich po prostu połyka i będzie trawił, aż zmienią swoje oczekiwania. Klub na tym nie traci, nie generuje długu(nie pożycza też od właściciela! To bardzo ważne w tym wypadku). Z transferami jest nieco inaczej - tu nie zawsze byłem zadowolony z przebiegu negocjacji i ostatecznych sum transferowych, ale znów - klub nie generuje długu, kontrahent jest bardziej niż zadowolony. A rynek? Nie dostosuje się. To Manchester City dostosuje się do niego, bo nikt nie chce przepłacać bez potrzeby. Do zwycięstwa w FA Cup i awansie do Ligi Mistrzów taka konieczność istniała. Płacisz więcej, bo nie jesteś United, Interem, Realem czy Bayernem Monachium. To najprostszy podatek od 'reputacji', a City jeszcze przyszło płacić cookowe, taki drobny podatek od szaleństwa i rozmachu ;-) Wszystkich narzekających na niszczenie futbolu i inne tego typu kwiatki, uspokajam. Idzie ku dobremu. Cieszcie się grą, bo to ostatecznie piłkarskie zawody rozstrzygną kto lepszy, a nie cyferki w księgach. Jakkolwiek - zapraszam do dyskusji :)
niedziela, 20 listopada 2011
Manchester City po zwycięstwie nad Newcastle pozostał jedynym niepokonanym zespołem w Premiership. Zdobyć wczorajsze trzy punkty przyszło w zasadzie dość łatwo - mimo zwartych szeregów dwa razy niechlubnie do akcji wszedł Ryan Taylor - za pierwszym razem to on zagrywał ręką w polu karnym po strzale Toure, za drugim zaś dał sobie odebrać piłkę Richardsowi, który nie miał kłopotu z pokonaniem Krula w sytuacji sam na sam. Chwilę przed tymi wydarzeniami spodziewałem się remisu do przerwy i w miarę szybkiego gola tuż po wznowieniu, jednak dwa gole do szatni załatwiły sprawę.
Plan Newcastle opierał się na szczelnej defensywie i nielicznych próbach kontrataku, inaczej niż to wymyślił Neil Warnock dwa tygodnie temu - jeśli drużyny oddają City piłkę i w ostatecznym rozrachunku kończą mecz z niczym, to lepiej spróbować przejąć inicjatywę i zobaczyć co się stanie. QPR Warnocka nie dało rady, ale pokazało, że The Citizens da się stłamsić, natomiast Pardew, pozbawiony Obertana i Tiote, nie widział swojej drużyny w roli kogoś więcej, niż tylko organizowanego, natrętnego i przeszkadzającego stada srok. Oczywiście, udało się wykreować gościom kilka naprawdę dobrych okazji do bramki, ale znów Joe Hart, identycznie jak czynił niegdyś Given, pokazał jak ważnym jest ogniwem drużyny.
Are you watching, Fabio?! Kolejny świetny występ zaliczył Micah Richards i znów wypada osaczyć Fabio Capello pytaniami, dlaczego nie znajduje miejsca dla Anglika w reprezentacji. nie potrafię tego zrozumieć - Micah gra obecnie na bardzo wysokim poziomie, jego ofensywne wejścia robią furorę, ponadto jego koncentracja w defensywie znacząco wzrosła. Wczoraj gol i asysta, do tego takie offensive run, że kończył w polu karnym główkując bądź podając do Balotellego z pola karnego. Nie wierzę, iż Włoski selekcjoner nie jest świadomy, iż forma Richardsa stopniowo rośnie od początku zeszłego sezonu, aż po kapitanowanie City podczas nieobecności Kompany'ego. Zgadzam się ze słowami autora tego postu, pozostawienie MR poza składem drużyny narodowej to spory błąd i powód do frustracji dla zawodnika, którego progres jest nie do zakwestionowania. Na szczęście Micah wie co robić - ciężka praca jak zwykle jest najlepszą receptą na wszelkie kłopoty. Nasri nie jest Silvą. Jeszcze. Oszczędzenie magicznego Davida przeciwko Newcastle w moim odczuciu miało dać większe pole do popisu Samirowi na pozycji 'wolnego rozgrywającego'(a także mały test dla całej ekipy), jednak póki co Francuz nie jest na tyle zgrany z drużyna, aby podjąć to wyzwanie. Większość jego dotychczasowych asyst 'wychodziła' z lewego skrzydła, szczególnie widać to było w spotkaniu z Blackburn, gdzie kontuzja Aguero wymusiła zejście Mario na szpicę, a Nasri wszedł na lewe skrzydło i wespół z szalonym Mario dał City drugiego gola. Zresztą, Samir w sobotę wymienił mniej podań niż chociażby... Clichy. Drugi z Francuzów rozegrał doskonałe spotkanie i po miesiącach milczenia należy mu się kilka osobnych zdań. Podania wykonane/niecelne 84/8 66/8 to naturalnie dość pobieżny przykład, jak Nasri był niewidoczny przeciwko dobrze broniących się piłkarzach Alana Pardew. Jednocześnie chciałem pokazać, jak Samir starał się wejść w buty Silvy, to znaczy poprzez obecność w każdym sektorze boiska rywala i próby rozegrania piłki, aczkolwiek aby zastąpić godnie Hiszpania potrzeba więcej chwil przy piłce oraz więcej przestrzeni między formacjami przeciwnika. Głęboko cofnięte Sroki ukrócały swobodę Francuza i to też trzeba mieć na uwadze - Silvą na tę chwilę on nie jest, ale ma mnóstwo czasu, aby w razie czego osiągnąć podobną charakterystykę gry. Co do Gaela, jego statystyki, a także sam styl gry, bardzo mi zaimponował. 6 przechwytów, 4 udane odbiory piłki(na 6 prób) plus osiem(na 9) "czyszczeń" skutecznie zahamowało ataki gości z prawego skrzydła. Nawet wracający do składu City Nigel de Jong się tyle nie napracował :) Clichy'emu chwałę odbiera Richards, który kreuje więcej szans kolegom i częściej trafia do siatki, co nie powinno zatrzeć nam obrazu - lewa obrona The Citizens jest obstawiona bardzo solidnie. Narzekania kibiców Arsenalu na defensywne walory Clichy'ego nie znajdują potwierdzenia w meczach City, z czego wypada tylko i wyłącznie się cieszyć. Newcastle United zakończyło swą passę bez porażki - wobec zerowej zdobyczy Chelsea wciąż utrzymują trzecią lokatę, ale aby utrzymać wysokie miejsce w lidze muszą odważniej podejść do starć z klubami teoretycznie lepszymi. Aczkolwiek wielkie słowa uznania należą się samemu Alanowi Pardew - praktycznie każdy z nas, interesujący się ligą angielską, skreślił jego szanse, gdy obejmował Sroki po szokującym zwolnieniu Hughtona. Bez względu na ostateczny wynik ciężkiej serii spotkań Newcastle ma spore szanse na dobry wynik w lidze(acz nie postawiłbym pieniędzy na ich miejsce w Europie), o ile Mike Ashley zachowa zimną krew. Zmiana nazwy stadionu była totalną głupotą. Wyrzucenie Pardew - wiem, piszę o tym zdecydowanie przedwcześnie - nawet po trzech, czterech porażkach z rzędu może się okazać złe w skutkach. A to przy, tak zachowawczej i nieskutecznej taktyce, w decydujących momentach spotkań może okazać się bolesnym faktem i nie tylko uziemić Sroki, ale i pozbawić ich dłuższy czas skrzydeł. W przypadku City, wygrana dała jeszcze większą pewność siebie, którą za chwilę na próbę wystawią trzy bardzo silne zespoły - Napoli w Lidze Mistrzów(o awans z grupy!), Liverpool w Premier League i Arsenal w Carling Cup. A w grudniu będzie jeszcze ciekawej! Nic tylko powtórzyć zdanie, napisane tu wielokrotnie - nastały niesamowite chwile dla każdego kibica Manchesteru City. C'mon City!
poniedziałek, 07 listopada 2011
Osiem spotkań. Osiem zwycięstw, trzydzieści strzelonych goli, osiem straconych. Pięć punktów przewagi w lidze nad drugim miejscem i najlepszy start w historii Premiership(tj. po 10 kolejkach). Siedem punktów w grupie Ligi Mistrzów i realna szansa na przebicie się do fazy pucharowej. Awans do ćwierćfinału Carling Cup. Na Eastlands robi się niesamowicie z tygodnia na tydzień. Spójrzcie chociażby na październik. Perfekcyjny październik. Manchesterowi City wychodzi absolutnie wszystko. Zwycięska bramka w ostatniej minucie i uratowanie Champions League? Ależ proszę. Pokonanie zaparkowanych autobusów? Upokorzenie United na Old Trafford w przeddzień 25. rocznicy panowania Fergusona? Żaden problem. Postęp, jaki uczyniła drużyna Manciniego, zarówno na boisku, jak i poza nim, naprawdę imponuje. I zamyka usta każdemu, kto życzył projektowi City upadku. Niesforny Balotelli? Strzela gole jak na zawołanie, bez różnicy czy rywal klasowy, czy prowincjonalny. Adam Johnson skonfliktowany z Roberto? Nie dość, że jego skuteczność z gry wzrasta na przekór niektórym decyzjom Włocha, to na dodatek skrzydłowy City przedłużył w niedzielę kontrakt, co z pewnością jest dowodem na jego chęć odejścia z Etihad Stadium :) The Citizens nadmiernie polegają na Tevezie? No, tu akurat sam zainteresowany rozwiązał sytuację na korzyść klubu. Uwalniając drużynę od swojego dominującego charakteru wyświadczył jej największą przysługę. Zamiast jednego strzelca ciągnącego Błękitnych mamy trzech skutecznych snajperów wspieranych przez lepszą z roku na rok pomoc, w której wiadomo ? prym wiedzie magik David Silva, ale bez Milnera, Johnsona, Yayi Toure czy Nasriego i ich wysokiej dyspozycji nie byłoby aż tylu powodów do radości. Wszak praktycznie każdy z piłkarzy Manciniego trafił z formą - oceny za ostatnie spotkania zaczynają się od dobrych wzwyż, oczywiście poza niesklasyfikowanym Tevezem. Nieprzypadkowo fantastyczna seria trwa od porażki z Bayernem i wybrykiem Carlito. To wydarzenie zjednoczyło drużynę i ukierunkowało ją na wspólny sukces. Każda passa kiedyś się jednak skończy. Zastanawiając się nad tym obstawiłem dwa mecze, które potencjalnie mogą się skończyć dla City pierwszą porażką w lidze i wiele się nie pomyliłem. To znaczy wydawało mi się, iż wizyta na Loftus Road nie będzie spacerkiem(mając również na uwadze powrót z Hiszpanii) i rzeczywiście tak było. Szczegółowe statystyki sobotniego starcia wskazują, iż rywal Błękitnych w istocie był jednym z najtrudniejszych od początku kampanii. Przyznali to piłkarze, wynik zresztą do ostatniej minuty był sprawą otwartą, stąd zwycięstwo w Londynie cieszy podwójnie - test na prawo do wygrywania mimo gorszej dyspozycji został zaliczony. Ciąg dalszy nastąpi zaraz po przerwie reprezentacyjnej, gdyż na Eithad przyjedzie drugi niepokonany zespół Premiership - rewelacyjne Newcastle United. Sprawdzian to będzie nie lada i trochę wbrew ostatnim rezultatom pomiędzy obiema ekipami podopieczni Alana Pardew mają sporą szansę na sprawienie niespodzianki. Całe szczęście - nie zniósłbym nudnej dominacji City rodem z Katalonii czy Kastylii. Liga angielska, chwała jej za to, jest za silna na takie rozwiązanie.
Paul Gilham/Getty Images Europ?e Jeszcze rzut oka na taktykę stosowną przez Manciniego w obecnym sezonie. Otóż samo założenie właściwie się nie zmieniło - po odejściu od 4-4-2(jako ustawieniu z dwoma skrzydłowymi, tj. Bellamy'm i AJ/SWP) z kampanii 09/10 Roberto usystematyzował na Eastlands swoje 4-2-3-1(z kilkoma wariantami, o czym niżej). W porównaniu z formacją pohughesowską Mancini większy nacisk kładzie na pracę w ofensywie bocznych obrońców - to w zeszłym sezonie kompletnie nie działało, przez co brakowało The Citizens szerokości i zagrożenie po ewentualnych dośrodkowaniach było znikome(w lidze gole głową strzelał Lescott i to tylko po stałych fragmentach gry). Teraz współpraca w bocznych sektorach układa się znacznie lepiej, defensorzy częściej się podłączają i są tego efekty(również negatywne - patrz mecz z Bayernem i kilometry kwadratowe przestrzeli zwalnianej przez Richardsa). Mancini kontynuował i rozwinął zadania atakujących - trudno komukolwiek przypisać konkretną pozycję, co uzmysławia chociażby poruszanie się Edina Dżeko, który nie jest przyspawanym do pola karnego środkowym napastnikiem, zwłaszcza można to było dostrzec w minioną sobotę, albo w kolejce inaugurującej sezon. To samo tyczy się Balotellego, Silvy(to akurat banał, ale wart wzmiankowania) czy Milnera - Anglik szczególnie wydaje się być (skutecznym!) zawodnikiem do zadań specjalnych, nie ma problemu z grą na obu skrzydłach bądź też jako inna wersja Toure, pomocnika atakującego z głębi pola. Podobna wielofunkcyjność reprezentanta WKS także pozwala na większe pole manewru taktycznego - Yaya może grać defensywnego pomocnika(Tottenham na WHU), albo jako podwieszony za napastnika(to tak zwana pozycja, jak to czasami nazywam, półfinałowa i finałowa FA Cup), gdzie potrafi być bardzo skuteczny. Mancini od początku tworzył zespół facetów gotowych występować na kilku pozycjach, nieraz w czasie 90 minut. Poprawiła się także sama jakość ataku. W zeszłym sezonie wielokrotnie brakowało piłkarzom City zdecydowania(zwykle chodziło o liczbę ciał zaangażowanych w atak, ale nie zawsze) oraz sensownego ruchu bez piłki podczas konstruowania ataku pozycyjnego. Ostrożnie założę, iż Włochowi chodził o zbudowanie zespołu od tyłu. Kiedy ta faza się powiodła(Złote Rękawice dla Harta i rekord czystych kont), nadszedł moment na ofensywę. A konkretniej, choć w uproszczeniu - dać Silvie piłkę, nakazać reszcie biegać jak najwięcej, zmieniać pozycje, poza tym nękać rywala na jego połowie i zepchnąć go do głębokiej defensywy. Plan zdawałoby się prosty, ale wcześniej nie udawało się go realizować w stu procentach i nie zawsze była to wina samych wykonawców. Zespół musiał po prostu dojrzeć, zarówno piłkarsko, jak i psychologicznie. Elementarna prawda piłki nożnej - w wypadku ekip o sporych umiejętnościach indywidualnych potrzeba czasu i cierpliwości, aby zrobić z nich zespół. Manciniemu póki co się to udaje, dzięki czemu przeżywamy niesamowity, zachwycający miesiąc. A poznając perfekcjonizm włoskiego menadżera, to jeszcze nie koniec niezapomnianych chwil dla wszystkich kibiców Manchesteru City.
wtorek, 25 października 2011
Niezapomniane popołudnie. Jeśli wśród kibiców The Citizens są jeszcze przeciwnicy Manciniego oraz szejków na Eastlands i nie przekonała ich fantastyczna kampania Pucharu Anglii 2010/2011, to upokorzenie największego rywala na jego własnym stadionie i "czysta" pozycja lidera Premier League musi to uczynić. Na zwycięstwo na Old Trafford czekaliśmy cztery lata(co zabawne, ostatni trener który tego dokonał, Sven-Goran Eriksson, stracił pracę w Leicester dzień po derbach Manchesteru), a sam Teatr Marzeń ugiął się wreszcie po piłkarskim oblężenie trwającym aż dziewiętnaście miesięcy. Manchester na kilkadziesiąt tygodni znów będzie Błękitny. Przełamaliśmy Fergusonową mentalności zwycięzców, która była najlepszą obroną przed wszelkimi żenującymi rozstrzygnięciami. Pamiętacie? Ileż to razy wygrywali na przekór własnej postawie? Albo pozbawiali Błękitnych nadziei, strzelając zwycięskiego gola w ostatniej minucie(półfinał Carling Cup, oba mecze ligowe z tamtego sezonu, Tarcza Wspólnoty)? Ale teraz dość tego. Przełamaliśmy ich. Już nie będzie się mówiło o Manchesterze i mistrzostwie tylko w kontekście United. Jest pięknie. Nie mogę napatrzeć się na powtórki bramek i tabelę Premiership. Co w tym wszystkim najcudowniejsze? Że to dopiero początek. Zbezczeszczenie świątyni rywala to jedno; nadszedł moment, aby z całą mocą zrzucić go z tronu Mistrza Anglii. Potęga, jaką widzieliśmy w niedzielę, nie może mieć innego celu. I mam tu na myśli zarówno komfortową, solidną obronę, mimo sporej przewagi w posiadaniu piłki United(pierwsze 20 minut, aczkolwiek bez realnej szansy, no może poza kiksem Evansa), i atak - po prostu zabójczy. A także trenera. Mancini wykonał swoją robotę doskonale, zmieniając Dżeko, Nasriego i Adama Johnsona za Balotellego, Milnera i Aguero, jak również wracając do 'ligowych' bocznych obrońców, Richardsa(świetny mecz w "obie strony") i Clichy'ego(dobra współpraca z Silvą i Lescottem uspokoiła Naniego na dobre).
Aż chce się zapytać: Carlos who? Transformacja City z ekipy zależnej od formy i kaprysów Carlito w naoliwioną maszynerię do strzelania goli szokuje od startu sezonu. Każdy z napastników zdobywa bramki na zawołanie. Jeśli nie Aguero, to Dżeko. Jeśli nie Bośniak, to Super Mario. A gdyby i każdemu z nich celowniki się zwichrowały, to jest chociażby James Milner albo Adam Johnson. Wszyscy piłkarze City są niesamowicie zaangażowani w poczynania zespołu i to napawa mnie ogromną dumą(głód goli w końcówce derbów tym bardziej ujmujący). Jeśli teoretyczni rezerwowi dostają szansę, to ją wykorzystują. Najlepszym tego przykładami są Balotelli i AJ. Włoch został pominięty podczas pierwszych kolejek, a teraz nie może przestać strzelać goli. Młody Anglik zaś nieustannie temperowany przez Manciniego ciągle pokazuje, że można mu ufać(mecze z Blackburn i Villą). A największym beneficjentem 'nowego' City, które określiłbym najogólniej jako zespół budowany wokół geniuszu Silvy, jest James Milner. Jestem nim zachwycony. Jeszcze kilka miesięcy temu kręcił głową, gdy Roberto ściągał go z murawy Anfield, a dziś, kiedy wreszcie odnalazł hiszpańskiego magika, który wykorzysta jego niebywałą chęć do gry, staje się bardzo istotnym elementem drużyny. Dwie asysty na OT(Zonal Marking o jego roli w tym spotkaniu), spory udział w zwycięstwie z Villarrealem, gole z Evertonem i Aston Villą mówią same za siebie. Naprawdę oczekiwałem, iż po uratowaniu Ligi Mistrzów James zagra wespół z Mario w pierwszym składzie i Mancini mnie nie zawiódł. There is only one James Milner jak najbardziej zasłużone. Był cierpliwy w trakcie zeszłego sezonu, nie marudził zbytnio, przepracował okres aklimatyzacyjny jak należy i to się opłaciło. A co do Mario... uwielbiam faceta. Pokręcony charakter, niedający o sobie zapomnieć. Na boisku jednak co raz lepszy. Dlaczego zawsze on? Bo wszyscy go lekceważą i mam nadzieję, że dalej tak będą robić. Bo wczoraj jeździł po Manchesterze z głośno włączoną muzyką i przybijał z kibicami City 'piątki'(czy też 'szóstki' w pewnym sensie:)) i odpalił... kampanię na rzecz bezpiecznego korzystania z fajerwerków. Jest na ustach wszystkich. Po Man of the Match finału FA Cup i niedzielnym występie żadne boisko nie będzie mu straszne. Za to Wy, kibice Premier League, bójcie się ;-) Zachwycać się nad wspomnianym kilkukrotnie Davidem Silvą nie mam zamiaru, zwyczajnie brak mi odpowiednich zasobów w słownictwie. Jest wszędzie. Rozdziela piłki z zamkniętymi oczami, czysta maestria - precyzja podania do Dżeko w 93 minucie powala. Wystarczyło Edinowi biec, a futbolówka sama mu wskoczyła pod nogi. Każdy atak rozprowadzany przez Hiszpana był naprawdę groźny. Albo wejście między czterech obrońców United - czemu nie, wcale nie jest się na straconej pozycji. No i praca w defensywie. Kompletny piłkarz - z jego postawą na murawie i poza nią nie potrafię martwić się o przyszłość Manchesteru City. Żeby nie było, że tylko ochy i achy - jak po każdym zwycięstwie refleksja musi objąć nieco szerszą perspektywę. A ta wygląda następująco: 1. Nikt nie wygrał mistrzostwa po dziewięciu kolejkach, długa droga przed City, Jedno jest jednak pewne. Po czasie pogardy nadeszły dni srogiej zemsty. Dla fanów City zapowiadają się niezwykłe miesiące. Dla angielskiej piłki również, gdyż wydaje się, iż właśnie narodziła się prawdziwa potęga. Jeszcze nie obwieszona medalami, ale z wielkim apetytem i świadomością, iż same pieniądze na murawie nie wygrają.
środa, 28 września 2011
Manchester City zasłużenie przegrał z Bayernem Monachium 0:2. I naprawdę, naprawdę chciałbym skupić się wyłącznie na taktycznym planie Manciniego, błędach obrony i klasie Bayernu Monachium, ale jak już pewnie wiecie, o takim wpisie mogę sobie pomarzyć. Wszystko przez Carlosa Teveza i jego odmowę wyjścia na boisko w drugiej połowie, a także pomeczowe komentarze Roberto Manciniego.
Mancini - po fakcie zawsze fajnie się mówi - mógł zaryzykować zdrowie Nigela de Jonga i wrócić do nieco defensywniejszego wariantu ustawienia 4-2-3-1, to znaczy tego zastosowanego chociażby w finale Pucharu Anglii, gdzie Yaya był podwieszony za napastnika, obok niego Silva i Nasri(wtedy to był Balotelli), za nimi Barry i de Jong z rzadszymi wypadami bocznych defensorów. Owszem, widowisko wiele by straciło, ale być może udało by się wywieść jeden punkty, tak jak uczyniło to Napoli na Etihad. Zdaje się, że nikt by wówczas nie narzekał. Na drugą połowę chciałem widzieć dwie zmiany - uszczelnienie środka pola, czyli wprowadzenie de Jonga, oraz zmianą Tevez-Aguero. Holder wszedł dość szybko. Niezadowolenie Dżeko przypominało nieco sytuację z Milnerem w trakcie spotkania z Liverpoolem na Anfield, to znaczy nie wyjdzie z tego nic grubszego, Mancini wyjaśni sobie sprawę z Edinem(niepotrzebnie jednak skrytykował go w mediach) i na tym sprawa się zakończy. A co do Teveza... Wczoraj stracił ostatni z argumentów na rzecz swojej obecności na Eastlands. Do tej pory każde jego kretyńskie wystąpienia, prośby o transfer i inne mącenie wybaczaliśmy mega profesjonalną postawą na boisku. Nie musiał kochać Manciniego, aby strzelić 24 gole w zeszłym sezonie. Nie potrzebował poparcia kolegów z zespołu, aby grać na 200%. A wczoraj - zidiociał. Tak po prostu. Miał szansę wejść na boisko i pokazać menadżerowi, że cholera, wciąż potrafi grać w piłkę. Zespołowi nie szło wybitnie, potrzebował jakiejś iskry, nadziei na lepszy rezultat. A tak zawiódł wszystkich. Był kapitanem, dowódcą ataku wartym swojej pensji. A odmawiając wejścia na boisko zrobił z siebie nieprofesjonalnego durnia. "Małe nieporozumienie"? Chciałbyś. Klub własnie zawiesił Argentyńczyka na dwa tygodnie, aby sprawę wyjaśnić. Co dalej? Pierwszą reakcją było naturalne: pozwać chama, wykopać z City jeszcze przed powrotem do Monachium, niech siedzi sobie na tej ławce. Ale klub musi myśleć racjonalnie - ewentualne pozwanie Teveza czy próby zerwania kontraktu(CT w pewnym sensie sam to zrobił) choć kuszące, nie mają większego sensu. Przecież na tym piłkarzowi zależy - uwolnić się od Eastlands i wrócić do Argentyny, o czym nie może być mowy. Grunt to podjąć słuszną decyzję - odesłać Apacza do rezerw/kazać trenować samemu i sprzedać w styczniu, choćby cena miała spaść do 20 mln funtów. Oby tylko znalazł się kupiec - może pan Kerimow, właściciel Anżi, zechciałby rebelianta w Dagestanie? Ani, to przecież za daleko rodziny, gdzie tam życie, gdzie restauracje... Nie ma odwrotu - Mancini został obrażony, tak jak i Manchester City wraz z jego fanami. Dopuszczam myśl, iż Włoski menadżer mógł zachować incydent dla siebie i wyjaśnić go w zaciszu z Mubarakiem, ale... czy nie dość już? Tevez przegiął pałę, mówiąc bardzo brutalnie. Dopuścił się najgorszego z przewinień - odmówił gry klubowi, który płaci mu(a chrzanić to - pensja, choć horrendalna, nie jest w pewnym sensie aż tak istotna) solidne pieniądze, takie, których przeciętny kibic nie zobaczy przez całe swoje życie. I my, biedne szaraki, zasuwamy bez prawa pretensji, że nie czujemy się okej, by pracować. Tevez nigdy więcej nie będzie bohaterem Manchesteru. Znienawidzony przez obie strony, niech szuka szczęście gdziekolwiek ktoś go jeszcze będzie chciał. Z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków.
środa, 14 września 2011
Dziś ziszczą się marzenia dwóch klubów, które niegdyś posmakowały otchłani trzeciego stopnia rozgrywek w swoich krajach. 12 lat temu Manchester City mierzył się w Division 2 z Macclesfield Town, Napoli zaś w 2005 roku przegrało baraż o Serie B z Avelino. Filmowy producent i właściciel klubu Aurelio de Laurentis(z tych Laurentisów. Dino, wuj Aurelio, ma na koncie kilka moich ulubionych filmów, m.in. serię Martwe Zło czy Conana Barbarzyńcę) w sześć lat z bankruta zrobił zespół debiutujący w Lidze Mistrzów. I co w sytuacji włoskiego futbolu unikatowe, wydawał bardzo dużo na transfery(najwięcej w ciągu ostatnich czterech lat spośród całej ligi!) jednocześnie notując w ostatnim sezonie, niewielki bo niewielki, ale jednak, zysk. Po szczegółową i bardzo ciekawą analizę finansów Napoli zapraszam na Swiss Ramble Bloga. De Laurentis ma łeb do interesów – w niektórych wypadkach przebija kluby, które uważalibyśmy za atrakcyjniejsze od mafijnego Neapolu. A i swojemu byłemu trenerowi, Edoardo Reji, powiedział, iż „musi zostać w SSC do końca swych dni”. To się nazywa żyć jak w filmie. Mówi się, że teraz mają smak na Scudetto. Jakby to powiedział Caleb: groovy! Pragnienia Manchesteru City są znane. Start w Champions League, choć przez kibiców niezwykle wyczekiwany, ma być na Eastlands normalnym zjawiskiem o tej porze roku. Wielki projekt szejków wkroczył w drugą fazę. Po wydaniu milionów, wkurzeniu sporej części piłkarskiego światka, zdobyciu trofeum i wyrzuceniu Garry’ego Cooka czas na ustabilizowanie Manchesteru City w czołówce krajowej i europejskiej. W krótkiej acz intensywnej historii właścicieli z Abu Dhabi przyszedł moment na wymaganie od piłkarzy i trenera sukcesów. Poprzeczka została podniesiona. Napoli to idealny, podobnie "nowy" w Europie i równie głodny zwycięstw rywal. Będziemy się rozkoszować fantastyczną chwilą debiutu Manchesteru City w piłkarskim raju(cz jak fajnie to wczoraj określili fanatycy Dortmundu, Konigklasse). Po raz pierwszy na Etihad Stadium rozbrzmi hymn Champions League i wiem, że ten moment na zawsze pozostanie w mojej pamięci - nie mogę się doczekać, aż emocje sięgną zenitu. Na to jednak nie mogą sobie pozwolić piłkarze - ich głowy muszą być spokojne i pełne informacji o przeciwniku. A co o Napoli na dobrą sprawę wiemy? Taktyka
Ich wyjściowe ustawienie 3-4-3 z defensywnie ustawionymi skrzydłowymi Moggim i Dosseną nie zdało egzaminu z kilku powodów. Po pierwsze, wspomniani skrzydłowi za rzadko włączali się aktywnie do akcji ofensywnych(to samo tyczyło się jednego z trójki obrońców), zupełnie pozbawiając Lavezziego i Santanę wsparcia. Po drugie, cała gra Napoli na tym etapie opierała się na tym, co Lavezzi wymyśli - jego sprytne ustawienie przy wyrzucie z auto dało prowadzenia już w pierwszych minutach meczu. Potem zaś Ezequiel próbował indywidualnymi akcjami cokolwiek zdziałać, ale bez większego powodzenia. Po trzecie, cieniem na boisku okazał się Cavani - pozbawiony podań i ograniczony kilkoma obrońcami nie stanowił zagrożenia. Do wyrzucenia z boiska Benalouane niewiele przemawiało za trzecią ekipą poprzedniego sezonu Serie A. Brakowało i odpowiedniej liczby ciał zaangażowanych w atak(przewaga Ceseny grającej z kontry była bardzo widoczna), i kopacza odpowiedzialnego za rozegranie piłki. Po czwarte, Napoli nie daje sobie rady bez Hamsika. Tak, w sobotę wszystko na to wskazywało. Mazzarri wprowadził Słowaka na boisko za niewidocznego Santanę po godzinie gry. Kilka minut później Marek po krótko rozegranym rogu znalazł Campagnaro i goście wyszli na prowadzenie. Od wejścia Hamsika, warto zauważyć, każdy korner Napoli wykonywało krótko. Chwilę przed golem na 1:2 Mazzarri zagrał va banque i w miejsce Aroniki(obrońca) wprowadził Gorana Pandeva. Z 3-4-3 przeszedł na 4-4-2 - Dossena i Maggio cofnęli się na pozycje bocznych obrońców. Bramka Campagnero otworzyła spotkanie na nowo - Cesena z zapomnianym ostatnio Adrianem Mutu nie rezygnowała z punktów, a grający od tej pory na większej przestrzeni goście spokojnie doprowadzili spotkanie do szczęśliwego końca. Na lewej stronie brylowali Hamsik z Lavezzim, na prawej Pandev i Cavani(oczywiście aż tak mocno do swoich pozycji nie byli przypisani). Słowak częściej wracał po piłkę i rozgrywał, lepiej radzili sobie także Dżemailii i Inler(Walter Gargano poza kadrą z powodu kartek). Zatarło to wrażenie chaosu, jakie piłkarze Napoli stwarzali przez cztery kwadranse gry. Jakie wnioski? Walter Mazzarri wystawi na Etihad bardzo podobny zespół. Na pewno w 3-4-3, na pewno z Hamsikiem i Gargano zamiast Santany i Dżemailego i raczej nastawi swoich podopiecznych defensywnie i z myślą o kontratakach. Magiczna trójka Hamsik-Lavezzi-Cavani musi zostać odcięta od podań(odkryłem Amerykę, no nie?). Ich środek pomocy może mieć spore kłopoty, jeśli Mancini wystawi Silvę, Aguero i Nasriego plus Dżeko na desancie(takie rozwiązanie sugeruje rotacja w spotkaniu z Wigan). Będą się bronić i czyhać na nasze błędy. Ale mam na nich kilka haków(o braku rozgrywającego już pisałem): Paolo Cannavaro lubi sędziować i pokazywać liniowemu, że był spalony, zamiast atakować rywala. A Walter Mazzarri ma… stoper, którym sam mierzy czas i wskazuje potem arbitrom, ile doliczyć powinni(piszę absolutnie poważnie!). Mancini na pewno ma pomysł jak wykorzystać moje rady ;-) Debiut debiutem, ale zwycięstwo musi być po naszej stronie. C’mon City!
piątek, 09 września 2011
Nudna niczym doping kibiców na PGE Arenie przerwa reprezentacyjna dobiegła końca i wreszcie możemy wrócić do sensowniejszej piłki klubowej. Na Eastlands tematem numer jeden jest jedna nie sobotnie starcie z Wigan, ale dochodzenie w sprawie dyrektora wykonawczego Garry'ego Cooka, który około roku temu prawdopodobnie wysłał obraźliwego maila matce Neduma Onouhy, w którym drwił z jej walki z rakiem(pani Onouha jest również agentem piłkarza). Rewelacje wyszły całkiem niedawno, Cook przeprosił, ale to nie zapobiegło wszczęciu postępowanie przez klub w tej sprawie. Mocno śmierdzącej i łatwej do rozstrzygnięcia, dodajmy. Decyzja już zapadła - Garry Cook zrezygnował z pełnionej funkcji i nie jest już pracownikiem Manchesteru City. Takie rozwiązanie od jakiegoś czasu sugerował ton prasowych wypowiedzi w Anglii: przewinienie jest poważne i może oznaczać początek końca Cooka w Manchesterze City. Nie ma co ukrywać - wielu, w tym i ja, czekało na zwolnienie Cooka z powodu licznych wpadek i błędnych decyzji. Pomijam przyjęcie Uwe Roslera w poczet legend Manchesteru United, chodzi mi bardziej o np. styl w którym sprzedano Richarda Dunne'a, czy zwolniono Marka Hughesa(pamiętna konferencja prasowa, na której Cook, delikatnie mówiąc, nie wyszedł najkorzystniej) oraz o idiotycznych ofertach za Kakę, Buffona, czy starania o Gago(działacze Realu byli ponoć zniesmaczeni przygotowaniem Cooka do transferu). Oczywiście, można go bronić tym, iż zawsze wykazywał się wielką determinacją(czasem wręcz biznesową agresją, która pozwoliła znacząco podnieść przychody City) w dążeniu do celu, jakim wciąż jest uczynienie z Manchesteru City piłkarskiego mocarstwa. Jeśli do momentu wypłynięcia całej historii szejkowie nie podziękowali mu za pracę, to istotnie sukcesy na jego koncie były co najmniej zadowalające. Co zmienił więc mail do pani Onuohy? Przebrała się miarka, po prostu. Cała sytuacja z "żartem" jakiegoś pracownika była od początku mocno wątpliwa. Wysłanie maila rozumiem, ale to oznacza, iż ktoś - pracownik(sprzątaczka? Gość od kablówki?) Manchesteru City! - bez kłopotu wchodził na pocztę jednej z ważniejszych osób w klubie i regularnie ją przeglądał(świadczą o tym cytaty). A więc teoretycznie Cook nie zabezpieczał jakoś specjalnie swojej skrzynki, narażając klub na wyciek istotnych/poufnych informacji. To już chyba lepiej żeby się okazało(confess Garry, confess! jakby to powiedział kardynał z hiszpańskiej inkwizycji), iż jest po prostu chamem i pomylił adresata, serio. Z każdej strony i tak stracił wiarygodność. A konflikty(?) z Tevezem(to oczywiście tylko domysły) czy Mancinim(opieszałe transfery) mogły ten stan rzeczy jeszcze pogłębić. No i same zasłanianie się 'kimś innym' swoje zrobiło. Dymisja(rezygnacja) wydawała się w zasadzie nieunikniona. Życie po Cooku? Garry miał swoją wizję Manchesteru City. realizował ją w iście amerykańskim stylu z rozmachem na jaki pozwalały mu arabskie pieniądze. Popełniał błędy, mówił głupoty i na sam koniec zachował się idiotycznie, ale coś po sobie pozostawił. Czy następca podniesie jego wizję? A może na Eastlands zawita rozsądek i nieco mozolniejsze budowanie piłkarskiej potęgi? Z Financial Fair Play będzie to łatwiejsze. Jak rozegrają się personalia w najbliższym czasie, zobaczymy. Oby było w tym mniej polityki, a więcej piłki nożnej i pożytku dla Manchesteru City.
Ze składu City wypadnie prawdopodobnie Barry oraz de Jong(nagle zakontraktowanie Hargreavesa nie wygląda tak bezpodstawnie). Złamana kość dłoni Nasriego podobno nie jest problemem i powinniśmy zobaczyć Francuza po raz pierwszy na Eastlands, to samo tyczy się urazu Richardsa, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Jaki skład desygnuje Mancini? Ano ma w pamięci zbliżający się wielkimi krokami debiut w Lidze Mistrzów z Napoli i pewnie zobaczymy jakiś miks - czyżby Balotelli miał w końcu zagrać od pierwszej minuty? W każdym razie jest z czego wybierać. C'mon City!
środa, 31 sierpnia 2011
Na znakomitym blogu Michała Okońskiego Futbol jest okrutny znajdziecie moje podsumowanie letniego okienka transferowego Manchesteru City(stan na wtorek około południa). Zamiast przeklejać tekst tutaj, zajmę się bieżącymi sprawami, zarówno w wykonaniu Manchester City, jak i Górnika Zabrze, choć tych związanych z drugim klubem będzie z pewnością mniej. Jedziemy. Prejuce Nakoulma Napastnik z Łęcznej został wypożyczony na rok. Słyszałem o zainteresowaniu Górnika tym zawodnikiem, ale szczerze zadałem sobie pytanie: po co nam on? Jeśli ma wskoczyć do pierwszego składu, to co z Idanem Shriky? Już go Adam Nawałka nie potrzebuje? Dziwne posunięcie, ale piłkarz z Burkina Faso ma czyste konto - co pokaże, to go ocenię. Niestety, koszty kadry KSG wciąż rosną... A niejako związany z transferem Prejuce Michał Pazdan został w Zabrzu - ponoć zainteresowanie Śląska Wrocław było wymysłem jego menadżera. Mario Balotelli Ofiarą błędów na stronie oficjalnej City. Jak to mało czasem ludziom potrzeba. Podstrona z profilem Włocha nie działała poprawnie i na tym ukuto teorię o jego sprzedaży, czy później, jeszcze śmieszniejszą plotkę o wypożyczeniu do Newcastle :) na koniec dnia poszła kolejna bomba - 100 milionów(koron czeskich zapewne) plus Mario za Messiego i Barcelona rozważa ofertę. Ach ten deadline ;) Tomasz Chałas Facet o głośnym nazwisku trafia na wypożyczenia do Zawiszy Bydgoszcz. W Zabrzu nie osiągnął nic, w Ząbkach w poprzednim sezonie również. Pewnie to jego ostatnia szansa, aby uniknąć rozwiązania umowy z końcem rozgrywek. Owen Hargreaves Najdziwniejsza z umów, jakie doszły do skutku. Chłop tyle nie grał, że można wątpić nawet w to, czy potrafi prosto biegać. Ale patrzę na ten deal z nadzieją - jeśli będzie zdrowy, zaliczy kilka spotkań i choćby w połowie wypełni lukę po Vieirze, dzięki czemu jako tako odbuduje swoją karierę, będzie fajnie. Jeśli nie, to trudno, wielkiego ryzyka nie było, wszak nie na nim opieramy zespół. John Guidetti Wypożyczenie do Feyenoordu. W mojej ocenie ofiara Teveza i tego, iż Argentyńczyk został w City. Czyli kadra Błękitnych zamknie się z 4 napastnikami. Szwed zaś powinien dostać sporo szans w Holandii i wróci do nas mocniejszy, niż gdyby grał w Elite Development Squad. Craig Bellamy Podobno widziany w Liverpoolu, ale to nie wyklucza przejścia do QPR. Wyobrażacie sobie? Warnock, Barton, Bellers... oj, działoby się. Póki co nie ma jeszcze żadnych pewnych wieści, o ile w ogóle można o takich dziś mówić. Kierunek Anfield jednak najczęściej wymieniany i tego się trzymam. UPDATE: Craig Bellamy odszedł do Liverpoolu za darmo(Daily Mail tak podał, Guardian zaś określił sumę jako undisclosed). Sporo wzmocnienie ekipy Dalglisha, Bellers na pewno pokaże mnóstwo charakteru. Gdyby tylko Mancini potrafił się z nim dogadać... Shaun Wrigh-Philllips Wczoraj wieczorem napisał na Twitterze, iż odchodzi, a kilka godzin później, że... żartował i nigdzie się nie rusza(konto zweryfikowane, to tak gwoli ścisłości). Ruch do QPR wciąż prawdopodobny(niestety, niestety), jako że większość dziennikarzy bliskich City podało wiadomość o ofercie z Londynu, którą klub z Eastlands zaakceptował.
UPDATE: Bardzo smutny dzień dla wszystkich fanów Man City. SWP po trzech latach od powrotu na Eastlands odchodzi do Londynu. Kwota transferu do Queens Park Rangers nie została ujawniona(ale Guardian podał jakoby chodziło o trzy miliony funtów). Na stronie City warto obejrzeć wideo z golami SWP z jego kariery w Błękicie. łezka się w oku kręci, ech. Nedum Onuoha Sporo mówiło się kilku klubach zainteresowanych jego osobą, ale bez konkretów. Piłkarz wprawdzie zapowiedział walkę o kadrę meczową, ale nie ma na to szans(niestety, niestety). Czyli albo Bolton, albo znów QPR. Choć równie dobrze Neda może czekać przygnębiający kibiców los gdzieś w rezerwach. UPDATE: Ned nigdzie nie odchodzi. A z zestawienia składu(aptrz niżej) wskazuje, iż jest dla niego miejsce w 25. osobowej kadrze. Pytanie, co na to Mancini. Wayne Bridge Ani grama plotki na jego temat. Szok, mimo wszystko to doświadczony w Premiership lewy obrońca... czyżby płaca w City aż tak dobra, aby ją przedkładać nad rozwój kariery? Z najzabawniejszych plotek - Stoke City(podobno nie tylko oni) chciało podobno wypożyczyć Adama Johnsona, a James Milner opuścił trening reprezentacji i.... kibicom Aston Villi znów zamarzył się jego powrót na Villa Park.
Hart, Pantilimon, Taylor Richards, Zabaleta, Kompany, K. Toure, Lescott, Kolarow, Clichy, Savić, Onuocha? (Bridge) Barry, Yaya Toure, de Jong, Milner, Adam Johnson, Nasri, Silva, Hargreaves Aguero, Balotelli, Dżeko, Tevez Razem: 23(z wrażenia zapomniałem o Owenie H.:)) piłkarzy plus Nedum(Wayne'a w ogóle nie biorę pod uwagę).
Skorupski, Pesković, Sławik Bemben, Banaś, Danch, Magiera, Szymura Mączyński, Kwiek, Gierczak, Przybylski, Marciniak, Thomik, Olkowski, Wodecki, Gaszparik, Pazdan, Bębenek, Jończyk, Nowak, Król Zahorski, Milik, Shriky, Gołębiewski, Nakoulma 27 zawodników - niby dużo, ale przy kontuzjach Nowaka czy rekonwalescentach Bębenku i Jończyku nie wygląda to na przerost formy nad treścią. W każdym razie spodziewam się jeszcze kilku wypożyczeń na zimę - wszyscy grać przecież nie mogą.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Cztery pierwsze mecze Manchesteru City wywołały do tablicy kilka ciekawych tematów. Katastrofę w walce o Tarczę Wspólnoty na szczęście szybko zmazał debiut Sergio Aguero na inaugurację Premiership. Potem wizyta na Reebok Stadium - zapowiedź(wtedy jeszcze dość niejasna) wielkiej formy Edina Dżeko. Bośniak od starcia z United, a nawet i wcześniej, gdy graliśmy jeszcze z Interem w Dublinie, wyglądał jak zupełnie nowy piłkarz, transfer wręcz genialny. I stało się - w niedzielę huknął Tottenhamowi cztery gole, czym zamknął usta wszystkim niewierzącym w jego umiejętności na siedem spustów.
Co najlepsze, nie chodzi jedynie o bramki - Edin jest wszędzie. Gra napastnika na szpicy(wszechstronnego swoją drogą, skoro strzela obiema nogami i głową), a bardzo często cofa się po piłkę czy śmiga gdzieś na skrzydle. Początkowo wydawało mi się to nieco bez sensu - kiedy nasi zawodnicy nie lubią czasami włączać się do ofensywy, bez środkowego(wysokiego!) napastnika większość dośrodkowań traci sens. Tak było w zeszłym sezonie - w lidze przecież zdobyliśmy 4 gole 'z głowy', z czego trzy padły łupem Lescotta po stałych fragmentach gry. I sam Edin miał sporo kłopotów ze strzelaniem, gdyż niewiele piłek na poziomie było do niego adresowanych. Brakowało skrzydłowych/obrońców gotowych swoimi dośrodkowaniami siać popłoch w szeregach rywali – Kolarowowi z gry niewiele wychodziło, Adam Johnson ma w tym względzie pewne braki, a gole załatwiał w głównej mierze Tevez. Stąd przyjście Nasriego najpewniej okaże się ważniejsze niż mogłem przypuszczać, ponieważ początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do transferu Francuza. Trzy asysty, 97% celnych podań skomentuję w typowy dla siebie sposób: jak dobrze się od czasu do czasu grubo pomylić. Oczywiście nie tylko Samir czy Edin zasługują na wielkie pochwały za niedzielę; znów w dużej mierze nasz sukces zależał od dwóch zawodników - Joe Harta, który zaliczył kilka pewnych interwencji, oraz ... Petera Croucha. Nie mogę się nadziwić, jak jeden piłkarz może odgrywać tak znaczącą rolę w starciach między City a Spurs - najpierw pokonał Fulopa na CoMS i dał ekipie z WHL Ligę Mistrzów, potem ją z niej wyrzucił czerwoną kartką z Realem Madryt, by w końcówce sezonu strzelić samobójczego gola i pozbawić swój klub szans na powtórkę z rozrywki. A wczoraj zmarnował wyborną okazję - było już 1:0 dla The Citizens, świetnie 'z fałsza' dośrodkował Bale, ale uderzenie głową Petera minął bramkę Harta o kilkadziesiąt centymetrów. Chwilę potem Dżeko podwyższył prowadzenie City i spotkanie zaczęło zmierzać w niebezpiecznym dla gospodarzy kierunku. Historia Croucha oddaje ligowe losy Kogutów - najpierw oba zespoły były dość blisko siebie i różnica punktowa na koniec sezonu 08/09 była niewielka, teraz Manchester City dał jasno do zrozumienia, iż walczy o mistrza, Tottenhamowi została zaś nadzieja na 4. miejsce.
Powiedzmy sobie wprost - taka jest siła pieniądza w piłce. Jesteśmy ambitni i możemy utrzymać bardzo mocny personalnie zespół, zapewnić piłkarzom wysokie uposażenia oraz rywalizację o najwyższe cele. Harry Redknapp musi zaś zmierzyć się z problemami kadrowymi - a to ławka za krótka i na miejsce licznych kontuzjowanych nie ma klasowych następców, a to najlepszy rozgrywający chce odejść do Chelsea i ma "problemy z głową". Zresztą, sytuacja w której Samir Nasri wybiera City, gdyż uważa nasz klub za ambitniejszy od Arsenalu Wengera(celowo podkreślam Wengerowskość Arsenalu) jest jednoznaczna. I nie krzyczcie, że chodzi tylko o pieniądze, bo zdaje się, że 8:2 coś o klubie z Islington, czy ogólnie - o zmianie sił w angielskim futbolu mówi. Na jak długo, tego nie wie nikt. Póki co cieszmy się piłkarzami, których przyszło nam oglądać. Trio Nasri-Aguero-Silva zrozumiało się niemal natychmiast, mimo rzadko stosowanego przez Manciniego 'starego' 4-2-4(tu analiza Zonal Marking), i dało nam wysoką(w pewnym sensie zupełnie nową) jakość w rozegraniu, której środkowa linia Kogutów nie była w stanie się oprzeć. I to jest bardzo dobry prognostyk na przyszłość, nie wspominając o tym, że mamy na ławce jeszcze Milnera, Teveza(!), Balotellego czy Johnsona. No i Yayę Toure, który w niedzielę więcej bronił, ale popełnił właściwie jeden jedyny błąd, dość irytujący - olał zupełnie piłkę z rzutu rożnego, dzięki czemu Kaboul dał gola honorowego gospodarzom(wściekłość Manciniego jak najbardziej na miejscu!). A przecież brakuje nam de Jonga, bez niego nie wyobrażałem sobie zwycięstw z rywalami z wyższej półki a tu proszę, da się. Łatwo ulec inauguracyjnej euforii i zapomnieć, iż sezon to jednak więcej niż pierwszy trzy spotkania, ale nie zmienia to faktu, iż druga faza projektu naprawdę weszła w życie - pokazujemy wielką klasę i z rozbudzonymi nadziejami patrzymy w przyszłość. Czas na [wrr] przerwę reprezentacyjną, po której wrócimy do gry na Etihad Stadium z Wigan, aby 4 dni później wystartować, co ja mówię, zadebiutować w wymarzonej Lidze Mistrzów. Cudownie. |
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||