Wpisy z tagiem: premiership
środa, 21 grudnia 2011
Zachłanność Roberto Manciniego nie zna granic. Ledwie umocnił Manchester City na fotelu lidera, ledwie pokonał po raz pierwszy w Premier League Arsenal, Everton i United, a tu już czeka na niego kolejny mały sukces do osiągnięcia. Jeśli dziś The Citizens nie przegrają ze Stoke, to zakończą rok 2011 jako niepokonani na własnym stadionie. Jeśli zaś wygrają, to jedynym zespołem, który wywiózł z Eastlands punkty w lidze w tym czasie zostanie... Fulham(poza tym ta sztuka udała się także Napoli, a żeby oddać sprawiedliwość - zwycięstwo z Dynamem Kijów i tak dało awans gościom z Ukrainy). Doskonale pamiętamy tamto nudne i wolne do bólu spotkanie - wtedy zdawało się, iż jesteśmy skazani na występy tego sortu, ale nowy sezon przyniósł totalną odmianę, dzięki której Etihad Stadium stał się areną godną najlepszych meczów Premiership. Tak też było w niedzielę, gdy przyjechał Arsenal. Niestety, sporo emocji zgotowały niektóre decyzje sędziowskie i od nich zacznę. Co najmniej dwa błędy przy odgwizdywaniu spalonych, z czego jedna kompletnie zła(odebrała Arsenalowi gola na 1:1), a druga tylko dzięki Hartowi(chodzi mi o sytuację, kiedy Walcott stał na linii strzału zza pola karnego po rzucie rożnym, pierwsza połowa) przeszła bez większego echa. Do tego za szybkie kartki - Song na przykład niekoniecznie musiał otrzymać takową w pierwszym kwadransie, kilka późniejszych gwizdnięć także było co najmniej dyskusyjnych, nie mówiąc o ewidentnym karnym. Micah zagrał ręką bez wątpienia, a Phil Dowd, choć stał bardzo blisko, uznał to za przypadek. Wystarczyłoby jednak pokazać mu kilka podobnych sytuacji(mi przychodzi do głowy karny z WBA na CoMS z zeszłego sezonu, kiedy to Tevez strzelił hat-tricka), aby wykazać, jak cholernie się pomylił.
Na szczęście obie drużyny zagrały na tyle interesująco, iż Dowd nie zasłonił swoją pulchną osobą wielu dobrych momentów spotkania. Nawet pomijając błędy arbitrów, goli i tak mogło paść znacznie więcej(a wręcz powinno). Patrząc na grę Arsenalu znów odniosłem dość ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony wydawali się personalnie gorsi, na co oczywiście miały wpływ osłabienia w defensywie i pomocy, ale mimo tego stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, na przekór momentami bardzo wyraźnej przewagi City, i ten punkt zdobyć powinni. Jak słusznie ocenił Arseblog: dissapointment but no shame. Z drugiej strony, zmiennicy w osobach Arszawina i Chamakha kompletnie rozbijają to, co w zespole Wengera jest dobrego. Zwłaszcza Rosjanin pokazał, ym, no, sami wiecie co – brak słów przy każdym zetknięciu z piłką. Z tak dramatycznie słabą ławką i zawsze potencjalną kontuzją(umówmy się, że Arsenal albo ma bardzo kiepskich medyków, albo wybitnego pecha do urazów swoich piłkarzy) któregokolwiek z zawodników to krok w stronę szpitala. I słabszych wyników klubu, naturalnie. I chyba już znam na odpowiedź z poprzedniej notki – na tę chwilę, bez wzmocnień(ponoć zapowiadanych) w zimie Arsenal stać na skuteczną walkę o Ligę Mistrzów. Co do tytułu, to tak jak na Eithad, będę zasługiwać na coś więcej, ale w ostateczności słaba ławka, kontuzje i błędy sędziowskie wyeliminują ich z wyścigu, ale nie tak szybko jak wielu rywali by oczekiwało. City. W niedzielę narobiliśmy sobie sporo kłopotów. Naprawdę, wystarczyło podwyższyć(okazji przecież nie brakowało...) na 2:0 i spokojnie kontrolować przebieg wydarzeń. To mnie rozłościło najbardziej, ale fakt, iż to Vermaelen miał najwięcej strzałów w ekipie AFC, a nie Robin, Theo czy Gervinho, zwyczajnie cieszy. No i czyste konto, choć podważają je wpadki sędziów, to też zasługa Joe Harta, który w tym sezonie wybronił już kilka(naście?) punktów The Citizens. Poza tym: świetni Zabaleta i Kompany, bardzo solidny Kolo Toure(mecz bez wpadki, brawo), spokojniejszy Yaya, a Nasri - chyba już przyzwyczajony do presji i powoli aklimatyzujący się na Etihad. Wciąż mi za to brak de Jonga. Nie wyobrażam sobie, aby miał opuścić dwa spotkania wyjazdowe - z Sunderlandem i WBA, odpoczynek Y. Toure bardzo się przyda(w perspektywie ma wszak PNA), to samo z Barrym, facet gra praktyczni non stop. Niech więc Mancini da Holendrowi więcej minut i podpisze z nim nowy kontrakt. Potrzebujemy go. Za chwilę Stoke City. Dwa poprzednie zwycięstwa pamiętamy doskonale - Puchar Anglii, oraz ostatni fantastyczny występ Teveza na Etihad. Jaka szkoda, że później jeszcze przywdział Błękit... Dobrze będzie i bez Argentyńczyka powtórzyć wyniki z ekipą Pullisa, zwłaszcza przed własną publicznością. Na Brittannia będzie zdecydowanie trudniej. To taki mały dar losu - zimą w poprzednim sezonie Stoke postawiło u siebie wysokie wymagania i ledwie uszliśmy z remisem. C'mon City, zakończmy ten rok bez porażki na Eastlands!
sobota, 17 grudnia 2011
Czarnowidztwo nad losem zespołu Arsene’a Wengera to ostatnimi czasy bardzo popularne zjawisko. Z sezonu na sezon co raz większa grupa kibiców i dziennikarzy wieszczy rychłe piłkarskie załamanie Kanonierów i natychmiastową(niemal permanentną!) eksmisję z topowych zespołów Premiership. Arsenal jednak tylko połowicznie spełnił oczekiwania fachowców – od sześciu i pół roku nie zdobył trofeum, a po ostatniej, bolesnej porażce na tym polu(finał Carling Cup z Birmingham), ligowa forma AFC prezentowała się wprost tragicznie, aż po jeszcze gorszy epilog na Old Trafford. Wenger rozpoczął sezon na nowo, wreszcie sięgnął do portfela, a eksplodujący(nie pierwszy raz oczywiście) niczym supernowa talent strzelecki Robina van Persiego dał odczuć, iż w Islington wiele sprawa wraca na swój prawidłowy tor.
Trochę to jednak mydlenie oczu. Moim zdaniem, Arsene nie ustrzegł się masy błędów, głownie za sprawą zaklinania rzeczywistości. Prawdopodobnie gdybym był kibicem Arsenalu, stałbym po stronie przeciwników Francuza. Darujmy sobie z miejsca dyskusję, czy zajmowałbym się Kanonierami przed The Invincibles, czy po – w moim odczuciu 4, 5 lat to okres na tyle w piłce znaczący, iż aura niegdysiejszego zwycięzcy dłużej chronić Wengera nie powinna i konstruktywna krytyka jest jak najbardziej na miejscu. Arsenal, w pojmowaniu jego własnych zwolenników, ma wygrywać trofea, gdyż ma to we krwi, a rezygnacja z walki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Kadrowy upadek Arsenal doświadczył z Manchesterem United, gdy pozbawiony kilku podstawowych graczy skompromitował się na całego. Sporo w tym winy samego Wengera, który do końca nie chciał zaakceptować faktu, iż część piłkarzy najnormalniej w świecie wypowiada mu posłuszeństwo – Fabregas, Nasri, Clichy, a mimo to Arsene(zarząd?) nie był gotowy wydać odpowiedniej kwoty zaraz(a nawet wcześniej) po tym, jak wspomniani piłkarze odeszli. Tak na marginesie – lepszy w tej chwili Arteta, dla którego gra z armatą na piersi jest nobilitacją i sporym awansem sportowym, niż zblazowany Cesc, uważający Arsenal jednak za drugi, nie pierwszy klub w swoim sercu. Co do wspomnianych Francuzów – ich transfery do City musiały wielu uzmysłowić brutalną prawdę – wprawdzie Arsenal to wciąż świetna firma i wciąż liczy się w czołówce Premier League, ale jeśli piłkarze odchodzą na Eastlands w poszukiwaniu triumfów, to jest to policzek(ostatnie ostrzeżenie?) wymierzony Kanonierom. Pal licho pieniądze – możecie drodzy fani AFC powtarzać, iż do City idzie się tylko po kasę, ale fakty są takie, że pragnienie zwycięstw w ekipie Manciniego jest w tej chwili wyższe niż u Wengera. Tego samego Wengera, który śmiał wam powiedzieć, iż powinniście być zadowoleni, bo wasz ukochany klub co roku gra w Lidze Mistrzów. A te słowa mogłyby wyjść z ust, z całym szacunkiem, Harry’ego Redknappa… Na początku sezonu(tj. do końca okienka transferowego) byłem absolutnie przekonany, iż Arsene'a dla dobra klubu trzeba zwolnić i zacząć zapisywać nową kartę historii. Mam wrażenie, u wielu kibiców brakuje odwagi, aby spojrzeć na AFC bez Wengera. Spojrzeć na swój ukochany klub, który zdecydowanie podejmuje kroki, aby odzyskać blask trofeów w gablocie, a nie wspominać dawne zwycięstwa i z kwaśną miną cieszyć się, iż piłkarze wychowywani przez Francuza osiągają znaczące sukcesy gdzie indziej. Spotykamy się jednak w nieco innym kontekście – Arsenal wraca do gry, choć nie jestem pewny, o co. Mistrzostwo? Ligę Mistrzów? Przejściowy(?) sezon na Emirates mimo wszystko nie może obejść się bez aktywnej walki o wszystko, co możliwe. Widzieliśmy to podczas Carling Cup, kiedy to rezerwowi Wengera dali naprawdę dobry występ i zwycięstwo The Citizens nie było łatwe, ani bardzo zasłużone. Przegnali nawet upiory ze spotkań z Wigan i wrzucili pięć goli Chelsea na Stamford, co wywołuje u mnie pewne oznaki zazdrości :) Podobnej agresywności spodziewam się jutro, mniej zaś będzie szachów, które pamiętamy z pierwszej ligowej porażki Błękitnych. To przecież starcie szczytów moralności w futbolu z jego największym złem, czyli pieniędzmi ;-) W City zabraknie Clichy’ego i Kolarowa, na szczęście wraca Richards, lewą obronę zajmie zaś Zabaleta. Osobiście wolałbym zobaczyć w pomocy Milnera zamiast Nasriego – Samir dostał ostra szkołę na Emirates podczas Pucharu Ligi i wydaje się niegotowy na kolejne takie starcie. Kto w ataku? Mario jest bardzo pewnym punktem drużyny, gdy gramy u siebie i to chyba na niego, nie na Dżeko, Mancini postawi. Szczególną uwagę zwróciłbym na asekurację Pablo, na którego grać będzie Walcott – najczęściej asystujący van Persiemu, a wiadomo, że defensywa City do najszczelniejszych ostatnio nie nalezy. Interesująco będzie wyglądać walka w środkowej strefie – Ramsey, Arteta i Song przeciwko Yayi, Barry’emu i Milnerowi(szkoda, że co raz częściej brakuje miejsca dla de Jonga…). Czy czeka nas kolejny niesamowity mecz najlepszych zespołów ligi? Jakkolwiek ofensywy zwrot Manciniego bardzo mi się podoba, tak mam nadzieję na nieco ostrożniejsze podejście, bo przegrać tego spotkania po prostu nie wolno.
wtorek, 13 grudnia 2011
Passa 14 ligowych kolejek Manchesteru City bez porażki wreszcie dobiegła końca. Wreszcie, bo oczekiwałem jej przerwania jeszcze w tym roku kalendarzowym, aby uniknąć narastającej presji związanej z atakiem na The Invincibles. Zaś ironia losu wczorajszego rozstrzygnięcia polega na tym, iż do przegranej mocno przyczynił się… ostatni piłkarz pamiętający Niepokonany Arsenal. Na szczęście ewentualne porównania do tamtej niesamowitej drużyny mamy już za sobą, choć naszą serię również przerwała stołeczna Chelsea. Podobnie jak po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, nie jestem ani specjalnie zły, ani zaniepokojony. Ot, dla każdego kicia City przegrywanie nie jest i nigdy nie było niczym nieprawdopodobnym. Stara dobra przyśpiewka Błękitnych z lat 90 We never win at home and we never win away, We lost last week and we lost today wbrew pozorom jest wciąż żywa i fakt, iż liczymy się w walce o mistrza, ba, wciąż jesteśmy liderami, nie ma większego znaczenia. Nie powstrzymuje mnie to oczywiście przed oceną przebiegu spotkania czy postawy niektórych piłkarzy.
Zacznę od najgorszego na boisku w barwach City. Nie, to nie Gael Clichy – Francuz nie był należycie asekurowany w starciach z będącym w wysokiej formie Sturridgem i to w którymś momencie musiało się źle skończyć. Zdecydowanie większą winę w moim odczuciu za pierwszego gola ponosi Yaya Toure, który po prostu wpuścił Meirelesa w pole karne i pozwolił mu wbić gola na remis. To jednak wierzchołek góry lodowej, pomocnik City w ogóle zagrał jedno najsłabszych spotkań w swojej karierze na Wyspach. I może uważać się za szczęściarza, bo tak głupich fauli sędzia wybaczać nie powinien. Najpierw zwykły faul na Macie i niepotrzebne sprzeczki z arbitrem(jakaś felerna pozostałość DNA Barcelony chyba…), a potem nie wiedzieć po co Yaya głaszcze Hiszpana w twarz. Później padł gol, a w drugiej połowie Toure uznał, iż fajnie będzie spróbować skrobnąć rzepkę bodaj temu samemu rywalowi(poprawcie mnie, jeśli się mylę). Totalny idiotyzm. Nienawidzę takiej postawy. Yaya od czasu do czasu miewa momenty, kiedy mu się nie chce, jest dziwnie rozkojarzony i fauluje w sposób absolutnie niedopuszczalny. A wczoraj jego pozytywna dominacja w środku pola bardzo by się przydała…
Inną sprawą jest samo sędziowanie. Clattenburg wyraźnie nie miał dnia, bo karnego na Silvie należało zagwizdać. Jak i być może wyrzucić Meirelesa za faul na Davidzie(a wraz z nim ukarać Yayę…). Nie chcę wszystko zwalać na jedną decyzję. Nawet wykorzystana jedenastka nie musiałaby uchronić Clichy’ego od czerwonej kartki, a cały Manchester City od gorszego meczu, nerwowej końcówki z remisem/porażką włącznie. Nie był to przecież najwspanialszy występ piłkarzy Manciniego. Zabrakło zimnej krwi na początku spotkania, aby Chelsea szybko sprowadzić na ziemię i w ciągu dwóch kwadransów wyrobić sobie taką przewagę, aby spokojnie dowieźć trzy punktu do końca. Nie miałaby wówczas znaczenia zmiany, jakie Villas-Boas poczynił. Mam tu na myśli ustawienie defensywy głębiej(gol na 1:0 padł, gdy Chelsea broniła znacznie wyżej) i oczekiwanie na szansę do kontr. To zazwyczaj jest dobrą bronią na Manciniego(modelowy przykład - Napoli). Jego zawodnicy angażują więcej sił w ofensywę i pojawiają się luki, które taki Sturridge może wykorzystać. Kluczem do skuteczności jest szczelna defensywa. Jeśli ta się załamie, jak np. Norwich czy Newcastle, to prawdopodobieństwo odwrócenia losów spotkania są znikome. Chelsea poradziła sobie względnie dobrze(błędy City pomogły), a jej dominacja na własnej połowie praktycznie nie podlegała dyskusji. Jeszcze jedna sprawa rzuciła mi się w oczy po przejrzeniu niektórych statystyk - to nie był pojedynek Silvy i Maty, choć tak reklamowano El Cashico. Co ciekawe, Zonal Marking doszedł do identycznego stwierdzenia, aczkolwiek nie ma konkretnego wyjaśnienie tego zjawiska. Jedno wiadomo na pewno - obaj Hiszpanie nie wystąpili w rolach głównych w swoich zespołach. Bez względu na wymienione wyżej okoliczności to spotkanie było do wygrania w jedenastu i do zremisowania w dziesięciu. Zwłaszcza po zejściu Clichy'ego, Chelsea, mimo optycznej przewagi(co zabawne więcej prób podań w całym meczu wykonali goście...), nie miała tylu strzałów na bramkę co chociażby Liverpool w analogicznej sytuacji. The Citizens bronili się naprawdę dobrze, ręka była dość pechowa(ale bezwzględna), stąd nie uważam, aby jakość gry dramatycznie spadła. Villas-Boas po prostu odpowiednio zareagował na to, co działo się na boisku, a zwycięski gol w końcu przyszedł., acz równie dobrze remis byłby sprawiedliwy. Portugalczykowi trzeba oddać, co jego. Dostał w ręce klub wymagający zdecydowanej wymiany pokoleniowej, która jak zawsze nie odbywa się bez ofiar. Nie tracić w takiej sytuacji kontaktu z czołówką(szczerze, to nie straciłby jej nawet gdyby City wygrało) i wprowadzać do angielskiej piłki takiego piłkarza jak Oriol Romeu( o dość interesującym aspekcie pobytu młodego pomocnika na Wyspach napisał Michał Zachodny), to jakaś tam sztuka. Wcześniej o tym nie pisałem, ale podobała mi się jego emocjonalna reakcja po wygranej nad Valencią. Gdybym był kibicem Chelsea, wzbudziła by we mnie przekonanie, iż temu młodemu facetowi cholernie zależy na tej robocie, a sama liga tylko na tym zyska. Tu, na Eastlands, nikt się nie załamuje. Gramy dalej, walczymy o mistrza i już w niedzielę wszyscy będą gotowi pokazać, iż jedna porażka nie wytrąci nas z równowagi tak samo, jak czternaście poprzednich kolejek nie dało nam tytułu mistrzowskiego.
niedziela, 04 grudnia 2011
Etihad Stadium wciąż niezdobyte - Norwich City wpisało się w trend głęboko ustawianej defensywy i nie zaoferowało większego oporu przed The Citizens, którzy cierpliwie i bez pośpiechu, część po części rozkładali zaparkowany żółty autobus na czynniki pierwsze.
Wczoraj niespodziewanie do składu wrócił Kolo Toure, co z miejsca wzbudziło sporo obaw. Powracający po dyskwalifikacji Kolo miał wprawdzie bardzo dobre momenty na Emirates, jednak mimo tego nigdy już nie zostanę fanem jego poczynań w defensywie. Kiedyś określiłem go mianem pechowego obrońcy i praktycznie przy każdej okazji to się potwierdza. Choćby z Norwich - gdy zderzył się z Kompany'm i praktycznie podarował Morrisonowi sam na sam z Hartem. Czyżby w zimie miały się rozstrzygnąć losy starszego z braci Toure? Jeśli PSG wyrazi zainteresowanie, to na miejscu Manciniego mocno bym się zastanowił, czy nie warto zarobić nieco na katarskich szejkach i zainwestować w kogoś nowego, bądź... odkurzyć starego, dobrego Neduma. Tak, to mrzonki, Roberto nigdy nie cenił Onouhy i jeśli zobaczymy jeszcze w koszulce City, to co najwyżej w Pucharze Anglii w konfrontacji z niżej notowanym rywalem. A szkoda - trzeba pamiętać, iż w składzie są jeszcze tylko Kompany, Lescott i nieopierzony Savić i w razie kontuzji(piłkarskie bogi chrońcie naszego kapitana!!) może się zagotować pod bramką Joe Harta częściej niż zwykle.
Z ofensywnych spostrzeżeń: Samir Nasri pierwszy raz pokazał umiejętności zbliżone do poziomu Davida Silvy. Nie chodzi tu jednak o proste kopiowanie Hiszpana, ale o ogólną ocenę za występ. Samir był wreszcie widoczny i coś mi podpowiada, że to szkoła, którą dali mu kibice Arsenalu wespół z Frimpongiem we wtorek, dała pozytywne efekty. Różnica jest zauważalna - rywal prezentował podobny styl do Newcastle sprzed dwóch tygodni, kiedy to Francuz był kompletnie poza grą, a wczoraj wyglądało to znacznie lepiej.
David Platt Znów pochwalić należy cierpliwość całego zespołu. Z meczu na mecz niepewność co do wyniku spotkań tego typu maleje. Niech miarą owej cierpliwości będzie prosta statystyka - 750 wykonanych podań, z czego 652 znalazło adresata. Sam Yaya Toure wykonał 124 próby, jak podał OptaJoe to pierwsze takie osiągnięcie na boiskach Premier League od 2008 roku! I co jeszcze trzeba zauważyć - głód goli. Niewyobrażalny głód goli. W zeszłym sezonie cierpiałem, gdy w okolicach 3:0 zespół(na życzenie Roberto?) przestał się starać o podwyższenie wyniku. Teraz mamy do czynienia z polowaniem na rywala i golami pokroju Mario, z ramienia, nonszalancko, z przekonaniem, że się należy. A przeciwnik to tylko tło. To się musi podobać, zwłaszcza, że nie będzie trwało wiecznie. Zresztą, taki oddech Błękitnym bardzo się przyda - za chwilę na Etihad przyjedzie Bayern i stoczymy batalię o przyszłość w LM, zaraz po tym wyjazd na Stamford Bridge, a 18 grudnia postaramy się zgotować piekło powracającemu do formy Arsenalowi. A tak na marginesie - można polubić mojego bloga na Facebooku, do czego mocno zachęcam, nic tak nie nakręca do pisania jak rzesza fanów. Likebox znajdziecie w bocznej szpalcie oraz poniżej:
niedziela, 20 listopada 2011
Manchester City po zwycięstwie nad Newcastle pozostał jedynym niepokonanym zespołem w Premiership. Zdobyć wczorajsze trzy punkty przyszło w zasadzie dość łatwo - mimo zwartych szeregów dwa razy niechlubnie do akcji wszedł Ryan Taylor - za pierwszym razem to on zagrywał ręką w polu karnym po strzale Toure, za drugim zaś dał sobie odebrać piłkę Richardsowi, który nie miał kłopotu z pokonaniem Krula w sytuacji sam na sam. Chwilę przed tymi wydarzeniami spodziewałem się remisu do przerwy i w miarę szybkiego gola tuż po wznowieniu, jednak dwa gole do szatni załatwiły sprawę.
Plan Newcastle opierał się na szczelnej defensywie i nielicznych próbach kontrataku, inaczej niż to wymyślił Neil Warnock dwa tygodnie temu - jeśli drużyny oddają City piłkę i w ostatecznym rozrachunku kończą mecz z niczym, to lepiej spróbować przejąć inicjatywę i zobaczyć co się stanie. QPR Warnocka nie dało rady, ale pokazało, że The Citizens da się stłamsić, natomiast Pardew, pozbawiony Obertana i Tiote, nie widział swojej drużyny w roli kogoś więcej, niż tylko organizowanego, natrętnego i przeszkadzającego stada srok. Oczywiście, udało się wykreować gościom kilka naprawdę dobrych okazji do bramki, ale znów Joe Hart, identycznie jak czynił niegdyś Given, pokazał jak ważnym jest ogniwem drużyny.
Are you watching, Fabio?! Kolejny świetny występ zaliczył Micah Richards i znów wypada osaczyć Fabio Capello pytaniami, dlaczego nie znajduje miejsca dla Anglika w reprezentacji. nie potrafię tego zrozumieć - Micah gra obecnie na bardzo wysokim poziomie, jego ofensywne wejścia robią furorę, ponadto jego koncentracja w defensywie znacząco wzrosła. Wczoraj gol i asysta, do tego takie offensive run, że kończył w polu karnym główkując bądź podając do Balotellego z pola karnego. Nie wierzę, iż Włoski selekcjoner nie jest świadomy, iż forma Richardsa stopniowo rośnie od początku zeszłego sezonu, aż po kapitanowanie City podczas nieobecności Kompany'ego. Zgadzam się ze słowami autora tego postu, pozostawienie MR poza składem drużyny narodowej to spory błąd i powód do frustracji dla zawodnika, którego progres jest nie do zakwestionowania. Na szczęście Micah wie co robić - ciężka praca jak zwykle jest najlepszą receptą na wszelkie kłopoty. Nasri nie jest Silvą. Jeszcze. Oszczędzenie magicznego Davida przeciwko Newcastle w moim odczuciu miało dać większe pole do popisu Samirowi na pozycji 'wolnego rozgrywającego'(a także mały test dla całej ekipy), jednak póki co Francuz nie jest na tyle zgrany z drużyna, aby podjąć to wyzwanie. Większość jego dotychczasowych asyst 'wychodziła' z lewego skrzydła, szczególnie widać to było w spotkaniu z Blackburn, gdzie kontuzja Aguero wymusiła zejście Mario na szpicę, a Nasri wszedł na lewe skrzydło i wespół z szalonym Mario dał City drugiego gola. Zresztą, Samir w sobotę wymienił mniej podań niż chociażby... Clichy. Drugi z Francuzów rozegrał doskonałe spotkanie i po miesiącach milczenia należy mu się kilka osobnych zdań. Podania wykonane/niecelne 84/8 66/8 to naturalnie dość pobieżny przykład, jak Nasri był niewidoczny przeciwko dobrze broniących się piłkarzach Alana Pardew. Jednocześnie chciałem pokazać, jak Samir starał się wejść w buty Silvy, to znaczy poprzez obecność w każdym sektorze boiska rywala i próby rozegrania piłki, aczkolwiek aby zastąpić godnie Hiszpania potrzeba więcej chwil przy piłce oraz więcej przestrzeni między formacjami przeciwnika. Głęboko cofnięte Sroki ukrócały swobodę Francuza i to też trzeba mieć na uwadze - Silvą na tę chwilę on nie jest, ale ma mnóstwo czasu, aby w razie czego osiągnąć podobną charakterystykę gry. Co do Gaela, jego statystyki, a także sam styl gry, bardzo mi zaimponował. 6 przechwytów, 4 udane odbiory piłki(na 6 prób) plus osiem(na 9) "czyszczeń" skutecznie zahamowało ataki gości z prawego skrzydła. Nawet wracający do składu City Nigel de Jong się tyle nie napracował :) Clichy'emu chwałę odbiera Richards, który kreuje więcej szans kolegom i częściej trafia do siatki, co nie powinno zatrzeć nam obrazu - lewa obrona The Citizens jest obstawiona bardzo solidnie. Narzekania kibiców Arsenalu na defensywne walory Clichy'ego nie znajdują potwierdzenia w meczach City, z czego wypada tylko i wyłącznie się cieszyć. Newcastle United zakończyło swą passę bez porażki - wobec zerowej zdobyczy Chelsea wciąż utrzymują trzecią lokatę, ale aby utrzymać wysokie miejsce w lidze muszą odważniej podejść do starć z klubami teoretycznie lepszymi. Aczkolwiek wielkie słowa uznania należą się samemu Alanowi Pardew - praktycznie każdy z nas, interesujący się ligą angielską, skreślił jego szanse, gdy obejmował Sroki po szokującym zwolnieniu Hughtona. Bez względu na ostateczny wynik ciężkiej serii spotkań Newcastle ma spore szanse na dobry wynik w lidze(acz nie postawiłbym pieniędzy na ich miejsce w Europie), o ile Mike Ashley zachowa zimną krew. Zmiana nazwy stadionu była totalną głupotą. Wyrzucenie Pardew - wiem, piszę o tym zdecydowanie przedwcześnie - nawet po trzech, czterech porażkach z rzędu może się okazać złe w skutkach. A to przy, tak zachowawczej i nieskutecznej taktyce, w decydujących momentach spotkań może okazać się bolesnym faktem i nie tylko uziemić Sroki, ale i pozbawić ich dłuższy czas skrzydeł. W przypadku City, wygrana dała jeszcze większą pewność siebie, którą za chwilę na próbę wystawią trzy bardzo silne zespoły - Napoli w Lidze Mistrzów(o awans z grupy!), Liverpool w Premier League i Arsenal w Carling Cup. A w grudniu będzie jeszcze ciekawej! Nic tylko powtórzyć zdanie, napisane tu wielokrotnie - nastały niesamowite chwile dla każdego kibica Manchesteru City. C'mon City!
poniedziałek, 07 listopada 2011
Osiem spotkań. Osiem zwycięstw, trzydzieści strzelonych goli, osiem straconych. Pięć punktów przewagi w lidze nad drugim miejscem i najlepszy start w historii Premiership(tj. po 10 kolejkach). Siedem punktów w grupie Ligi Mistrzów i realna szansa na przebicie się do fazy pucharowej. Awans do ćwierćfinału Carling Cup. Na Eastlands robi się niesamowicie z tygodnia na tydzień. Spójrzcie chociażby na październik. Perfekcyjny październik. Manchesterowi City wychodzi absolutnie wszystko. Zwycięska bramka w ostatniej minucie i uratowanie Champions League? Ależ proszę. Pokonanie zaparkowanych autobusów? Upokorzenie United na Old Trafford w przeddzień 25. rocznicy panowania Fergusona? Żaden problem. Postęp, jaki uczyniła drużyna Manciniego, zarówno na boisku, jak i poza nim, naprawdę imponuje. I zamyka usta każdemu, kto życzył projektowi City upadku. Niesforny Balotelli? Strzela gole jak na zawołanie, bez różnicy czy rywal klasowy, czy prowincjonalny. Adam Johnson skonfliktowany z Roberto? Nie dość, że jego skuteczność z gry wzrasta na przekór niektórym decyzjom Włocha, to na dodatek skrzydłowy City przedłużył w niedzielę kontrakt, co z pewnością jest dowodem na jego chęć odejścia z Etihad Stadium :) The Citizens nadmiernie polegają na Tevezie? No, tu akurat sam zainteresowany rozwiązał sytuację na korzyść klubu. Uwalniając drużynę od swojego dominującego charakteru wyświadczył jej największą przysługę. Zamiast jednego strzelca ciągnącego Błękitnych mamy trzech skutecznych snajperów wspieranych przez lepszą z roku na rok pomoc, w której wiadomo ? prym wiedzie magik David Silva, ale bez Milnera, Johnsona, Yayi Toure czy Nasriego i ich wysokiej dyspozycji nie byłoby aż tylu powodów do radości. Wszak praktycznie każdy z piłkarzy Manciniego trafił z formą - oceny za ostatnie spotkania zaczynają się od dobrych wzwyż, oczywiście poza niesklasyfikowanym Tevezem. Nieprzypadkowo fantastyczna seria trwa od porażki z Bayernem i wybrykiem Carlito. To wydarzenie zjednoczyło drużynę i ukierunkowało ją na wspólny sukces. Każda passa kiedyś się jednak skończy. Zastanawiając się nad tym obstawiłem dwa mecze, które potencjalnie mogą się skończyć dla City pierwszą porażką w lidze i wiele się nie pomyliłem. To znaczy wydawało mi się, iż wizyta na Loftus Road nie będzie spacerkiem(mając również na uwadze powrót z Hiszpanii) i rzeczywiście tak było. Szczegółowe statystyki sobotniego starcia wskazują, iż rywal Błękitnych w istocie był jednym z najtrudniejszych od początku kampanii. Przyznali to piłkarze, wynik zresztą do ostatniej minuty był sprawą otwartą, stąd zwycięstwo w Londynie cieszy podwójnie - test na prawo do wygrywania mimo gorszej dyspozycji został zaliczony. Ciąg dalszy nastąpi zaraz po przerwie reprezentacyjnej, gdyż na Eithad przyjedzie drugi niepokonany zespół Premiership - rewelacyjne Newcastle United. Sprawdzian to będzie nie lada i trochę wbrew ostatnim rezultatom pomiędzy obiema ekipami podopieczni Alana Pardew mają sporą szansę na sprawienie niespodzianki. Całe szczęście - nie zniósłbym nudnej dominacji City rodem z Katalonii czy Kastylii. Liga angielska, chwała jej za to, jest za silna na takie rozwiązanie.
Paul Gilham/Getty Images Europ?e Jeszcze rzut oka na taktykę stosowną przez Manciniego w obecnym sezonie. Otóż samo założenie właściwie się nie zmieniło - po odejściu od 4-4-2(jako ustawieniu z dwoma skrzydłowymi, tj. Bellamy'm i AJ/SWP) z kampanii 09/10 Roberto usystematyzował na Eastlands swoje 4-2-3-1(z kilkoma wariantami, o czym niżej). W porównaniu z formacją pohughesowską Mancini większy nacisk kładzie na pracę w ofensywie bocznych obrońców - to w zeszłym sezonie kompletnie nie działało, przez co brakowało The Citizens szerokości i zagrożenie po ewentualnych dośrodkowaniach było znikome(w lidze gole głową strzelał Lescott i to tylko po stałych fragmentach gry). Teraz współpraca w bocznych sektorach układa się znacznie lepiej, defensorzy częściej się podłączają i są tego efekty(również negatywne - patrz mecz z Bayernem i kilometry kwadratowe przestrzeli zwalnianej przez Richardsa). Mancini kontynuował i rozwinął zadania atakujących - trudno komukolwiek przypisać konkretną pozycję, co uzmysławia chociażby poruszanie się Edina Dżeko, który nie jest przyspawanym do pola karnego środkowym napastnikiem, zwłaszcza można to było dostrzec w minioną sobotę, albo w kolejce inaugurującej sezon. To samo tyczy się Balotellego, Silvy(to akurat banał, ale wart wzmiankowania) czy Milnera - Anglik szczególnie wydaje się być (skutecznym!) zawodnikiem do zadań specjalnych, nie ma problemu z grą na obu skrzydłach bądź też jako inna wersja Toure, pomocnika atakującego z głębi pola. Podobna wielofunkcyjność reprezentanta WKS także pozwala na większe pole manewru taktycznego - Yaya może grać defensywnego pomocnika(Tottenham na WHU), albo jako podwieszony za napastnika(to tak zwana pozycja, jak to czasami nazywam, półfinałowa i finałowa FA Cup), gdzie potrafi być bardzo skuteczny. Mancini od początku tworzył zespół facetów gotowych występować na kilku pozycjach, nieraz w czasie 90 minut. Poprawiła się także sama jakość ataku. W zeszłym sezonie wielokrotnie brakowało piłkarzom City zdecydowania(zwykle chodziło o liczbę ciał zaangażowanych w atak, ale nie zawsze) oraz sensownego ruchu bez piłki podczas konstruowania ataku pozycyjnego. Ostrożnie założę, iż Włochowi chodził o zbudowanie zespołu od tyłu. Kiedy ta faza się powiodła(Złote Rękawice dla Harta i rekord czystych kont), nadszedł moment na ofensywę. A konkretniej, choć w uproszczeniu - dać Silvie piłkę, nakazać reszcie biegać jak najwięcej, zmieniać pozycje, poza tym nękać rywala na jego połowie i zepchnąć go do głębokiej defensywy. Plan zdawałoby się prosty, ale wcześniej nie udawało się go realizować w stu procentach i nie zawsze była to wina samych wykonawców. Zespół musiał po prostu dojrzeć, zarówno piłkarsko, jak i psychologicznie. Elementarna prawda piłki nożnej - w wypadku ekip o sporych umiejętnościach indywidualnych potrzeba czasu i cierpliwości, aby zrobić z nich zespół. Manciniemu póki co się to udaje, dzięki czemu przeżywamy niesamowity, zachwycający miesiąc. A poznając perfekcjonizm włoskiego menadżera, to jeszcze nie koniec niezapomnianych chwil dla wszystkich kibiców Manchesteru City.
piątek, 09 września 2011
Nudna niczym doping kibiców na PGE Arenie przerwa reprezentacyjna dobiegła końca i wreszcie możemy wrócić do sensowniejszej piłki klubowej. Na Eastlands tematem numer jeden jest jedna nie sobotnie starcie z Wigan, ale dochodzenie w sprawie dyrektora wykonawczego Garry'ego Cooka, który około roku temu prawdopodobnie wysłał obraźliwego maila matce Neduma Onouhy, w którym drwił z jej walki z rakiem(pani Onouha jest również agentem piłkarza). Rewelacje wyszły całkiem niedawno, Cook przeprosił, ale to nie zapobiegło wszczęciu postępowanie przez klub w tej sprawie. Mocno śmierdzącej i łatwej do rozstrzygnięcia, dodajmy. Decyzja już zapadła - Garry Cook zrezygnował z pełnionej funkcji i nie jest już pracownikiem Manchesteru City. Takie rozwiązanie od jakiegoś czasu sugerował ton prasowych wypowiedzi w Anglii: przewinienie jest poważne i może oznaczać początek końca Cooka w Manchesterze City. Nie ma co ukrywać - wielu, w tym i ja, czekało na zwolnienie Cooka z powodu licznych wpadek i błędnych decyzji. Pomijam przyjęcie Uwe Roslera w poczet legend Manchesteru United, chodzi mi bardziej o np. styl w którym sprzedano Richarda Dunne'a, czy zwolniono Marka Hughesa(pamiętna konferencja prasowa, na której Cook, delikatnie mówiąc, nie wyszedł najkorzystniej) oraz o idiotycznych ofertach za Kakę, Buffona, czy starania o Gago(działacze Realu byli ponoć zniesmaczeni przygotowaniem Cooka do transferu). Oczywiście, można go bronić tym, iż zawsze wykazywał się wielką determinacją(czasem wręcz biznesową agresją, która pozwoliła znacząco podnieść przychody City) w dążeniu do celu, jakim wciąż jest uczynienie z Manchesteru City piłkarskiego mocarstwa. Jeśli do momentu wypłynięcia całej historii szejkowie nie podziękowali mu za pracę, to istotnie sukcesy na jego koncie były co najmniej zadowalające. Co zmienił więc mail do pani Onuohy? Przebrała się miarka, po prostu. Cała sytuacja z "żartem" jakiegoś pracownika była od początku mocno wątpliwa. Wysłanie maila rozumiem, ale to oznacza, iż ktoś - pracownik(sprzątaczka? Gość od kablówki?) Manchesteru City! - bez kłopotu wchodził na pocztę jednej z ważniejszych osób w klubie i regularnie ją przeglądał(świadczą o tym cytaty). A więc teoretycznie Cook nie zabezpieczał jakoś specjalnie swojej skrzynki, narażając klub na wyciek istotnych/poufnych informacji. To już chyba lepiej żeby się okazało(confess Garry, confess! jakby to powiedział kardynał z hiszpańskiej inkwizycji), iż jest po prostu chamem i pomylił adresata, serio. Z każdej strony i tak stracił wiarygodność. A konflikty(?) z Tevezem(to oczywiście tylko domysły) czy Mancinim(opieszałe transfery) mogły ten stan rzeczy jeszcze pogłębić. No i same zasłanianie się 'kimś innym' swoje zrobiło. Dymisja(rezygnacja) wydawała się w zasadzie nieunikniona. Życie po Cooku? Garry miał swoją wizję Manchesteru City. realizował ją w iście amerykańskim stylu z rozmachem na jaki pozwalały mu arabskie pieniądze. Popełniał błędy, mówił głupoty i na sam koniec zachował się idiotycznie, ale coś po sobie pozostawił. Czy następca podniesie jego wizję? A może na Eastlands zawita rozsądek i nieco mozolniejsze budowanie piłkarskiej potęgi? Z Financial Fair Play będzie to łatwiejsze. Jak rozegrają się personalia w najbliższym czasie, zobaczymy. Oby było w tym mniej polityki, a więcej piłki nożnej i pożytku dla Manchesteru City.
Ze składu City wypadnie prawdopodobnie Barry oraz de Jong(nagle zakontraktowanie Hargreavesa nie wygląda tak bezpodstawnie). Złamana kość dłoni Nasriego podobno nie jest problemem i powinniśmy zobaczyć Francuza po raz pierwszy na Eastlands, to samo tyczy się urazu Richardsa, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Jaki skład desygnuje Mancini? Ano ma w pamięci zbliżający się wielkimi krokami debiut w Lidze Mistrzów z Napoli i pewnie zobaczymy jakiś miks - czyżby Balotelli miał w końcu zagrać od pierwszej minuty? W każdym razie jest z czego wybierać. C'mon City!
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Cztery pierwsze mecze Manchesteru City wywołały do tablicy kilka ciekawych tematów. Katastrofę w walce o Tarczę Wspólnoty na szczęście szybko zmazał debiut Sergio Aguero na inaugurację Premiership. Potem wizyta na Reebok Stadium - zapowiedź(wtedy jeszcze dość niejasna) wielkiej formy Edina Dżeko. Bośniak od starcia z United, a nawet i wcześniej, gdy graliśmy jeszcze z Interem w Dublinie, wyglądał jak zupełnie nowy piłkarz, transfer wręcz genialny. I stało się - w niedzielę huknął Tottenhamowi cztery gole, czym zamknął usta wszystkim niewierzącym w jego umiejętności na siedem spustów.
Co najlepsze, nie chodzi jedynie o bramki - Edin jest wszędzie. Gra napastnika na szpicy(wszechstronnego swoją drogą, skoro strzela obiema nogami i głową), a bardzo często cofa się po piłkę czy śmiga gdzieś na skrzydle. Początkowo wydawało mi się to nieco bez sensu - kiedy nasi zawodnicy nie lubią czasami włączać się do ofensywy, bez środkowego(wysokiego!) napastnika większość dośrodkowań traci sens. Tak było w zeszłym sezonie - w lidze przecież zdobyliśmy 4 gole 'z głowy', z czego trzy padły łupem Lescotta po stałych fragmentach gry. I sam Edin miał sporo kłopotów ze strzelaniem, gdyż niewiele piłek na poziomie było do niego adresowanych. Brakowało skrzydłowych/obrońców gotowych swoimi dośrodkowaniami siać popłoch w szeregach rywali – Kolarowowi z gry niewiele wychodziło, Adam Johnson ma w tym względzie pewne braki, a gole załatwiał w głównej mierze Tevez. Stąd przyjście Nasriego najpewniej okaże się ważniejsze niż mogłem przypuszczać, ponieważ początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do transferu Francuza. Trzy asysty, 97% celnych podań skomentuję w typowy dla siebie sposób: jak dobrze się od czasu do czasu grubo pomylić. Oczywiście nie tylko Samir czy Edin zasługują na wielkie pochwały za niedzielę; znów w dużej mierze nasz sukces zależał od dwóch zawodników - Joe Harta, który zaliczył kilka pewnych interwencji, oraz ... Petera Croucha. Nie mogę się nadziwić, jak jeden piłkarz może odgrywać tak znaczącą rolę w starciach między City a Spurs - najpierw pokonał Fulopa na CoMS i dał ekipie z WHL Ligę Mistrzów, potem ją z niej wyrzucił czerwoną kartką z Realem Madryt, by w końcówce sezonu strzelić samobójczego gola i pozbawić swój klub szans na powtórkę z rozrywki. A wczoraj zmarnował wyborną okazję - było już 1:0 dla The Citizens, świetnie 'z fałsza' dośrodkował Bale, ale uderzenie głową Petera minął bramkę Harta o kilkadziesiąt centymetrów. Chwilę potem Dżeko podwyższył prowadzenie City i spotkanie zaczęło zmierzać w niebezpiecznym dla gospodarzy kierunku. Historia Croucha oddaje ligowe losy Kogutów - najpierw oba zespoły były dość blisko siebie i różnica punktowa na koniec sezonu 08/09 była niewielka, teraz Manchester City dał jasno do zrozumienia, iż walczy o mistrza, Tottenhamowi została zaś nadzieja na 4. miejsce.
Powiedzmy sobie wprost - taka jest siła pieniądza w piłce. Jesteśmy ambitni i możemy utrzymać bardzo mocny personalnie zespół, zapewnić piłkarzom wysokie uposażenia oraz rywalizację o najwyższe cele. Harry Redknapp musi zaś zmierzyć się z problemami kadrowymi - a to ławka za krótka i na miejsce licznych kontuzjowanych nie ma klasowych następców, a to najlepszy rozgrywający chce odejść do Chelsea i ma "problemy z głową". Zresztą, sytuacja w której Samir Nasri wybiera City, gdyż uważa nasz klub za ambitniejszy od Arsenalu Wengera(celowo podkreślam Wengerowskość Arsenalu) jest jednoznaczna. I nie krzyczcie, że chodzi tylko o pieniądze, bo zdaje się, że 8:2 coś o klubie z Islington, czy ogólnie - o zmianie sił w angielskim futbolu mówi. Na jak długo, tego nie wie nikt. Póki co cieszmy się piłkarzami, których przyszło nam oglądać. Trio Nasri-Aguero-Silva zrozumiało się niemal natychmiast, mimo rzadko stosowanego przez Manciniego 'starego' 4-2-4(tu analiza Zonal Marking), i dało nam wysoką(w pewnym sensie zupełnie nową) jakość w rozegraniu, której środkowa linia Kogutów nie była w stanie się oprzeć. I to jest bardzo dobry prognostyk na przyszłość, nie wspominając o tym, że mamy na ławce jeszcze Milnera, Teveza(!), Balotellego czy Johnsona. No i Yayę Toure, który w niedzielę więcej bronił, ale popełnił właściwie jeden jedyny błąd, dość irytujący - olał zupełnie piłkę z rzutu rożnego, dzięki czemu Kaboul dał gola honorowego gospodarzom(wściekłość Manciniego jak najbardziej na miejscu!). A przecież brakuje nam de Jonga, bez niego nie wyobrażałem sobie zwycięstw z rywalami z wyższej półki a tu proszę, da się. Łatwo ulec inauguracyjnej euforii i zapomnieć, iż sezon to jednak więcej niż pierwszy trzy spotkania, ale nie zmienia to faktu, iż druga faza projektu naprawdę weszła w życie - pokazujemy wielką klasę i z rozbudzonymi nadziejami patrzymy w przyszłość. Czas na [wrr] przerwę reprezentacyjną, po której wrócimy do gry na Etihad Stadium z Wigan, aby 4 dni później wystartować, co ja mówię, zadebiutować w wymarzonej Lidze Mistrzów. Cudownie.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Tuż przed ogłoszeniem terminarza EPL chciałem, abyśmy zagrali właśnie z Łabędziami, ponieważ w ostatnich miesiącach Championship oglądałem kilka ich spotkań i życzyłem awansu wespół z Cardiff City(z powodu Bellersa naturalnie). Bluebirds dały się wyprzedzić Norwich, a podopiecznym Brendana Rodgersa po pokonaniu Nottingham i przekonującym zwycięstwie nad Reading udało się osiągnąć Ziemię Obiecaną. Nie będę się tu mądrzył na temat walijskiego klubu – jeśli interesuje was Swansea od strony historyczno- ekonomicznej, to mocno polecam świetne podsumowanie na Swiss Ramole Blogu tutaj. Łabędzie pokazały na zapleczu Premiership sporo dobrego futbolu – szczególnie miło dla oka prezentowali się skrzydłowi: Nathan Dyer, postawą nieco przypominający Shauna Wrighta-Phillipsa, oraz niechciany w Chelsea Scott Sinclair. Wespół z kolejnym wyrzutkiem ze Stamford, Fabio Borinim, zrobili awans Swansea, ale na ich nieszczęście zdolny Włoch ten sezon rozpocznie w barwach AC Parmy. Następcą Boriniego może zostać Danny Graham, kupiony z Watford król strzelców npower Championship. Najsłabszym ogniwem Swans wydaje się obrona(plus nowy bramkarz, Michel Vorm z Utrechtu), ale jak to bywa w debiutach w najwyższej klasie rozgrywkowej – na dwoje babka wróżyła. Poza wspominanym Borinim i Pratleyem Swansea nie osłabili się. Transfery szału nie robią(warty wspomnienia jest jeszcze Wayne Routledge i Leroy Lita), ale Roberto Mancini nie ma prawa z tego powodu lekceważyć kogokolwiek. Po wpadce z United należy się nam porządny start sezonu. Kogo zobaczymy na murawie Etihad Stadium? Nie spodziewam się zmian w stosunku do meczu o Tarczę Wspólnoty. Być może Kolarowa zastąpi Clichy, ale i tak powinniśmy zagrać ofensywniej, czyli bez Barry’ego i bliżej 4-1-4-1 niż 4-2-3-1. O ile nie mam obaw co do obrony, to w ataku może już tak pięknie nie być. Tevez na pewno nie zagra, Kun jest wprawdzie bliżej debiutu, jednak wątpię abyśmy go zobaczyli na więcej niż 20 minut, co chyba wyklucza znaczący wkład w wynik inauguracji. Czas więc aby Mario(szczególnie Mario...) i Edin pokazali więcej sensownej piłki niż do tej pory. I nasza pomoc również musi stanąć na wysokości zadania, bo jestem absolutnie przekonany, iż trójka w środku Swansea na pewno nie sprzeda skóry tanio. Oczywiście to nie United i wierzę, że jesteśmy w stanie narzucić własny styl gry podobny do prezentowanego pod koniec zeszłego sezonu. A teraz czas na moje... Oczekiwania 2010/2011, czyli jeszcze raz to samo poproszę! Skoro jedno trofeum odpłynęło po błędzie Kompany’ego pozostaje nam walka na czterech frontach. Pierwsza do odstrzału idzie Liga Mistrzów. Oczekuję po City jedynie godnego występu nie skutkującego gorszą postawą w lidze, która jak zwykle jest najważniejsza. Awansować z grupy, odpaść w dobrym stylu gdzieś w okolicach ćwierćfinałów i naprawdę będę zadowolony. Natomiast co do Carling Cup, którego większość drużyn z czołówki uznaje za dobry poligon do testowania młodzieży to owszem, mam na to trofeum chrapkę. Pokazać głębię składu, dać szansę młodym gniewnym i doskoczyć do półfinału, potem włączyć pierwszy skład i wygrać coś już w zimie i zrzucić presję zwycięstwa w Pucharze Anglii. Co do samego FA Cup, to w tej chwili nie mam oczekiwań – obronić Puchar będzie ciężko, wiele zależy od sytuacji w samej Premier League, dlatego wstrzymuję się od głosu do stycznia. Liga. Bezwzględna walka o pierwszą trójkę połączona z ewentualnym atakiem na mistrza. Poprawić skuteczność przeciwko zespołom środka tabeli(oczywiście pomijam okresowe dołki formy, oby ich było jednak jak najmniej…) oraz kreować więcej szans wysokim napastnikom. Umiejętnie przejść z zespołu uzależnionego od goli Teveza do… uzależnionego od trafień Aguero ;-) Spotkania przeciwko czołówce muszą wyglądać inaczej. Albo gramy mega efektywnie i pewnie jak z Chelsea na CoMS w zeszłym sezonie, albo olewamy defensywne podejście i sensownie atakujemy. No i jeszcze jedno – znaleźć sposób na odmianę losu i przełamanie prowadzenia rywala. Tego mocno brakowało w ciągu ostatniego roku – ledwie ktoś nam strzelił, to praktycznie remis/zwycięstwo miał w kieszeni. Czas najwyższy coś z tym zrobić. Jeśli Mancini nie potrafi poderwać zespołu, niech zespół poderwie się sam via Kompany i reszta uczestników ‘narady półfinałowej’. Nie sądzę, aby formułka powtarzana przeze mnie jak mantra – musimy uczynić wszystko, aby nie doszło do zmiany menadżera w trakcie sezonu – miała sens w tym sezonie. Jesteśmy głodni sukcesów i choć w piłce nie da się niczego do końca przewidzieć, to brak trofeum i automatycznego awansu do Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie będą wielkim rozczarowaniem, na które nie możemy sobie pozwolić. Jeszcze jedno – pokonać wreszcie ten Everton, do diabła!
piątek, 27 maja 2011
Podsumowań nadszedł czas - jak wiecie nie wystawiam liczbowych ocen(w ich poszukiwaniu warto odwiedzić stronę MEN), także każdy zawodnik doczekał się kilku zdań na temat tego, co prezentował w minionym sezonie. Bez oceny zostawiłem Roberto Mancinego. Włoskiego menago wraz z garścią różnej maści statystyk na dniach potraktuję osobnym wpisem. Jeśli się nie zgadzacie z moimi ocenami - podzielcie się tym w komentarzach. Po nazwisku występy w lidze/gole w lidze, występy pucharowe/gole w pucharach. Oczywiście w wypadku bramkarzy chodzi o czyste konta ;-) Statystyki podaję wg. www.football-lineups.com. Joe Hart 38/18, 16/11- zaczął niesamowicie na White Hart Lane, potem trzymał poziom mimo kilku wpadek, które utrudniły życie The Citizens(nieporozumienie z Kolo z Blackburn, kiepski chwyt na Walkers Stadium). Jednak pobity rekord Weavera mówi sam za siebie. To jest bramkarz na lata i dla City, i dla reprezentacji Anglii. Shay Given 0/0, 4/1 - niegdyś wygryzł nieopierzonego Harta, teraz role się odwróciły. Miał pecha, co występ, to City przegrywało, a urazy mijały Joe szerokim łukiem. Odejście w lecie niemal pewne, bo bramkarz tej klasy nie może dłużej siedzieć na ławce. Podobno skłania się ku Celticowi. Obrońcy Pablo Zabaleta 26/2 19/0 - bohater drugiego planu. Zagra, gdzie mu się każe, zawsze da z siebie 100% i ani złego słowa nie powie, choćby go stado rudzielców kopało bez litości. Aż mi wstyd - był na mojej liście transferowej przed sezonem. Nie sadziłem, że może tyle dać klubowi, choć na pewno ciężko przeżywał wypadek swojego ojca. Profesjonalista przez wielkie P. Micah Richards 18/1 13/2- he's back! Po kiepskich dwóch ostatnich sezonach i niemrawym początkiem obecnego Micah wreszcie pokazał umiejętności na miarę swojego talentu, dzięki czemu jest co raz bliżej kadry Fabio Capello. Jednak gdybym miał wystawić ocenę liczbową, to z uwagi na kontuzje nie mogłaby być za wysoka, ale i tak możemy być dumni z naszego wychowanka, gdyż jako jedyny oparł się skutecznie ciężkiemu zaciągowi. Jerome Boateng 16/0 8/0 - nieudana pierwsza kampania w Anglii byłego obrońcy HSV. Kontuzje wykluczyły go z decydujących faz sezonu - startu i końcówki. Poza tym nie zachwycił, na prawej obronie póki co ustępuje Richardsowi, w środku zaś lepiej radzą sobie inni, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, iż szans za wielu nie miał. Wkurzałem się, kiedy blokował "na alibi" w meczu z Juve na CoMS. Nie widziałem w nim zadziorności, której bym oczekiwał. Czyżby transfer do Bawarii? Dedryck Boyata 7/0 8/1 - strzelił debiutanckiego gola Timisoarze, zaimponował dojrzałością w spotkaniu z Chelsea, potem zarobił czerwoną z Arsenalem i nieszczęśliwie przyczynił się do gola Arboledy w Poznaniu, przez co zamknął sobie drogę do pierwszego składu na jakiś czas. Wrócił na końcówkę sezonu i zaprezentował się godnie. Mancini bez wątpienia nadal będzie w niego inwestował. Kolo Toure 22/1 7/0 - wpadka z tabletkami na szczęście nie będzie miała tak znaczącego wpływu na karierę piłkarza WKS, niemniej i tak Kolo do najpewniejszych defensorów tego sezonu nie należał. W powietrzu niezły, ale gdy przyszło wybić piłkę nogami, to zaczynały dziać się rzeczy niestworzone, w efekcie których traciliśmy głupie bramki. Na tę chwilę lepszym partnerem dla Kompany'ego jest Lescott. Ewentualny zakup kolejnego środkowego obrońcy może pozbawić Toure regularnych występów. Joleon Lescott 24/3 15/1 - połowa sezonu średnia(zawodnik sam nie był z niej zadowolony), po zawieszeniu Kolo Toure wziął sprawy w swoje nogi i udanie ustabilizował duet z Kompanym. Czy to wystarczy do utrzymania pozycji na przyszłą kampanię, ciężko powiedzieć. Ale to co widzieliśmy w 2011 roku, może poza przegranym pojedynkiem główkowym z Rooneyem, napawa sporym optymizmem. No i byłbym zapomniał, strzelił 3/4 goli zdobytych głową przez Man City w Premier League ;-) Vincet Kompany 37/0 13/0 - Piłkarz Roku wg Kibiców oraz wg Piłkarzy. Vinnie to materiał na kapitana w razie odejścia Teveza. Miał niesamowicie równy sezon, rzadko bronił poniżej oczekiwań(jak z Evertonem na wyjeździe czy Arsenalem u siebie). Najważniejsza postać w defensywie The Citizens i człowiek oddany temu zespołowi. Kocham jego rajdy. Mój Zawodnik Roku! Wayne Bridge 3/0 4/0 - urazy i brak zaufania ze strony menadżera dały efekt jaki dały. Wayne jest na wylocie z City, zwłaszcza wobec formy Zabalety czy niektórych atutów Kolarowa. W każdym razie, powodzenia w dalszej karierze... Aleksandar Kolarow 24/1 13/2 - to, co mówił Michał Kaliszewski w rozmowie ze mną przed sezonem, sprawdziło się bez wyjątku. Aleks pokazał atomowe uderzenie lewą nogą, znacznie gorzej zaś szło mu w defensywie. Eksperyment z ustawieniem Serba na lewej pomocy udał się połowicznie, z WBA zagrał świetnie, ale już z United bardzo słabo i szybko został zmieniony. Musi poprawić też celność dośrodkowań z pola i krytycznie spojrzeć na swoje umiejętności dryblerskie. Pomocnicy Gareth Barry 33/2 14/0 - żartowałem, iż armia USA powinna się do niego zgłosić po wykup patentu na niewidzialność, ale to dość surowa ocena. Facet nie jest tak eksponowany jak de Jong, Yaya czy Silva, bo większość jego roboty polega na asekuracji ofensywnie nastawionego lewego obrońcy czy wspomnianego Hiszpana. Z tych zadań wywiązywał się nieźle, a do tego dorzucił dwa gole. Nigel de Jong 32/1 9/0 - nikt nie potrafi sobie wyobrazić Manchesteru City bez Holendra, gdyż obok Kompany'ego, Silvy i Teveza jest po prostu niezbędny. Rysą na jego niesamowitej formie był faul na Ben Arfie, poza tym zaliczył mnóstwo ważnych interwencji ratujących nam skórę i w końcu strzelił swojego debiutanckiego gola, w którego nie wierzyłem :-) Patrick Vieira 15/2 17/3 – piękny ostatni rozdział kariery wielkiego Francuza. Wreszcie zagrał na miarę swoich możliwości i uniknął kompromitujących występów. Kiedy wchodził na boisko, dawał zespołowi konieczny spokój i potrafił strzelić, gdy rywal naciskał(Notes na CoMS). Korzystnie wpłynął na Richardsa i Balotellego. Chciałbym, aby został u nas w roli trenera. Yaya Toure 35/8 15/4 - zwany Bohaterem z Wembley. Drugi obok Davida Silvy najlepszy transfer Roberto Manciniego. Doskonale poradził sobie z zadaniami ofensywnymi - kiedy się rozpędzał, niewielu mogło go zatrzymać. Piękny gol z West Hamem. Nie bez powodu jest jednym z najlepiej zarabiających w lidze i praktycznie każdy, kto ustawia swoją ‘11’ sezonu bierze go pod uwagę. Adam Johnson 31/4 12/3 - bardzo dobra pierwsza połowa sezonu z pierwszymi golami dla reprezentacji włącznie. Adam mimo zastrzeżeń ze strony Roberto imponował rajdami i wywalczonymi rzutami karnymi, ale chyba wciąż nie potrafi przyjąć do wiadomości, iż nie jest jeszcze zawodnikiem kompletnym i gotowym na 90 minut. Drażnił mnie brak szacunku, jaki okazywał Manciniemu, gdy ten go zmieniał. Uraz jednak też zrobił swoje - pokazał, że AJ jest jedynym piłkarzem w klubie, który momentalnie potrafi "zrobić różnicę". Shaun Wright-Phillips 7/0 12/1 - Pechowy sezon. Kiedy kontuzji dostał Johnson Shaun też miał kłopoty ze zdrowiem i nie mógł przekonać do siebie Manciniego. Publika jednak wciąż go uwielbia. Zapamiętam mu dobrą zmianę na Old Trafford i gola z Timisoarą, poza tym niestety nie zaoferował zbyt wiele i jego kariera w Błękicie powoli dobiega końca. David Silva 35/4 18/2 - oczarował nas swą bajeczną techniką i szybko stał się niezbędnym elementem drużyny Manciniego. Najlepszy asystent City w lidze. Nie potrafi się nie starać, czy zagrać słabego spotkania. Przyczepić się można do jego prawej nogi - mogłaby mu służyć do czegoś więcej, niż tylko do podpierania. Poza tym absolutnie genialny transfer wart każdego funta. Najlepszy debiutant w szeregach Błękitnych. James Milner 32/0 9/1 - przez większość kampanii bezbarwny. Zagrał tyle spotkań, a tak niewiele z nich utkwiło mi w pamięci. W przeciwieństwie do Irelanda nie narzekał na swoją pozycję w zespole i nigdy nie mogliśmy kwestionować jego zaangażowania na boisku. Prawdopodobnie stał się ofiarą taktycznych roszad Manciniego i w związku z tym nie pokazał na co go stać. More to come next season? Napastnicy Carlos Tevez 31/21 13/4 - na boisku znów wygrywał nam mecze i biegał za czterech. Krół strzelców wespół z Berbatowem. Niestety, prośba o transfer w grudniu mocno nadszarpnęła jego reputację wśród fanów. Nie jestem przekonany, czy należała mu się opaska kapitańska, co nie zmienia faktu, że wielu lepszych napastników w tym sezonie od Carlito nie było. W marcu/kwietniu oklapł fizycznie i stracił formę. Jednak bez wątpienia ewentualna strata CT32 w lecie może się poważnie odbić na naszych mocarnych planach. Mario Balotelli 17/6 11/4 - kto by pomyślał, iż niesforny Włoch w debiucie strzeli zwycięską bramkę, potem uratuje Manciniemu posadę i zakończy swój sezon tytułem Zawodnika Meczu w finale Pucharu Anglii? Znawcy przepowiadali mu znacznie gorszą przyszłość, z transferem do Milanu w zimie włącznie. Mario nabroił swoje na mieście, ale kilka jego występów daje nadzieje, iż w końcu Mancini i koledzy z zespołu okiełznają tego amatora gry w rzutki. Największe rozczarowanie – idiotyczna czerwień z Dynamem, które zakończyło przygodę City w Lidze Europy. Z drugiej strony, czasami padał ofiarą własnej reputacji. Edin Dżeko 15/2 6/3 - zasłużył na więcej, niż nieustanne wyliczanie mu minut bez gola w Premiership i nominacje do miana najgorszego transferu sezonu. Byli gorsi, to po pierwsze, a po drugie - Bośniak strzelił dwa cholernie ważne gole, z Notts w Pucharze i z Blackburn w lidze, dorzucając ostatniego gola kampanii na Reebok Stadium, który zapewnił nam Ligę Mistrzów. Moim zdaniem jego aklimatyzacja przebiega dobrze i niedługo zobaczymy łzy w oczach bramkarzy rywali po akcjach Edina. Jo 12/0 11/3 - No cóż, zapewne jego sprzedaż pomoże nam spełnić warunki finansowego fair-play, więc nie jest tak do końca bezużyteczny. All you need is Jo... Roque Santa Cruz 1/0 1/0 - jakimś cudem zgrał parę spotkań w tym sezonie, na szczęście udało się go wypożyczyć do Blackburn w zimie, gdzie, mam nadzieję, zostanie. Jeśli nie, to wytransferowanie go z City powinno być priorytetem Briana Marwooda. Nigdy więcej takich piłkarzy! Emmanuel Adebayor 8/1 4/4 - nielubiany przez Manciniego nie odegrał znaczącej roli w lidze, często gęsto – moim zdaniem niesprawiedliwie - nie łapał się nawet na ławkę rezerwowych. Mimo tego w Lidze Europy cztery gole strzelił, w tym pamiętny hat-trick Lechowi Poznań. Mało prawdopodobne, aby wrócił z Madrytu na Eastlands. Tam zresztą też nie zachwycał, ale przynajmniej zemścił na się na Tottenhamie. Naturalnie poza tuzami swoje minuty dostało kilku młodych zawodników: Javan Vidal, Abdi Ibrahim, John Guidetti(asysta w Pucharze Ligi), Reece Wabara, Abdul Razak, Ryan McGivern(wszyscy trzej zadebiutowali w lidze), Christopher Chantier, Alex Nimely, Greg Cunningham, Ben Mee.
wtorek, 10 maja 2011
Przed Manchesterem City dwa najważniejsze mecze w sezonie 2010/2011.
Porazka z Evertonem musi w piłkarzach wyzwolić pozytywną złość piłkarską. Mieli ich na widelcu, wystarczyło wepchnąć piłkę do bramki w początkowej fazie drugiej połowy w sytuacjach Toure i Dżeko, a gospodarze nie podnieśliby się z kolan. Do przerwy zresztą grali słabo, aż udało im się uśpić publikę Goodison Park i niewiele wskazywało, aby doszło do tak szokującego obrotu sprawy. Obrona The Citizens po niepowodzeniach ofensywy za mocno się cofnęła(Mancini w furii nakazywał z linii bocznej, aby defensorzy się ‘zatrzymali’, ale na nic się to nie zdało), Everton dostał wiatru w żagle i popłynął, symptomatyczne, że tuż po wejściu etatowego killera City - Tima Cahilla. Oczywiście był to najmniej istotny mecz wobec starć ze Stoke i Tottenhamem(porażkę na GP miałem wkalkulowaną od dwóch miesięcy), ale Manciniego i zawodników na pewno wkurza fakt, że z Evertonem wygrać nie potrafią. Przegrał cały zespół, Roberto być może spóźnił się ze zmianami o kilka minut, jednak sam wątpię, czy rozbity i rozciągnięty Manchester City byłby w stanie odpowiedzieć na prowadzenie ekipy Moyesa. Pokory w piłce nożnej nigdy za wiele, szkoda tylko, że Szkot udzielił nam tej lekcji po raz czwarty z rzędu. Sezon 2010/2011 w wykonaniu Tottenhamu to istnie szaleństwo. Od debiutu(ach ten dwumecz z Young Boys...) w Lidze Mistrzów po sześć remisów z ośmiu ostatnich gier plus pechowa porażka z Chelsea. Od sprowadzenia van der Vaarta i eksplozję Bale'a przez nieustanne kłopoty z defensywą po upadek formy Holendra i długą kontuzję - w pewnym sensie od stycznia do końca sezonu, gdyż Walijczyk nigdy nie wyzdrowiał w pełni - drugiego. Ich świetne występy w 2010 roku w zasadzie stały się przekleństwem w późniejszym okresie. I o ironio, Peter Crouch, ten sam, który dał Spursom upragnioną czwartą lokatę i Champions League, przez swoją głupotę przyczynił się do wyeliminowania Kogutów z tych rozgrywek. Przemeblowanie zespołu Redknappa odbyło się w sposób iście niewiarygodny. Nagle z ekipy silnych i bramkostrzelnych napastników Tottenham stał się ekipą, której wszyscy snajperzy razem wzięci goli na koncie mają mniej niż Carlos Tevez. A żeby było przyjemniej, Liverpool mocno naciska i ma dwa wielkie asa w rękawie - wspaniałą formę i mecz na Anfield w ostatniej kolejce. Presja po stronie gości jest ogromna i kto wie, czy nie większa od oczekiwań na Eastlands. Gadanie, że lepiej nie grać w pucharach w ogóle niż w Lidze Europy uważam za zasłonę dymną. Klub z ambicjami powinien grać w Europie bez względu na rozgrywki. Skoro wywołałem do tablicy piłkarzy z White Hart Lane, to spójrzmy kogo Harry ma do dyspozycji: Bale, Huddlestone, Assou-Ekotto, Palacios i Hutton poza kadrą, a niepewni występu są Modrić i Crouch. Sporo. Brak lewego skrzydła. Środek pomocy także ze sporym uszczerbkiem, co zapewne mocno ukróci ilość opcji w ofensywie(obecność Modricia będzie decydująca). Atak bez kłopotów, ale z tą skutecznością nie widzę w tym fakcie pocieszenia. Mancini za to ma do dyspozycji praktycznie wszystkich podopiecznych. Wraca Tevez(ma zasiąść na ławce), a także Barry i Richards(też raczej ławka). Bez zbędnego kombinowania zobaczymy to samo 4-2-3-1 co zwykle, nie wiadomo jednak z kim na prawej stronie(Milner miał dobre moemtny z Evertonem) i na szpicy(nieobliczalny Mario czy nieskuteczny Dżeko?). Redknapp z uwagi na szpital w drużynie częściej zmienia system gry. 4-4-2 z Lennonem i VdV po bokach(jak z Arsenalem i Blackpool), czy jednak bliżej 4-1-4-1, które Harry zaordynował w spotkaniu z Chelsea? Jesteśmy cholernie blisko wyśnionej przez Szejków Lidze Mistrzów. Dla losów klubu musimy uczynić ten krok, w sobotę czeka nas kolejny. Nie chodzi o zrywanie banerów czy udowadnianie czegokolwiek. Osiągnijmy ten sukces dla siebie, aby tworzyć nową, niezależną historię Manchesteru City. A że możemy to uczynić rewanżując się Tottenhamowi za zeszłoroczne pozbawienie nas marzeń, tym lepiej - albo piłkarze i trener sprostają presji kibiców i wymaganiom właścicieli, albo nie mamy czego w piłkarskiej elicie szukać.
środa, 27 kwietnia 2011
Przed meczem na Ewood Park statystyczne zderzenie obu klubów wskazywało na czysty remis - Blackburn bez trzech punktów od grudnia, The Citizens bez zwycięstwa na stadionie gości w 2011 roku. Jedni walczą o utrzymanie, drudzy o Ligę Mistrzów. Obie ekipy po meczach swoich bezpośrednich rywali chciały skorzystać z okazji, aby nieco im uciec. W tle majaczyła historia - szaleństwo po awansie do elity w 2000 roku, czy uratowany w ostatnich minutach remis 2:2 w grudniu 2008. I choć byliśmy zdecydowanym faworytem, spotkania z Rovers do spacerków nie należało. Owszem, pierwsze poł godziny to wręcz koncertowa gra(do tej pory nie wiem, jak ten strzał Silvy wyleciał z okienka), siedliśmy na przeciwniku prawidłowo, piłka sunęła nieomal z barcelońską manierą(224 celnych podań w ciągu pół godziny i 237 w przeciągu następnej godziny) , lecz skuteczność przypominała raczej pierwszą połową w finale Pucharu Króla. A co gorsza, gospodarze po pierwszym szoku ocknęli się, zwarli szyki, podwyższyli linię obrony i wzięli się do przejmowania inicjatywy. Z groźnymi Benjanim i Robertsem, a także Solem Bambą zrobili drużynie Manciniego dobry sprawdzian przed finałem FA Cup ze Stoke City. Dwóch wysokich napastników psrawiło, iż obaj środkowi obrońcy, którym przeznaczone jest grać razem do końca sezonu, musieli się mieć na baczności. Upiekło się nam przy faulu Kompany'ego, tam Marriner miał przesłanki, aby karnego podyktować. W jakimś sensie 'odkupił' swoją winę, nie pokazując zawodnikowi Rovers żółtej kartki za nadepnięcie Zabalety. Argentyńczyk to ma pecha, najpierw brutalny faul Scholesa, teraz to... jednak pokazuje wielki charakter, mimo drobnych urazów i pewnie gdzieś siedzących w głowach obawach o życie i zdrowie swojego ojca. Muszę cofnąć to, co sam o Pablo sądziłem przed sezonem - widziałem go na liście transferowej, a tu sprawił mi wielką radość i niespodziankę. Gorzej z oceną drugiej połowy w wykonaniu Błękitnych. Tu o radości i miłych niespodziankach można było zapomnieć - w ich miejsce pojawiły się wstyd i przerażenie. Nie umieliśmy przez 20 minut wyjść z własnej połowy na dłużej niż minutę. Nagle każde podanie około 50 metra niecelne, ruchu z przodu mniej niż przy zerze bezwzględnym, obrońcy zaś faulowali rywali na potęgę, a Christopherowi Sambie w to graj. było naprawdę gorąco. Mancini nagle ucina prawe skrzydło - słabnącego(i trochę aroganckiego) Johnsona zmienia Edin Dżeko. Jak chcesz grać Roberto? Pracujący solidnie Balotelli cofnięty za Bośniakiem, co sprawia, że atak zrobi się węższy(bądź częściej zapraszani do niego będą boczni obrońcy), a tu o stratę i groźną kontrę jeszcze łatwiej.
Ale na boisku pojawił się Edin. Ten, który w lidze gola jeszcze nie strzelił, choć jego debiutancki gol w FA Cup miał przeogromne znaczenie(remis z Notts), jest pod wielką presją. Wystarczy mu jednak trzy minuty, aby puścić poprzednie 500 z groszami w niepamięć. Jak to się mówi - najpiękniejszy gol w jego karierze to nie był, ale z pewnością jeden z ważniejszych. Dżeko nie przestał się uśmiechać aż do pomeczowego wywiadu, przełamanie na tym etapie może się okazać równie istotnie jak w przypadku np. Torresa. Od przyjścia Bośniaka słusznie podkreślano, iż jest to dopiero przymiarka do Premiership(w przeciwieństwie do wspomnianego Hiszpana) i ewentualnymi niepowodzeniami nie należy się przejmować. Mancini wsparł zawodnika i to się opłaciło - facet z takimi umiejętnościami i osiągnięciami gole zdobywać będzie, ale potrzebuje na to czasu. Czyżby eksplodował w idealnym momencie? Jeśli potwierdzi swoją skuteczność w starciu z Młotami to kto wie, czy Roberto go nie wystawi na szpicy ataku 14 maja? Wyboru wielkiego mieć nie będzie. Z doniesień prasowych wynika, że Tevez nie wykuruje się na tyle, aby odegrać znaczącą rolę w finale, o wcześniejszych meczach ligowych nie wspominając. W ogóle jego pozycja, zarówno kapitana jak i czołowego napastnika, została zachwiana. Czytamy o rzekomym transferze do Interu - żadna niespodzianka, po uspokojeniu sytuacji w grudniu byłem przekonany, że to tylko odwlekanie sprawy do lata, ale Włochy? Poza tym, jego forma fizyczna(zmęczenie sezonem?) i strzelecka pozostawiała nieco do życzenia. Nie jestem zwolennikiem odstawiania Carlito na boczny tor, ale skoro potrafimy wygrywać bez niego, to pewne wątpliwości się rodzą. Nieszczęśliwego i tak nie ma sensu trzymać w klubie... pożyjemy, zobaczymy. Mimo wielu zastrzeżeń do prezencji The Citizens w poniedziałek nie mamy prawa narzekać, gdyż wygranych po ciężkim boju i przewadze przeciwnika nie zaliczyliśmy w tym sezonie za wiele. Innymi słowy - brakowało ich. Choć generalnie nie zgadzam się z powiedzeniem, iż zwycięzców się nie sądzi, to tym razem przymknę oko i spokojnie wyczekuję przyjazdu na CoMS kolejnego kandydata do spadku - West Hamu United. Tottenham jedzie na Stamford Bridge. Siedem punktów przewagi po weekendzie? Perfekcyjna pozycja do wyjazdu na Everton i Champions League decidera z Kogutami właśnie. Miejmy się jednak na baczności. Liga Mistrzów, choć blisko, jeszcze nie została osiągnięta.
środa, 13 kwietnia 2011
Upokorzenie. Nie ma innego słowa na rezultat poniedziałkowego meczu na Anfield. Najgorszy mecz w defensywie od czasu 0:3 z Tottenhamem. Najgorszy mecz pod wodzą Manciniego(styl+wynik). I jedno z najsłabszych spotkań włoskiego menadżera od wyboru '11' i taktyki po ostatni gwizdek arbitra. I sam nie wiem, co mam myśleć o jego pomeczowych wypowiedziach; punktów Manchesterowi City nic już nie przywróci.
Drogi menadżerze, skład City bez de Jonga i Silvy już zapowiadał spore kłopoty - Nigel jest kluczową postacią jeśli chodzi o utrzymanie w ryzach środka pola. Bez niego piłkarze zwyczajnie się rozjeżdżają, Barry nigdy nie zdąży z asekuracją, Yaya mniej się angażuje w destrukcję, a wybrany w miejsce Holendra Milner... zdaje się być ofiarą Manciniego i jego złych wyborów/braku umiejętności dostosowania pozycji i roli piłkarza na boisku do jego walorów. A David Silva obok Adam Johnsona to najlepszy magik w zespole - stworzenie 100% sytuacji podbramkowej dla Hiszpana to przecież fraszka. Każdy średnio rozgarnięty widzi różnicę jaką robią obaj ci zawodnicy. Wymieniona dwójka plus Tevez i Kompany są szkieletem drużyny. A bez miednicy i kręgosłupa nikt jeszcze daleko nie zaszedł.
Błędy Roberto szybko zostały obnażone. Przy pierwszym golu, pechowym dla City podwójnie, bo po niegroźnym zdawałoby się kontakcie z piłką kontuzji doznał Tevez, nie mogę ulec przeświadczeniu, iż Nigel stałby na drodze strzału, gdyż zazwyczaj jest ustawiony przed dwoma środkowymi defensorami. Hart chyba też mógł zrobić coś więcej, choć sytuacja nie była prosta - piłka odchodząca, uderzenie zaś potężne. A swoją taktyczną konsekwencją Mancini popełnił błąd nr 2. Za Teveza nie miał prawa wejść Balotelli. Pal licho charakterek Włocha. On zwyczajnie nie nadaje się na lewoskrzydłowego - podobnie jak Dżeko bliżej mu do czekania na dobre piłki(patrz gol z Aston Villą w FA Cup), a już tym bardziej nie jest odpowiednim partnerem do konstruowania ataków z Kolarowem. Mancini wprowadzając Balotellego odciął zespołowi lewą nogę - przy świetnie zorganizowanej obronie Liverpoolu Mario nie miał wiele do zaoferowania i ostatecznie zespołowi nie pomógł, a nawet zszedł z drobnym urazem. A żeby przeciwstawić się rozpędzonej ekipa Daglisha potrzeba było czarodzieja i to natychmiast. Drugi gol - znów brakowało i zdecydowania naszym defensorom, i de Jonga. Toure w ogóle nie brał udziału w tej akcji, a Milner, to podsumowanie całego jego występu - biegał bez ładu i składu. Nie winiłbym jednak samego piłkarza, gdyż sam się nie wybrał go do składu i nie wyznaczył sobie stosownych zadań. Co prowadzi do paradoksalnego wniosku - Mancini sprzeniewierzył się swoim zasadom i chciał wygrać mecz, co doprowadziło do kompletnej klęski. Reakcja Jamesa Milnera po zejściu z murawy mówi sama za siebie - menadżer się pogubił, przesiedział całą drugą połowę w zamyśleniu i stracił nadzieję na poderwanie zespołu, wejście Silvy zaś to tylko taka zasłona pt. "coś chciałem zmienić".
Dzieła zniszczenia dopełnił Caroll, który nie miał problemów z wygraniem pojedynku główkowego z beznadziejnym tego dnia lewym obrońcą City. Ręce opadły, emocje z nerwowego wyczekiwania i sporych nadziei stopniały do mąk piekielnych niech się to już skończy. Druga połowa nie przyniosła niczego szczególnego. Ot, waliliśmy - delikatnie zresztą - głową w mur, a gospodarze na luzie się zastanawiali, czy 3:0 to odpowiedni wynik, czy może jeszcze coś strzelić. I nawet Zonal Marking nie poświęcił ani zdania więcej na drugie 45 minut. A winny takiemu stanowi rzeczy był Roberto Mancini, na szczęście świadom swoich pomyłek. Oby tylko był w stanie wyciągnać odpowiednie wnioski, gdyż inaczej marzenia o Lidze Mistrzów odłożymy na przyszły sezon. I weź tu obiektywnie oceń Edina Dżeko, który w Premiership nie tylko bez gola, ale i dogodnych szans policzyć mu mozna na palcach jednej ręki(sam pamiętam może dwie, trzy). Nie potrafimy, ani Mancini, ani zawodnicy, wykorzystać artybutów Bośniaka, dlakiego od strzeleckich rekordów z Bundesligi. I nie zaskoczy mnie samotny Mario na szpicy w sobotę. Taktyka na dwóch napastników, nawet jeśli jeden z nich jest teoretycznie ustawiony na skrzydle, nie sprawdza się. A Edin, podobnie jak kilku innych zawodników, może powoli myśleć o przyszłym sezonie. Do końca ligi pozostało sześć spotkań: Blackburn Rovers(wyjazd), West Ham(dom), Everton(wyjazd), Tottenham(dom), Stoke(dom), Bolton(wyjazd). Wykonajmy zadanie, drogi Manchesterze City. Nie możemy sobie pozwolić na więcej wpadek w poniedziałkowej manierze. Przed nami jeden 'ekstra' mecz z United, jeden w środku tygodnia z Kogutami. Wykonajmy nakreślone przed sezonem zadanie.
niedziela, 03 kwietnia 2011
Londyn zrobił nam wczoraj wielką przysługę. Chelsea, Arsenal i Tottenham solidarnie zremisowały swoje mecze, co stawia Manchester City w bardzo dobrej pozycji przed dzisiejszym starciem z Sunderlandem. Szczególnie ważny remis Kogutów, oznaczający czwarty mecz bez zwycięstwa i trzeci podział punktów z rzędu(a Wigan, mówiąc szczerze, mogło nawet wygrać). Co do dwóch pozostałych rywali o Ligę Mistrzów, to jeśli uda się ugrać 3 punkty City, to wyścig znów nabierze rumieńców. Oby tylko nie doszło do powtórki z rozrywki i decydującego meczu z Tottenhamem o czwartą lokatę jak przed rokiem. Przełożone spotkanie wpada tym razem między 36. a 37. kolejką Premiership.
Nie ukrywam, iż po porażce z Chelsea zgasło we mnie sporo optymizmu. Odpadnięcie z Ligi Europy, przegrane derby, paskudne występy z Wigan i Fulham oraz minimalna, nieefektywna taktyka na Stamford Bridge plus nieskuteczny Tevez to obraz dość przygnębiający. A przerwa reprezentacyjna robi swoje i nie wiem, czego się po The Citizens spodziewać. Popisu niemocy strzeleckiej jak z Blackburn czy Birmingham? Szybkiego gola jak z Boltonem i Newcastle? Albo piłkarze znów przejdą obok meczu, licząc na tunel pod Al-Habsim czy rzut karny? W pewnym sensie dobrze, że w trakcie zmagań będę na Rosevelta kibicował Górnikowi... Chciałoby się, aby ten sezon już się zakończył. Wracają Tevez i Johnson(ten drugi ponoć jeszcze nie jest gotów na 100%). Poza kadrą Boateng, który być może będzie do dyspozycji Manciniego dopiero w maju, co na dobrą sprawę kończy przeciętny pierwszy sezon Niemca w Manchesterze City. Kontuzję w meczu U-21 złapał Richards(jeszcze kilka takich wypadków i naprawdę przestanę lubić piłkę reprezentacyjną...) i z prawych obrońców pozostał nam Pablo Zabaleta. Ojciec Argentynczyka na szczęścia wraca do zdrowia po wypadku i Pablo może skupić się na piłce. Było tak jeszcze trzy dni temu, niestety stan Zabalety seniora pogorszył się i piłkarz odwołał lot do Manchesteru. Poza nim awaryjnie na tej pozycji grał już Boyata, a w ostateczności jest Recee Wabara, wciąż wypatrujący swojego debiutu w Premiership. Na kogo postawi Mancini? Obstawiam, że będzie to Belg, w którego doświadczenie Roberto inwestuje już od ponad roku. Najnowsza historia pojedynków obu klubów obfituje w emocje: pamiętamy wszak ostatnie dwie wizyty na Stadium of Light, tę najbliższą - fatalne pudło Teveza i gol Benta z karnego w samej końcówce, czy to starcie z zeszłego sezonu, gdzie remis pięknym strzałem w okienko zapewnił nam... kibic Sunderlandu, Adam Johnson. Podobnie na CoMS w grudniu 2009, kiedy padło pamiętne 4:3, a Mark Hughes pożegnał się z Eastlands. A co by sięgnąć do wydarzeń z minionego wieku, przypomnę sezon 1990/1991. 39 tysięcy ludzi na Maine Road, Sunderland broni się przed spadkiem, ale przegrywając z City 2:3 opuszczają angielską ekstraklasę. Co znaczące, dwa gole dla gospodarzy zdobył Nail Quinn, późniejszy zawodnik ekipy z SoL, a obecnie - prezes tegoż klubu.
piątek, 11 marca 2011
Maraton meczów co trzy, cztery dni trwa od połowy lutego. Zdążyliśmy już odpaść z wyścigu o mistrza kraju, awansować trzy razy w pucharach, po czym znów wróciliśmy do walki(przynajmniej teoretycznie) o tytuł za sprawą Chelsea i Liverpoolu solidarnie golących United na swoich terenach. A przez ostatni tydzień karuzela nie zwolniła ani na moment. Po beznadziejnym remisie z Fulham The Citizens zagrali zupełnie inny mecz z Aston Villą i efektownie pokonali piłkarzy Houlliera 3:0. I do półfinałów na Wembley(to troszkę irytujące, że mówi się o Wembley już w kontekście 1/2) tylko krok zwący się Reading, choć radość z progresu zespołu przyćmiła głupota Kolo Toure. Do wznowienia Pucharu Anglii jeszcze długa droga - i to dosłownie, gdyż nasi zawodnicy będą dopiero wracać do Manchesteru porażce z Dynamem Kijów 0:2.
Co do wpadki Kolo - tak, uważam to za skrajną głupotę i nieodpowiedzialność piłkarza z Wybrzeża. Diet pills? No litości. Rzadko staję po stronie FIFA i jej przedstawicieli, jednak Jerome Valcke ma rację - piłkarz na takim poziomie nie ma prawa brać czegoś bez uprzedniej konsultacji z klubowymi lekarzami. W Internecie pojawiają głosy nawołujące do wspierania Kolo - osobiście wolę się wstrzymać od jednoznacznej oceny. Nie za bardzo widzi mi się wspieranie bezmyślności, która mnie smuci i szokuje. Medal ma jednak dwie strony - nieszczęście Toure jest jednocześnie drugim rozdaniem dla Joleona Lescotta, dotychczas solidnego, acz rezerwowego defensora. Jeśli Kolo nie ucieknie od odpowiedzialności(przeczucie mi podpowiada, że nie będzie to kara dłuższa niż 9 miesięcy), to Mancini z braku opcji przestanie eksperymentować z defensywą, co niepotrzebnie czynił w tym roku kalendarzowym(ani razu identyczna para stoperów – przed meczem z Dynamem - nie wystąpiła w dwóch meczach pod rząd, w sumie w 2011 roku Roberto desygnował 6 różnych zestawień, a to tylko dwie pozycje i 4 zawodników). Tak wymuszona stabilizacja powinna wyjść nam na dobre. I tak wiadomo, że dominującą postacią jest powracający po kontuzji Kompany. Grunt to wybrać dla niego odpowiedniego partnera. I tym kimś będzie Joleon. Oby tego nie schrzanił tak jak pewien pojedynek główkowy z piłkarzem bez formy... Echo skandalu powoli ucichło i wróciliśmy do zmagań ligowych tylko po to, aby obejrzeć powtórkę z rozrywki - kolejny słaby mecz City na własnym stadionie. Wymęczone zwycięstwo równie dobrze mogło się zmienić w pozbawianą składu i ładu pogoń za wynikiem, tak jak tydzień wcześniej z drużyną Hughesa. Mancini mówi o zmęczeniu materiału, czy jednak zawodnikom aż tak bardzo nie chce się zdobywać trzech punktów i np. mieć 2:0 po godzinie gry? Wygrana wiszące na włosku mogła z łomotem spaść w każdej chwili – błąd sędziego, złe podanie, inwazja UFO, jednobramkowe prowadzenia to za mało, aby pozwalać sobie na niedokładność, odpuszczanie niektórych piłek, brak koncentracji i kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Bo przyjdzie takie Dynamo Kijów, zespół ambitny, grający u siebie i niesiony dopingiem wiernych kibiców, i pokaże nam brutalnie miejsce w szeregu. Zadyszka City? Mało powiedziane.
Nie wiem jak Mancini wyobrażał sobie stracie z zespołem Jurija Siomina. Klasą Dynamo przewyższa takie Wigan wielokrotnie, a nastawienie The Citizens pozostało bez zmian. Niedomagająca pomoc(gdzie byli Barry, Zabaleta i Yaya w pierwszej połowie nie wie nawet Roberto), nie rozumiejący się napastnicy… lista zastrzeżeń wzbogaciła się dziś o Harta, który ewidentnie zawalił gola Szewczenki. Przed City mission impossible: odrobić dwa gole, nie stracić przy tym żadnego, gdyż wtedy do awansu potrzeba będzie aż 4 trafień(przypomina się ćwierćfinał P.UEFA z HSV Hamburg, tam po porażce 1:3 w Niemczech Błękitni wygrali u siebie 2:1 po jednym z najlepszych spotkań w sezonie). Co raz częściej myślę o City jak o drużynie bez charakteru, z ogromnym potencjałem sportowym, ale bez piłkarskiej złości, ducha walki. Co z tego, że w drugich 45 minutach po boisku zawodnicy wreszcie zaczęli poruszać się i kopać tę cholerną futbolówkę na miarę swoich umiejętności? To w tym sporcie za mało; minimalizm Manciniego kompletnie się nie sprawdza, a taktyka – to taki mały pstryczek w nos opasłym dyskusjom na jej temat - bez poważnych wykonawców jest tylko zbiorem cyferek i umownych ustaleń, gdzie ktoś powinien się znajdować. Czekam na prawdziwe City z kręgosłupem biegnącym od Kompany'ego przez de Jonga, Silvę, aż po Teveza. W kwietniu dojdzie Adam Johnson, formę utrzyma Micah Richards, więcej wymagać będziemy od Dżeko i Balotellego. Do końca sezonu pozostało minimum 11 spotkań. Liga Mistrzów priorytetem. Trofeum smakowitym dodatkiem. Ten statek jeszcze nie utonął, ale wzburzone morze nie pomaga ustabilizować kursu. Roberto Mancini musi wziąć stery mocno w swoje ręce, inaczej właściciele będą szukać nowego kapitana. To już nie jest przebąkiwanie w środku sezonu po porażce z Lechem w Poznaniu, lecz realna ewentualność. Której, jak kocham ten klub, chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Teraz Reading. Potem z Dynamem o honor(w awans, wybaczcie, nie wierzę specjalnie) i wreszcie z wciąż panującym mistrzem na Stamford Bridge. Test na teście testem pogania. Chciałoby się nie mieć w klubie bogatych szejków i nie odczuwać presji z każdym dotknięciem murawy. Na ten luksus, mimo milardów, wciąż nas nie stać :-) |
Zakładki:
Czytam, komentuję..
Angamoss![]() Błękitna strona miasta | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||