Wpisy z tagiem: tottenham hotspur

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Cztery pierwsze mecze Manchesteru City wywołały do tablicy kilka ciekawych tematów. Katastrofę w walce o Tarczę Wspólnoty na szczęście szybko zmazał debiut Sergio Aguero na inaugurację Premiership. Potem wizyta na Reebok Stadium - zapowiedź(wtedy jeszcze dość niejasna) wielkiej formy Edina Dżeko. Bośniak od starcia z United, a nawet i wcześniej, gdy graliśmy jeszcze z Interem w Dublinie, wyglądał jak zupełnie nowy piłkarz, transfer wręcz genialny. I stało się - w niedzielę huknął Tottenhamowi cztery gole, czym zamknął usta wszystkim niewierzącym w jego umiejętności na siedem spustów.

Edin po 4. goluMichael Regan/Getty Images Europe

Co najlepsze, nie chodzi jedynie o bramki - Edin jest wszędzie. Gra napastnika na szpicy(wszechstronnego swoją drogą, skoro strzela obiema nogami i głową), a bardzo często cofa się po piłkę czy śmiga gdzieś na skrzydle. Początkowo wydawało mi się to nieco bez sensu - kiedy nasi zawodnicy nie lubią czasami włączać się do ofensywy, bez środkowego(wysokiego!) napastnika większość dośrodkowań traci sens. Tak było w zeszłym sezonie - w lidze przecież zdobyliśmy 4 gole 'z głowy', z czego trzy padły łupem Lescotta po stałych fragmentach gry. I sam Edin miał sporo kłopotów ze strzelaniem, gdyż niewiele piłek na poziomie było do niego adresowanych. Brakowało skrzydłowych/obrońców gotowych swoimi dośrodkowaniami siać popłoch w szeregach rywali – Kolarowowi z gry niewiele wychodziło, Adam Johnson ma w tym względzie pewne braki, a gole załatwiał w głównej mierze Tevez. Stąd przyjście Nasriego najpewniej okaże się ważniejsze niż mogłem przypuszczać, ponieważ początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do transferu Francuza. Trzy asysty, 97% celnych podań skomentuję w typowy dla siebie sposób: jak dobrze się od czasu do czasu grubo pomylić.

Oczywiście nie tylko Samir czy Edin zasługują na wielkie pochwały za niedzielę; znów w dużej mierze nasz sukces zależał od dwóch zawodników - Joe Harta, który zaliczył kilka pewnych interwencji, oraz ... Petera Croucha. Nie mogę się nadziwić, jak jeden piłkarz może odgrywać tak znaczącą rolę w starciach między City a Spurs - najpierw pokonał Fulopa na CoMS i dał ekipie z WHL Ligę Mistrzów, potem ją z niej wyrzucił czerwoną kartką z Realem Madryt, by w końcówce sezonu strzelić samobójczego gola i pozbawić swój klub szans na powtórkę z rozrywki. A wczoraj zmarnował wyborną okazję - było już 1:0 dla The Citizens, świetnie 'z fałsza' dośrodkował Bale, ale uderzenie głową Petera minął bramkę Harta o kilkadziesiąt centymetrów. Chwilę potem Dżeko podwyższył prowadzenie City i spotkanie zaczęło zmierzać w niebezpiecznym dla gospodarzy kierunku. Historia Croucha oddaje ligowe losy Kogutów - najpierw oba zespoły były dość blisko siebie i różnica punktowa na koniec sezonu 08/09 była niewielka, teraz Manchester City dał jasno do zrozumienia, iż walczy o mistrza, Tottenhamowi została zaś nadzieja na 4. miejsce. 

Peter CrouchMichael Regan/Getty Images Europe

Powiedzmy sobie wprost - taka jest siła pieniądza w piłce. Jesteśmy ambitni i możemy utrzymać bardzo mocny personalnie zespół, zapewnić piłkarzom wysokie uposażenia oraz rywalizację o najwyższe cele. Harry Redknapp musi zaś zmierzyć się z problemami kadrowymi - a to ławka za krótka i na miejsce licznych kontuzjowanych nie ma klasowych następców, a to najlepszy rozgrywający chce odejść do Chelsea i ma "problemy z głową". Zresztą, sytuacja w której Samir Nasri wybiera City, gdyż uważa nasz klub za ambitniejszy od Arsenalu Wengera(celowo podkreślam Wengerowskość Arsenalu) jest jednoznaczna. I nie krzyczcie, że chodzi tylko o pieniądze, bo zdaje się, że 8:2 coś o klubie z Islington, czy ogólnie - o zmianie sił w angielskim futbolu mówi. Na jak długo, tego nie wie nikt.

Póki co cieszmy się piłkarzami, których przyszło nam oglądać. Trio Nasri-Aguero-Silva zrozumiało się niemal natychmiast, mimo rzadko stosowanego przez Manciniego 'starego' 4-2-4(tu analiza Zonal Marking), i dało nam wysoką(w pewnym sensie zupełnie nową) jakość w rozegraniu, której środkowa linia Kogutów nie była w stanie się oprzeć. I to jest bardzo dobry prognostyk na przyszłość, nie wspominając o tym, że mamy na ławce jeszcze Milnera, Teveza(!), Balotellego czy Johnsona. No i Yayę Toure, który w niedzielę więcej bronił, ale popełnił właściwie jeden jedyny błąd, dość irytujący - olał zupełnie piłkę z rzutu rożnego, dzięki czemu Kaboul dał gola honorowego gospodarzom(wściekłość Manciniego jak najbardziej na miejscu!). A przecież brakuje nam de Jonga, bez niego nie wyobrażałem sobie zwycięstw z rywalami z wyższej półki a tu proszę, da się.

Łatwo ulec inauguracyjnej euforii i zapomnieć, iż sezon to jednak więcej niż pierwszy trzy spotkania, ale nie zmienia to faktu, iż druga faza projektu naprawdę weszła w życie - pokazujemy wielką klasę i z rozbudzonymi nadziejami patrzymy w przyszłość. Czas na [wrr] przerwę reprezentacyjną, po której wrócimy do gry na Etihad Stadium z Wigan, aby 4 dni później wystartować, co ja mówię, zadebiutować w wymarzonej Lidze Mistrzów.

Cudownie.

wtorek, 10 maja 2011

Przed Manchesterem City dwa najważniejsze mecze w sezonie 2010/2011.

THFCJuż jutro spotkanie nr 1. - na City of Manchester Stadium przyjeżdża Tottenham, aby dać sobie jakąkolwiek nadzieję na Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie. Inaczej niż rok temu, mamy aż 6 punktów przewagi nad Kogutami i jesteśmy w zdecydowanie lepszej sytuacji. Remis w zasadzie rozstrzyga sprawę. Zwycięstwo zaś, poza ostatecznym zamknięciem drogi do LM Liverpoolowi, zbliży nas do Arsenalu na dwa punkty i jeśli starczy nam sił po finale, to wcale nie wykluczam ataku na 'pudło', zwłaszcza jeśli chłopcy Wengera nadal będą tak uprzejmie rozdawać punkty.

Porazka z Evertonem musi w piłkarzach wyzwolić pozytywną złość piłkarską. Mieli ich na widelcu, wystarczyło wepchnąć piłkę do bramki w początkowej fazie drugiej połowy w sytuacjach Toure i Dżeko, a gospodarze nie podnieśliby się z kolan. Do przerwy zresztą grali słabo, aż udało im się uśpić publikę Goodison Park i niewiele wskazywało, aby doszło do tak szokującego obrotu sprawy. Obrona The Citizens po niepowodzeniach ofensywy za mocno się cofnęła(Mancini w furii nakazywał z linii bocznej, aby defensorzy się ‘zatrzymali’, ale na nic się to nie zdało), Everton dostał wiatru w żagle i popłynął, symptomatyczne, że tuż po wejściu etatowego killera City - Tima Cahilla. Oczywiście był to najmniej istotny mecz wobec starć ze Stoke i Tottenhamem(porażkę na GP miałem wkalkulowaną od dwóch miesięcy), ale Manciniego i zawodników na pewno wkurza fakt, że z Evertonem wygrać nie potrafią. Przegrał cały zespół, Roberto być może spóźnił się ze zmianami o kilka minut, jednak sam wątpię, czy rozbity i rozciągnięty Manchester City byłby w stanie odpowiedzieć na prowadzenie ekipy Moyesa. Pokory w piłce nożnej nigdy za wiele, szkoda tylko, że Szkot udzielił nam tej lekcji po raz czwarty z rzędu.

Sezon 2010/2011 w wykonaniu Tottenhamu to istnie szaleństwo. Od debiutu(ach ten dwumecz z Young Boys...) w Lidze Mistrzów po sześć remisów z ośmiu ostatnich gier plus pechowa porażka z Chelsea. Od sprowadzenia van der Vaarta i eksplozję Bale'a przez nieustanne kłopoty z defensywą po upadek formy Holendra i długą kontuzję - w pewnym sensie od stycznia do końca sezonu, gdyż Walijczyk nigdy nie wyzdrowiał w pełni - drugiego. Ich świetne występy w 2010 roku w zasadzie stały się przekleństwem w późniejszym okresie. I o ironio, Peter Crouch, ten sam, który dał Spursom upragnioną czwartą lokatę i Champions League, przez swoją głupotę przyczynił się do wyeliminowania Kogutów z tych rozgrywek. Przemeblowanie zespołu Redknappa odbyło się w sposób iście niewiarygodny. Nagle z ekipy silnych i bramkostrzelnych napastników Tottenham stał się ekipą, której wszyscy snajperzy razem wzięci goli na koncie mają mniej niż Carlos Tevez. A żeby było przyjemniej, Liverpool mocno naciska i ma dwa wielkie asa w rękawie - wspaniałą formę i mecz na Anfield w ostatniej kolejce. Presja po stronie gości jest ogromna i kto wie, czy nie większa od oczekiwań na Eastlands. Gadanie, że lepiej nie grać w pucharach w ogóle niż w Lidze Europy uważam za zasłonę dymną. Klub z ambicjami powinien grać w Europie bez względu na rozgrywki.

Skoro wywołałem do tablicy piłkarzy z White Hart Lane, to spójrzmy kogo Harry ma do dyspozycji: Bale, Huddlestone, Assou-Ekotto, Palacios i Hutton poza kadrą, a niepewni występu są Modrić i Crouch. Sporo. Brak lewego skrzydła. Środek pomocy także ze sporym uszczerbkiem, co zapewne mocno ukróci ilość opcji w ofensywie(obecność Modricia będzie decydująca). Atak bez kłopotów, ale z tą skutecznością nie widzę w tym fakcie pocieszenia. Mancini za to ma do dyspozycji praktycznie wszystkich podopiecznych. Wraca Tevez(ma zasiąść na ławce), a także Barry i Richards(też raczej ławka). Bez zbędnego kombinowania zobaczymy to samo 4-2-3-1 co zwykle, nie wiadomo jednak z kim na prawej stronie(Milner miał dobre moemtny z Evertonem) i na szpicy(nieobliczalny Mario czy nieskuteczny Dżeko?). Redknapp z uwagi na szpital w drużynie częściej zmienia system gry. 4-4-2 z Lennonem i VdV po bokach(jak z Arsenalem i Blackpool), czy jednak bliżej 4-1-4-1, które Harry zaordynował w spotkaniu z Chelsea?

Jesteśmy cholernie blisko wyśnionej przez Szejków Lidze Mistrzów. Dla losów klubu musimy uczynić ten krok, w sobotę czeka nas kolejny. Nie chodzi o zrywanie banerów czy udowadnianie czegokolwiek. Osiągnijmy ten sukces dla siebie, aby tworzyć nową, niezależną historię Manchesteru City. A że możemy to uczynić rewanżując się Tottenhamowi za zeszłoroczne pozbawienie nas marzeń, tym lepiej - albo piłkarze i trener sprostają presji kibiców i wymaganiom właścicieli, albo nie mamy czego w piłkarskiej elicie szukać.

piątek, 04 lutego 2011

Pamiętny sezon 2003/2004 - przedostatni Kevina Keegana w Manchesterze City, pierwszy w historii na lśniącym, nowiutkim City of Manchester Stadium.

Dziewiąte miejsce na koniec poprzedniej kampanii i niespodziewany awans do Pucharu UEFA rozbudził oczekiwania - nadszedł czas na coś więcej. Maine Road pożegnane w typowy dla City sposób - porażką. A ostatniego gola na starym stadionie zdobył Marc-Vivien Foé, dwa miesiące przed swoją śmiercią.

Sezon 2003/2004 miał być wyjątkowy i taki był, choć z zupełnie innych powodów niż moglibyśmy przypuszczać. Sporo rozczarowań - słaba forma w końcówce ligi i szokujące niepokoje o ekstraklasowy byt, wcześniej fatalny dwumecz z G roclinem, porażka na Old Trafford i odpadnięcie z Pucharu Ligi już w czwartej rundzie. Początek 2004 roku również nie był specjalnie wyjątkowy - w trzeciej rundzie FA Cup trafiamy na zespół Leicester City, występujący wówczas w elicie(co ciekawe ta para powtórzyła się w tym roku), awansujemy dalej dopiero po meczu powtórzonym, a następnym rywalem... znów Koguty. Los bywa czasami okrutnym prześmiewcą, bo to właśnie z drużyną z WHL The Citizens odpadli w Carling Cup...

25 stycznia na CoMS pada remis 1:1 i potrzeba było dodatkowego meczu, aby rozstrzygnąć tę rywalizację.

Dokładnie siedem lat temu, po 45 minutach Tottenham prowadził 3:0, a sędzia Styles właśnie wyrzucił krewkiego Bartona z boiska za jak zwykle niepotrzebne dyskusje(szczerze powinien i tak wylecieć wcześniej za brutalny faul). No właściwie nie wyrzucił, a zabronił pokazywać się Joe'emu w drugiej połowie, bo kartkę Styles pokazał po gwizdku na przerwę.

To co działo się później na zawsze przejdzie do historii Manchesteru City, Tottenhamu, FA Cup i angielskiej piłki. Tego nie da się opisać - to trzeba zobaczyć na poniższym wideo. A Kevin Keegan miał zapytać jednego z trenerów City Where's the nearest job centre? Może nie był to najważniejszy mecz Błękitnych w tej dekadzie, ale z pewnością jeden z najbardziej niewiarygodnych i niesamowitych. Najlepszy powód, aby pokochać ten klub.

Tottenham Hotspur - Manchester City 3:4(3:0) King 2., Keane 19., Ziege 43. -  Distin 48, Bosvelt 61., Wright-Phillips 80., Macken 90.

Tottenham Hotspur: Kasey Keller, Christian Ziege (Johnnie Jackson 60.), Stephen Carr, Ledley King, Dean Richards, Anthony Gardner, Stephane Dalmat, Michael Brown, Simon Davies, Helder Postiga (Gus Poyet 9.), Robbie Keane.

Man City: Arni Gautur Arason, Michael Tarnat, Sun Jihai, Richard Dunne, Sylvain Distin, Joey Barton, Trevor Sinclair (Steve McManaman 80.), Paul Bosvelt (Antoine Sibierski 80.), Shaun Wright-Phillips, Nicolas Anelka (Jon Macken 27.), Robbie Fowler.

PS To wideo nie jest najlepszej jakości, estetom polecam ten link.

sobota, 14 sierpnia 2010

Ostatnie dni z Manchesterem City przed inauguracją angielskiej ligi przypominały trudny moment w związku z fantastyczną kobietą. Znacie to? Kiedy w waszym życiu jest całkiem nieźle, aż tu nagle druga połowa zaczyna przedziwnie „polepszać” jakość wspólnej egzystencji. W tym celu wyrzuca bez pytania wasze stare, ukochane, wytarte acz wciąż „do noszenia” koszulki pamiętające lata 90’, domaga się odmalowania pokoi, choć ostatni remont miał miejsce dwa lata temu, chce zmienić towarzystwo na „bardziej światłe”, zrzędzi coś na temat niektórych waszych nawyków, które przecież w końcu trzeba wykorzenić. A że macie już dobrze po 40 i nikt starego psa nowych sztuczek uczyć nie będzie, to rodzi się w waszej głowie proste pytanie: o co ci chodzi, kobieto? Kochacie ją, to przecież ta jedyna, ale coś do cholery nie gra i wygląda na to, że nic już nie będzie takie, jak kiedyś.

Takie mniej więcej porównanie przyszło mi do głowy, kiedy z klubu wyszedł jasny sygnał, iż Bellamy i Ireland(każdy zasługuje na osobną notkę) na dniach przestaną być zawodnikami MCFC. Walijczyk po prostu nie mieści w 25-osobowym składzie(a może nawet zakończy karierę?!), a Irlandczyk ma być częścią umowy, którą obecnie blokuje przez finansowe wymagania, kupna Jamesa Milnera z Aston Villi. Do tego debiutujący w chwili pisania tych słów w Sunderlandzie Onuoha został wypożyczony i nie wydaje się, aby miał dokąd wracać na koniec sezonu, a to nie koniec wątpliwych atrakcji. I tak niecierpliwe oczekiwanie na pierwszy gwizdek w EPL ustąpiło miejsca niezadowoleniu i wątpliwościom, czy polityka sukcesu za wszelką(dosłownie) cenę musi być tak bezwzględnie realizowana. Skutecznym remedium na każde negatywne wydarzenia bądź spekulacje dla mnie zawsze jest mecz. Boisko, 22 facetów i piłka rozstrzygają wszelkie spory, dlatego postanowiłem poczekać z notką na temat ostatnich ruchów do spotkania z Kogutami właśnie.

Roberto Mancini

I od razu napiszę - remis ze Spursami uważam za bardzo dobry wynik. Spodziewałem się wyraźnej porażki i o mały Hart... włos znaczy się, do niej nie doszło. Pierwsze 20 minut stały pod znakiem ciężkiego ostrzału bramki The Citizens i od razu mogliśmy się przekonać, że Joe Hart to bramkarz absolutnie fantastyczny, na którego musimy chuchać i dmuchać, i pod żadnym pozorem nie oddawać jakiemukolwiek klubowi. Gorzej, że Joe odbiera miejsce między słupkami innemu fachowcowi, choć Given na pewno nie ma za dzisiejsze spotkanie pretensji do młodszego kolegi. Mancini zarzeka się, że nie wybrał jeszcze swojego numeru jeden, ale ten występ musiał mu dać sporo do myślenia, a na podjęcie decyzji ma czas do końca miesiąca. Shay nie ma zamiaru siedzieć na ławce, o czym jasno już mówił, ale nie może być zgody na wzmacnianie bezpośrednich rywali. Nie jest tajemnicą, że Arsene Wenger szuka pewnego bramkarza wobec chwiejnej formy Almunii i Fabiańskiego i z pewnością jest na bieżąco z wiadomościami z Eastlands. Zostawmy jednak problemy Alzatczyka i Kanonierów a wróćmy do meczu.

Bezbramkowy remis cieszy, choć to naturalnie nie jest wynik wymarzony, a i wywalczony w stylu bardzo odległym od ideału. Koszmarny, a zarazem szczęśliwy początek spotkania, mnóstwo głupich, niewymuszonych strat(Micah, co się z tobą dzieje!? Przecież w jednym wypadku mógł być karny...) i błędów w defensywie mocno nadszarpnęła nadzieje na korzystny rezultat. Sposób Spursów na obronę City był prosty – wrzutka na Croucha, który choćby stał to i tak wygra pojedynek główkowy, ten zgrywa do napastnika w środku(Defoe) i strzał. Kto by rosłego Anglika nie krył, szans w powietrzu nie miał i zagrożenie gotowe. A na dokładkę świetne dysponowany(na szczęście tylko lewą nogą, vide 84. minuta) Bale, a w drugiej połowie Lennon(odpowiednio na Zabaletę), kręcił Richardsem niemiłosiernie, reszcie pomocników Kogutów też wypada wystawić wysoką notę. Pokazali bardzo efektywną grę przy minimalnym udziale zawodników. Gol dla gospodarzy wydawał się kwestią czasu, lecz Hart był po prostu fenomenalny i przyjdzie nam dziękować niebiosom za niego jeszcze nie raz.

Huddlestone

Druga połowa to już zdecydowanie bardziej wyrównane widowisko. I jedyna 100% okazja The Citizens na zdobycie niezasłużonego gola – niestety, Wright-Phillips nie opanował piłki w sytuacji sam na sam. Potem zresztą słusznie został zmieniony przez Johnsona, który jedną akcję i minięciem dwóch rywali całkowicie przyćmił godzinę gry starszego Anglika. Sporo pracował Tevez, który zresztą został niespodziewanie kapitanem zespołu, ale tuż przed zejściem z murawy jasne było, że nie ma tak wielkiej ochoty do gry, jak przed Mundialem(czyżby potwierdzenie niepokojących słów o braku motywacji?). Wejście Adebayora nie dało zespołowi nic szczególnego, zbyt zachowawcza taktyka nie mogła wypracować prowadzenia Błękitnym, owe 4-1-2-2-1 miało za zadanie nie przegrać spotkania przede wszystkim.

Brakowało moim zdaniem bezczelnego i przebojowego walczaka jakim jest Craig Bellamy. robiącego na boisku dym, coś z niczego, kopiącego rywali bez pardonu. Bezbarwnie Barry, który poza tym, że od czasu do czasu przytrzymie przy nodze futbolówkę, to najczęściej nie robi nic, o czym potrafiłbym napisać krztynę choćby dobrego słowa. Pokłosie mistrzostw, czy kontynuacja przeciętności z zeszłego sezonu? Nieco wyżej oceniłbym de Jonga, obyło się bez fauli w stylu kung-fu, asekuracja na niezłym poziomie, wolałbym jednak, aby Holender nie miał tylu piłek do czyszczenia.

Mancini prosi o czas dla siebie i nowej drużyny, argumentuje, że Redknapp gra tym samym składem co rok temu i stąd tak wielka różnica… No, Roberto, sam sobie dobierałaś piłkarzy i miałeś pojęcie, jak to będzie wyglądać, a dojdzie jeszcze zakupiony wczoraj Balotelli, na dniach transfer Milnera(i odejście Steviego…) stanie się faktem. Owszem, Mundial swoje zrobił i też nie jestem skłonny tak bardzo narzekać na styl, bo punkt na WHL liczy się i tak. Mam zwyczajną nadzieję, że to koniec zakupów, spekulacji i robienia z kibiców durniów. OK, nie musisz kochać Bellamy’ego czy Irelanda, ale pamiętaj, że obecny Manchester City jest TWOJĄ drużyną. Ty kupujesz, ty sprzedajesz, ty decydujesz. I ty będziesz z tych działań rozliczany. Na razie mój kredyt zaufania jest dość spory, nie panikuję i nie biję na alarm, bo chcę abyś pozostał na ławce trenerskiej do końca sezonu bez względu na wyniki, a nawet i na kolejne lata, gdyż nie wyobrażam sobie następnego menadżera z własnym pomysłem i stumilionowym budżetem do wykorzystania na rzekome wzmocnienia. A skoro mowa o nich, to dziś trzech nowych zawodników po raz pierwszy przywdziało koszulkę City(Boateng kontuzjowany).

Debiutanci

Kolarow zagrał zaledwie 45 minut i doznał kontuzji, a w jego miejsce wszedł Zabaleta. Serb nie odkrył wszystkich swoich kart, to oczywiste. Widać, że twardy z niego chłop, potrzebuje się tylko rozegrać. Z bardzo dobrej strony(na tle całego zespołu) pokazał się Yaya Toure. Młodszy brat Kolo starał się rozdzielać piłki i aktywnie uczestniczyć w destrukcji. Robił na boisku zdecydowanie więcej niż Barry, pewny punkt zespołu. Jeśli Mancini chciałby wrócić do 4-4-2, to z Yayą u boku de Jonga. Fatalna ofensywa The Citizens uniemożliwiła udany debiut Davidowi Silvie. Hiszpan biegał, szarpał, brakowało mu jednak zrozumienia z partnerami, przez co wypadł raczej blado. No i gospodarze świetni w odbiorze nie pozwalali na zbyt wiele. Nawet gdyby Mancini postawił w tym miejscu na Irelanda, trenującego obecnie z rezerwami(!!), to efekt byłby zapewne bardzo podobny.

W czwartek wyjazdowe spotkanie z Timisoarą w ramach eliminacji do Ligi Europy, potem na CoMS przyjeżdża Liverpool z nowym trenerem, oba zespoły czeka więc niezwykle interesujący test możliwości na najbliższy sezon.

PS. Debiut zaliczyły również nowe wyjazdowe koszulki. W przeciwieństwie do większości zawodników, zaprezentowały się świetnie.

czwartek, 06 maja 2010

Liczyło się tylko zwycięstwo, a po ostatnim gwizdku pozostało nam schować zrozpaczoną twarz w spoconych od nerwów dłoniach. Choć drużyna Manciniego rozegrała przyzwoite spotkanie, to jednak zabrakło sporo, aby pokonać Koguty i prawie zapewnić sobie udział w eliminacjach Ligi Mistrzów. Crouch zdobył twierdzę City of Manchester Stadium i zapewnił Tottenhamowi czteropunktową bezpieczną przewagę nad The Citizens.

tottenham

Wpis redaguję na gorąco, kilkadziesiąt minut po zakończeniu spotkania, co zapewne odbije się na treści i sile przytaczanych argumentów. W pierwszych zdaniach należy pogratulować Redknappowi i jego chłopakom zwycięstwa – w ostatnich meczach byli fantastyczni, a na Eastlands zagrali tak, jak należało – bez przesadnej bojaźliwości, pozwalając gospodarzom na „wyszumienie się”, cierpliwie czekając na jedną szansę na bolesne użądlenie. Brawo Harry, udało wam się. Moje nerwy słusznie kusiły - "nie oglądaj, wyłącz to i idź spać" - a że chciałem być twardy i pokazać, że to trzeba przeżyć, to dostałem za swoje.

Nad szczegółami taktycznymi nie będę się dłużej zatrzymywał, ale powiem tyle: z mojej strony Mancini ma 100% poparcia i jeśli jest ktoś w tym klubie, kto chce jego zwolnienia, nawet mając zaklepanego Mourinho, to jest prostakiem, matołem i nie zna się na piłce, a o budowaniu wielkiego klubu nie ma bladego pojęcia. Oczywiście, można pytać, dlaczego pod Włochem przegrywamy aż trzy mecze u siebie w przeciągu dwóch miesięcy i jak to jest, że nie mamy ławki rezerwowych gotowej na podjęcie walki w niesprzyjających okolicznościach. Pytajmy, drążmy temat, byle nie dziś; nie ma sensu po porażce skreślać kogokolwiek – sam uczciwie rozliczę sezon, gdy ten dobiegnie końca.

roberto mancini

Wracając do meczu – obie połówki w dużym stopniu były bardzo podobne do siebie. Początkowa przewaga City, okres bez wyraźnie dominującej strony, potem Tottenham przejmuje panowanie na boisku i na koniec znów The Citizens. Sytuacji do zdobycia prowadzenia nie brakowało, żal strzałów Johnsona, czy „sytuacji” Barry’ego. Jeszcze bardziej szkoda Kompany’ego, który zwyczajnie nie mógł przed Croucha wyskoczyć, gdyż Anglik ma prawie 10 cm wzrostu więcej, do tego jest specjalistą od goli przypadkowych i odnajdzie się w sytuacji, gdzie liczy się ustawienie i refleks. Mogę za to winić Fulopa, który piłkę instynktownie wybił na pole karne, zamiast za linię bramkową., ale Madziar wcześniej ratował nam skórę po strzałach angielskiego wieżowca i Defoe, jak na golkipera niezbyt doświadczonego spiła się nieźle. Jak wszyscy inni zresztą, lecz nieźle nie oznacza zwycięsko. Na 0:0, a i owszem. Przy perfekcji w defensywie, jakiej nigdy nie oglądaliśmy, jakiej Inter Mediolan by się nie powstydził, to jak najbardziej, byłbym zadowolony. A tak pozostał mi smutek, rozczarowanie, które Manchester City będzie musiał rozwiać w ostatniej kolejce z West Hamem.

kat Crouch

Nie załamuję się jednak – Liga Europy to rozgrywki równie co CL wymagające, a przecież pamiętam ostatni ćwierćfinał z HSV, dlaczego więc lepsza drużyna od tamtej prowadzonej przez Hughesa nie miałaby dojść dalej, może i sięgnąć po tytuł? Jeśli na Eastlands nie zabraknie rozumu, to Błękitny Księżyc wyszarpie sobie miejsce w piłkarskim niebie. Póki co będziemy łykać gorycz dzisiejszego wieczoru, bo jak się okazuje, wszystkiego w jeden sezon mieć nie można.

Oceny piłkarzy na razie pozostawię innym, obiektywnym ekspertom, aby mieć jakaś bazę do własnych rozważań, bo taka już moja przypadłość – nie chcę widzieć aż tak wiele złego u większości zawodników(RSC mówimy do widzenia!). Piąte miejsce, awans w porównaniu do zeszłego sezonu, też brzmi całkiem przyjemnie, historia mimo wszystko się stworzyła, a że nie jest taka piękna, jak chcieliśmy – no cóż, taki już urok naszego ukochanego sportu i losu wiernego kibica.

środa, 05 maja 2010

Kiedy pod koniec marca redaktorzy jakże popularnego Ruchu Lewostronnego zadali sobie pytanie, która drużyna zajmie miejsce Liverpoolu w Big Four(przynajmniej w tym sezonie), wszyscy - w tym i ja - zgodzili się, że los czwartej lokaty rozstrzygnie się 5 maja, gdy Manchester City podejmie na CoMS Tottenham Hotspur.

Czyli dziś.

Ówczesne przewidywania różniły się od obecnej sytuacji tym, że z mojej perspektywy to spotkanie miało rozwiać matematyczne szanse Kogutów na eliminacje Ligi Mistrzów. Wiele było ku temu przesłanek - derby z Chelsea i Arsenalem oraz wyjazd na Old Trafford po drodze, mecze w Pucharze Anglii - to wszystko miało dać The Citizens bezpieczną przewagę na dwa, trzy punkty i możność zremisowania na CoMS z bezpośrednim rywalem. Wyniki wspomnianych starć znamy aż za dobrze; jedynie United zrozumieli powagę sytuacji i zadali Kogutom bobu. Po derbach Londynu pozostało mi zbierać szczękę z klatki schodowej(mieszkam na pierwszym piętrze), bo dwóch konsekwentnych zwycięstw z pretendentami do tytułu nawet Sleepy Harry nie mógł sobie wyśnić.

Jeśli ktoś jeszcze nie spojrzał w tabelę - Tottenham ma jeden punkt przewagi nad The Citizens. Porażka Błękitnych oznacza koniec marzeń o Lidze Mistrzów, remis zaś skazuje na nerwowe oczekiwanie na wynik z Turf Moor, gdzie zdegradowane Burnley zagra o honor - czy to nie ten zespół, który został przez nas zniszczony w 7 minut? - i nie można liczyć, że tam Koguty się potkną i pozwolą się zepchnąć z grzędy. Wniosek jest oczywisty:

Liczy się tylko zwycięstwo

Gdzieś daleko w otchłani mojego umysłu kłębi się niespokojne wspomnienie - w grudniu na WHL przegraliśmy 3:0 po spektaklu żenująco słabym, co zaowocowało mało dżentelmeńską zmianą z Marka H. na Roberto M. Pamiętam, jak wówczas mój Internet wspaniałomyślnie odciął mnie od wszelkich transmisji po drugim golu dla gospodarzy(Defoe w 54 minucie) i mogłem sobie zrobić dobrą kolację i ulubioną cynamonowo-jabłkową herbatę. Nie smakowała wtedy najlepiej, chyba przesadziłem z cukrem chcąc sobie osłodzić przygnębiający wieczór.

Dlatego, choć powodów więcej, nie powiem, że czuję się komfortowo przed pierwszym gwizdkiem. Nie ma faworyta - gadanie, że City gra u siebie i to jest ich przewaga proszę sobie włożyć między bajki. Pewnie gdyby mecz był rozgrywany poza CoMS moje odczucia byłyby inne, ale z drugiej strony, pod Roberto Mancinim twierdzenia o mizerii wyjazdowej City powoli odchodzą w zapomnienie, o czym przekonała się na przykład Chelsea czy Fulham. O tendencjach(swoją droga bardzo złą w wypadku City), formie(!), koniunkcji planet czy innych magicznych statystykach pewnie głośniej rozmawialibyśmy w środku sezonu, dziś raczej nikt nie próbuje podpiąć pod przepowiednię wyniku zewnętrznych okoliczności. Zdecyduje, jak zawsze, boisko. Nigdy nie było inaczej!

Liczy się tylko zwycięstwo

Będziemy świadkami starcia o niewyobrażalnej stawce dla obu klubów, co wręcz zmusza media do patetycznych stwierdzeń o tworzeniu nowego rozdziału w historii, świcie Błękitnego Księżyca(czy też niebieskiego Koguta) i dziejowych zmianach. Istotnie, przełamanie monopolu Big Four(od czasu Evertonu) na Ligę Mistrzów będzie ważkim wydarzeniem, a dla City ponadto kolejnym krokiem w stronę budowy klubu „największego na świecie”. Aż trudno uwierzyć, że tak wiele zależy teraz od 22 facetów, którzy pobiegają za piłką przez około sto minut. Ileż poprawek trzeba będzie wprowadzić w planach na przyszły sezon, jeśli któryś z klubów wystąpi tylko w Lidze Europy. Tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze, bo szejkowie i tak nie będą skąpić petrofuntów, ale o prestiż i możliwośc zobaczenia The Citizens w starciach z największymi. Sęk w tym, że piłkarze muszą zapomnieć o tych wszystkich okolicznościach, tak jak kibice powinii pozostawić wszelkie zdania wypowiedziane przed meczem(vide zarzuty Harry'ego w sprawie transferu Bellamy'ego). Przecież wiadomo, że...

Liczy się tylko zwycięstwo

Our mentality has to be right, we don’t want to be nervous and try to play well. Tottenham is a good team, so we have to concentrate at 200% but be calm and don’t let our nerves get in the way.

I think they will come to win this game, I don’t think they will just settle to play for a draw. In Harry Redknapp they have a very experienced manager who knows football inside out, but we have a good team and we’re at home. The pitch is always the same, its 11 players against 11 players and we must win – simple as that. Even if we don’t play well, we need to win.

Our supporters will have an important role as well, they were great on Saturday but we will need more from them tonight.

Roberto Mancini

Kto zagra?

tthammcfcNie będę się wymądrzał na temat gości – najlepiej zajrzeć do Michała Okońskiego i odszukać odnośny, całkiem spory fragment o taktyce i składzie Tottenhamu. W wypadku City sprawy mają się przejrzyście. 4-4-2: Fulop, Bridge, Zabaleta(a może Nedum bądź Micah?), Toure, Kompany – A. Johnson, Bellamy, Vieira(bądź Barry, jeśli jest na tyle sprawny), de Jong – Adebayor, Tevez. Tu zgadzam się z kibicem Kogutów – wiele się rozstrzygnie na skrzydłach obu zespołów. Ciężkie zadania stoją przed Zabaletą i Bridge’em, którzy nie mogą pozwolić na rozpęd Lennonowi i lewej flance, ale to nie jedyne trudności, jakie czekają aktorów zbliżającego się spektaklu. Oba zespoły zagrają bez swoich etatowych bramkarzy. Given nie wystąpi na pewno, udział Gomesa jest wątpliwy. Nie wiem, czy dzięki temu zobaczymy więcej goli, ale można przyjąć, że obrońcy będą o jakiś procent uważniejsi, aby „żółtodziobom” nie dawać zbyt wielu szans do interwencji. Poza tym – bliżej mi do myślenia o szachach i przede wszystkim bezpiecznej grze, niż do otwartego, ofensywnego futbolu.

Osobiście wolę unikać wszelkich spekulacji co do końcowego rezultatu, podobnie jak fani City, których śledzę na Twitterze – zwyczajnie nie potrafią napisać, czy będzie 2:1 czy 0:1, tak bardzo przeżywają najbliższe godziny. Ogromne napięcie też pewnie udzieli się piłkarzom obu stron, w związku czym bardzo ostrożnie i niezobowiązująco przeczuwam, że jeśli nie padnie więcej niż jeden gol w ciągu pierwszych dwóch kwadransów, to właśnie najskromniejszy rezultat poróżni obu pretendentów do Ligi Mistrzów. Na czyją korzyść? Nie mam pojęcia.

I wouldn't want to go up there and be negative and not have a go. We only know one way to play, the way we are. We have attacking midfield players, wide players who like to go forward. We won't change too much.

They have dangerous forwards, the front two (Adebayor, Tevez) are a threat to anyone with Bellamy and Johnson. It's an attacking team but we'll go there and have a go as well. It's going to be an unbelievable night

It's a great position for us to be in and we'd certainly have taken it at the start of the season. We're right in there with two games to go and we now need a positive result on Wednesday night.

It's got the makings of a great game. We’ve been up there all year trying to break in the top four and it would be great to finish there, a fantastic achievement.

Harry Redknapp

Wspomniany już tutaj Michał Okoński, jak pewnie zauważyliście, urządza całodobowe blogowanie na temat naszej arcyważnej potyczki. Z wielu ocen i opinii wypowiadanych przez autora bloga Futbol jest okrutny wybrałem jedną, przebijającą się nie tylko w tym specjalnym wpisie, na którą chciałbym wysmażyć odpowiednią replikę. Otóż Pan Michał twierdzi, iż ewentualne inne miejsce w lidze niż czwarte oznacza koniec Roberto Manciniego na Eastlands(czy też jest to dość prawdopodobne). Kwestia ta zasługuje na osobny wpis, więc teraz napiszę krótko - to bzdura. Raz, że już teraz mówi się o tym, że posada Roberto jest pewna, dwa, że kolejna zmiana szkoleniowca to straszny absurd nawet jak na Cooka, Marwooda i szejków. Jeśli panowie mają choćby trochę rozumu i wiedzą jak budować światową markę, to wiedzą, co się stanie, gdy Włocha się z klubu wyrzuci, bo... no właśnie, co? Bo nie osiągnie Ligi Mistrzów, o której na początku sezonu mówiło się raczej nieśmiało? Mancini zostaje na przyszły sezon i koniec! Ale porzucam już ten temat, wszak wszem wobec wiadomo, że dziś…

Liczy się tylko zwycięstwo!

C'MON CITY !!