Wpisy z tagiem: Roberto Mancini

niedziela, 08 stycznia 2012

162. derby Manchesteru padły łupem United i Chrisa Foya, ale duma, która wypełnia serca każdego kibica The Citizens dominuje nad porażką i faktem, iż nie obronimy Pucharu Anglii.

Od lat nie wiem ilu Manchester City przed meczem został obwołany mocnym faworytem, co zawsze w przypadku United powinno wywołać pewien niepokój. Mogą mieć plagę kontuzji, mogą mieć nienajlepsze morale po dwóch fatalnych porażkach w lidze, jednakże nigdy nie poddadzą spotkania o takim ciężarze gatunkowym. Ktokolwiek trzeźwo myślał, iż Błękitny wygrają tylko dzięki temu, iż wyjdą na boisko, musiał być niespełna rozumu. Nigdy nie ufaj Czerwonym Diabłom, nigdy nie pozwalaj, aby zgubiła cię przesadna pewność siebie na boisku i poza nim. Nigdy.

CzerwonaAlex Livesey/Getty Images Europe

Biorąc pod uwagę poważne braki w środku pomocy(Barry, Yaya) i praktycznie jednego zdrowego napastnika w kadrze(Dżeko i Mario kontuzjowani) moje obawy były dość znaczne, gdyż zawsze dochodzi do nich czynnik, którego absolutnie nie da się przewidzieć - błąd sędziego ustawiający mecz. Chris Foy nie od dziś jest znany ze swoich cokolwiek dziwnych decyzji i chyba nie powinienem być specjalnie zszokowany wyrzuceniem Kompany'ego. Czerwona kartka za czyste wejście(nawet nie w połowie tak agresywne jak dwunożny atak de Jonga na Ben Arfę) i brak katrki dla Giggsa ze wejście od tyłu(facet nawet w piłkę nie trafił) kilka minut później to jasny przekaz - Foy jest niekompetentnym durniem, który interpretuje przepisy wg własnego widzimisię. Nigdy czerwona, Chris, nigdy! Co jeszcze dodaje gorzkiego smaku temu incydentowi - Nani nawet nie był zainteresowany karą dla naszego kapitana. To Rooney z prędkością zdementowanych pogłosek o transferze doskoczył do Foya i domagał się kartki...

Poczucie niesprawiedliwości wzbudziło w piłkarzach Manciniego niesamowitą determinację. Trochę tak jak United, ruszyli do ataku w derbach na OT, mimo iż goście punktowali boleśnie, co podobnie skończyło się do przerwy na Eastlands źle. Milner nie jest prawym obrońcą, a chcąc się skutecznie bronić trudno polegać na Adama Johnsonie, niezłym z przodu, ale asekuracyjnie grającym z tyłu, to samo tyczy się Kolarowa, z tym że Serb jest momentami równie słaby w obu aspektach gry. Szkoda - tak myślałem do gola na 1:3 - że Roberto nie postawił na Clichy'ego, którego świetny występ przeciwko Naniemu w październiku powinien gwarantować mu dziś miejsce w pierwszej '11'.

Sytuacja po 45 minutach wyglądała tak niedobrze, iż Mancini musiał reagować bez skrupułów - sam się domagałem, aby zrobił dwie defensywne zmiany i próbował uniknąć upokarzającego rewanżu za 1:6. Włoch posłuchał moich błagań połowicznie. Wejście obrońcy Zabalety na prawą stronę było słuszne, ale niekoniecznie chodziło o zejście Davida Silvy, bardziej zależało mi na ściągnięciu z boiska anonimowego Nasriego. Jednak powody Manciniego zrozumieć nietrudno - przy 0:3 lepiej oszczędzić Magika, który może pokazać wielką klasę z Liverpoolem, ale Samir mimo istotnej roli(łącznik między obroną a Aguero) przeszedł obok meczu.

W rzeczywistości więc The Citizens grali tak jakby w dziewiątkę(Francuz irytował również kiepskim zaangażowaniem w destrukcji), a mimo to, po szybkim golu na 1:3, już nie zastanawiano się, jak wysoko United zwyciężą, ale czy w ogóle awansują dalej. Zaczął się zupełnie inny mecz, o którym Manchester United wolałby pewnie zapomnieć.

Od strony taktycznej Mancini wykonał swoje zadanie. Wyzwolił z okowów obrony Milnera, ustawił pięcioosobowy blok defensywy(z bardzo lotnymi Zabaleta i Kolarowem), w środku wspomniany James i de Jong(kilka świetnych interwencji), przed nimi Anonimowy Nasri i osamotniony Aguero. Drugi gol, trochę przypadkowy, pozwolił na postawienie interesującego szacha. Czerwoni nie mogli dłużej bronić aż tak wysoko, jak i za każdym razem inwestować sporo sił w atak, aby uniknąć kontr.

Kun na 2:3
Alex Livesey/Getty Images Europe

Ostatnie dwadzieścia minut wyzwoliło niesamowite emocje i tu u mnie przed monitorem, i na Eastlands, które odżyło w drugiej połowie dodając skrzydeł przegrywającym piłkarzom. Fantastyczne przeżycie - 80 minut bez jednego zawodnika, a mimo to zamiast zostać zmiażdżonym, Manchester City pokazał wielki, wielki charakter i był tak blisko wyrównania. Paradoksalnie błąd Foya wyszedł piłkarzom City na dobre(poza odpadnięciem z Pucharu, rzecz jasna) - zjednoczył ich, sprawił, iż po raz kolejny w tym sezonie pokazali tak poszukiwany wcześniej team spirit, nie wszystko wprawdzie wyszło, ale, ale! Kwestionowanie ducha drużyny na Eastlands powinno się właśnie skończyć.

Zaś duma w nas, kibicach City, będzie silniejsza od jednej porażki. Wszak przegrywaliśmy z United w gorszych, bardziej łamiących błękitna serca okolicznościach. I odpadnięcie z Pucharu Anglii nas nie zatrzyma. Piłkarze również o tym wiedzą. Ci, którzy używają mediów społecznościowych już zdążyło wyrazić swój podziw dla atmosfery meczu. Najlepiej rzecz określił Kun(Tevez, ucz się!):

I want to thank the fans of @MCFC who inspired us today. If we stand together, both fans and players, we can achieve important feats.

Despite losing, I believe we leave the field strengthened. We almost equalised against all odds. With this attitude, anything is possible.

Z drugiej strony, kibice United mają prawo wściekać się na swoich piłkarzy za postawę w drugiej połowie. Niewiele zabrakło, aby zmarnowali sporą przewagę bramkową, co chyba wciąż jest pokłosiem słabszej formy całego zespołu. Z pewnością też spora część fanów nie widzi sensu w sprowadzeniu Scholesa z powrotem na Old Trafford, mimo oczywistej sympatii do rudzielca. Czy Ferguson jest już tak zdesperowany brakami w środku pomocy, że sięga po faceta z emerytury(tak, wiem, że Paul też chciał wrócić na boisko)? Tylko patrzeć, jak po kolejnym babolu Lindegaarda czy De Gei wykona *kolejny* telefon do van der Sara(a może do Schmeichela?!). Na szczęście nie mój to cyrk :)

Daleko mi do załamania. Owszem, w najbliższych tygodniach będzie brakować Kompany'ego(apelacja moim zdaniem nie przejdzie), ale wróci Barry, na środku obrony Mancini może postawi na Savicia, może na Richardsa, to kwestia jeszcze do rozstrzygnięcia. Czekamy na wyniki Wybrzeża Kości Słoniowej i powrót braci Toure, oraz na ruchy transferowe z klubu. Cele na najbliższe tygodnie: awans do finału Carling Cup i utrzymanie prowadzenia w lidze. Jeśli determinacja w zespole Manciniego się utrzyma, nie wątpię iż jesteśmy w stanie to osiągnąć. CTID

niedziela, 04 grudnia 2011

Etihad Stadium wciąż niezdobyte - Norwich City wpisało się w trend głęboko ustawianej defensywy i nie zaoferowało większego oporu przed The Citizens, którzy cierpliwie i bez pośpiechu, część po części rozkładali zaparkowany żółty autobus na czynniki pierwsze.

NCFC5:1, z czego cztery bramki padły w drugiej połowie, co łącznie daje kosmiczną liczbę 35 ligowych goli zdobytych po przerwie. W chwili pisania tych słów - to więcej niż jakakolwiek z drużyn Premiership zdobyła w ogóle. Jedynym sensownym zarzutem pod adresem City jest to, iż nie potrafią utrzymać czystego konta. Zwłaszcza w takim spotkaniu, gdzie rywal ma tak niewiele do powiedzenia, zero z tyłu powinno być obowiązkowe i ani trochę mnie nie dziwi, iż Mancini jest z wyników obrony niezadowolony. Ostatni raz bez straconego gola w lidze The Citizens zagrali pierwszego października na Ewood Park(0:4), po tym do chwilo obecnej, udało się to zaledwie dwa razy, z Villarreal i Arsenalem na wyjazdach, a łącznie Hart i Pantilimon nie wyciągali piłki z siatki w siedmiu meczach(na 22 rozegranych!). Zastanawiam się, czy w związku z dość krótką(a przynajmniej jakościowo wyraźnie słabszą) ławką Roberto nie będzie szukał jakiegoś doświadczonego zawodnika, aby wspomóc Kompany'ego i Lescotta.

Mario znów szaleje
Clive Brunskill/Getty Images Europe

Wczoraj niespodziewanie do składu wrócił Kolo Toure, co z miejsca wzbudziło sporo obaw. Powracający po dyskwalifikacji Kolo miał wprawdzie bardzo dobre momenty na Emirates, jednak mimo tego nigdy już nie zostanę fanem jego poczynań w defensywie. Kiedyś określiłem go mianem pechowego obrońcy i praktycznie przy każdej okazji to się potwierdza. Choćby z Norwich - gdy zderzył się z Kompany'm i praktycznie podarował Morrisonowi sam na sam z Hartem. Czyżby w zimie miały się rozstrzygnąć losy starszego z braci Toure? Jeśli PSG wyrazi zainteresowanie, to na miejscu Manciniego mocno bym się zastanowił, czy nie warto zarobić nieco na katarskich szejkach i zainwestować w kogoś nowego, bądź... odkurzyć starego, dobrego Neduma. Tak, to mrzonki, Roberto nigdy nie cenił Onouhy i jeśli zobaczymy jeszcze w koszulce City, to co najwyżej w Pucharze Anglii w konfrontacji z niżej notowanym rywalem. A szkoda - trzeba pamiętać, iż w składzie są jeszcze tylko Kompany, Lescott i nieopierzony Savić i w razie kontuzji(piłkarskie bogi chrońcie naszego kapitana!!) może się zagotować pod bramką Joe Harta częściej niż zwykle.

Frimpong i Nasri CC
Michael Regan/Getty Images Europe

Z ofensywnych spostrzeżeń: Samir Nasri pierwszy raz pokazał umiejętności zbliżone do poziomu Davida Silvy. Nie chodzi tu jednak o proste kopiowanie Hiszpana, ale o ogólną ocenę za występ. Samir był wreszcie widoczny i coś mi podpowiada, że to szkoła, którą dali mu kibice Arsenalu wespół z Frimpongiem we wtorek, dała pozytywne efekty. Różnica jest zauważalna - rywal prezentował podobny styl do Newcastle sprzed dwóch tygodni, kiedy to Francuz był kompletnie poza grą, a wczoraj wyglądało to znacznie lepiej. 

Samir looked very bright, the goalkeeper will probably not be happy with it but it was a great ball in and we got runner across the face of goal.

When Samir plays with that zest and looks as though he wants to hurt teams he is a real force to be reckoned with. We have not been disappointed with him this season at all.

David Platt

Znów pochwalić należy cierpliwość całego zespołu. Z meczu na mecz niepewność co do wyniku spotkań tego typu maleje. Niech miarą owej cierpliwości będzie prosta statystyka - 750 wykonanych podań, z czego 652 znalazło adresata. Sam Yaya Toure wykonał 124 próby, jak podał OptaJoe to pierwsze takie osiągnięcie na boiskach Premier League od 2008 roku! I co jeszcze trzeba zauważyć - głód goli. Niewyobrażalny głód goli. W zeszłym sezonie cierpiałem, gdy w okolicach 3:0 zespół(na życzenie Roberto?) przestał się starać o podwyższenie wyniku. Teraz mamy do czynienia z polowaniem na rywala i golami pokroju Mario, z ramienia, nonszalancko, z przekonaniem, że się należy. A przeciwnik to tylko tło. To się musi podobać, zwłaszcza, że nie będzie trwało wiecznie.

Zresztą, taki oddech Błękitnym bardzo się przyda - za chwilę na Etihad przyjedzie Bayern i stoczymy batalię o przyszłość w LM, zaraz po tym wyjazd na Stamford Bridge, a 18 grudnia postaramy się zgotować piekło powracającemu do formy Arsenalowi.

A tak na marginesie - można polubić mojego bloga na Facebooku, do czego mocno zachęcam, nic tak nie nakręca do pisania jak rzesza fanów. Likebox znajdziecie w bocznej szpalcie oraz poniżej:

sobota, 26 listopada 2011

W zeszłym tygodniu Manchester City opublikował raport finansowy za sezon 2010/2011, ściślej mówiąc: wynik od 31 maja 2010 do analogicznego dnia 2011 roku. Aby więc rozwiać wszelkie niedomówienia i wątpliwości - chodzi o pierwszy samodzielny sezon Roberto Manciniego na Eastlands. Straty klubu w tym okresie wzrosły do 197 mln £ i przekroczyły obroty klubu(153 mln £) oraz rekordową do tej pory stratę w angielskim futbolu, wynoszącą 141 milionów funtów, zanotowaną przez Chelsea za 2005 rok.

Na początek kilka faktów. Głównym źródłem strat są transfery Manciniego(oraz prawdopodobnie przesadna rozrzutność w negocjacjach) - Toure, Silva, Milner, Kolarow, Boateng, Dżeko, Balotelli(łączna kwota ~156 mln plus spory wzrost budżetu płacowego), oraz kłopoty ze sprzedaniem zawodników, których Włoch w składzie nie widział - Adebayor(pół roku), Bridge, Bellamy(klub dopłacał do jego tygodniówki w Cardiff), Jo(dobrze wiemy, że występował z konieczności) i Santa Cruz. Co do dochodów - we wszystkich obszarach klub zanotował znaczące wzrosty w porównaniu z rokiem ubiegłym, i tak: dni meczowe(bilety o 8,2%, 'reszta' o 6,1%), prawa telewizyjne(o 27,4%), umowy sponsorskie(o 49,7%). W bilansie nie zawarto nowej umowy z Etihad i, co zrozumiałe, transferów letnich. Tyle w kwestiach formalnych.

Wtorkowa porażka z Napoli i związane z nią małe szanse na awans z grupy Ligi Mistrzów z pewnością pogłębiły obawy zarządzających City co do finansowej przyszłości klubu. Sprawa wygląda jasno: The Citizens, aby spełnić wymagania Finansowego Fair Play, muszą obniżyć straty do poziomu około 39 mln £ do lata 2013 roku(sumując obecny i następny sezon), co wymaga znaczącego wzrostu przychodów klubu.

Naturalnie awans do fazy pucharowej Champions League w tym, jak i w następnym sezonie, jest jedną z konieczności, obok wysokich lokat końcowych w lidze(najlepiej dwa mistrzostwa:)), by zadowolić UEFA. Do tego dochodzi domniemana rozbudowa stadionu, sponsoring Etihad, oraz szykowana renegocjacja umowy z Umbro, Daily Mail doniósł, jakoby klub miał rocznie dostawać nie sześć milionów, jak do tej pory, ale o dwadzieścia więcej. I jeszcze jedno, odpowiedzialni za przeprowadzanie transferów z klubu muszą podwoić wysiłki, aby pozbyć się niechcianych piłkarzy(Ade, Bridge, Onoucha, Tevez) za rozsądne kwoty. Jednakże wyliczenia przeprowadzone przez Sporting Intelligence nie są zbyt optymistyczne i istnieje spore prawdopobieństwo, iż City do 2013 roku nie spełnią wymogów FFP i … no właśnie, co wtedy? UEFA wyrzuci nas z europejskich rozgrywek pomimo tego, iż będziemy zmierzać do zrównoważenia budżetu? Uważają nas za zło w piłce, a sami wydali przepis, który umacnia najlepsze kluby w Europie, jednocześnie grożą tym słabszym: grube inwestycje w futbol mogą skończyć się sankcjami. Jako zwolennik wolnego rynku, nie jestem do tego specjalnie przekonany.

Sama idea FFP po prostu wzbudza we mnie wątpliwości. W teorii chodzi o taką regulację piłkarskiego rynku, aby zapobiec galopującym kwotom transferowym i tygodniówkom piłkarzy, jest więc wymierzona głównie w City, pośrednio w Chelsea, Malagę oraz PSG(ciekawe co z klubami ze wschodu Europy...), czyli kluby, które dzięki bogatym właścicielom mogą wydać zdecydowanie więcej niż ich 'zwyczajni' rywale. UEFA uważa, że City destabilizują rynek, a mi się wydaje, iż tworzą pewną odrębność, finansową enklawę, z której dobrodziejstw korzystają wszyscy. Miasto - zarabia na umowie z Etihad i zyskuje dzięki programowi City in Community, kibice Błękitnych zaś nie muszą się martwić o ceny biletów. Kluby z Anglii - pieniądze z transferów nie lądują przecież do kieszeni właścicieli, prawda?

Liga dostaje zaś nowego kandydata do mistrza, wprowadzającego sporo interesującego zamieszania w rozgrywkach - od czasu Mubaraka i Mansoura rozbito w pył dominująca Big Four, do grupy walczących dołączył Tottenham(tzn. ich udział w LM najpewniej nie będzie jednorazową przygodą w stylu Evertonu), który z United, Chelsea, City, Arsenalem i Liverpoolem(mimo wszystko) stanowi większą grupę zespołów zainteresowanych szczytem tabeli. Zmiany, zmiany, zmiany, których tak wielu się boi - bez petrodolarów liga wciąż byłaby poletkiem Big4, konsumującej Ligę Mistrzów co roku. I nie, nie uważam aby były możliwe trwałe zmiany w Premiership bez szalonych pieniędzy. Żaden klub poniżej 5-6 lokaty nie wskoczyłby na dłużej do pierwszej czwórki w sytuacji sprzed 2008 roku.

Jeszcze w kwestii kwot transferowych i tygodniówek - napisałem wyżej, iż kazus City jest pewną odrębnością. I dodam jeszcze, że testem dla piłkarzy. Niektórym odbieranie pokaźnej wypłaty pasuje, mimo iż nie grają, a inne kluby nie są zainteresowane spełnianiem życzeń rezerwowych City. To problem tych piłkarzy, a nie rynku, który ich po prostu połyka i będzie trawił, aż zmienią swoje oczekiwania. Klub na tym nie traci, nie generuje długu(nie pożycza też od właściciela! To bardzo ważne w tym wypadku). Z transferami jest nieco inaczej - tu nie zawsze byłem zadowolony z przebiegu negocjacji i ostatecznych sum transferowych, ale znów - klub nie generuje długu, kontrahent jest bardziej niż zadowolony. A rynek? Nie dostosuje się. To Manchester City dostosuje się do niego, bo nikt nie chce przepłacać bez potrzeby. Do zwycięstwa w FA Cup i awansie do Ligi Mistrzów taka konieczność istniała. Płacisz więcej, bo nie jesteś United, Interem, Realem czy Bayernem Monachium. To najprostszy podatek od 'reputacji', a City jeszcze przyszło płacić cookowe, taki drobny podatek od szaleństwa i rozmachu ;-)

Wszystkich narzekających na niszczenie futbolu i inne tego typu kwiatki, uspokajam. Idzie ku dobremu. Cieszcie się grą, bo to ostatecznie piłkarskie zawody rozstrzygną kto lepszy, a nie cyferki w księgach. Jakkolwiek - zapraszam do dyskusji :)

poniedziałek, 07 listopada 2011

Osiem spotkań. Osiem zwycięstw, trzydzieści strzelonych goli, osiem straconych. Pięć punktów przewagi w lidze nad drugim miejscem i najlepszy start w historii Premiership(tj. po 10 kolejkach). Siedem punktów w grupie Ligi Mistrzów i realna szansa na przebicie się do fazy pucharowej. Awans do ćwierćfinału Carling Cup. Na Eastlands robi się niesamowicie z tygodnia na tydzień. Spójrzcie chociażby na październik. Perfekcyjny październik. Manchesterowi City wychodzi absolutnie wszystko. Zwycięska bramka w ostatniej minucie i uratowanie Champions League? Ależ proszę. Pokonanie zaparkowanych autobusów? Upokorzenie United na Old Trafford w przeddzień 25. rocznicy panowania Fergusona? Żaden problem.

Postęp, jaki uczyniła drużyna Manciniego, zarówno na boisku, jak i poza nim, naprawdę imponuje. I zamyka usta każdemu, kto życzył projektowi City upadku. Niesforny Balotelli? Strzela gole jak na zawołanie, bez różnicy czy rywal klasowy, czy prowincjonalny. Adam Johnson skonfliktowany z Roberto? Nie dość, że jego skuteczność z gry wzrasta na przekór niektórym decyzjom Włocha, to na dodatek skrzydłowy City przedłużył w niedzielę kontrakt, co z pewnością jest dowodem na jego chęć odejścia z Etihad Stadium :) The Citizens nadmiernie polegają na Tevezie? No, tu akurat sam zainteresowany rozwiązał sytuację na korzyść klubu. Uwalniając drużynę od swojego dominującego charakteru wyświadczył jej największą przysługę. Zamiast jednego strzelca ciągnącego Błękitnych mamy trzech skutecznych snajperów wspieranych przez lepszą z roku na rok pomoc, w której wiadomo ? prym wiedzie magik David Silva, ale bez Milnera, Johnsona, Yayi Toure czy Nasriego i ich wysokiej dyspozycji nie byłoby aż tylu powodów do radości. Wszak praktycznie każdy z piłkarzy Manciniego trafił z formą - oceny za ostatnie spotkania zaczynają się od dobrych wzwyż, oczywiście poza niesklasyfikowanym Tevezem. Nieprzypadkowo fantastyczna seria trwa od porażki z Bayernem i wybrykiem Carlito. To wydarzenie zjednoczyło drużynę i ukierunkowało ją na wspólny sukces.

Każda passa kiedyś się jednak skończy. Zastanawiając się nad tym obstawiłem dwa mecze, które potencjalnie mogą się skończyć dla City pierwszą porażką w lidze i wiele się nie pomyliłem. To znaczy wydawało mi się, iż wizyta na Loftus Road nie będzie spacerkiem(mając również na uwadze powrót z Hiszpanii) i rzeczywiście tak było. Szczegółowe statystyki sobotniego starcia wskazują, iż rywal Błękitnych w istocie był jednym z najtrudniejszych od początku kampanii. Przyznali to piłkarze, wynik zresztą do ostatniej minuty był sprawą otwartą, stąd zwycięstwo w Londynie cieszy podwójnie - test na prawo do wygrywania mimo gorszej dyspozycji został zaliczony. Ciąg dalszy nastąpi zaraz po przerwie reprezentacyjnej, gdyż na Eithad przyjedzie drugi niepokonany zespół Premiership - rewelacyjne Newcastle United. Sprawdzian to będzie nie lada i trochę wbrew ostatnim rezultatom pomiędzy obiema ekipami podopieczni Alana Pardew mają sporą szansę na sprawienie niespodzianki. Całe szczęście - nie zniósłbym nudnej dominacji City rodem z Katalonii czy Kastylii. Liga angielska, chwała jej za to, jest za silna na takie rozwiązanie.

SWP i Silva

Paul Gilham/Getty Images Europ?e

Jeszcze rzut oka na taktykę stosowną przez Manciniego w obecnym sezonie. Otóż samo założenie właściwie się nie zmieniło - po odejściu od 4-4-2(jako ustawieniu z dwoma skrzydłowymi, tj. Bellamy'm i AJ/SWP) z kampanii 09/10 Roberto usystematyzował na Eastlands swoje 4-2-3-1(z kilkoma wariantami, o czym niżej). W porównaniu z formacją pohughesowską Mancini większy nacisk kładzie na pracę w ofensywie bocznych obrońców - to w zeszłym sezonie kompletnie nie działało, przez co brakowało The Citizens szerokości i zagrożenie po ewentualnych dośrodkowaniach było znikome(w lidze gole głową strzelał Lescott i to tylko po stałych fragmentach gry).

Teraz współpraca w bocznych sektorach układa się znacznie lepiej, defensorzy częściej się podłączają i są tego efekty(również negatywne - patrz mecz z Bayernem i kilometry kwadratowe przestrzeli zwalnianej przez Richardsa). Mancini kontynuował i rozwinął zadania atakujących - trudno komukolwiek przypisać konkretną pozycję, co uzmysławia chociażby poruszanie się Edina Dżeko, który nie jest przyspawanym do pola karnego środkowym napastnikiem, zwłaszcza można to było dostrzec w minioną sobotę, albo w kolejce inaugurującej sezon. To samo tyczy się Balotellego, Silvy(to akurat banał, ale wart wzmiankowania) czy Milnera - Anglik szczególnie wydaje się być (skutecznym!) zawodnikiem do zadań specjalnych, nie ma problemu z grą na obu skrzydłach bądź też jako inna wersja Toure, pomocnika atakującego z głębi pola.

Podobna wielofunkcyjność reprezentanta WKS także pozwala na większe pole manewru taktycznego - Yaya może grać defensywnego pomocnika(Tottenham na WHU), albo jako podwieszony za napastnika(to tak zwana pozycja, jak to czasami nazywam, półfinałowa i finałowa FA Cup), gdzie potrafi być bardzo skuteczny. Mancini od początku tworzył zespół facetów gotowych występować na kilku pozycjach, nieraz w czasie 90 minut.

Poprawiła się także sama jakość ataku. W zeszłym sezonie wielokrotnie brakowało piłkarzom City zdecydowania(zwykle chodziło o liczbę ciał zaangażowanych w atak, ale nie zawsze) oraz sensownego ruchu bez piłki podczas konstruowania ataku pozycyjnego. Ostrożnie założę, iż Włochowi chodził o zbudowanie zespołu od tyłu. Kiedy ta faza się powiodła(Złote Rękawice dla Harta i rekord czystych kont), nadszedł moment na ofensywę. A konkretniej, choć w uproszczeniu - dać Silvie piłkę, nakazać reszcie biegać jak najwięcej, zmieniać pozycje, poza tym nękać rywala na jego połowie i zepchnąć go do głębokiej defensywy. Plan zdawałoby się prosty, ale wcześniej nie udawało się go realizować w stu procentach i nie zawsze była to wina samych wykonawców. Zespół musiał po prostu dojrzeć, zarówno piłkarsko, jak i psychologicznie. Elementarna prawda piłki nożnej - w wypadku ekip o sporych umiejętnościach indywidualnych potrzeba czasu i cierpliwości, aby zrobić z nich zespół. Manciniemu póki co się to udaje, dzięki czemu przeżywamy niesamowity, zachwycający miesiąc. A poznając perfekcjonizm włoskiego menadżera, to jeszcze nie koniec niezapomnianych chwil dla wszystkich kibiców Manchesteru City.

wtorek, 25 października 2011

Six one

Niezapomniane popołudnie.

Jeśli wśród kibiców The Citizens są jeszcze przeciwnicy Manciniego oraz szejków na Eastlands i nie przekonała ich fantastyczna kampania Pucharu Anglii 2010/2011, to upokorzenie największego rywala na jego własnym stadionie i "czysta" pozycja lidera Premier League musi to uczynić. Na zwycięstwo na Old Trafford czekaliśmy cztery lata(co zabawne, ostatni trener który tego dokonał, Sven-Goran Eriksson, stracił pracę w Leicester dzień po derbach Manchesteru), a sam Teatr Marzeń ugiął się wreszcie po piłkarskim oblężenie trwającym aż dziewiętnaście miesięcy. Manchester na kilkadziesiąt tygodni znów będzie Błękitny. Przełamaliśmy Fergusonową mentalności zwycięzców, która była najlepszą obroną przed wszelkimi żenującymi rozstrzygnięciami. Pamiętacie? Ileż to razy wygrywali na przekór własnej postawie? Albo pozbawiali Błękitnych nadziei, strzelając zwycięskiego gola w ostatniej minucie(półfinał Carling Cup, oba mecze ligowe z tamtego sezonu, Tarcza Wspólnoty)? Ale teraz dość tego. Przełamaliśmy ich. Już nie będzie się mówiło o Manchesterze i mistrzostwie tylko w kontekście United. 

Jest pięknie. Nie mogę napatrzeć się na powtórki bramek i tabelę Premiership.

Co w tym wszystkim najcudowniejsze? Że to dopiero początek. Zbezczeszczenie świątyni rywala to jedno; nadszedł moment, aby z całą mocą zrzucić go z tronu Mistrza Anglii. Potęga, jaką widzieliśmy w niedzielę, nie może mieć innego celu. I mam tu na myśli zarówno komfortową, solidną obronę, mimo sporej przewagi w posiadaniu piłki United(pierwsze 20 minut, aczkolwiek bez realnej szansy, no może poza kiksem Evansa), i atak - po prostu zabójczy. A także trenera. Mancini wykonał swoją robotę doskonale, zmieniając Dżeko, Nasriego i Adama Johnsona za Balotellego, Milnera i Aguero, jak również wracając do 'ligowych' bocznych obrońców, Richardsa(świetny mecz w "obie strony") i Clichy'ego(dobra współpraca z Silvą i Lescottem uspokoiła Naniego na dobre).

silva i milner

Aż chce się zapytać: Carlos who? Transformacja City z ekipy zależnej od formy i kaprysów Carlito w naoliwioną maszynerię do strzelania goli szokuje od startu sezonu. Każdy z napastników zdobywa bramki na zawołanie. Jeśli nie Aguero, to Dżeko. Jeśli nie Bośniak, to Super Mario. A gdyby i każdemu z nich celowniki się zwichrowały, to jest chociażby James Milner albo Adam Johnson. Wszyscy piłkarze City są niesamowicie zaangażowani w poczynania zespołu i to napawa mnie ogromną dumą(głód goli w końcówce derbów tym bardziej ujmujący). Jeśli teoretyczni rezerwowi dostają szansę, to ją wykorzystują. Najlepszym tego przykładami są Balotelli i AJ. Włoch został pominięty podczas pierwszych kolejek, a teraz nie może przestać strzelać goli. Młody Anglik zaś nieustannie temperowany przez Manciniego ciągle pokazuje, że można mu ufać(mecze z Blackburn i Villą). A największym beneficjentem 'nowego' City, które określiłbym najogólniej jako zespół budowany wokół geniuszu Silvy, jest James Milner.

Jestem nim zachwycony. Jeszcze kilka miesięcy temu kręcił głową, gdy Roberto ściągał go z murawy Anfield, a dziś, kiedy wreszcie odnalazł hiszpańskiego magika, który wykorzysta jego niebywałą chęć do gry, staje się bardzo istotnym elementem drużyny. Dwie asysty na OT(Zonal Marking o jego roli w tym spotkaniu), spory udział w zwycięstwie z Villarrealem, gole z Evertonem i Aston Villą mówią same za siebie. Naprawdę oczekiwałem, iż po uratowaniu Ligi Mistrzów James zagra wespół z Mario w pierwszym składzie i Mancini mnie nie zawiódł. There is only one James Milner jak najbardziej zasłużone. Był cierpliwy w trakcie zeszłego sezonu, nie marudził zbytnio, przepracował okres aklimatyzacyjny jak należy i to się opłaciło.

A co do Mario... uwielbiam faceta. Pokręcony charakter, niedający o sobie zapomnieć. Na boisku jednak co raz lepszy. Dlaczego zawsze on? Bo wszyscy go lekceważą i mam nadzieję, że dalej tak będą robić. Bo wczoraj jeździł po Manchesterze z głośno włączoną muzyką i przybijał z kibicami City 'piątki'(czy też 'szóstki' w pewnym sensie:)) i odpalił... kampanię na rzecz bezpiecznego korzystania z fajerwerków. Jest na ustach wszystkich. Po Man of the Match finału FA Cup i niedzielnym występie żadne boisko nie będzie mu straszne. Za to Wy, kibice Premier League, bójcie się ;-)

Zachwycać się nad wspomnianym kilkukrotnie Davidem Silvą nie mam zamiaru, zwyczajnie brak mi odpowiednich zasobów w słownictwie. Jest wszędzie. Rozdziela piłki z zamkniętymi oczami, czysta maestria - precyzja podania do Dżeko w 93 minucie powala. Wystarczyło Edinowi biec, a futbolówka sama mu wskoczyła pod nogi. Każdy atak rozprowadzany przez Hiszpana był naprawdę groźny. Albo wejście między czterech obrońców United - czemu nie, wcale nie jest się na straconej pozycji. No i praca w defensywie. Kompletny piłkarz - z jego postawą na murawie i poza nią nie potrafię martwić się o przyszłość Manchesteru City.

Żeby nie było, że tylko ochy i achy - jak po każdym zwycięstwie refleksja musi objąć nieco szerszą perspektywę. A ta wygląda następująco:

1. Nikt nie wygrał mistrzostwa po dziewięciu kolejkach, długa droga przed City,
2. United to wciąż bardzo dobry zespół i groźny kandydat do tytułu. Z pewnością się podniosą, 3. Chelsea również nie próżnuje(to nie jest liga dwóch Manchesterów!) ,
4. Pogrom to w sporym procencie zasługa Evansa - kiks i faul na Balotellim zrobiły swoje, pośrednio gol Fletchera i późna nadzieja także otworzyły drogę do bramki De Gei,
5. Nieco martwi słabsza postawa Nasriego w ostatnim czasie,
6. Derby powinny odbywać się w sobotę. Kac-morderca to niezbyt pożądany towarzysz pracy :) 

Jedno jest jednak pewne. Po czasie pogardy nadeszły dni srogiej zemsty. Dla fanów City zapowiadają się niezwykłe miesiące. Dla angielskiej piłki również, gdyż wydaje się, iż właśnie narodziła się prawdziwa potęga. Jeszcze nie obwieszona medalami, ale z wielkim apetytem i świadomością, iż same pieniądze na murawie nie wygrają. 

środa, 28 września 2011

Manchester City zasłużenie przegrał z Bayernem Monachium 0:2. I naprawdę, naprawdę chciałbym skupić się wyłącznie na taktycznym planie Manciniego, błędach obrony i klasie Bayernu Monachium, ale jak już pewnie wiecie, o takim wpisie mogę sobie pomarzyć. Wszystko przez Carlosa Teveza i jego odmowę wyjścia na boisko w drugiej połowie, a także pomeczowe komentarze Roberto Manciniego.

FC BayernNa upartego zacznę jednak od spotkania, bo co by nie mówić, pierwsza połowa, szczególnie dwa kwadranse, dowiodły iż Roberto Mancini potrafi zagrać na przekór sobie i ustawić zespół ofensywnie przeciwko rywalowi pod wieloma względami lepszemu. Odwaga w futbolu to rzecz chwalebna, niestety granica pomiędzy nią a niepotrzebnym ryzykiem jest bardzo cienka. Roberto ją przekroczył. Jasne, uwielbiam kiedy Richards i Clichy są bardzo aktywni z przodu(zwłaszcza Anglik miał kilka fajnych wejść), ale ich rajdy zostawiały zbyt dużo miejsca piłkarzom FC Hollywood. Rozumiem założenie: strzelić gola jak najszybciej i przejąć kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Wiele nie brakowało - dwie sytuacja z rzutami karnymi(ten pierwszy bliższy odgwizdaniu imo), sporo dobrych piłek i jeśli nie przewaga, to chociaż wyrównana walka, oczywiście do czasu. Pierwsza bramka pozbawiła mnie wszelkich złudzeń - za słaba defensywa(czy naprawdę musiał grać Kolo Toure?), pozbawiona asekuracji musiała paść. A z nią cały zespół, gdyż w drugiej połowie Bayern grał na luzie, a Błękitni piłkarze miotali się bezradnie w pogoni za piłką.

Mancini - po fakcie zawsze fajnie się mówi - mógł zaryzykować zdrowie Nigela de Jonga i wrócić do nieco defensywniejszego wariantu ustawienia 4-2-3-1, to znaczy tego zastosowanego chociażby w finale Pucharu Anglii, gdzie Yaya był podwieszony za napastnika, obok niego Silva i Nasri(wtedy to był Balotelli), za nimi Barry i de Jong z rzadszymi wypadami bocznych defensorów. Owszem, widowisko wiele by straciło, ale być może udało by się wywieść jeden punkty, tak jak uczyniło to Napoli na Etihad. Zdaje się, że nikt by wówczas nie narzekał.

Na drugą połowę chciałem widzieć dwie zmiany - uszczelnienie środka pola, czyli wprowadzenie de Jonga, oraz zmianą Tevez-Aguero. Holder wszedł dość szybko. Niezadowolenie Dżeko przypominało nieco sytuację z Milnerem w trakcie spotkania z Liverpoolem na Anfield, to znaczy nie wyjdzie z tego nic grubszego, Mancini wyjaśni sobie sprawę z Edinem(niepotrzebnie jednak skrytykował go w mediach) i na tym sprawa się zakończy. A co do Teveza...

Wczoraj stracił ostatni z argumentów na rzecz swojej obecności na Eastlands. Do tej pory każde jego kretyńskie wystąpienia, prośby o transfer i inne mącenie wybaczaliśmy mega profesjonalną postawą na boisku. Nie musiał kochać Manciniego, aby strzelić 24 gole w zeszłym sezonie. Nie potrzebował poparcia kolegów z zespołu, aby grać na 200%. A wczoraj - zidiociał. Tak po prostu. 

Miał szansę wejść na boisko i pokazać menadżerowi, że cholera, wciąż potrafi grać w piłkę. Zespołowi nie szło wybitnie, potrzebował jakiejś iskry, nadziei na lepszy rezultat. A tak zawiódł wszystkich. Był kapitanem, dowódcą ataku wartym swojej pensji. A odmawiając wejścia na boisko zrobił z siebie nieprofesjonalnego durnia. "Małe nieporozumienie"? Chciałbyś. Klub własnie zawiesił Argentyńczyka na dwa tygodnie, aby sprawę wyjaśnić.

Co dalej? Pierwszą reakcją było naturalne: pozwać chama, wykopać z City jeszcze przed powrotem do Monachium, niech siedzi sobie na tej ławce. Ale klub musi myśleć racjonalnie - ewentualne pozwanie Teveza czy próby zerwania kontraktu(CT w pewnym sensie sam to zrobił) choć kuszące, nie mają większego sensu. Przecież na tym piłkarzowi zależy - uwolnić się od Eastlands i wrócić do Argentyny, o czym nie może być mowy. Grunt to podjąć słuszną decyzję - odesłać Apacza do rezerw/kazać trenować samemu i sprzedać w styczniu, choćby cena miała spaść do 20 mln funtów. Oby tylko znalazł się kupiec - może pan Kerimow, właściciel Anżi, zechciałby rebelianta w Dagestanie? Ani, to przecież za daleko rodziny, gdzie tam życie, gdzie restauracje...

Nie ma odwrotu - Mancini został obrażony, tak jak i Manchester City wraz z jego fanami. Dopuszczam myśl, iż Włoski menadżer mógł zachować incydent dla siebie i wyjaśnić go w zaciszu z Mubarakiem, ale... czy nie dość już? Tevez przegiął pałę, mówiąc bardzo brutalnie. Dopuścił się najgorszego z przewinień - odmówił gry klubowi, który płaci mu(a chrzanić to - pensja, choć horrendalna, nie jest w pewnym sensie aż tak istotna) solidne pieniądze, takie, których przeciętny kibic nie zobaczy przez całe swoje życie. I my, biedne szaraki, zasuwamy bez prawa pretensji, że nie czujemy się okej, by pracować.

Tevez nigdy więcej nie będzie bohaterem Manchesteru. Znienawidzony przez obie strony, niech szuka szczęście gdziekolwiek ktoś go jeszcze będzie chciał. Z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków.

wtorek, 19 lipca 2011

Z wielką radością i ulgą przyjąłem wieści o nowej roli Patricka Vieiry w Manchesterze City. Jeszcze tygodnie temu istniała realna obawa, iż Francuz wybierze grę za oceanem, albo zatrudni go Arsene Wenger, nie było zaś jasnych sygnałów, iż klub(Mancini?) chce Francuza u siebie zatrzymać i dalej korzystać z jego usług. Na szczęście podjęto decyzję najlepszą z możliwych i tak Mistrz Świata i Europy, wielokrotny Mistrz Anglii, legenda Arsenalu zakończył swoją przygodę na boisku na Eastlands i to w glorii chwały – wszak  w maju Pat cieszył się z awansu zespołu do Ligi Mistrzów oraz ze zwycięstwa w Pucharze Anglii.

Gra Vieiry w City, relatywnie krótka, prawdopodobnie nie odcisnęła tak wielkiego piętna na zespole jak sama jego osobowość poza murawą. W końcu po to Mancini sięgnął po Vieirę już na początku stycznia 2010 roku, czyniąc go pierwszym swoim autorskim wzmocnieniem City. Jednak do końca sezonu nie byłem zadowolony z tego transferu – Vieira na boisku był ociężały, łatwy do ominięcia, a do tego zaczął z miesięczną obsuwą w skutek kontuzji i zawieszenia po głupim faulu. Źle to wyglądało. Dobrym podsumowaniem formy Pata był mecz z Wigan(3:0), gdy miał kłopoty z kilkumetrowymi podaniami. Malująca się wówczas na twarzy Francuza frustracja mówiła jasno, że kariery piłkarskiej w ten sposób dalej uciągnąć się nie da. Ale Mancini był uparty i umowę na kolejny rok przedłużył. I trzeba powiedzieć, że była to jedna z mądrzejszych decyzji, jakie Włochowi zdarzyło się na Eastlands podjąć.

Nie mogłem jednak wtedy dostrzec w tym sensu – Vieira pobierał sporo pieniędzy, co w porównaniu z jakością na boisku nie było specjalnie uzasadnione. Najważniejsze jednak działo się poza dniem meczowym i kamerami – podczas treningów, kiedy to Patrick zajął się Richardsem, którego kariera po sezonie 09/10 była na ostrym zakręcie. Nieśmiało mówiło się wówczas o prawdopodobnym wytransferowaniu Micah z City, co nie wywołało jakiegoś szczególnie wielkiego oburzenia, gdyż swoimi występami nikogo nie oczarował. Młodemu obrońcy, zdaniem Roberto, przede wszystkim miało brakować koncentracji, nie talentu i obiecał to zmienić, także poprzez zbawienny wpływ bardziej doświadczonego Pata. Wspólna praca zaowocowała – wielokrotnie piałem z zachwytu nad nowym Richardsem, może jeszcze niedopasowanym tak perfekcyjnie do nowej taktyki Manciniego, ale walczącym, zaangażowanym i znów pukającym do drzwi reprezentacji. Coś drgnęło i dziś nie wyobrażamy sobie, aby Richards miał kiedykolwiek przywdziać inny kolor niż błękit.

Odrębnym „podopiecznym” Vieiry był Balotelli. Co zrozumiałe, nie będę tu uskuteczniał tezy, iż Pat okiełznał Super Mario, bo to w tak krótkiej perspektywie i wobec charakteru Włocha wydaje się niemożliwe. Trudno przecież sobie wyobrazić, aby starszy o kilkanaście lat piłkarz uganiał się za młokosem źle parkującym swoje Maserati czy rozdającym pieniądze bezdomnym. Pewnego wpływu odmówić jednak nie można, skoro sam Mario jasno dał do zrozumienia, że Pata się słucha i darzy go estymą(nie, nie użył tego słowa;)), podobnie jak Manciniego. Tak sobie myślę, że ostatni mecz Mario w sezonie, finał FA Cup zakończony tytułem MotM za niezwykle zespołowy występ, coś jednak o efekcie relacji pomiędzy Balotellim a Vieirą mówi. Tajemnicą pozostaje, co konkretnie Francuz młodym przekazuje – mentalność zwycięzcy? Profesjonalne podejście do swoich obowiązków? Nakierowanie na drużynę? A może po prostu odrobinę zdrowego rozsądku w tym zwariowanym piłkarskim świecie ;-) Rozsądek, który zresztą przydał się nie tylko Balotellemu, ale i całej drużynie, choćby w starciu z Tottenhamem na CoMS – wtedy wejścia Francuza uspokoiło grę(widać to w przewadze podań gości, zniwelowanej po zmianie) i pozwoliło przed finałem Pucharu Anglii zapewnić eliminację Ligi Mistrzów. A czy zdobylibyśmy to cholerne trofeum bez goli Viery w nieprzyjemnym powtórzonym spotkaniu z Notts County?

Z powyższych powodów byłem przekonany, iż galopujący status Vieiry przyczyni się do zatrudnienia go bliżej pierwszego zespołu. A tak został Football Development Executive. Funkcja ta ma ścisły związek z programem City in community, jedną z ważniejszych aktywności klubu poza sprawami stricte sportowymi. Pat ma być kimś w rodzaju ambasadora klubu i pomagać przy tworzeniu Etihad Campus, a także będzie współpracował z zespołem rezerw i trenerem Andym Welshem. Mistrz Świata już rozpoczął swoje obowiązki obecnością na pierwszym przedsezonowym spotkaniu EDS. Bardzo podoba mi się próba zrobienia z Vieiry twarzy wielkiego projektu, jakim jest Manchester City. Gdyż fakt, ze ktoś tak niezwykle doświadczony zgodził się odegrać ważną rolę w klubie, to zaszczyt i, powtórzę się, powód wielkiej radości. Nie ma co owijać w bawełnę – dzięki ludziom jego pokroju sukces jest przeznaczeniem The Citizens.

Niniejszym tekstem wracam po dłuższej nieobecności na bloga. Uwierzcie mi, te kilka tygodni bez wysłanej notki było nie do zniesienia. Od teraz powinno być lepiej ;-) 

 

piątek, 10 czerwca 2011

Podsumowałem zawodników, za chwilę spojrzę na dokonania taktyczne Manciniego, wcześniej zaś rzut oka na to, co działo się wokół City: na trybunach, w prasie i nie tylko. Subiektywnie oczywiście.

1. Let's all do the Poznań

Kibicowski hit sezonu na CoMS. Po wyjazdowej ekipie Lecha Poznań mogliśmy się spodziewać na Eastlands dopingu na najwyższym poziomie, który powinien przypomnieć Anglikom, czego na ich stadionach brakuje. Efekt jednak przerósł wszelkie oczekiwania. Choć poznaniacy zostali najpierw wyśmiani, potem doszło do refleksji i Poznan zaczął zdobywać serca kibiców City aż po wielką zbiorową celebrację zwycięstwa w Pucharze Anglii. I kto powiedział, że Liga Europy to nikomu niepotrzebny puchar pocieszenia? Obecnie nie ma meczu Man City, aby komentatorzy nie wspomnieli o Poznaniu.

2. Blue Moon Rising

Zrobić dobry film o piłce to nie byle sztuka, zwłaszcza, jeśli ma się do opisania historię jednego sezonu. Twórcą BMR kreatywnie podeszli do tematu i stworzyli naprawdę interesujący obraz, który spokojnie można polecić nawet tym nie związanym z The Citizens na co dzień. Więcej na temat filmu przeczytacie tutaj, dodam jedynie, iż z racji ograniczonego zasięgu Blue Moon Rising furory zrobić nie mógł, to jednak recenzje zebrał dość pozytywne. 

3. Mario Balotelli

I wszystko jasne ;-) lista niecodzinnych wyskoków Super Mario jest zapewne dłuższa niż liczba zebranych przez niego mandatów. Prasa nie skąpiła miejsca na opisywanie tych wszystkich historii, a ja zamiast Włochowi wyliczać, posłużę się bardzo fajnie podsumowującą pieśnią(klasyk!):

4. Alan Douglas Borges de Carvalho

Kolejny dowód na spore poczucie humoru kibiców City i potrzebę organizowania rozgrywek Ligi Europy. Błękitni chłopcy podejmowali u siebie Salzburg w 5. kolejce fazy grupowej. Na boisku pełen luz i łatwe prowadzenie 1:0, gdy nagle pojawił się ON. Alan Carvalho, młody brazylijski piłkarz wszedł na murawę i publika natychmiast go pokochała. Z trybun rozbrzmiały okrzyki "Alan for England" i inne tego typu hasła skandowane przez dobre pół godziny. Sam nie wiedziałem o co chodzi, ale najpewniej chodziło o przydomek Brazylijczyka, którego nikt nie spodziewał się usłyszeć w Anglii.

Alan Douglas Borges de Carvalho

To mniej więcej tak, jakby Luiz Nazario de Lima miał przydomek Janek albo Staszek ;-)

Zaskoczony piłkarz nie wiedział co się dzieje, ale po meczu podziękował kibicom za to nieoczekiwane zainteresowanie, tym samym zapisał się w pamięci widzów Eastlands na dobre. Ostatnim akcentem Alana były jego życzenia przed finałem FA Cup. Nie, nie składał ich Stoke City ;-)

5. 35 lat i ani dnia dłużej

Praktycznie każdy nagłówek w angielskiej prasie po 14 maja musiał zawrzeć coś o końcu 35-letniego wyczekiwania błękitnej strony Manchesteru na znaczące trofeum. Powtarzaliśmy jak mantrę - zerwać ten diabelski transparent z Old Trafford, rozpocząć zupełnie nowy rozdział w historii błękitnej piłki. Udało się, czego piłkarze wespół z kibicami nie omieszkali pokazać po zwycięskim finale PA. Od tamtego momentu nic nie będzie już takie samo.

00 years and we are still here!

6. Zabman, City's true hero

O Zabalecie w samych superlatywach pisałem w poście podsumowującym, tutaj chciałem napomknać o jego niesamowitej podatności na urazy w końcówce sezonu. Śmiemy twierdzić, iż w kwietniu Zaba wpadł do kociołka z radioaktywną zupą i niespodziewanie stał się superbohaterem gotowym przyjąć na siebie niezliczone ciosy. Bez różnicy, czy brutalnie zaatakował go Rudzielec, czy ktoś inny ciął skórę na głowie(krew się polała dwa razy!) równo - Zabman nigdy się nie złamał, choć nawet menadżer nie wierzył, iż może grać dalej. Zabawnie to wyglądało na Goodison Park, kiedy po kolejnym starciu Pablo wylądował przy linii bocznej, a Mancini nagle zmienił zdanie i zmienił Argentyńczyka zamiast innego zawodnika(nie pamiętam już o kogo chodziło). Zaba po chwili jednak wstał i chciał kontynuować grę, niestety było już za późno ;-) That's the spirit!

7. Tabletki odchudzające

Jedna z najłagodniejszych afer dopingowych, jaką mieliśmy okazję obserwować w ostatnich latach. Kolo jednak postąpił w sposób nadzwyczaj głupi i miał sporo szczęścia - zaledwie sześć miesięcy kary od marca począwszy nie brzmi jak koniec kariery na Eastlands. Ale brać tabletki odchudzające? Serio? Zawodowemu piłkarzowi miałoby coś takiego pomóc? I nie miałzmiaru konsultować dawkowania chemikaliów z lekarzem klubowym? No bez jaj... A zamiast zbijać wagę, mógłby nie dopuszczać do takich sytuacji jak w starciu z Rovers u siebie.

8. He came from Italy, to manage Man City

Na melodię Volare, jakże pasującą do okoliczności(słowa Nel blu dipinto di blu mówią same za siebie), kibice City od wygranego meczu z WBA zaczęli śpiewać o swoim menadżerze. Rzecz niby banalna, ale czy często słyszy się tego rodzaju chants na angielskich boiskach? Wiedzą, co robią - to w mniejszym stopniu przejaw podziwu dla Roberto Manciniego, ale swego rodzaju poparcie dla długofalowej perspektywy jego rządów. Dość zmian na kluczowych stanowiskach. Wyrzucenie Hughesa było nieeleganckie i po części niepotrzebne, Mancini ma za sobą półtora roku i jest na najlepszej drodze, aby zagrzać miejsca na dłużej. Czego bardzo pragnę, nawiasem mówiąc.

9. Trybut dla Neila Younga

Na kilka tygodni przed startem Pucharu Anglii dotarła do nas wiadomość o ciężkiej chorobie Neila Younga, legendarnego napastnika The Citizens w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W 24. minucie spotkania z Leicester wyjazdowa ekipa City oddała hołd piłkarzowi, strzelcowi zwycięskiej bramki w finale Pucharu Anglii z Leicester w 1969 roku. Przybrali wówczas czerwono-czarne barwy, w których później piłkarze wyszli na mecz powtórzony. Young niestety przegrał walkę z rakiem wkrótce po tym, ale pamięć o nim pozostała - Jemu dedykujemy Puchar, po części z Jego powodu czerwień i czerń wracają na stroje Manchesteru City.

10. Rooney w City

Najśmieszniejsza historia sezonu - gdy Wayne 'Shrek' Rooney oszalał i zarzucił swojemu menadżerowi brak ambicji jednocześnie poddając swoją przyszłość w United pod znakiem zapytania, natychmiast wybuchła plotka o zakusach The Citizens. Stan Collymore obwieścił urbi et orbi na Twitterze "deal done", ja napisałem pełną fantazji notkę, ale ostatecznie Roo się wycofał, ale co popłochu zasiał, to jego.

A małą nagrodę za najlepszy artykuł o City powinien dostać pan z NotW za lipcowe masterpiece o sprzedaży 13 zawodników, w tym także Nigela de Jonga. Na szczęście News of The World od jakiegoś czas jest płatne i nie zalinkuję do tego gniota ;-)

Zapomniałem o czymś? Dajcie znać w komentarzach.

piątek, 13 maja 2011

Za około 24 godziny jedenastki Manchesteru City i Stoke City wybiegną na murawę Wembley, aby zmierzyć się w 130. finale Pucharu Anglii. Wydarzenie dla obu klubów niezwyklej wagi - Manchester City zagra swój pierwszy finał dokładnie 30 lat po porażce w powtórzonym meczu z Tottenhamem w ramach FA Cup właśnie; dla Stoke to wielka szansa, aby zdobyć pierwszy Puchar Anglii w historii i zdobyć trofeum po niecałych 40 latach posuchy. Taki skład finału wydaje się niesamowity jeśli pomyśleć, że w 1998 roku obie ekipy podzieliły los spadkowiczów i opuściły szeregi Division One(obecna Champioship). Od dziś bloguję non-stop i zapraszam do współtworzenia tego historycznego ze wszech miar wpisu.

17:00

Droga na Wembley: wszystko zaczęło się w Leicester. Kiedy Noel Gallagher dolosował Manchester City do zespołu z Walkers Stadium klub szybko podjął starania, aby styczniowe spotkanie było swoistym trybutem dla chorego Neila Younga, wielkiej legendy City z lat 60. i 70. W ruch poszły czerwono-czarne szale, kibice oddali cześć byłemu piłkarzowi w 24. minucie, kiedy to "Nelly" strzelił gola Leicester City w ostatnim wygranym finale Pucharu Anglii(1969 rok). I jeszcze zaczęliśmy tatmo spotkanie najgorzej jak tylko się dało - straconym golem już w pierwszej minucie! Sprawę awansu rozstrzygnęliśmy dopiero w powtórce, zasłużenie wygrywając 4:2. W kolejnej rundzie uratował nas debiutancki gol Edina Dżeko, dzięki któremu zremisowaliśmy z Notts County 1:1. Kilka dni później zmarł Neil Young. Dla wielu - w tym i dla mnie - ważne stało się wówczas hasło lets win FA Cup for Nelly.

I zaczęliśmy wygrywać.

Notts wyjechało z CoMS z pięcioma golami w sieci, potem osłabiona Aston Villa nie miała większej ochoty na rywalizację i także poległa(3:0). Więcej do zaoferowania mieli The Royals(do dziś nie mogę się im nadziękować za to, że wyeliminowali Everton;-)), lecz w końcu i ich defensywa padła po strzale z głowy Richardsa. Wtedy było jasne, że w starciu o finał przyjdzie nam podjąć na Wembley United. Pamiętamy jak było: kluczowe pudła Berbatowa, świetny przechwyt Yayi Toure i wreszcie derby dla City! Coż to był za dzień dla Blękitnej strony Manchesteru. Nie do zapomnienia!

17:30

Stoke City potrzebowało tylko raz powtórzonego meczu, aby przejść dalej. I to już na samym starcie rozgrywek, dopiero po dogrywce w Cardiff pokonali lokalnych City. Zaliczyli także lokalne derby z Wilkami(wygrane 1:0), potem stosunkowo łatwo ograli Brighton&Hove Albion 3:0, aby później odgryźć się West Hamowi(2:1) za niedawną porażkę w lidze. Jednak styl w jakim zdemolowali Bolton Wanderers zszokował wszystkich: pięć niezłych goli i totalna dominacja nad rywalem, który przecież zwykle w kaszę tak dmuchać sobie nie pozwala. Forma Garncarzy od tamtego okresu naprawdę robiła spore wrażenie - zremisowali z Chelsea, rozbili Wolves, dotrzymywali kroku Tottenhamowi na WHL, czy ostatnio pokonali przekonująco Arsenal 3:1. I są świadomi, że występ w finale to być może jedna taka szansa na pokolenie i prędko takiego sezonu powtorzyć się nie uda.

18:19

Mała uwaga na temat samego terminu - przyłączę się do głosu tych, którzy negatywnie oceniają finał jeszcze w trakcie trwania ligi. Jasne, przepisy UEFA są jasne i nie ma możliwości, aby na Wembley mecz rozegrać wcześniej. I FA wpadła we własne sidła rachunku ekonomicznego nowego stadionu, który przeciez koniecznie musi na siebie zarabiać(stąd połfinały). Można rzec, że pieniądze wygrały ze zdrowym rozsądkiem(Millenium Stadium wciąż się nadaje do gry w piłkę, czyż nie?), na szczęście dla FA po pokonaniu Tottenhamu teoria spiskowa 'Arry'ego Redknappa zeszła śmiercią naturalną. Choć ostatecznie Wembley to nie stadion w Bydgoszczy, więc o co tym Anglikom chodzi? ;-)

19:27

Obowiązki z 'drugiej' strony bloga wzywają - za pół godziny w Bytomiu Polonia podejmie Górnika Zabrze. Przy okazji info dla spragnionych wpisów o biało-niebiesko-czerwonych: jak tylko skończy się wariactwo z Manchesterem City, wracam do regularniejszych wspisów nt zabrzańskiej ekipy. A jest o czym pisać, to pewne! Do Pucharu Anglii wrócę po 22.

23:00

Jasny gwint, takiego rozstrzygnięcia derbów się nie spodziewałem! Zostawmy derby Śląska jednak na osobny wpis i wróćmy do Pucharu Anglii. Znamy już drogi do finału obu ekip, czas spojrzeć na kadry.

Carlos Tevez

Zdecydowanie mniej kłopotów ma Roberto Mancini. Poza zawieszonym Kolo Toure i wykluczonym z reszty sezonu Boatengiem wszyscy są do dyspozycji. Niejasne jest kto wystąpi na środku ataku, ale wydaje się, że wobec zaledwie kilku minut Teveza z Kogutami Roberto raczej nie wystawi go od pierwszej minuty(debata Dżeko czy Balotelli będzie trwać pewnie do ostatnich chwil). W defensywie nie powinna zajść żadna zmiana, jako że Kolarow generalnie gorzej się sprawuje na tyłach i w powietrzu, a Zabaleta nie ma zamiaru odstawiać głowy w żadnej sytuacji. To może być kluczowy elemnt przy nieustannych wrzutach Delapa bądź dośrodkowaniach na będącego w formie Jonesa. Pomoc: tu z powrotem ujrzymy żelazny zestaw de Jong, Yaya, Barry, Silva i Johnson. Wątpię, aby przy tak intensywnej grze Mancini zdecydowałby się na manewr z Balotellim na boku pomocy, przecież Silva czy Jonhson radzą sobie tam znacznie lepiej i chętniej wracają do zadań defensywnych.

Stoke City jutro na pewno obejdzie się bez Fulera, Higginbothama i Sidibe. Z czasem walczą Huth oraz Etherington, który tak boleśnie ukąsił nas w tym sezonie na Brittania Stadium. Nie jest tajemnicą, iż nawiększym zagrożeniem będą wysokie piłki na Jonesa czy innych rosłych drwali Garncarzy, ale broń nas panie Boże przed lekceważeniem innych sposobów Stoke na zdobycie bramki(vide półfinał z Boltonem). To samo z obroną. Mimo iż Błękitni chłopcy nie są łamagami, to przepchać się przez zasieki Stoke nie będzie łatwo, a jestem przekonany, iż The Potters zagrają bardzo agresywnie od samego początku. A dla City kluczowe mogą się okazać właśnie pierwsze 15 minut, kiedy gramy zazwyczaj najlepszy futbo.

Pytanie do Was jest proste: kto jest faworytem? Silni fizycznie i psychicznie kopacze ze Stoke, czy jednak technicznie lepszy i dość nieobliczany Manchester City?

11:30

Mnie niż pięć godzin do finału. Emocje rosną ;-)

Kilka słów o historii pojedynków między Stoke a Manchesterem. Dobrze wspominamy jedynie debiut Roberto Manciniego, gdyż wtedy wygraliśmy 2:0. Potem był tylko gorzej, same remisy 1:1 plus porażka w FA Cup po dogrywce 1:3. Za Hughesa też łatwo nie było, poza wygraną i hat-trickiem Robinho przegraliśmy na Brittania Stadium 0:1, mimo iż gospodarze grali przez większość spotkania w osłabieniu(identycznie było rok później). powiedzieć, że to niewygodny rywal, to mało, bo niewiele jest takich drużyn, z którymi rok w rok mielibyśmy tyle problemów.

Co do Tony'ego Pulisa to wiadomo - Gillingham i 1999 rok. Wtedy to było nasze Wembley, nasze 5 minut chwały, w które dziś trudno uwierzyć. Z 0:2 dzięki Horlockowi i Dickovowi zrobiło się 2:2, dzięki czemu doszło ostatecznie do karnych. I ta zszokowana i wściekła mina Pulisa po gwizdku kończącym regulaminowy czas gry... Dziś wolałbym uniknąć aż takiej dramaturgii, serca niektórych mogą po prostu nie wytrzymać ;-)

11:43

Oho, już pierwsze plotki się pojawiają. Stuart Brennan z MEN napisał na Twitterze, iż podobno coś nie tak dzieje się z Silvą, choć to tylko pogłoska. Oby! Mały update: podobno Silva miałjakieś problemy w tygodniu, ale dzis na pewno wystąpi. UF!

13:35

Za chwilę rozpocznie się  przedostatnia kolejka EPL, w której prawdopodobnie poznamy mistrza i pierwszego uczestnika Tarczy Dobroczynności przed startem sezonu 2011/2012(to tak na marginesie rozważań o stosowności terminu finału FA Cup). Czy czekają nas przynajmniej 3 pojedynki City-United?

13:52

Przeglądam wpisy w prasie angielskiej i z miejsca mogę polecić perełkę na temat kibicowania The Citizens przez lata piękne i te tragiczne. Jeśli po tym tekście ktoś nie rozumie, jacy są fani Niewidzialnego człowieka, to mówiąc krótko, nigdy tego nie pojmą.Lekutra szczególnie polecana młodszym stażem ;-) Swoją drogą, dzisiejszy tryumf byłby największą nagrodą dla wiernych Manchesterowi City od tylu lat mimo ogromu niepowodzeń.

W Guardianie czytamy także o niezłykłej historii Jonatahan Waltersa, tułającego się niegdyś po niższych ligach, a obecnie, choć dopiero od roku gra na Brittania Stadium, jednego z filarów Stoke City.

Daily Mail zauważył, iż w skutek błędu wyprodukowano 70 tysięcy flag finałowych... ze złymi nazwami klubów. Na tych ze Stoke widnieje "Stoke City - Manchester United", a zdaniem tych przeznaczonych dla City, dziś mierzymy się z Boltonem. Jakiś zabawny element, poza tym zdjęciem Balotellego, musi być ;-)

14:20

Szukając inspirujących słów przd finałem natrafiłem na artykuł o Kompanym. Szczególnie trafiły do mnie poniższe słowa Belga, który mam nadzieję jako kapitan wzniesie puchar około godziny 18:

But, as I talk to you now, I am still quite far from where my goals are. We are able to say we are in a good club and doing good things. But I am nowhere near to where I want to be.

You only have so long in football, so probably what I want will be unachievable but I always think: “Let’s try it”

Why not win a Champions League? Why not win a Premier League? I am not saying that these things sound realistic right now. But why not set it at as a goal? From there we can work towards it and see how we go.

Zawodników z takim podejściem potrzeba Manchesterowi City! A Kompany udowadnia nie po raz pierwszy, że poza świetnymi umiejętnościami ma dobrze poukładane w głowie. Zresztą przeczytajcie jego historię, a sam się przekonacie.

14:50

Oddajmy jeszcze głos menadżerowi Stoke:

I don't think many teams have got to a Cup Final and then had as good a run as we have had. When we played at Blackpool, I was concerned that we would pick up injuries because the players were so committed, but that's the way this Club has been built.

The lads are full of confidence and they are scoring goals, so if we take that form into the Final, then who knows what might happen. We'll give it our best shot.

We know it's going to be incredibly difficult because Manchester City are an emerging force with the ability and the resources to challenge Manchester United and Chelsea who have been the big winners of trophies over the past five or six years.

Our preparation for the Final will be no different to what it was for the semi-final, or any other away match for that matter. It's my job to make sure that we all stay focused on the job in hand when so much will be going on around us on the day.

The occasion is one which everyone connected with the Club should enjoy, especially our fans, but we have a job to do and our minds will be on the game.

We had to play really well to beat Arsenal last weekend and we'll have to do that again against Manchester City if we are to make it something very special

Tony Pulis

Tak przy okazji: Stoke City za ten sezon należy się wielki szacunek. i podobnie jak Michałowi Zachodnemu, wcale nie obca jest mi myśl, iż Pulis mógłby być blisko nagrody menadżera roku, zwłaszcza jeśli - nie pozwólcie piłkarskie bogi - zdobędzie Puchar Anglii.

Kolejne niusy: Tevez prawdopodobnie w pierwszym składzie, a piłkarze City utknęli w korku 4 mile przed Wembley... Czekamy na oficjalne składy.

15:05

City w składzie(pogrubieni ci, których się nie spodziewałem): Hart - Richards, Kolarow, Kompany, Lescott - De Jong, Barry, Yaya, Silva, Balotelli - Tevez

Stoke: Sorensen - Wilkinson, Shawcross, Huth, Wilso - Pennant, Whelan, Delap, Etherington - Walters, Jones

A więc wszyscy niepewni występu jednak gotowi, aby walczyć o Puchar.

Cóż można rzec więcej? Wielkie święto dla mnie i każdego kibica Manchesteru City. To dziś możemy doświadczyć unikalnego świtu Błękitnego Księzyca, to dziś możemy zmienić oblicze klubu. Nie chodzi - jak już kiedyś pisałem - o zrywanie transparentów, ale o własną wielką opowieść.

C'MON CITY!!

wtorek, 10 maja 2011

Przed Manchesterem City dwa najważniejsze mecze w sezonie 2010/2011.

THFCJuż jutro spotkanie nr 1. - na City of Manchester Stadium przyjeżdża Tottenham, aby dać sobie jakąkolwiek nadzieję na Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie. Inaczej niż rok temu, mamy aż 6 punktów przewagi nad Kogutami i jesteśmy w zdecydowanie lepszej sytuacji. Remis w zasadzie rozstrzyga sprawę. Zwycięstwo zaś, poza ostatecznym zamknięciem drogi do LM Liverpoolowi, zbliży nas do Arsenalu na dwa punkty i jeśli starczy nam sił po finale, to wcale nie wykluczam ataku na 'pudło', zwłaszcza jeśli chłopcy Wengera nadal będą tak uprzejmie rozdawać punkty.

Porazka z Evertonem musi w piłkarzach wyzwolić pozytywną złość piłkarską. Mieli ich na widelcu, wystarczyło wepchnąć piłkę do bramki w początkowej fazie drugiej połowy w sytuacjach Toure i Dżeko, a gospodarze nie podnieśliby się z kolan. Do przerwy zresztą grali słabo, aż udało im się uśpić publikę Goodison Park i niewiele wskazywało, aby doszło do tak szokującego obrotu sprawy. Obrona The Citizens po niepowodzeniach ofensywy za mocno się cofnęła(Mancini w furii nakazywał z linii bocznej, aby defensorzy się ‘zatrzymali’, ale na nic się to nie zdało), Everton dostał wiatru w żagle i popłynął, symptomatyczne, że tuż po wejściu etatowego killera City - Tima Cahilla. Oczywiście był to najmniej istotny mecz wobec starć ze Stoke i Tottenhamem(porażkę na GP miałem wkalkulowaną od dwóch miesięcy), ale Manciniego i zawodników na pewno wkurza fakt, że z Evertonem wygrać nie potrafią. Przegrał cały zespół, Roberto być może spóźnił się ze zmianami o kilka minut, jednak sam wątpię, czy rozbity i rozciągnięty Manchester City byłby w stanie odpowiedzieć na prowadzenie ekipy Moyesa. Pokory w piłce nożnej nigdy za wiele, szkoda tylko, że Szkot udzielił nam tej lekcji po raz czwarty z rzędu.

Sezon 2010/2011 w wykonaniu Tottenhamu to istnie szaleństwo. Od debiutu(ach ten dwumecz z Young Boys...) w Lidze Mistrzów po sześć remisów z ośmiu ostatnich gier plus pechowa porażka z Chelsea. Od sprowadzenia van der Vaarta i eksplozję Bale'a przez nieustanne kłopoty z defensywą po upadek formy Holendra i długą kontuzję - w pewnym sensie od stycznia do końca sezonu, gdyż Walijczyk nigdy nie wyzdrowiał w pełni - drugiego. Ich świetne występy w 2010 roku w zasadzie stały się przekleństwem w późniejszym okresie. I o ironio, Peter Crouch, ten sam, który dał Spursom upragnioną czwartą lokatę i Champions League, przez swoją głupotę przyczynił się do wyeliminowania Kogutów z tych rozgrywek. Przemeblowanie zespołu Redknappa odbyło się w sposób iście niewiarygodny. Nagle z ekipy silnych i bramkostrzelnych napastników Tottenham stał się ekipą, której wszyscy snajperzy razem wzięci goli na koncie mają mniej niż Carlos Tevez. A żeby było przyjemniej, Liverpool mocno naciska i ma dwa wielkie asa w rękawie - wspaniałą formę i mecz na Anfield w ostatniej kolejce. Presja po stronie gości jest ogromna i kto wie, czy nie większa od oczekiwań na Eastlands. Gadanie, że lepiej nie grać w pucharach w ogóle niż w Lidze Europy uważam za zasłonę dymną. Klub z ambicjami powinien grać w Europie bez względu na rozgrywki.

Skoro wywołałem do tablicy piłkarzy z White Hart Lane, to spójrzmy kogo Harry ma do dyspozycji: Bale, Huddlestone, Assou-Ekotto, Palacios i Hutton poza kadrą, a niepewni występu są Modrić i Crouch. Sporo. Brak lewego skrzydła. Środek pomocy także ze sporym uszczerbkiem, co zapewne mocno ukróci ilość opcji w ofensywie(obecność Modricia będzie decydująca). Atak bez kłopotów, ale z tą skutecznością nie widzę w tym fakcie pocieszenia. Mancini za to ma do dyspozycji praktycznie wszystkich podopiecznych. Wraca Tevez(ma zasiąść na ławce), a także Barry i Richards(też raczej ławka). Bez zbędnego kombinowania zobaczymy to samo 4-2-3-1 co zwykle, nie wiadomo jednak z kim na prawej stronie(Milner miał dobre moemtny z Evertonem) i na szpicy(nieobliczalny Mario czy nieskuteczny Dżeko?). Redknapp z uwagi na szpital w drużynie częściej zmienia system gry. 4-4-2 z Lennonem i VdV po bokach(jak z Arsenalem i Blackpool), czy jednak bliżej 4-1-4-1, które Harry zaordynował w spotkaniu z Chelsea?

Jesteśmy cholernie blisko wyśnionej przez Szejków Lidze Mistrzów. Dla losów klubu musimy uczynić ten krok, w sobotę czeka nas kolejny. Nie chodzi o zrywanie banerów czy udowadnianie czegokolwiek. Osiągnijmy ten sukces dla siebie, aby tworzyć nową, niezależną historię Manchesteru City. A że możemy to uczynić rewanżując się Tottenhamowi za zeszłoroczne pozbawienie nas marzeń, tym lepiej - albo piłkarze i trener sprostają presji kibiców i wymaganiom właścicieli, albo nie mamy czego w piłkarskiej elicie szukać.

środa, 13 kwietnia 2011

Upokorzenie.

Nie ma innego słowa na rezultat poniedziałkowego meczu na Anfield. Najgorszy mecz w defensywie od czasu 0:3 z Tottenhamem. Najgorszy mecz pod wodzą Manciniego(styl+wynik). I jedno z najsłabszych spotkań włoskiego menadżera od wyboru '11' i taktyki po ostatni gwizdek arbitra. I sam nie wiem, co mam myśleć o jego pomeczowych wypowiedziach; punktów Manchesterowi City nic już nie przywróci.

I am disappointed with myself. This game was all my fault.

I made mistakes in the last two days. I know why. I can't say any more than that.

Drogi menadżerze, skład City bez de Jonga i Silvy już zapowiadał spore kłopoty - Nigel jest kluczową postacią jeśli chodzi o utrzymanie w ryzach środka pola. Bez niego piłkarze zwyczajnie się rozjeżdżają, Barry nigdy nie zdąży z asekuracją, Yaya mniej się angażuje w destrukcję, a wybrany w miejsce Holendra Milner... zdaje się być ofiarą Manciniego i jego złych wyborów/braku umiejętności dostosowania pozycji i roli piłkarza na boisku do jego walorów. A David Silva obok Adam Johnsona to najlepszy magik w zespole - stworzenie 100% sytuacji podbramkowej dla Hiszpana to przecież fraszka. Każdy średnio rozgarnięty widzi różnicę jaką robią obaj ci zawodnicy. Wymieniona dwójka plus Tevez i Kompany są szkieletem drużyny. A bez miednicy i kręgosłupa nikt jeszcze daleko nie zaszedł.

Kontuzjowany Tevez schodzi z boiska(Michael Regan/Getty Images Europe)

Błędy Roberto szybko zostały obnażone. Przy pierwszym golu, pechowym dla City podwójnie, bo po niegroźnym zdawałoby się kontakcie z piłką kontuzji doznał Tevez, nie mogę ulec przeświadczeniu, iż Nigel stałby na drodze strzału, gdyż zazwyczaj jest ustawiony przed dwoma środkowymi defensorami. Hart chyba też mógł zrobić coś więcej, choć sytuacja nie była prosta - piłka odchodząca, uderzenie zaś potężne.

A swoją taktyczną konsekwencją Mancini popełnił błąd nr 2. Za Teveza nie miał prawa wejść Balotelli. Pal licho charakterek Włocha. On zwyczajnie nie nadaje się na lewoskrzydłowego - podobnie jak Dżeko bliżej mu do czekania na dobre piłki(patrz gol z Aston Villą w FA Cup), a już tym bardziej nie jest odpowiednim partnerem do konstruowania ataków z Kolarowem. Mancini wprowadzając Balotellego odciął zespołowi lewą nogę - przy świetnie zorganizowanej obronie Liverpoolu Mario nie miał wiele do zaoferowania i ostatecznie zespołowi nie pomógł, a nawet zszedł z drobnym urazem. A żeby przeciwstawić się rozpędzonej ekipa Daglisha potrzeba było czarodzieja i to natychmiast.

Drugi gol - znów brakowało i zdecydowania naszym defensorom, i de Jonga. Toure w ogóle nie brał udziału w tej akcji, a Milner, to podsumowanie całego jego występu - biegał bez ładu i składu. Nie winiłbym jednak samego piłkarza, gdyż sam się nie wybrał go do składu i nie wyznaczył sobie stosownych zadań. Co prowadzi do paradoksalnego wniosku - Mancini sprzeniewierzył się swoim zasadom i chciał wygrać mecz, co doprowadziło do kompletnej klęski. Reakcja Jamesa Milnera po zejściu z murawy mówi sama za siebie - menadżer się pogubił, przesiedział całą drugą połowę w zamyśleniu i stracił nadzieję na poderwanie zespołu, wejście Silvy zaś to tylko taka zasłona pt. "coś chciałem zmienić".

Milner i Mancini
(Michael Regan/Getty Images Europe)

Dzieła zniszczenia dopełnił Caroll, który nie miał problemów z wygraniem pojedynku główkowego z beznadziejnym tego dnia lewym obrońcą City. Ręce opadły, emocje z nerwowego wyczekiwania i sporych nadziei stopniały do mąk piekielnych niech się to już skończy. Druga połowa nie przyniosła niczego szczególnego. Ot, waliliśmy - delikatnie zresztą - głową w mur, a gospodarze na luzie się zastanawiali, czy 3:0 to odpowiedni wynik, czy może jeszcze coś strzelić. I nawet Zonal Marking nie poświęcił ani zdania więcej na drugie 45 minut. A winny takiemu stanowi rzeczy był Roberto Mancini, na szczęście świadom swoich pomyłek. Oby tylko był w stanie wyciągnać odpowiednie wnioski, gdyż inaczej marzenia o Lidze Mistrzów odłożymy na przyszły sezon.

I weź tu obiektywnie oceń Edina Dżeko, który w Premiership nie tylko bez gola, ale i dogodnych szans policzyć mu mozna na palcach jednej ręki(sam pamiętam może dwie, trzy). Nie potrafimy, ani Mancini, ani zawodnicy, wykorzystać artybutów Bośniaka, dlakiego od strzeleckich rekordów z Bundesligi. I nie zaskoczy mnie samotny Mario na szpicy w sobotę. Taktyka na dwóch napastników, nawet jeśli jeden z nich jest teoretycznie ustawiony na skrzydle, nie sprawdza się. A Edin, podobnie jak kilku innych zawodników, może powoli myśleć o przyszłym sezonie.

Do końca ligi pozostało sześć spotkań: Blackburn Rovers(wyjazd), West Ham(dom), Everton(wyjazd), Tottenham(dom), Stoke(dom), Bolton(wyjazd). Wykonajmy zadanie, drogi Manchesterze City. Nie możemy sobie pozwolić na więcej wpadek w poniedziałkowej manierze. Przed nami jeden 'ekstra' mecz z United, jeden w środku tygodnia z Kogutami. Wykonajmy nakreślone przed sezonem zadanie.

wtorek, 05 kwietnia 2011

Przewrotność faktów i liczb znów dała o sobie znać. Oto dokładnie rok po magicznych i ziejących grozą siedmiu minutach na Turf Moor Manchester City w kluczowym momencie sezonu znów gromi rywala w sposób podobnie perfekcyjny i kompletny. Pamiętne 6:1 z Burnley i późniejsze 5:1 z Birmingham wprawdzie nie zapobiegły późniejszym porażkom z United i Tottenhamem, które odsunęły nas od Ligi Mistrzów, jednak co pogrom, to pogrom. Bardzo mi brakowało takiego spotkania w tej kampanii Premiership - było 4:0 z Aston Villą, było 4:1 z Fulham, ale stricte pogromu do minionej niedzieli nie uświadczyliśmy.

Obaw po przerwie na kadry narodowe miałem sporo, entuzjazmu zaś niewiele, ale to co zobaczyłem w powtórce pozwolił mi zregenerować  siły przed decydującą fazą sezonu. Nie chodzi tylko o pięć goli, lecz o sposób w jaki wynik został osiągnięty. Dominacja przez pełne 90 minut, praktycznie żadnego zagrożenia ze strony Sunderlandu, interesująca gra w ataku i nawet Mario Balotelli nie zgrzeszył myślą, mową, uczynkiem bądź zaniedbaniem. Carlosowi Tevezowi udało się coś strzelić(oby na przełamanie), Johnson wrócił na boisko w stylu najlepszym z możliwych, a defensywa, z awaryjnym(i świetnym!) Boyatą na prawej stronie, pokazała tak charakterystyczną dla rzemiosła Manciniego klasę. Zachwycam się nie bez powodu - zespół potrzebował tego zwycięstwa jak tlenu. Pewności siebie przed starciami z Liverpoolem czy United nigdy za wiele.

Adam Johnson
(Alex Livesey/Getty Images Europe)

Powiecie, że Sunderland w kiepskiej formie i przegrał po trosze na własne życzenie. Zgodzę się, acz nie bez zastrzeżeń - ileż to razy graliśmy z zespołami słabszymi, zaciekle stawiającymi zasieki i zadowolonymi z remisu bądź skromnego prowadzenia? Lista meczów "dlaczego The Citizens nie będą mistrzami", wspominana przeze mnie wielokrotnie, jest długa i bezwzględna. Nawet osławione odejście od "trójki" defensywnych pomocników(jak wie każdy kto widział choćby kilka meczów City, Mancini nie stosuje 3 DM, gdyż Yaya Toure jest zorientowany ofensywnie) na rzecz czegoś w rodzaju 4-1-3-2(tu wariantów jest przynajmniej kilka) nie dawało oczekiwanych rezultatów. Naturalnie brakuje drugiego(lewego) nominalnego skrzydłowego, by móc przejść w to 4-2-4, które eksplodowało rok temu z Burnley i Birmingham(rekompensata Kolarowem nie jest aż tak skuteczna) i wydaje się, że The Citizens potrzeba czasu i większego zrozumienia na boisku, aby 'ofensywniejszy' wariant mógł być skuteczny. W niedziele wyszło wspaniale, co dobrze rokuje na przyszłe starcia z drużynami niżej notowanymi.

Pierwszy krok z ośmiu ku Lidze Mistrzów wykonany. Mając prawie wszystkich zawodników zdrowych i gotowych do gry Mancini ma z czego wybierać. Nadal czekam na faktyczne przebudzenie Teveza, swoje parę groszy powinien dodać Dżeko(najlepsze i tak pokaże w przyszłym sezonie), ale najbardziej liczę na Adama Johnsona. Jego powrót może zaważyć o naszym losie w tym sezonie, zarówno w lidze, jak i Pucharze Anglii. Zobaczcie pierwszy gol z Czarnymi Kotami a zrozumiecie, o co chodzi. Roberto Mancini słusznie prawi, iż Adam jest właściwie jedynym zawodnikiem, który wchodząc z ławki ma umiejętności, aby zmienić oblicze spotkania. I wcale mnie nie zaskoczy Gareth Barry w jego miejsce na poniedziałkową wojnę w Liverpoolu. Co ważne, do Manchesteru wrócił Pablo Zabaleta, miejmy nadzieję, że nie będzie już musiał latać do Argentyny, a powrót jego ojca do zdrowia będzie przebiegać pomyślnie. Richards podobno da radę się wykurować na derby, pożyjemy, zobaczymy, choć nie ukrywam, że to mój faworyt na prawą stronę... i naszego menadżera również.

Tak, to może być przełomowy moment sezonu 2010/2011 dla Manchesteru City i Roberto Manciniego, który jest bardzo bliski zapewnienia sobie posady na przyszły rok. Czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami ;-)

piątek, 18 marca 2011

LE

Koniec przygody Manchesteru City z Ligą Europy.

Sprawcą - Mario Balotelli, a pośrednio jego orędownik na Eastlands, Roberto Mancini.

Jednak jak sobie przypomnieć wyskok w stylu wschodnich sztuk walki w wykonaniu Nigela de Jonga i tylko żółta kartkę pokazaną przez Webba, to oceniając tą samą miarą, gracz Dynama powinien zostać co najmniej upomniany za symulowanie.

Mario powinien strzelić zaraz na początku spotkania. Tyle gadania po próżnicy, wstyd panie Balotelli. Choć pan to za mocne określenie. Dzieciaku chyba brzmi lepiej. Chciałbym usłyszeć jakiś jego komentarz, ocenę swojej postawy, może odrobinę samokrytycyzmu. Wtedy przez chwilę pomyślałbym, że ta czerwień nie poszła na marne i ten facet kiedyś dojrzeje. Łudzę się, prawda?

Wątpię też w zmianę postępowania Roberto. Jeśli pupil z Mediolanu usiądzie na ławce na dłużej, Mancini przyzna się niejako, że 1. sprowadzenie Włocha było niedorzeczne 2. zwłaszcza, że zajął on miejsce innego charakternego - Craiga Bellamy'ego. Z litości nie będę porównywał obu zawodników. Craig może i nie potrafił czasem się przymknąć i zaakceptować stanu rzeczy, lecz na boisku dawał z siebie tyleż co Tevez, z podobnym skutkiem śmiem powiedzieć, dzięki czemu natychmiast dorobił się i szacunku Eastlands, i krótkiej, acz treściwej przyśpiewki. Mancini ocenił jego przydatność inaczej. I dziś dogłębnie poczuł, że pieniądze za nie-tak-znowu-Super Mario to nie całość ceny, jaką przyjdzie zań zapłacić.

Mario sent off

Żeby zakończyć zarzuty pod adresem naszego Włoskiego menago, wyrażę swą wątpliwość co do jednej ze zmian. Nie jestem przekonany, iż Silva powienien schodzić(no chyba, że doznał drobnego urazu). Rozumiem, że wprowadzając Dżeko Mancini przyjął, że z rwanej gry David niczego nie wskrzesi, a wzrost i koordynacja Edina bardziej się przydadzą, czy to przy dalekich wrzutkach na aferę, czy przy stałych fragmentach. Ale to właśnie Silva mógł podać decydującą piłkę, której tak nam brakowało.

Podobać się mogła za to odpowiedź zespołu na osłabienie - natychmiastowy gol dający nadzieję na lepszą drugą połowę. Widziałem wczoraj więcej zaangażowania niż w dwóch ostatnich meczach ligowych razem wziętych. Miejscami dominowaliśmy jak w weekend z Reading. Jednak o wyniku czasami decydują milimetry, a nie grube miliony - gdyby Tevez dotknął piłkę po strzale Yayi Toure w 94. minucie prawdopodobnie zmyliłby Szowkowskiego tak jak przy strzale Kolarowa, kiedy takiego kontaktu nie było. Aż przypomina się świetne wideo z youtube pt Efekt motyla. W każdym razie zespół pokazał charakter i chciał awansować dalej mimo iż rozum jednego z nich został w szatni. Przynajmniej powiało optymizmem przed jakże ważną niedzielą.

Sporo dyskusji wywołały niektóre decyzje sędziowskie, rzekomo faworyzujące nurkujących kijowian. Nie lubię takiego podejścia do sprawy. Dynamo w dwumeczu grało mądrze, a jeśli sędzia za bardzo dostrzegał przewinienia City i Ukraincy to wykorzystywali - plus dla gości. Tłumaczenie się arbitrem nie jest moją ulubioną formą bronienia Manchesteru City. Przyczyn porażki w tej rywalizacji było wiele, a sędziowanie ustawiłbym na szarym końcu.

Cholernie cieszy powrót Adama Johnsona. Mancini wziął lekcje u Fergusona i Wengera z zasłon dymnych, bo nic nie wskazywało, żeby Adam miał się pojawić choćby na ławce, przewidywano jego powrót na Chelsea przecież. A tu wystąpił, dodał nieco świeżości zespołowi i tylko fakt, że nie jest jeszcze w formie nie pozwolił mu zadecydować o grze w większym stopniu(jak np. na Villa Park). Jeśli Mancini skreśli Balotellego, to AJ powinien wskoczyć w jego miejsce przynajmniej na 45 minut.

Nie zgadam się również z tymi, którzy zarzucają Manciniemu "zachowawczość" i wystawienie trzech defensywnych pomocników. Po pierwsze, najwyższy czas obalić mit, że gramy trzema DM. Yaya Toure jest ustawiany wyżej od de Jonga/Barry'ego i ma więcej zadań ofensywnych, startuje do kontr i tym podobne. Po drugie, w Kijowie Dynamo zdominowało środek pola i potrzebowaliśmy spokoju na tyłach, by móc konstruować ataki. I wcale nie huraganowe - Mancini chciał pokonać Siomina w partii szachów, a nie w biegu na "setkę", lecz plan wziął w łeb po czerwonej kartce. I to Dynamo zagra z Bragą w ćwierćfinale Ligi Europy.

Cele na obecny sezon stały się jasne: pierwsza czwórka i jeden puchar. Nie wiem, czy jesteśmy w stanie tego dokonać; w moim odczuciu wczoraj na Eastlands zobaczyliśmy zespół, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Stamford Bridge is calling

środa, 02 marca 2011

Nie, to nie jest wpis o ligowcach znad Wisły, którzy znani są z tego jakże idiotycznego stwierdzenia, iż przed sezonem są bez formy, a w trakcie sezonu wręcz automatycznie się męczą, jak za magicznym dotknięciem czarodziejskiej piłki.

Fulham FC

Znużenie to stan, jaki obecnie przeżywam oglądając Manchesteru City. Spotkanie z Fulham miało być kolejnym z serii zaplanowanych zwycięstw, a okazało się wstydliwą porażką. Co z tego, że remis? Jak inaczej pisać o drużynie, która korzystnie prezentowała się przez jakiś kwadrans i to po wejściu Patricka Vieiry, nota bene jednego z najsłabszych zawodników w kadrze The Citizens? Roberto Mancini chyba nie zorientował się, że jego piłkarze zwyczajnie nie chcieli wygrać tego spotkania, a remis satysfakcjonował ich jakby to było pucharowe starcie na wyjeździe. Nie ma Silvy, de Jonga i Kompany'ego, ale to nie znaczy, że kontuzjami czołowych zawodników można bronić tak kiepskiego występu. Chyba pierwszy raz w tym sezonie odpuściłem sobie końcówkę drugiej połowy i rzekomą pogoń za zwycięstwem. A oglądając powtórkę, doszedłem do smutnego wniosku, iż dobrze zrobiłem.

Publika zresztą też nie zachwyciła, praktycznie rozminęła się z widowiskiem, mało hałasu i zagrzewania do boju w połączeniu z apatyczną postawą Błękitnych dało przygnębiający obraz na Eastlands. I cholera, historia musi się powtarzać. Wygrana na Craven Cottage i remis na CoMS to znana śpiewka z zeszłego sezonu. W obecnym, amplituda między genialnym 4:1 na wyjeździe a niedzielnym remisem, jest jeszcze większa i bardziej frustrująca. Lista występów pod znakiem przecież to było do wygrania/zremisowania się niebezpiecznie wydłuża. Będzie czego żałować, jeśli Liga Mistrzów wymknie się nam z rąk. A razem z nią poleci Roberto Mancini.

Gol vs Fulham

(Jamie McDonald/Getty Images Europe)

I co tu o taktyce rozmawiać, skoro wszyscy jej wykonawcy zawiedli? 4-3-3 ze słabymi tego dnia bocznymi obrońcami, tracącym formę Yayą Toure, bezbarwnym jak zawsze Barrym, Tevezem, który jeśli nie strzeli, to The Citizens nie potrafią wygrać...? Czego by Włoch nie wyczarował, to bez zaangażowanych piłkarzy nie da się przekuć w korzystny wynik. A tabela nie kłamie:

W sześciu ostatnich kolejkach EPL zdobyliśmy zaledwie osiem punktów - tyle samo co West Ham United i Birmignham City, a mniej niż pierwsza piątka ligi plus Liverpool. Po wczorajszym zwycięstwie Chelsea nad The Rags ciaśniej zrobiło się na miejscach od trzeciego do piątego. Drobna przewaga nad CFC i Tottenhamem prysła - jeśli te drużyny wygrają swoje zalegle mecze, to Spurs zrównają się punktami z City,  a Chelsea nas wyprzedzi o jeden punkt. Co i podwyższa i tak nieźle podbitą temperaturę starcia obu zespołów na Stamford Bridge 20 marca.

A za godzinę zmierzymy się na CoMS z Aston Villą, po raz trzeci w tym sezonie. Kilka godzin temu obejrzałem powtorkę Everton - Reading i muszę przyznać, że goście pokazali fajny, twardy angielski futbol i mogli wygrać więcej, niż tylko 0:1. Jeśli uda się nam objechać The Villans, to droga do półfinału będzie wcale nie taka prosta. Czas uciekać przed TV. Mimo mojego zmęczenia tym sezonem: C'mon City!

PS Wszystkim kibicom United dziękuję za serdeczne życzniea z okazji 35. rocznicy ;-) to fantastyczne, że jesteści tacy świetny z naszej historii, z której ani przez moment nie zamieniłbym na waszą.

niedziela, 13 lutego 2011

Największym paradoksem wczorajszych derbów był niewątpliwie gol Wayne'a Rooney'a. No bo jak to, napastnik będący cieniem samego siebie z zeszłego sezonu strzela gola roku po tym, jak najlepszy i praktycznie bezbłędny obrońca rywali w kluczowym momencie pośliznął się i nie mógł po raz kolejny ze spokojem wybić piłki? Niepojęte. Aż musiałem odpuścić sobie wczorajszy wpis 'na gorąco'. No bo cóż mogłem napisać? Futbol jest okrutny i niesprawiedliwy? Ugiąć się pod falą ochów i achów nad golem Shreka? Albo znów przyjąć na kibicowskie serce hektolitry pomyj i szyderstw ze strony czerwonych?

Dajcie spokój. Nawet remis Farselony nie poprawił mi humoru.

Dziś jest lepiej.

Na duchu podnosi mrowie pozytywnych komentarzy kibiców The Citizens. To nie był najgorszy mecz w naszym wykonaniu. Zasłużone owacje na stojąco dla Kompany'ego i Richardsa. Boss nie czekający ze zmianami i odważnie wpuszczający ofensywnych zawodników w miejsce tych, którzy zawiedli. Team spirit, gdy przyszło gonić niekorzystny wynik, choć zabrakło podejścia "jeśli chce się zremisować, trzeba grać o zwycięstwo", mam tu na myśli fragmentów po wyrównaniu, kiedy przejęliśmy kontrolę nad spotkaniem i ... no właśnie, czegoś zabrakło, aby pokonać Van der Sara. Nie potrafiliśmy przekuć przewagi na gole i wobec United, gotowych wygrywać wbrew sprawiedliwości i zdrowemu rozsądkowi, krzywda City musiała się stać.

Taktycznie rzecz ujmując Ferguson odrobił lekcję i ciężar gry jego drużyny oparł na skrzydłach. I Nani, i nieśmiertelny Giggs(+Evra) nie mieli większych kłopotów z ogrywaniem bocznych obrońców The Citizens. Wąskie ustawienie defensywnych pomocników oraz brak de Jonga, który zawsze asekuruje odsłonięte ustawieniem zespołu strefy boiska, pozwoliły wspomnianej dwójce na, że tak się wyrażę, nieskrępowaną penetrację. Dzięki temu jeśli piłkarze United już piłkę posiadali, to bez problemów mogli dostarczać ją Rooney'owi, co raz przyniosło tak ważki skutek dla przebiegu spotkania. Łudząco przypomina to porażkę City z Wilkami czy remis na White Hart Lane. Tam również bardzo szeroko grający gospodarze praktycznie z każdej akcji mogli oddać strzał na bramkę, albo bardzo groźnie dośrodkować czy też po prostu przebojowym rajdem wbić się w pole karne. Spójrzcie chociaż ile goli strzelili nam czerwoni po dośrodkowaniach...

Derby gol

Zawodnikom City w ofensywie brakowało różnorodności. Czasami zamiast bić głową w solidny mur(słusznie nie cieszyłem się z braku Ferdinanda, bo Smalling zagrał znakomite zawody), lepiej go po prostu przeskoczyć. Pchamy się na siłę środkiem, a gola przyniosła nam akcja oskrzydlająca, w dodatku zrobiona przez dwóch wprowadzonych zawodników - dośrodkowywał SWP, a Dżeko nastrzelił plecy Silvy. Nie strzelaliśmy z dystansu, Kolarow istotnie nie miał dnia, a i nie kreowaliśmy mu szans na potężne kropnięcia z 20-25 metrów. No i zdumiewa mnie, jak zespół z takimi gigantami w składzie zdobył zaledwie dwa gole w tym sezonie z rzutów rożnych. Siedem kornerów i praktycznie żadnego zagrożenia. Czas wykorzystywać inaczej Edina Dżeko, nie tylko w typowych klepkach, ale przede wszystkim jego wzrost i grę głową, na przekór statystykom z Bundesligi. Trzeba próbować. Kto tego nie robi, nie kupuje losu na loterię jak w starym kawale, nie może wygrać.

Choć derby urzeczywistniły pewna prawdę – nie taki czerwony diabeł straszny, jak go malują. To był mecz do wygrania i mimo pewnych pozytywów powinniśmy o tym pamiętać. Roberto Mancini powoli uczy się na swoich błędach, wcześniej sam na siebie narzekał, iż zbyt późno dokonywał korekt, teraz nie czekał zbyt długo na wprowadzenie nowych zawodników, chciał wygrać mecz i to mi się podobało. Defensywna(?) postawa od pierwszej minuty nie była konieczna, choć gdyby Silva strzelił... no cóż, w takie spekulacje bawić się nie będę. Gol nie padł, a spotkanie ułożyła się kompletnie inaczej. To United wykorzystali szanse i wygrali to fantastyczne swoją drogą, spotkanie.

Czas na przygodę z pucharami. To dobry kalendarz. Lepiej odpocząć od ligi i spokojnie przejść drużynę z Salonik oraz strzelić parę goli ekipie z Nottingham, a dopiero potem wrócić do Premiership. Poprzednia porażka z United z rąk Rooney'a(półfinał Carling Cup) spowodowała passę przeciętnych spotkań i niedostatecznych wyników. Wojaże powinny w spokoju pozwolić  odbudować się psychicznie drużynie przed powrotem Marka Hughesa na CoMS pod koniec miesiąca.

PS Jak dobrze móc nie pisnąć ani słowa o pracy arbitrów!

 
1 , 2 , 3