Wpisy z tagiem: film

piątek, 10 grudnia 2010

Nie jestem wybitnym znawcą kinematografii i próby pisania jakiejkolwiek recenzji filmu Blue Moon Rising byłyby dla mnie błądzeniem po omacku, zwłaszcza, iż widzem jestem bardzo emocjonalnym, a Blue Moon Rising bez wysiłku mnie wzruszył. To przecież historia najważniejszych momentów zeszłego sezonu w wykonaniu mojego ukochanego klubu, kampanię, którą nieomal w całości przeżywałem tutaj na blogu – stąd krytyk ze mnie po prostu nieobiektywny.

Paradokument reżyserii Stewarta Sugga na pierwszym planie stawia fanów. I tych zwykłych, pijących piwo w drodze vanem na mecz, przezywających wzloty i upadki swojej drużyny, i Noela Gallaghera, który na pierwszy mecz półfinałowy Carling Cup przyleciał specjalnie z RPA. Ta perspektywa pozwala spojrzeć na klub od innej strony – poza medialnym szumem i wielkimi decyzjami są tez przeciętni ludzie, którzy wydają swoje pieniądze, aby futbol spod znaku Błękitnego Księżyca oglądać. Choć w ich przypadku nie chodzi o prostą rozrywkę, bo historia The Citizens splata się z ich własnym losem. Tu olśniły mnie świetne reminiscencje z niektórych sukcesów i porażek City, zwłaszcza ta traktująca o meczu z Gillingham z 1999 roku. Zdawało mi się, że bez TEGO gola Dickova nie da się mówić o Wembley’99, a tu proszę bardzo – da się jak najbardziej. W ten sposób Blue Moon Rising odzwierciedla filozofię funkcjonowania Manchesteru City – patrzeć w przyszłość, ale nie zapominając o przeszłości(vide wizyta Booka i Buzzera w Zabrzu). Co jeszcze Sugg chciał pokazać? Ano, kompleks United, bez których The Citizens nie istnieją mimo szczerych antypatii.

34 years and counting

Życie w cieniu bogatszego w sukcesy rywala ma swoje plusy – każde zwycięstwo smakuje wybornie przez lata, pogoń za lepszym jest zawsze ciekawsza, niż próba utrzymania się na szczycie. No i ten baner na Old Trafford, który w obecnej sytuacji City doprowadza mnie do szału – chce się krzyczeć, że za chwilę go zerwiecie, a na CoMS zawiśnie identyczny ;-) Tak, Blue Moon Rising to też marzenie o strąceniu Fergusona i United z piedestału. To już nie tylko epizod walki o nową tożsamość, ale wręcz połowa tego, co nas, kibiców, napędza do każdego spotkania. A wydawałoby się, że to tylko głupi sport, gdzie 22 facetów ugania się za piłką, a i tak wygrywają ci, co strzelają gola w Fergie Time ;-) Kiedyś udawało się wygrywać, a mimo to być wciąż przeciętnym klubem środka Premiership. Teraz nadszedł czas, nowa era, aby i wygrywać w derbach, i sięgać po trofea, których brak tak mocno nam doskwiera.

A na koniec, jak w jednej ze scen filmu, można iść za rękę z dziewczyną, która prócz nas ma jeszcze United w sercu i diabelską koszulkę na sobie ;-)

Z drugiej strony

Nie mogę nie myśleć o Blue Moon Rising jako o produkcie speców od marketingu. Ładnie zapakowanym, z niezłą zawartością, ale wciąż – efektem pracy sztabu zorientowanego no konkretne wyniki. Nie wiem jednak, czy film przyniósł oczekiwane efekty. Trudno to ocenić choćby z tego względu, iż BMR jest w gruncie rzeczy tylko elementem całego procesu przemian Manchesteru City z marki lokalnej w globalną i – tak ja to widzę – zwieńczeniem kampanii „przeciwko” establishmentowi BIG4. Że w ostateczności założonego celu nie udało się osiągnąć – a nic lepiej tego nie obrazuje jak nie otwarte butelki szampana na pustym CoMS po meczu z Tottenhamem – to nie zmienia faktu, że cały pion odpowiedzialny za wszelkie akcje skierowane w stronę kibiców wykonał świetną robotę. Dzięki tytanicznej pracy, od nowej strony internetowej, przez fanpejdża na Fejsbuku, bardzo aktywne konto na Twitterze, Welcome to Manchester, aż po nowe projekty – cityTV(ciekawe, czy będzie płatne tak jak TV Arsenalu) czy cityecademy, Manchester City rozwija się szybko i w dobrym kierunku(5. miejsce w twitterowej i fejsbukowej tabeli mówi samo za siebie). Do najpopularniejszych klubów w Anglii naturalnie jeszcze nam daleko i nie sądzę, aby dopadnięcie czołówki było zwykłą kwestią czasu, nawet jeśli w perspektywie kilku lat jesteśmy skazani na sukcesy. Zresztą, nie chodzi tu o cyferki, ale o to, co kibice mają w sercu, a na ten rodzaj szacunku będziemy czekać jeszcze długo.

Jedno za to wiem na pewno: to nie jest historia z cyklu 75% posiadania piłki(tak tak, do was piję), bezproblemowe zwycięstwa i trofea klubu wpisane w brzmienie jego nazwy: przyjdź do nas, kibicuj nam, a sukcesu doświadczysz. To jest City, tu nigdy nic nie szło gładko, ale mamy grupę ludzi gotowych zrobić wszystko, aby odmienić ten stan rzeczy, wejść na szczyt, zrzucić United i oczywiście zapanować nad światem! ;-)

Kostucha mcfc panuje nad światem